Posiadacz/Część II/Rozdział X

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor John Galsworthy
Tytuł Posiadacz
Wydawca Towarzystwo Wydawnicze „Rój“
Data wyd. 1930
Druk Karol Prochaska
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Róża Centnerszwerowa
Tytuł orygin. The Man of Property
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
ROZDZIAŁ X.
OKREŚLENIE FORSYTÓW

W naturze Forsytów leży nieświadomość tego, że są Forsytami; Jolyon-syn wiedział jednak, że jest Forsytem. Nie miał o tem pojęcia aż do popełnienia stanowczego kroku, który wyrzucił go poza nawias własnej jego społeczności. Od tej chwili świadomość tkwiącego w nim forsytyzmu nie opuszczała go nigdy. Czuł ją przez cały czas małżeńskiego swojego pożycia, w ciągu całego współżycia jego z drugą żoną, która była najbardziej krańcowem przeciwieństwem Forsytów.
Wiedział, że gdyby nie zdawał sobie tak jasno sprawy z tego, do czego dążył i nie umiał z taką uporczywością kroczyć drogą, jaką sobie wytknął, gdyby nie miał poczucia szaleństwa utracenia tego, co okupił tak wysoką ceną — słowem, gdyby nie posiadał „poczucia własności“ — nie mógłby nigdy utrzymać jej (może nawet nie chciałby wcale utrzymać jej) w ciągu piętnastu lat finansowych trosk, zawodów i zmartwień; nie byłby nigdy skłonił jej do poślubienia go po śmierci pierwszej jego żony; nie miałby możności przeżycia tego wszystkiego i ostania się, wymizerowanym co prawda i wychudzonym, ale z uśmiechem na ustach.
Należał do typu ludzi, którzy, siedząc ze skrzyżowanemi nogami, niby minjaturowe bożki chińskie, w klatce własnego serca, uśmiechają się stale, śmiejąc się z samych siebie drwiącym nieco, ironicznym uśmieszkiem. Nie znaczy to wszelako, aby uśmiech ten, przywarły nieodłącznie do jego twarzy i taki jej właściwy, miał być mu przeszkodą do jego czynów, które, podobnie jak jego podbródek i jego temperament, szczególnem były połączeniem miękkości i stanowczości.
Świadom był również, że jest Forsytem i w swojej pracy także, w swojem malowaniu akwarelami, któremu poświęcał się z taką energją, z okiem stale jednak zwróconem na samego siebie, jakgdyby nie mógł brać zupełnie na serjo podobnego zajęcia i jakgdyby stale ogarniał go niepokój, że nie zarabia malowaniem tem dość pieniędzy.
Wskutek tej właśnie świadomości swojej cech prawdziwego Forsyta przyjął nawpół z niesmakiem i nawpół z współczuciem następujący list od starego Jolyona (charakter pisma ojca bardzo nieznacznej uległ tylko zmianie w ciągu trzydziestu zgórą lat od czasu, jak je zapamiętał):

Sheldrake-House
Broadcasting
1 lipca.
„Mój drogi Jol
Jesteśmy tutaj od dwóch tygodni i naogół pogoda sprzyjała nam. Powietrze jest tutaj orzeźwiające; niestety, moja wątroba wciąż nie w porządku. Chętnie też powrócę do miasta. O Jimie nie mogę powiedzieć nic pocieszającego. Jej zdrowie i usposobienie pozostawiają wiele do życzenia; nie wiem doprawdy, na czem się to wszystko skończy. Nie mówi nic, widać jednak, że truje się biedaczka tem narzeczeństwem, które właściwie jest niem i nie jest niem — licho doprawdy wie czem jest. Poważne mam wątpliwości, czy należy jej pozwolić powrócić do Londynu w obecnym stanie rzeczy, tak jest jednak samowolna, że może jej w każdej chwili wpaść na myśl spakować manatki. Ktoś powinienby pomówić z Bosinney’em, aby upewnić się, jakie są jego zamiary. Ja sam bałbym się na to ważyć, bo gotówbym przetrącić gagatkowi kości, myślę jednak, że ty, który znasz go z klubu, mógłbyś podjąć się tego i przekonać się, co właściwie chłopak ma na celu. Oczywiście, nie skompromitujesz niczem Juny. Bad będę usłyszeć od ciebie za parę dni, czy udało ci się dowiedzieć czegoś. Sytuacja stała się nieznośną dla mnie, myśl o małej dręczy mnie całemi nocami.
