Różowy koral

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Skocz do: nawigacja, szukaj
>>> Dane tekstu >>>
Autor Józef Birkenmajer
Tytuł Różowy koral
Wydawca „Głos Narodu”
Data wydania 1935
Druk Drukarnia „Głosu Narodu”
Miejsce wyd. Kraków
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
JÓZEF BIRKENMAJER.




ROŻOWY KORAL.







DRUKOWANO JAKO RĘKOPIS.

KRAKÓW — 1935.

  Osobne odbicie z „Głosu Narodu“ 1935 r.  



CZCIONKAMI DRUKARNI „GŁOSU NARODU“ W KRAKOWIE.





Ze wszystkich stworzeń, zamieszkujących tonie zatoki majonezyjskiej, największą dostojnością i starożytnością rodu szczycił się Różowy Koral.
Że miał do tego słuszne prawo, że nie rościł sobie bezpodstawnych pretensyj, świadczyło jego drzewo genealogiczne, sięgające samego dna morskiego, a wystrzelające wierzchołkami smukłemi, koronkowemi, jak wieża gotycka, i kamiennemi, jak ona — bo już były obumarłe... Jedyny wierzchołek, w którym nie zamarło jeszcze życie, był mieszkaniem ostatniego z dynastji, co gnieździł się tu jak orzeł-samotnik na skale wyniosłej, jak stary książę-despota w zamczysku hardem. Miał już lat kilka, a mimo to był wciąż bezpotomny. Czy to była kara losu za to, że ród jego w babilońskiej zarozumiałości piął się ku granicom powierzchni morza? A może ród ów sławny wyczerpał się wydaniem tylu tak zacnych potomków? Niewiadomo, kto na to zdołałby odpowiedzieć, bo nawet delfin wszędobylski, który znał całą historję morza, nie umiał rozwiązać tej zagadki i tylko, pluskając ogonem powątpiewająco, zawyrokował:
— Takiej zagadki nie rozwiązaliby nawet moi przyjaciele — ludzie!
Nad zagadnieniem tem snadź głowił się i Koral samotny, niby mędrzec na pustyni. Z dumań tych urodziło się wiele przypuszczeń — ale nie narodził się potomek. Hardy Koral Różowy był bezpotomny — na nim kończyła się świetność dynastji.
Opasła i smrodliwa foka, która raz tu przypadkiem zawitała niby kumoszka wiejska do eleganckiego miasta, dowiedziawszy się o bezdzietności korala (sama miała już dwunaste dziecko), dalejże mu doradzać ożenek.
— Jeżeli mi złożysz faktorne, to ci wynajdę żonę, godną ciebie połowicę.
Koral zamknął macki i skulił się w sobie na znak wielkiej pogardy i obrazy, bo wziął to za przymówkę do faktu, że korale są jednopłciowe i rozmnażają się przez podział. Jakąż ingorancją, jak małą znajomością przyrody odznaczał się ten przybłęda z barbarzyńskiej północy — istne cielę morskie!
W każdym razie nie danem już było szlachetnemu rodowi Różowych Korali podzielić losu ich podlejszych krewniaków — białych korali-madrepor, które ongi ośmieliły się wyjrzeć ponad powierzchnię morską po to, by nigdy się już pod nią nie schować; tych było ogromnie dużo, a rosły prędko, jak grzyby po deszczu, i też, jako grzyby-lisice, tworzyły wianek, sabatowy kręgom czarownic podobny, albo też kraalom buszmenów. W takiej to postaci zastygło i zakrzepło żywe i ruchliwe niegdyś zbiorowisko korali — jak zastyga podkowa, przez kowala na gorąco wygięta i do wody wrzucona, lub jak tężeje zwinięta w półkrąg gąsienica, gdy zmieniać się zaczyna w poczwarkę. Taki biały cmentarz kamienny w języku mórz zowie się atollem. Atollem była i wyspa Majonezja (nazwę tę dopiero niedawno nadali jej ludzie) — zdobiąca z dawien dawna powierzchnię morza Fjołkowego, niby diadem lub naszyjnik — szkoda, że z tak lichego gatunku korali...
Na wyspę tę, co jedyną była stanicą na rozległych szlakach morskich, zalatywały albatrosy o krótkiej szyi a skrzydłach długich, podobne do krępych a przygarbionych wieśniaków w długiej siermiędze, i siały — ot tak niechcący — ziarenka z dalekich przyniesione lądów. Powschodziły wszędy żółtawe mchy i zielone trawy, więdły i znów wschodziły, narastając warstwą po warstwie, podobnie jak malarz farbę nakłada na farbę, by tworzyć obrazy; na tem tle wspięły się zadzierzyście szare charsty nadbrzeżne, solą usztywnione, to rumienił się nieśmiały kwiatuszek, gdzieniegdzie zaś rozwiły się gibkie krzewiny i pnącze, powystrzygane w różne kształty prątków i liści, — ba nawet w kilku miejscach sposobem niewiadomym wystrzeliły smukłe a rozłożyste drzewa palmowe.
Stały tutaj te drzewa w zadumie i prawie w zakłopotaniu, jak ktoś, kto nie wie, skąd wziął się znienacka w nowych dla siebie i obcych stronach — i tylko znacząco, jakby z rezygnacją, kiwały głowami. Ale gdy wiały wichry nadmorskie, wtedy drzewa schylały się w stronę niewidzialnych lądów, biły pokłony, jak mahometanie w stronę Mekki, i wyciągały ręce, jakby o ratunek, jakgdyby przyzywały kogoś z tej ojczyzny dalekiej i nieznanej, o której mówił im może tylko instynkt dziedziczny...
W owe doby wichur i nawałnic rozpędzały się i bałwany morskie, idąc ze sobą w zawody, niby szybkobiegacze, do mety widnokręgu; goniły z mocy całej, jakgdyby uchodząc przed pościgiem, albo chcąc pochwycić kogoś tam daleko. Po drodze czasem wskakiwały na atoll, niby chłopaki przełażące w szkodę przez kamienny murek, a z pękniętego nurtu, niby z rozdartego zanadrza, sypały się garście tęczujących muszelek — zdawkowa moneta, składana przez morze w haraczu lądowi. Te muszelki oraz śnieżny nalot piany i soli był to później jedyny ślad owych niezliczonych fal, co rodziły się co chwila i tylko na chwilę — ślad migotliwy i oślizgły, jak po przejściu ślimaka na liściu.
Była też wyspa Majonezja nieraz świadkiem orkanów i cyklonów, co wywiercały w morskiej topieli doły dna niemal sięgające, to znów wznosiły ku górze wirujące kłęby wodne, podobnie jak garncarz, pokręcając glinę na kole, ciągnie ją w górę, by kształt jej nadać smukły; te zdolne były zaniepokoić nawet mieszkańców głębi podwodnej, którzy naogół nie wiedzieli nawet o tem, co tam wysoko, nad wodą, mogło komuś przynieść klęskę lub śmierć. Bo kiedy w wodę tłukła ulewa, grając na falach, jakgdyby uderzeniem wielu naraz palców wśród klawiszy, wówczas przeciągały się z nudów twory umiejące pływać po powierzchni, a te, które żyć mogły jeno w głębinach, lub zgoła na dnie, spały spokojnie, albo i żerowały — zależnie od usposobienia i potrzeby. Różowy Koral, zgodnie ze swą naturą, rozmyślał — czasem marzył.
Ale bywały i dnie ciszy, pogody i lekkiego, poszmernego ukołysania. W atollu bywało wówczas zacisznie i błogo, jak w gniazdku ptaszęcem, wysłanem paździorkami pierzastej i wełnistej piany. W takie dni, odświętne i uroczyste, do zatoki atollu, niby do biesiadnej izby, schodziły się wszelkie istoty morskie z okolic przyległych, by poigrać, pośmiać się, pogwarzyć. Cisza morska bywała uciszeniem wszystkich swarów między możnymi i chudopacholcami, między rybami i jamochłonami czy szkarłupniami, nie mówiąc już o skorupiakach i polipach. Na znak dany przez delfina, mędrca i wróżbitę głębin, każdy pozbywał się gniewu czy trwogi, srogości czy zahukania — każdy był drugiemu bratem i druhem wesołym. Cała toń wtedy rozbrzmiewała szeptami, śmieszkami, to poświstywaniem radosnem, to miłosnem gruchaniem — szum dźwięczny niósł się wzdłuż i wszerz w harmonji tkliwej, serdecznej dokoła samotnej wyspy, co w ciepłych i jasnych promieniach słonecznych lśniła jak turkusem wysadzany pierścionek zaręczynowy.
Na powierzchni rozbłękitnionych wód rojnie pojawiały się gwiazdy morskie, onym gwiazdom nadziemskim podobne, co to jawiąc się na aksamitnym firmamencie niebios, zapowiadają pogodę i sercom ludzkim niosą ukojenie, mrugając ufnie a przyjaźnie.
Wespół z niemi pływały chełbie-meduźnice i opowiadały towarzyszom z niższych warstw wodnych o słońcu jasnem, co błyszczy nad roztoczą, a opowiadając, kiwały z zachwytem płaskiemi, wodnistemi głowami. Nie imponowały ich miamlania staremu nautilusowi-łodzikowi, który bywał na wielu morzach i rad był się chełpić swem doświadczeniem żeglarskiem; nie miał on jednak daru opowiadania i tylko kręcił wciąż w kółko, a gdy mu się przebrała cierpliwość, fukał głośno i pluł przez zęby, jak stary marynarz — od prawdziwego marynarza odróżniało go jednakowoż to, że w braku czego innego pijał wodę. Jeż morski, który wprawdzie niezdolny był do dalekich podróży, ale za to umiał ukłuć dotkliwie, nie szczędził mu docinków i w żywe oczy kpił sobie ze starego wygi, a jego żarty, w almanachu podmorskim uwiecznione przez głowonoga-kałamarnicę, były tak dowcipne, że śmiał się z nich głośno nawet pławikonik morski, pasący się wśród alg.
Najchętniej, rzeczy oczywista, słuchano opowiadań delfina, który zwiedził wszystkie morza, widywał lądy najodleglejsze, sam siebie nazywał przyjacielem ludzi, a o swych doświadczeniach, przeprawach i przygodach gwarzył barwnie i płynnie, gdyż miał łatwość wymowy i wogóle wielką we wszystkiem zręczność mimo lat sędziwych. To też nic dziwnego, że stary delfin był we wszystkiem wyrocznią całej zatoki majonezyjskiej z przyległościami.
Wszystkim tym pogwarkom i opowiadaniom przysłuchiwał się chętnie i szlachetny Koral Różowy, choć ze względu na dostojność rodu nie wypadało mu się przyznawać, że podziela babską czy gminną ciekawość. Był on przykuty do jednego miejsca, jak magnat chory na podagrę, więc nie mógł puszczać się w podróże, na które może i miał ochotę — kto go tam wie? — jednak nikomu się z tem nie zwierzał, tylko milczący i samotny spoglądał niby z wysokiej galerji na całe zbiegowisko ukwiałów, ślimaków, krabów i mątewek, wijące się u jego podnóża. Do nikogo się nie zniżał, z nikim się nie bratał, nikomu nie okazywał serca — bo zresztą natura nie obdarzyła go sercem... Jej w tem wina.
Wśród ryb, rojnie zaludniających, a raczej zarybiających słone przestwory, była jedna zwana rybą ciekawą, ponieważ miała ogromne wybałuszone ślepia i gębę zawsze otwartą. Ta nigdy nie zabierała głosu, tylko podczas opowiadań zwłaszcza delfinowych cała zamieniała się w słuch, a w miejscach najciekawszych naprężających powszechną uwagę, kłapała z zadowoleniem szczękami, zagarniając od niechcenia przy sposobności po parę ślimaków w swą ogromną paszczę.