Ucałuj ode mnie Jolly i Holly
Twój kochający cię ojciec,
Jolyon Forsyte.“
Jolyon-syn zamyślił się nad treścią tego listu tak głęboko i poważnie, że żona jego zauważyła tę zadumę i zapytała, co się stało.

— Nic — odpowiedział.
Przyjął za stałą zasadę nie wspominać nigdy w rozmowach z żoną o Junie. Mogłoby to zaniepokoić ją; Bóg wie, co gotowa pomyśleć. Pośpieszył tedy zatrzeć wszelkie zewnętrzne ślady swojego zakłopotania, tak samo jednak udało mu się to, jak udałoby się jego ojcu, odziedziczył bowiem całą przejrzystość starego Jolyona w sprawach, dotyczących drobnych podstępów domowego życia. Dlatego też pani Jolyonowa-młodsza, krzątając się dnia tego dokoła gospodarstwa, miała mocno zaciśnięte wargi i od czasu do czasu tylko rzucała na męża chyłkiem badawcze, przenikliwe spojrzenia.
W godzinach popołudniowych wyruszył Jolyon-syn do klubu z listem ojca w kieszeni, niezdecydowany jednak jeszcze, jak ma postąpić.
Wybadywanie człowieka co do jego zamiarów było mu szczególnie niemile, a własne jego anormalne położenie podwajało jeszcze tę przykrość. Tak, to zupełnie w guście jego rodziny, w guście wszystkich tych ludzi, których znał i z którymi związane były jego losy, narzucanie człowiekowi tak zwanych przez nich swoich praw do niego, upodabnianie go do nich samych; tak zupełnie w ich duchu jest stosowanie swoich zasad handlowych do kwestyj czysto prywatnych!
I jak wyraźnie zdradzało całą istotę rzeczy zdanie, użyte przez ojca: — „Oczywiście, pod żadnym pozorem nie skompromitujesz Juny!“
A jednak list z osobistemi żalami, troska o Junę, groźba „pogruchotania kości“ takie są zrozumiale! Cóż dziwnego, że ojciec chce się dowiedzieć, jakie ma Bosinney zamiary, cóż dziwnego też, że jest taki rozsrożony?
Trudno odmówić żądaniu starego Jolyona. Ale dlaczego jemu właśnie powierzona została niemiła ta misja? Wybór zupełnie niewłaściwy; należy wszelako do cech prawdziwego Forsyta nie dbać, jakiemi drogami osiągnie pożądany cel, byleby tylko zachowane zostały pozory.
Jak ma się do tego zabrać, albo też, pod jakim pretekstem odmówić? I jedno i drugie wydawało mu się niemożliwe. Tak, tak młody Jolyonie! Niema co, trzeba się zdecydować!
Przyjechał do klubu o trzeciej po południu i pierwszym zaraz człowiekiem, na którego się natknął, był Bosinney we własnej osobie, siedzący w rogu przy oknie, przez które wyglądał na ulicę.
Jolyon-syn usiadł nieopodal i wpatrzył się w niego uważnie po raz pierwszy może w życiu. Czynił to wszelako z ukrycia, nie chcąc spłoszyć nieświadomego tej obserwacji młodego człowieka. Zbyt mało znał niezwykle wyglądającego młodzieńca, tak różniącego się sposobem ubierania, twarzą i zachowaniem od innych członków klubu — sam Jolyon-młodszy, jakkolwiek odmienił się zarówno co do usposobienia i nastrojów, zachował jednak zawsze zewnętrzną nieskazitelność i charakterystyczną powściągliwość Forsyta. On jedyny z pośród wszystkich Forsytów nie słyszał nigdy o przezwisku, danem Bosinney’owi. Uważał go za człowieka niezwykłego, ale nie ekscentrycznego; niezwykłego i na tem koniec. Bosinney miał wygląd wymizerowany, był blady, z wklęsłęmi policzkami i wystającemi, szerokiemi kośćmi policzkowemi, nie czynił jednak bynajmniej wrażenia człowieka chorego, był bowiem silnej budowy, a gęstwina krętych jego włosów zdawała się wskazywać na niespożytą żywotność mocnego organizmu.
Coś w jego twarzy i zachowaniu się wzruszyło młodego Jolyona, który wiedział z osobistego doświadczenia, co znaczy cierpienie, zrozumiał więc odrazu, że człowiek ten musi cierpieć.
Podniósł się i dotknął jego ramienia.