Raz atoli ryba ciekawa w jeszcze inny sposób dała wyraz swej ciekawości, a było to w czasie takiej ciszy morskiej, że cicho się zachowywały nawet stworzenia podwodne, poziewując tylko, aż im się usta rozdzierały; nikt nie wiedział, co ma opowiadać, gdyż wyczerpał się zapas plotek. Przeto głos ryby ciekawej, przerywający ogólne milczenie, zwrócił na nią uwagę całego zgromadzenia; ona zaś krztusząc się i przewracając gałami oczu, jakby połykała conajmniej wieloryba, zapytała:
— Kto z was wie, co to za ogromna muszla spoczywa koło Sinej Rafy? Byłam tam wczoraj i...
Nie mogła dokończyć, bo głos jej znów uwiązł w gardle. Zresztą, choćby się nawet odznaczała wymową gładszą od wymowy delfina, nie dałby jej dokończyć przemówienia przeraźliwy hałas, jaki wszczął się na jej słowa — rzekłbyś, że nadchodzi orkan. Nie był to jednak orkan, lecz rzecz niemniej wśród ciszy morskiej niebywała, a mianowicie — kłótnia!
Rozpoczęły ją — o zgrozo! — żywięta, do starszego należące pokolenia, a więc tego, które przykład winno dawać młodzi. Gdy usłyszały zapytanie ryby ciekawej, zrazu ścierpła na nich skóra, jakgdyby tknęła się ich ryba, drętwą zwana; potem zaś na wyścigi zaczęły objawiać głośno swe oburzenie. Albowiem prawo morza Fiołkowego zabraniało wspominać o tej rafie, którą od lat wielu osłaniała jakowaś tajemnica zdradziecka, zabójcza, okropna.
Szerzyła się pogłoska, że rafa ta wyrosła niegdyś nagle z dna morskiego i że jej powstaniu towarzyszyły ogromne grzmoty podziemne, połączone z trzęsieniem dna morskiego oraz wzburzeniem wody, która wówczas rozgrzała się i kipiała jak ukrop; wiele miało tam zginąć istot słonowodnych, to też, by zapobiec ponowieniu się tego wypadku, wydano ustawę, zabraniającą zbliżania się do Sinej Rafy. Dlatego to starsze pokolenie, uważające się za stróżów i sędziów moralności, słusznie zgromiło rybią ciekawość. Zwłaszcza surowo karcił ją sędziwy rak homar, który choć już obrośnięty pleśnią starości, jednak z przedziwną sprężystością przewodniczył wszelkim czynnościom społecznym, nadewszystko zaś sądowym, a swemi nożycami umiał rozciąć najbardziej nawet zawikłane sprawy. Do jego zdania przyłączały się lękliwe liljowce, bogobojny pustelnik-biernatek z nieodstępnym sługą, ukwiałem Adamsia, a nadewszystko jubilerowie mórz, bogate perłowce, które w trudzie wyrabiały drogocenne klejnoty i jak każdy przemysłowiec, obawiały się przewrotów.
Ale młodsze pokolenie nie uznawało przesądów i nie lękało się tego, co budziło grozę w duszach pokolenia starszego. To też sędziwego raka okrzyczano wstecznikiem, ślepego minoga zmieszano z błotem, ślimakowi-turbaczkowi przytarto rogów, w ciemny kąt zapędzono łodzika, a nawet nie uszanowano pustelnika, wytykając mu strojenie się w cudze szaty (jako, że okrywał się skorupą przegrzebka). Staruszek ugodzony w słabe miejsce, rozgniewał się nie na żarty i wpół rozciął urągającą mu płaską flondrę; potem zaś, ponieważ nie było to w sprzeczności z jego postem, zjadł ową rybę, a flaczki oddał ukwiałowi.
Krwawy ten czyn spotęgował tylko zażartość waśni; cała młodzież, nie wyłączając najmniejszych szkrabów, ruszyła do ataku — hajże na starszych! Górą nowy porządek rzeczy! Precz z ustawami ciemiężącemi i ograniczającemi wolność osobistą! Świdrak-skałotocz, najbardziej ze wszystkich radykalny, radził, by w imię postępu udać się na Siną Rafę i przewierciwszy ją na wylot, zbadać jej zawartość, a temsamem rozproszyć czcze bajki. Wniosek ten poparła przedewszystkiem ryba-piła i grupa czerwonych ukwiałów, inni zasię radzili najpierw rozprawić się ze starszymi. Rozbiły się zdania, powstało wiele obozów i partyj; od szamotań, bójek i innego rwetesu aż zakłębiły się wodne przestwory, zwłaszcza, że nie próżnowała sepja-mątewka, czarny charakter, lubiący łowić zdobycz w mętnej wodzie. Spokojnie zachowywał się jedynie dostojny Różowy Koral, oraz gąbka, wielka elegantka, której dobre wychowanie i zamiłowanie porządku nie pozwalało na uczestnictwo w tej wulgarnej burdzie.
Naraz uciszyło się wszystko jakbyś ręką odjął. To zastukał herold laguny majonezyjskiej — kusza-młot, biegnący tu ze zlecenia płynącego tuż za nim delfina; snadź miał coś oznajmić wszem wobec lub przywołać do porządku wzburzone zgromadzenie. Zanim jednak zdołał przemówić, ozwała się ponownie, korzystając z ciszy, zachrypłym głosem ryba ciekawa, która przez czas sporu zdążyła się już odkrztusić.
— ...i widziałam tam jakieś dziwa... W tej muszli były otwory, a w nich tafle przeźroczyste i było widać, co jest w środku... Były tam...