Bosinney wzdrygnął się, poznawszy młodego Jolyona, nie okazał jednak żadnych śladów zakłopotania.
Młody Jolyon usiadł obok niego.
— Nie widzieliśmy się już oddawna — zaczął. — Jak pan zaawansowany jest z budową domu mojego kuzyna?
— Będzie skończona za jaki tydzień.
— Winszuję panu!
— Dziękuję — chociaż nie zdaje mi się, aby miał być szczególny powód do winszowania.
— Naprawdę? — badał młody Jolyon. — Myślałem, że pan rad będzie pozbyć się wreszcie takiej roboty; widocznie jednak doświadczać pan musi tego samego, czego i ja doświadczam, rozstając się z malowanym przeze mnie obrazem — prawie jakgdybym rozstawał się z rodzonem dzieckiem.
Spojrzał życzliwie na Bosinney’a.
— Tak — zgodził się Bosinney nieco cieplej — z chwilą, jak wychodzi to z człowieka, kończy się wszystko. Nie miałem pojęcia, że pan maluje.
— Akwarelą tylko; nie ufam zbytnio własnej pracy.
— Nie ufa pan własnej pracy?! Jakże może pan w takim razie poświęcać się jej? Niema celu pracować, o ile nie wierzy się we własne dzieło!
— Ma pan słuszność! Zawsze tak mówiłem — odparł młody Jolyon. — Ale, ale, czy pan zauważył, że ilekroć przyznaje się komuś słuszność, dodaje się zarazem: „Tak właśnie zawsze mówiłem?...“ Jeśli jednak zapyta mnie pan, dlaczego to czynię, odpowiem, że jestem Forsytem i w tem tkwi cała przyczyna.
— Forsytem?! Nigdy nie przyszłoby mi na myśl uważać pana za Forsyta.
— Forsyte — potwierdził młody Jolyon — nie jest rzadkim okazem zwierzęcia. Istnieją wpośród członków tego klubu setki Forsytów. Setki ich spacerują po ulicach; natrafi pan na nich wszędzie, dokądkolwiek pan się zwróci.
— Wolno zapytać, po czem się ich rozpoznaje? — zaciekawił się Bosinney.
— Po ich poczuciu własności. Każdy Forsyte ma praktyczny — możnaby go nawet nazwać trzeźwym — sposób zapatrywania się na rzeczy, a praktyczny sposób zapatrywania się na rzeczy oparty jest nadewszystko na poczuciu własności. Forsyte, jak się pan przekona, nigdy niczem się nie zdradza.
— Czy to ma być żart?
Młody Jolyon mrugnął porozumiewawczo okiem.
— Nie. Ja sam, jako Forsyte, nie powinienbym tego mówić. Jestem jednak czystej krwi mieszańcem, nie wprowadzam więc pana w błąd. Pomiędzy mną a panem taka sama zachodzi różnica, jak pomiędzy mną, a moim stryjem Jamesem, który służyć może jako typowy wzór prawdziwego Forsyta. Posiada on doprowadzone do najwyższej perfekcji poczucie własności, pan zaś nie posiadasz go wcale. Gdyby nie ja, jako pośrednie, łączące ogniwo, mógłby pan wydawać się odmiennym gatunkiem żyjącego stworzenia. Wszyscy, oczywiście w mniejszym lub większym stopniu, jesteśmy niewolnikami własności. Przyznaję też, że jest to tylko kwestja stopnia. Ci jednak, których nazywam Forsytami, należą do gatunku ludzi, będących raczej bardziej aniżeli mniej niewolnikami własności. Znają się oni na rzeczy, wiedzą co dobre, zdrowe i bezpieczne i ich trzymanie się pazurami własności — niezależnie od tego, czy własnością tą jest żona, kamienica, pieniądze czy opinja — jest cechą szczególnie ich wyróżniającą, ich marką fabryczną.
— O — mruknął Bosinney — powinienby pan opatentować to określenie!
— Miałbym nieraz ochotę — odparł młody Jolyon — wygłosić odczyt na temat: „Właściwości i cechy Forsytów.“ Miłe te stworzonka, najwięcej obawiające się okrycia śmiesznością w oczach innych przedstawicieli własnego gatunku, obojętne są na drwiny odmiennych od nich istot (jak ja np. lub pan). Obciążone dziedziczną krótkowzrocznością, zdolne są rozpoznawać jedynie osoby i siedziby, należące do własnego ich gatunku, wpośród których pędzą żywot względnie spokojny.
— Mówi pan o Forsytach — zauważył Bosinney — jakgdyby stanowili połowę Anglji.
— Stanowią istotnie połowę Anglji — odparł młody Jolyon — w dodatku lepszą połowę, pewniejszą połowę, trzyprocentową połowę, połowę, która winna być brana w rachubę. Ich zamożność właśnie i niezłomność umożliwia wszystko — rozwój pańskiej sztuki, literatury, nauki, religji nawet. Bez Forsytów, którym obojętne jest to wszystko, ale którzy ciągną z tego wszystkiego korzyści dla samych siebie, gdzie bylibyśmy teraz? Mój drogi panie, Forsytowie są przedstawicielami klasy średniej, handlowcami, podporami społeczeństwa, kamieniami węgielnemi i filarami układu społecznego — wszystkiem, co jest godne podziwu!
— Nie wiem, czy dobrze uchwyciłem sens pańskich słów — rzeki Bosinney — wyobrażam sobie wszelako, że i w moim zawodzie pełno musi być Forsytów, jak ich pan nazywa.
— Niewątpliwie. Przeważająca większość architektów, malarzy, czy pisarzy tak samo nie kieruje się żadnemi zasadami, podobnie jak inni Forsytowie. Sztuka, literatura, religja utrzymują się dzięki nielicznym narwańcom, szczerze w nie wierzącym, a także dzięki licznym Forsytom, ciągnącym handlowe z nich korzyści. Skromnie obliczając, trzy czwarte Królewskich naszych Akademików należy do gatunku Forsytów, także siedem dziesiątych naszych powieściopisarzy oraz znaczna część prasy. O nauce nie mogę nic powiedzieć, w religji natomiast są oni reprezentowani nader licznie; w Izbie Gmin liczniejsi są bodaj niż gdzieindziej; o arystokracji niema co mówić nawet. Nie żartuję bynajmniej. Zaznaczam tylko, że niebezpiecznie jest iść przeciwko większości — i jakiej jeszcze większości!...
Spojrzał bystro na Bosinney’a.
— Niebezpiecznie jest dać się porwać i oddać całkowicie czemukolwiek — kamienicy, obrazowi... kobiecie!...
Obaj mężczyźni spojrzeli wzajem po sobie. I nagle Jolyon, jakgdyby w obawie, że zrobił to, czego nie robi żaden Forsyte — że odsłonił swoje karty — cofnął się w głąb własnej skorupy. Bosinney pierwszy przerwał milczenie.
— Dlaczego stawia pan własną rodzinę za wzór typowych okazów? — zapytał.
— Rodzina moja — odparł młody Jolyon — nie jest zbyt krańcowa; ma ona własne swoje szczególne właściwości i słabostki, jak każda inna rodzina, posiada, natomiast, w zdumiewająco wysokim stopniu dwie cechy charakteryzujące prawdziwego Forsyta — zdolność nie — oddawania się niczemu głębią duszy, bez pamięci, a także poczucie własności.
Bosinney uśmiechnął się.
— A ten gruby naprzykład? — zapytał.
— Ma pan na myśli stryja Swithina? — zapytał młody Jolyon. — O, w nim jest jeszcze coś pierwotnego. Miejskie życie klasy średniej nie zdołało go jeszcze pochłonąć. Tkwi w nim trwale praca wielu wieków na roli i pierwotna siła brutalna pomimo całej jego dżentelmenerji.
Bosinney zdawał się namyślać.
— Trafnie określił pan w każdym razie swojego kuzyna Soamesa — odezwał się nagle. — Ten napewno nigdy nie da się porwać bez pamięci niczemu.
Młody Jolyon spojrzał na niego przenikliwie.
— Nie — rzekł — napewno nie da się. Dlatego właśnie należy liczyć się z nim. Mieć się na baczności przed jego trzymaniem się oburącz stanu posiadania. Łatwo jest śmiać się. Nie należy jednak szydzić z Forsyta, nie należy lekceważyć go!
— A jednali pan sam to uczynił?
Trafnie wymierzone odparowanie ciosu ugodziło młodego Jolyona, na którego twarzy zgasł ożywiający ją uśmiech.
— Zapomina pan — rzekł z dziwną dumą — że i ja także potrafię trzymać się oburącz; jestem przecież sam Forsytem. My wszyscy należymy do mocnych natur. Człowiek, schodzący z bezpiecznej, osłoniętej murem ścieżki — wiadomo panu przecież, co mam na myśli... Nie radziłbym — dokończył, cedząc zwolna wyrazy, jakgdyby tonem groźby — nie radziłbym nikomu iść... moją... drogą... Zależy to...