— Dzieci i ryby nie mają głosu! — huknął nadjeżdżający delfin, zgorszony takim brakiem uszanowania dla praw i urzędu.
— Proszę ryb nie obrażać, bo one gotowe dowieść, że od gęby, co gada, lepsza gęba, co kąsa! — rozległ się głos dziwnie zjadliwy i syczący tuż za plecami delfina.
W całej lagunie majonezyjskiej zapanowała śmiertelna cisza i przerażenie. Oto zjawił się tu przybysz groźny, postrach mórz — żarłacz rekin!... Nieczęstym on bywał tu gościem, bo wolał hulać po wielkiem morzu, gdzie ogromne jego cielsko więcej miało swobody ruchów; czasem tylko, gdy mu wpadła w oko jakaś grubsza zwierzyna, zapędzał się za nią na laguny, gdzie zagarniał zdobycz, jak w więcierze. Na ustawy majonezyjskie nic a nic nie zważał, nazywając je utopją, z wszelkiej sprawiedliwości i wszelkich rozejmów szydził, polując zarówno w ciszę, jak podczas burzy. Czuł też wielką niechęć do delfina za to, że ów nie będąc rybą, miał się za coś lepszego od innych tworów płetwiastych. Pragnął też uczynić mu na złość choćby raz w życiu.
— Czego wy się, głupie, boicie? — krzyknął żarłacz, widząc, że ryby nie pragnąc bynajmniej dowodzić lepszości swej gęby, pierwsze dają przed nim drapaka. — Przecież wam nic nie zrobię, bom się już obżarł lepszem od was mięsem na pełnem morzu!
Niejedna z ryb błogosławiła w tej chwili niebiosa, że dały jej gorsze mięso — jednakowoż argument rekina nie wszystkim przemówił do przekonania.
— No, nie boczcie się i bądźcie wdzięczne, żem dziś dla was dobry — mówił rekin. — Po dobrym obiedzie dobrze na strawność robi przyjemna pogawędka, to też dziś możemy sobie pogwarzyć. Niechno i ja raz przecie zakosztuję waszej sielanki!
I ponieważ nikt się nie odzywał, więc sam zagaił rozmowę:
— Chcecie się dowiedzieć coś o Sinej Rafie, jak słyszałem? Intryguje was ta ogromna, butwiejąca skorupa? Czemużeście się do mnie nie zwróciły po wyjaśnienie? Nikt lepiej wyjaśnić wam tego nie potrafi, bo przecież to ja pożarłem owych ludzi!
— Ludzi? — zagadnął naraz Różowy Koral, otwierając szeroko jamę ustną ze zdumienia.
Wielkie musiało być zaciekawienie Różowego Korala, skoro złożywszy z serca hardość, przemówił, a wielka równocześnie i śmiałość, że ważył się odezwać do rekina. Ale Różowy Koral nie potrzebował się obawiać srogiego tyrana mórz, ufny w swój gród kamienny i moc swych parzydełek. Niemniej jednak tak szalona odwaga w zdumienie wprawiła wszystkich mieszkańców laguny; Różowy Koral, który dotąd cieszył się czcią powszechną i szacunkiem, urósł jeszcze wyżej w opinji.
— Ludzi! alboż mi to nowina? — zgrzytnął zębami rekin. — Myślisz, strzępku, że na żarty nazywają mnie ludojadem? Zjadłem ich wszystkich, jeno kostki pozostały — może się tam która jeszcze obija o boki tego zatopionego okrętu! Próbowali pływać — uciekali przedemną — hahaha! jak oni śmiesznie pływają — te niedołęgi! Ale zachłysnęli się wodą i potonęli... Kilku ich dopadłem jeszcze przedtem i zjadłem na żywo...
Koralowi jeszcze się to dziwniejszem wydało. Jakto? owi ludzie, o których z taką czcią mówił delfin i których z taką obawą i zgrozą wspominały półgębkiem inne ryby szerokiego morza, począwszy od łososi, a kończąc na małych sardynkach — ci ludzie byliby tak słabi, że nie potrafili zwalczyć rekina, a choćby przed nim uciec? Nie potrafili pływać, choć na to zdobędzie się pierwsza lepsza flądra, rozumem nie grzesząca; co gorsza nawet samą wodą morską, w której żyć mogą nawet bojaźliwe liljowce, do zwierząt niepodobne, zadławili się niby twardą ością i marnie poszli na dno. Słyszane rzeczy! Różowy Koral począł teraz nieco rozumieć tajemnicę Sinej Rafy. Istotnie mieli rację ojcowie, gdy przed nią przestrzegali, jeżeli tam śmierć i to tak haniebna spotkała istoty tak potężne, jakiemi podobno byli ludzie. Widocznie owa skała podwodna była skałą — bezsilności.
Podobne myśli musiały chodzić po głowach, a jeżeli ktoś głowy nie miał, to po wnętrznościach innych mieszkańców laguny. Przykład Korala, a w wyższym jeszcze stopniu ogólna ciekawość, przemogły trwogę; zresztą rade były choćby raz przyjrzeć się dokładnie i bezpiecznie rozbójnikowi mórz. Widział rekin tę powszechną ochotę i nie dał na siebie czekać, zwłaszcza, że chciał zbuntować wszystkich przeciwko delfinowi, podkopując jego autorytet i obalając święte ustawy laguny majonezyjskiej.
— Durni są ludzie, tak samo, jak ich przyjaciele (była to aluzja do delfina). Chodzić w wodzie ani pływać nie umieją, więc biorą sobie do pomocy skorupę, jak nieprzymierzając ten pustelnik, a nazywają ją łodzią lub okrętem, poruszają się zaś po powierzchni wody przyprawianemi nogami z drzewa. Gdy zaś się taka skorupa rozbije, jak wtedy na Sinej Rafie, to im już śmierć — jakbyś ostrygę z muszli wyłuskał.