Pąs rumieńca zalał policzki Bosinney’a, wnet jednak spłynął, pozostawiając je blado-smagłemi, jak zawsze. Roześmiał się on krótkim, urywanym śmiechem, krzywiącym jego usta dziwnym, dumnym grymasem i zapalającym w jego oczach iskry szyderczych ogników.
— Dziękuję — rzekł — djablo uprzejmie to z pańskiej strony. Ale wy, Forsytowie, nie jesteście jedynymi, którzy potrafią wytrwać i wytrzymać.
Podniósł się.
Młody Jolyon ścigał wzrokiem odchodzącego i, oparłszy twarz na ręce, westchnął.
W sennej atmosferze pustego prawie pokoju były jedynemi szmerami: szelest przewracanych gazet i pocieranie zapałek o siarniki. Pozostał przez długi czas bez ruchu, przeżywając w pamięci owe dni, kiedy i on także przesiadywał długie godziny na śledzeniu posuwających się zwolna wskazówek zegara, w oczekiwaniu rychlejszego upływania minut — długie godziny, pełne udręki, niepewności i dzikiego, słodkiego bólu. Odżyła w nim z dawną siłą rozkoszna męka owych dni minionych. Widok Bosinney’a, jego bladej, wychudłej twarzy, jego płonących nieustannym niepokojem oczu, spoglądających raz wraz na zegar, wzbudził w sercu jego litość, niewolną od dziwnej, nieopanowanej zazdrości.
Tak dobrze znane mu były wszystkie te oznaki. Dokąd idzie? Ku jakim drogom przeznaczenia? Jaką jest ta kobieta, pociągająca go ku sobie ową siłą magnetyczną, której przeciwstawić się nie są zdolne względy honoru, zasad, ni interesu, przed którą jedynym ratunkiem jest ucieczka.
Ucieczka?! Dlaczego jednak miałby Bosinney uciekać? Mężczyzna ucieka, o ile staje wobec niebezpieczeństwa zburzenia ogniska rodzinnego, o ile są dzieci, o ile depce ideały, o ile czuje, że łamie coś bezpowrotnie. Tutaj jednak, o ile wiadomo Jolyonowi, zastał on już wszystko zdeptane i złamane.
On sam nie uciekł i nie byłby uciekł, gdyby wypadłe przeżywać wszystko raz jeszcze na nowo. A przecież posunął się dalej niż Bosinney, zburzył nieszczęśliwe własne swoje ognisko domowe, nie cudze. Przypomniała mu się dawna przypowieść, głosząca, że: „Losy człowieka leżą we własnem jego sercu.“
W jego własnem sercu! Smak potrawy poznaje się, jedząc ją. — Bosinney ma jeszcze przed sobą potrawę, którą będzie musiał spożyć, ażeby poznać jej smak.
Myśli jego skierowały się ponownie ku kobiecie owej, ku kobiecie, której nie znał, ale której zarys dziejów obił się w opowiadaniu o jego uszy.
Niefortunne zamążpójście! Nie, żeby mąż źle ją miał traktować — jedynie owo niedające się określić uczucie zgnębienia, ów straszliwy jad zarazy, zatruwający wszelką słodycz na ziemi; i tak z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień, z roku na rok, dopóki śmierć nie położy kresu tej męce!
Ale młody Jolyon, którego gorycz uczuć zdołał już czas ułagodzić, rozumiał także i rolę Soamesa w całej tej sprawie. Skąd człowiek, przesiąknięty, jak jego brat stryjeczny, wszystkiemi przesądami i wierzeniami swojej kasty, czerpać ma poczucie czy natchnienie, że winien poświęcić się, łamiąc własne swoje życie? To sprawa wyobraźni, zdolności przerzucenia się myślą w przyszłość, poza granice dokuczliwych plotek, szyderstw i skandalu, towarzyszących podobnym rozstaniom, poza sferę przemijających skurczów bólu, spowodowanych utraceniem jej z oczu, poza surowe potępienie osób czcigodnych. Niewielu wszelako ludzi, niewielu zwłaszcza z pośród przedstawicieli kasty, do której należy Soames, posiada potrzebny na to zasób wyobraźni. Zwykły udział śmiertelników na tym świecie i zwykła niedostateczność daru wyobraźni. I, Boże wielki, jaka przepaść nieprzebyta pomiędzy teorją a praktyką! Niejeden mężczyzna, może i sam Soames nawet, w zasadzie wyraża rycerskie na te sprawy poglądy, kiedy jednak zatruta strzała ugodzi w niego samego, znajdzie on napewno czynnik, wyróżniający go i czyniący z niego szczególny wyjątek.
I to jednak rozumowanie wydało mu się nieuzasadnionem. Przeżył podobne doświadczenie na samym sobie, zakosztował w pełni goryczy nieszczęśliwego małżeństwa, jakże więc mógłby bezstronnie sądzić tych, którzy nigdy osobiście nie przeszli przez udrękę walki? Własny jego pogląd na te sprawy był zbyt osobistym — jak pogląd na sprawy wojskowe, wypowiadany przez żołnierza, który przebywał długie lata w czynnej służbie, w zestawieniu z poglądem cywila, który nie przecierpiał na własnej skórze niewygód zbyt bliskiego stykania się z polem bitwy.
Większość ludzi gotowa uważać małżeństwo takie jak Soamesa i Ireny za najdoskonalej, najszczęśliwiej dobrane: on wnosił majątek, ona — urodę; najwłaściwsze pole do kompromisu. Niema powodu, dla którego nie mieliby ciągnąć pospołu taczki życia, chociażby nawet mieli się nienawidzić wzajem. Mniejsza o to, jeśli każde z nich pójdzie własną drogą, byleby nie zostały przekroczone granice przyzwoitości, byleby uszanowana była świętość węzłów małżeńskich, nienaruszalność wspólnego ogniska. Połowa małżeństw wśród wyższej klasy średniej oparta jest na nieobrażaniu poczucia przyzwoitości, jaką się rządzi społeczeństwo, na uszanowaniu drażliwości, jaka cechuje na tym punkcie kościół. Aby uniknąć urażania społeczeństwa i kościoła, warto poświęcić własne, najgłębsze bodaj uczucia. Korzyści ustalonego ogniska rodzinnego są widoczne, namacalne — składa się na nie tyle objektów posiadania! Utrzymanie status quo nie grozi żadnem ryzykiem. Zburzenie ogniska rodzinnego jest w najlepszym razie eksperymentem wielce niebezpiecznym, w dodatku czysto egoistycznym.
Na tym punkcie sprawa wymagała dowodzenia i obrony i młody Jolyon westchnął boleśnie.
— Ośrodkiem tego wszystkiego — pomyślał — jest poczucie własności, wielu ludzi wołałoby wszelako nie stawiać kwestji na tej płaszczyźnie. W ich pojęciu idzie wyłącznie o świętość węzłów małżeńskich. Ale podstawą świętości węzłów małżeńskich jest świętość rodziny, a świętość rodziny oparta jest na świętości posiadania, zatem na własności. A przecie wszyscy ci ludzie są wyznawcami Tego, który nic nigdy nie posiadł na własność. Ciekawe!
I młody Jolyon westchnął ponownie.
— Czy ja sam, wracając teraz do domu, zaproszę każdego napotkanego nędzarza, aby podzielił ze mną mój obiad, którego w takim razie mogłoby nie starczyć dla mnie samego, a w każdym razie dla mojej żony, zbędnej mi do szczęścia i zdrowia? Może ostatecznie Soames słusznie czyni, korzystając ze swoich praw i przyczyniając się własnym przykładem do podtrzymania i umocnienia uświęconej zasady posiadania, z której korzystamy wszyscy — z wyjątkiem tych, którzy cierpią z tego powodu?
Pogrążony w rozmyślaniach tych, wstał z krzesła, przecisnął się pomiędzy tłumem siedzących, wziął kapelusz i, snując się ociężale przez rozprażone, natłoczone pojazdami, przepojone niemiłemi zapachami, zapylone ulice, skierował się ku domowi.
Zanim stanął na Wistaria Street, wyjął z kieszeni list ojca i, podarłszy go starannie na drobne strzępy, rozwiał je w pyle gościńca.
Otworzył drzwi swojego domu kluczem od zatrzasku i, wszedłszy, zawołał żonę po imieniu. Okazało się jednak, że wyszła, zabrawszy z sobą Jolly i Holly i dom był pusty. W ogrodzie tylko pies, Baltazar, leżał pod drzewem, oganiając się przed natarczywością much.
Młody Jolyon usiadł przy nim pod gruszą, która nie rodziła już owoców.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: John Galsworthy i tłumacza: Róża Centnerszwerowa.