Ostrygi zawarły się w muszlach ze wstydu, że tak z nich zaszydzono; jeno szparkę wąską zostawiły, by mogły posłuchać opowieści — jak dzieci, co przez drzwi uchylone podpatrują, co robią starsi. A rekin mówił:
— Pamiętam — choć to lat już piętnaście upłynęło — jak bezradnie wymachiwali rękoma, niczem ośmiornice, tylko że nic niemi ułowić nie zdołali. Jeden z nich był gruby i tłusty, w białej odzieży; znałem go już dawniej z widzenia, bo mi nieraz dań ciskał z okrętu, gdzie gotował strawę towarzyszom. Chciałem go za to zjeść na ostatku, ale on nie umiejąc ocenić mej wspaniałomyślności, rzucił się na mnie, wyrwawszy ostry nóż z za pasa.
Westchnęły sardele i śledzie, wśród których z pokolenia na pokolenie przechowywały się legendy o owych strasznych narzędziach, używanych przez ludzi. Widząc ich smutek, a nie rozumiejąc przyczyny, zaczęły i chełbie smutno kiwać głowami, a kto miał głowę, szedł za ich przykładem. Głowonogi, że mają głowę w miejscu trochę niewłaściwem, zaczęły kiwać wzniesionemi w górę nogami, jak chłopcy, fikający koziołki.
— Zranił mnie trochę bestja, alem go zjadł, jak w tej chwili tego oto tuńczyka — to mówiąc rekin jednym sztychem rozpruł wspomnianą rybę, poczem, uchwyciwszy ją za ogon, powlókł drgające zwłoki hen daleko na głębokie morze.
Zgroza ogarnęła wszystkich obecnych. Przez długą chwilę stali nieruchomo; rzekłbyś, że w kamień się zmieniają, jak madrepory. Pierwszy ciszę przerwał delfin.
— Oto widzicie, co wynikło z waszych swarów! Zaiste jeszcze gorsze przyjdą na was czasy, bo oto wywołaliście widmo straszne i mściwe — człowieka, z którym najlepiej żyć w spokoju. Gdy po raz drugi zamieszkają tu ludzie — biada wam!
— Alboż tu kiedy mieszkali? — zapytał Koral Różowy. — Nigdym ich tu nie widział.
— Bo ciebie wtedy jeszcze na świecie nie było, gdy pomarli — choć gdyby chcieli, mogłoby pozostać po nich ich pokolenie.
— Opowiedz nam o tem, delfinie! — chórem nalegać poczęły wszystkie stworzenia podwodne, zapomniawszy o niedawnym strachu; a prosiły tak gorąco, że delfin uległ wreszcie i dźwięcznym głosem rozpoczął opowiadanie:
— Próżno się rekin przechwala, że pożarł wszystkich ludzi z onego okrętu. Byłem wówczas w tych stronach i wiem, że było inaczej. Ludzie umieją sobie dawać radę nawet w takich okolicznościach, o jakich nam się bodaj że nie śniło, a na lądzie, na którym żadne z was (nie wyłączając rekina), nie potrafiłoby wyżyć i pół dnia, pobudowali sobie pałace i dziwa, że niech się schowają perłowniki i korale! Nam się od nich rozumu uczyć! Otóż z okrętu wyratowało się dwoje ludzi: chłopiec i kobieta — jakby po naszemu powiedzieć: samczyk i samiczka. Różni bywają ludzie co do urody i trafia się niejeden, co brzydszy od wężowidła; ale ci oboje byli przecudnej piękności. On był zgrabny i muskularny, tak, iż fraszką mu było płynąć od Sinej Rafy do naszego atollu, a ponadto ciągnąć za sobą strzaskaną belkę masztową, do której, liną przewiązana, przyczepiona była owa kobieta. Oczy miał czarne, jako toń morska w noc bezgwiezdną i burzliwą i tak samo od czasu do czasu strzelały z nich olśniewające błyskawice. Czarne miał i włosy, co mu nad czołem i skrońmi falistą płynęły grzywą, a nad wargą drobnym sypały się meszkiem, podobnym do parzydełek czerwonego ukwiału. Ona natomiast miała oczy błękitne ze złotawemi połyskami, niby tafla morza w dzień słoneczny, podczas ciszy; włosy zaś miała długie i jasne, barwą podobne do wydmy piaskowej. Perłową miała cerę szyi i ramion, policzki przybierały odcienie różowe, aż wreszcie jej usta rozkwitały kolorem najpiękniejszego z korali...
Różowy Koral w życiu swem nie słyszał tak pięknej opowieści; by nie dać poznać po sobie wzruszenia, zmuszony był aż zasłonić mackami oblicze. Dziwne obrazy, dziwne pojęcia zaczęły tłoczyć się w jego samotnej duszy zwierzęcej, co choć w tak drobnem ukryta ciałku, była jednak duszą szlachetną i wrażliwą. Nigdy w życiu swem nie czuł tak wielkiej tęsknoty, nigdy mu tak nie ciężyła kamienna samotność. O, gdybyż można było z tego świata płastug i ślimaków wydostać się tam w górę, w ten przestwór wyczarowany i piękny, gdzie złote świeci słońce... tam, gdzie nas nie przygniatają ciężkie zwały wodne... tam, gdzie nawałnice w coraz to inne kształty załamują fal powierzchnię... tam, gdzie znajdują się owe cudne miasta, stawiane przez ludzi!... Tam być choć przez chwilę!... chociażby później skamienieć na wieki, dzieląc los madrepor!
A tymczasem delfin opowiadał dalej:
— Oboje dopłynęli do atollu — możeby i nie dopłynęli, gdyby im nie dopomógł wiatr, wiejący w tę stronę i napędzający fale ku wyspie. Jedna z tych fal wyrzuciła ich na brzeg. Upadli na biały piasek i dyszeli głucho, a nieprzytomnie, jak ryba, zostawiona przez odpływ. Podnieść się, a nawet poruszyć nie morzu, gdyż byli zmęczeni i potłuczeni, a ponadto nasiąkli wodą, niby gąbki; albowiem ludzie noszą zazwyczaj na sobie powłoki, zwane odzieniem. Z osłabienia stracili przytomność...
Nawałnica, wytrząsłszy z siebie mnóstwo wody i ognia, jęła przycichać. Jak z szarej ikry, złożonej w zakątku dna morskiego lęgną się lśniące, gibkie i cienkie rybki, tak i z szarych kłębiastych chmurzysk wysypały się ostre, zwinne promienie słoneczne. Niebawem ukazało się słońce — biały atoll niebios. To rozjaśnienie i przebudzanie nieba przedziwny miało wpływ na oboje ludzi. I oni przebudzili się ze swej niemocy, rozprężyli białe ramiona, a otwarłszy oczy, uśmiechnęli się do siebie wzajemnie słonecznym uśmiechem. Chłopiec pierwszy powstał z ziemi i podawszy rękę kobiecie, podniósł ją, poczem oboje jęli pozierać na powierzchnię wody. Patrzyli, patrzyli długo, a w miarę, jak patrzyli, twarze im się rozjaśniały uspokojeniem i radością, jakby się w nich odbijały wszystkie przemiany wypogadzające się nieba. Na falach, którym się przyglądali, nie było już widać nic, oprócz rozsianych zrzadka drzazg okrętu lub niedojedzonych szczątków ludzkich. Nie widzieli nawet mnie, znajdującego się nieopodal i radującego się z ich ocalenia.
Odtąd często mogłem ku nim podpływać i nie będąc widzianym, podpatrywać ich życie lub podsłuchiwać ich rozmowy. Sklecili sobie chatkę z gałęzi i tam mieszkali. Żywili się owocem palm kokosowych, co są podobne naszym liljowcom, oraz mięsem skrzydlatych ptaków, zabijanych przez chłopca łukiem z trzciny. Wieczorami zaś wiedli długie gawędy, z których dowiedziałem się o ich losach; znam bowiem mowę ludzką.
— „Tobie, Estebanie“ — mówiła kobieta, lejąc łzy słone, rozpryskom śnieżnej fali podobne, — „tobie zawdzięczam ocalenie. Bożą to było Opatrznością, żeś ty znalazł się na tym okręcie — jeden człowiek dobry wśród tylu opryszków. O, gdyby mi się udało wrócić do naszego domu, odpłaciłabym ci to hojnie! Ale, czyż ja mam dom i czyż do niego powrócę! Zapewne domostwo nasze podpalił zbójca Fernandez, który w oczach moich zabił mi męża, skarby nasze zagrabił, a mnie omdlałą porwał na swój statek korsarski!...“
— „Fernandez już spoczywa na dnie morza wraz z zagrabionemi skarbami i okrętem. Ale powiedz mi, seńoro Marjo, czemuż to porwał cię ten zbójca... i za co on zamordował twego męża?“
— „Fernandez kochał się we mnie... pałał żądzą ku mnie... i nie mógł tego znieść, żem przed trzema laty wyszła za ukochanego Alonza. Poprzysiągł Alonzowi zemstę... i wykonał... Skorzystał z chwili, gdyśmy byli w podróży, w gospodzie odludnej — pewno w zmowie był z karczmarzem... W nocy wywalił okna i wpadł na nas z bandą drabów... Alonzo bronić się nie zdołał, padł z głową rozciętą... Gdy do zwłok przypadłam, całując je, Fernandez oderwał mnie z wściekłością, a popchnął mnie z taką gwałtownością, aż się zatoczyłam; potem uniósł mnie w jednej odzieży... nie wiedziałam, którędy mnie niósł. Przytomność odzyskałam dopiero na okręcie...
— „Esteban, tyś jeszcze chłopię niewinne... nie wiesz, jak okropnym może być mężczyzna, porwany żądzą... Ileż ja znieść musiałam od tego okrutnika!... Jakże mi wstrętne były pocałunki, które przemocą wyciskał na moich policzkach i wargach! Zaciskałam wargi i zagryzałam, choć chciało mi się rzucić na niego i przegryźć gardło nędznikowi. Ale musiałam to znosić, bo on mi groził, że odszuka moją córeczkę dwuletnią, która bawiła u matki mojej na wsi i w moich oczach rozszarpie to, jak nazywał, szczenię Alonzowe... Moją Estrellę, moją najdroższą córeczkę, moje jedyne dziecię!
„Raz... pamiętam... o czyż mam mówić! Fernandez zażądał odemnie większej ofiary... strach mię bierze i cała istota moja się wzdryga, gdy o tem pomyślę... Oczy jego żagwiły się ogniem jakimś piekielnym, który doskwierał mi, jakby mnie całą torturowano żelazem rozpalonem do czerwoności. Pochyłił się nademną, leżącą na wezgłowiu, przyklęknął i wpatrzył się we mnie temi żarłocznemi oczyma; brwi zgięły mu się w dwa haki, usta przybrały wyraz okropnej zawziętości... Zerwałam się z oburzeniem, niemal z wściekłością i odepchnąwszy od siebie potwora, dałam mu w twarz. Uderzenie musiało być silne, bo się zatoczył i upadł, ja zaś krzyknęłam: Nie wiesz, z kim masz do czynienia. Oto sam Alonzo, któregoś zamordował, dał ci przezemnie policzek!
„On jęknął i krew mu buchnęła z ust. Odniesiono go do drugiej kabiny; tam, jak wiesz, długo bredził i rzucał się w gorączce, odgrażając się, że zamorduje mnie i Estrellę. Załoga, rozgniewana na mnie, chciała mnie wrzucić w morze — aleś ty się za mną ujął, Estebanie... dziś zaś mnie ocaliłeś poraz drugi...“
— „I sam się ocaliłem, bo gdyby się okręt nie rozbił, byłbym zginął z rąk Fernandeza...“
— „Ale... ale, czy my się stąd kiedy wydostaniemy? Takbym chciała powrócić... Tu mi tak strasznie, tak pusto... taka jestem sama... nikogo nie mam ze swoich...“
— „Nie jesteś sama... ja jestem z tobą!“ — rzekł chłopiec z mocą.
Uderzyły ją te słowa; na jej twarzy ukazał się nieznaczny rumieniec i zmieszanie, ale za chwilę odpowiedziała ze smętnym uśmiechem:
— „Dla mnie życia niema bez mojej Estrelli, bez jej oczu niebieskich, bez jej rączek maluczkich, któremi obejmowała mnie na dobranoc, szeptając słodko: Mamusiu! Żeby mi się udało do niej powrócić!...“
— „Powrócisz... życie poświęcę, by ciebie uratować... Czy pamiętasz pani, jak niosłem ciebie na ramionach, wyrywając cię z rąk rozjadłych piratów? Pudło okrętu odbrzmiewało wtedy wszystkiemi poszumami morza, a mnie w głowie szumiał zamęt takich myśli i uczuć, jakich nigdy w życiu nie doświadczyłem poprzednio...“
— „Tak pamiętam... winnam ci wdzięczność i mam dla ciebie zaufanie, jak dla nikogo; dlatego to tak otwarcie wyspowiadałam ci się z tego, czegobym nikomu powierzyć nie śmiała... chciałam, byś nie sądził źle o mnie...“
— „O nie! ja o tobie nie mógłbym źle pomyśleć!“ zaklął się chłopiec, składając ręce, a wzrok jego wyrażał to wszystko, co on o niej myślał.
Codzień rano stawali na samej krawędzi skały i patrzyli na morze, czy na widnokręgu nie widać okrętu. Czasem białą mewę brali za żagiel i radowali się, ale złudzenie pierzchało i radość ich pryskała, jak bańka piany, rozbita o skały.
Chłopcu przychodziło na myśl, by próbować żeglugi przez morze, więc w pocie czoła nożem marynarskiem żłobił strzaskany pień palmowy, myśląc, że uda mu się zeń sporządzić łódkę. Ale okręt nie nadjeżdżał, praca nad łódką trwała czas długi, bo nóż był tępy i zardzewiały; upływały miesiące. Woda morska zżerała im stopniowo obuwie i odzienie, które zaczęło opadać z nich płatami, jak łuski z gnijącej ryby. Wreszcie spadły z nich ostatnie strzępy; nie mieli czem się okryć... Ciała mieli białe, gładkie i piękne; każdy ich ruch, każde przegięcie, radowały me oko — wspominałem sobie własne lata młodzieńcze, kiedym to po wszystkich morzach słynął swą urodą! Hej...
Wziął się delfin pod boki płetwami i wyskoczył raźno, a z wdziękiem wysoko nad wodę, poczem rad z powszechnego uznania, ciągnął dalej:
— Odtąd, pamiętam, stali się jacyś inni dla siebie; rumienili się na swój widok, unikali wzajemnych spojrzeń w oczy, w słowach się plątali i już nie opowiadali sobie długich opowieści. A jednak, jakże wiele widziałem w tych kryjących się spojrzeniach! O, bo ja znam serca ludzi, a nie jak rekin, jedynie smak ich mięsa!...
Różowy Koral, po raz pierwszy zapewne w życiu, pożałował, że mu nie danem było znać i rozumieć niczyjego serca...
— Jednego dnia — opowiadał dalej delfin — zerwała się zmów straszna burza. Wichura połamała najgrubsze palmy, nawet te, pod którą znajdowała się klecanka dwojga ludzi. Szałas rozniosło na strzępy, które do reszty zmyła ulewa. Kobieta i chłopiec znaleźli się bez żadnej ochrony — sami siebie wzajemnie musieli osłaniać i podtrzymywać, by ich nie porwał huragan. Widziałem, jak ukryli się w jakiemś wyżłobieniu koralowej skały i objąwszy się ramionami, tulili się do siebie, niby dwie muszle małży perłowej... Drżeli na całem ciele, zmoczeni strugami walącego się na nich deszczu.. coś, zdaje się mówili, ale huk fal morskich nie pozwalał mi nic dosłyszeć... Pluta wreszcie stała się tak gęsta, iż zdawało się, jakgdyby nad nami drugie morze narosło.. Ponieważ spadająca z niebios woda smagała mnie po grzbiecie, więc dałem nurka w głębinę. Atoli i ludzi oboje już dawniej straciłem z oczu...
Jakoś się tak złożyło, że przez czas pewien nie było mnie w tych stronach. Jednego dnia, gdym powrócił, ujrzałem nad wyspą chmarę ptaków, a zresztą nikogo żywego... Wyskoczywszy mad wodę, przyjrzałem się miejscu, gdzie krążyły ptaki. Ujrzałem dwa białe szkielety ludzkie...
— Hej, w złą porę wymówiłeś to, delfinie! — krzyknęła chowająca się właśnie pod falę przesądna ryba latająca, strażnik wód. — Wywołałeś, guślarzu, widma ludzi! Patrz, oto jedzie okręt...
W jednej chwili rozbiegły się ryb zastępy, nawet kraby pokusztykały do kryjówek, a perłowniki pozamykały się w skorupach. Nastroszył się jeż morski, pozwijały się liljowce — jedynie Koral Różowy pozostał niewzruszony. Cóż mu mogło grozić od ludzi? Przecież go nie zjedzą, bo mały i niestrawny!...
Na lagunie zamajaczyło coś dużego, aż cień padł w głębinę... coś większego od największych ryb... tak wielki mógłby być chyba tylko ów wieloryb, o którym Różowy Koral wiedział z opowiadań. Był to jednak tylko — bryg „Andaluzja“.
Cień przesunął się — zaszumiała woda zatoki, wpół przekrajana. Naraz statek stanął w miejscu pod skałą, niby cielsko ogromnego polipa, czającego się na zdobycz — poczem z kadłuba wysunęły się, jakby długie macki, ostremi zakończone zębami, krzywemi, jak u morsa, upadły na dno i uczepiły się nasady drzewa koralowego. Później jeszcze jedną linę wypuszczono z okrętu — na jej końcu była jakaś istota żywa, która stanąwszy na dnie, jęła zbierać gąbki i perłowe małże. Wtem, oczy przybysza zwróciły się w stronę drzewa koralowego, potem zaś on sam począł iść w tym kierunku, poruszając się dziwnie na dwóch nogach. Zatrzymał się tuż koło gałęzistej budowli pokoleń jamochłonnych. Różowy Koral poraz pierwszy w życiu zobaczył — człowieka...

Wśród morza zielonych pampasów, niby wysepka koralowa, świeci białe miasteczko, grzeje się rozkosznie w południowem słońcu i pulsuje życiem niegłośnem, a poczciwem. Niewiadomo, kto tu głośniejszy, nieliczni ludnie, czy też liczniejsze od nich ptactwo, gnieżdżące się rojami na dachach i poddaszach.
Najgłośniej gwarzyły gołębie i skrzeczały papugi dokoła najcichszego z domów, co opasany drzewami i ogrodem, stał na przedmieściu. Mieszkała w nim staruszka zgrzybiała i dziewczę młode lat siedmmastu. Można je było widzieć najczęściej w ogrodzie, gdzie siadywały na ławeczce pod drzewem, wypatrując kogoś na drodze.
— Bogu dziękuję, moja dziecino — mówiła staruszka — że nie pozostaniesz sama, gdy zejdę z tego świata. Pablo jest zacnym młodzianem i dobry będzie zeń mąż dla ciebie. Gdy wróci z tej podróży morskiej, wyprawię wam wesele. Żeby też twoja matka mogła tego doczekać!... Nawet nie wiem, czy ona żyje...
— Pablo obiecał, że będzie się o nią dowiadywał po świecie; chyba znajdzie się jakiś trop Fernandeza!... A obiecał też Pablo, że podaruje mi najpiękniejsze perły ze swego połowu... Babciu, czy mi będzie do twarzy w perłach?
Podniosła pytająco błękitne oczy.
— O, będzie Estrello! Matce twojej dobrze było w perłach, a tyś do niej tak podobna!...
— E, wiesz babciu, co innego przyszło mi do głowy... Sprzedam te perły i każę postawić ładny pomnik na grobie tateńka... On tam leży pod tak skromnym krzyżykiem drewnianym...
— Nie było za co sprawić lepszego, dziecino. Ograbiono nas ze wszystkich skarbów... Ale, czy Pablowi nie będzie przykro, gdy sprzedasz jego perły?..
— Nie babciu! on ułowi ich jeszcze więcej i jeszcze piękniejsze... Jakie tam cuda są na dnie morza!... jak pięknie on o tem opowiadał!...
Na drodze rozległ się tętent konia. Skoczyła Estrella ku furtce, ale zawiodła się. To nie Pablo... jechał posłaniec, wożący pocztę ze stolicy. Stanął przed furtką i podał Estrelli jakieś zawiniątko. Rozwinęła je: był tam list, obcą pisany ręką i prześliczny krzyżyk z różowego koralu na złotym łańcuszku. W liście były słowa:
— Seńorita! Pablo nie żyje. Zginął w czasie ostatniego połowu. Koło rafy na morzu Fiołkowem, niedaleko od wyspy, nazwanej przez mas Majonezją, znaleźliśmy okręt zatopiony, pełen nieprzebranych skarbów. Pablo kilkakrotnie dobywał stamtąd skrzynie złota, — aż wkońcu wyciągnęliśmy tylko pustą linę... Zdaje się, pożarł go rekin, któregośmy widzieli koło „Andaluzji...“
Do listu załączamy krzyżyk, który Pablo jeszcze za życia polecił wyrobić z korala, wydobytego z laguny majonezyjskiej i tobie posłać. Wszyscy opłakujemy śmierć ukochanego druha. Racz przyjąć, seńorita, wyrazy szczerego współczucia i wielkiej czci...

Kapitan...

Nazwiska już niedoczytała, bo oczy jej wezbrały łzami... Przytuliła do serca krzyżyk różowy — jedyną po nim pamiątkę... przedmiot wydobyty z tego samego dna morskiego, na którem w tej chwili spoczywał jej ukochany...

Już zaszło słońce, wśród koralowych tonąc obłoków... odeszło, by zabłysnąć hen daleko, nad cmentarną Majonezją... Miasteczko zasunęło się w ciemność, niby ślimak w muszlę i usnęło. Nie spały tylko gwiazdy na niebie i nie spała Estrella, choć ją babka, rozebrawszy, ułożyła na puchowem łóżeczku. Włosy jej bujne i jasne rozpłynęły się bezładnemi falami po poduszkach, migocąc przy świetle kaganka, jak złoto. Ramiona obnażone zaplotła pod głowę i szyję o cerze perłowej, a całem jej ciałem raz po raz wstrząsał dreszcz szlochania... W głębinie jej duszy huczała uczuć nawałnica...
Na sercu dzieweczki spoczywał cicho, martwy i kamienny, Różowy Koral...

Powieść powyższa, niewygładzona i skłębiona, niby fale morskie, nie jest wcale moim wymysłem. Słyszałem ją całą od początku do końca we wnętrzu ogromnej i szmerliwej konchy ślimaka morskiego, którą często, będąc chłopcem, przykładałem do ucha. Może ten lub ów szczegół jest nieprawdopodobny lub zgoła nieprawdziwy; wszystko należy położyć na karb muszli-pleciugi. Albowiem wujaszek, który mi tę muszlę podarował, zaręczał, że przywiózł ją nie z rzekomego morza Fiołkowego, lecz — z Abbacji.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Birkenmajer.