Posiadacz/Część II/Rozdział XI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor John Galsworthy
Tytuł Posiadacz
Wydawca Towarzystwo Wydawnicze „Rój“
Data wyd. 1930
Druk Karol Prochaska
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Róża Centnerszwerowa
Tytuł orygin. The Man of Property
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
ROZDZIAŁ XI.
KILKA SŁÓW O BOSINNEY’U

Nazajutrz po owej wycieczce do Richmondu wrócił Soames z Henley rannym pociągiem. Nie interesując się szczególnie sportami wodnemi, traktował wizytę swoją raczej jako kwestję interesu, aniżeli przyjemności; nie chciał odmawiać przyjęcia zaprosin jednego z poważniejszych swoich klientów.
Ze stacji kolejowej udał się wprost do City, nie znalazłszy tam wszelako nic szczególnego do załatwienia, wyszedł z biura o trzeciej, rad z okazji spokojnego powrotu do domu. Irena nie spodziewała się go. Nie miał bynajmniej zamiaru szpiegowania jej, nie widział jednak nic zdrożnego w niespodziewanym takiem zjawieniu się.
Przebrawszy się w spacerowe ubranie, wszedł do salonu. Zastał ją tam, siedzącą bezczynnie w rogu kanapy, na ulubionem jej miejscu. Miała podkrążone oczy, jakgdyby po spędzeniu bezsennej nocy.
— Co się stało, że jesteś tutaj? — zapytał. — Czy oczekujesz kogo?
— Tak... właściwie nikogo szczególnego.
— Kogo?
— Pan Bosinney uprzedził, że może wstąpi.
— Bosinney?! Powinien być na budowli.
Na uwagę tę nie dała odpowiedzi.
— Chciałbym, żebyś pojechała ze mną do Składów, a potem pójdziemy do Parku.
— Nie mam ochoty wyjść. Boli mnie głowa.
— Zawsze, ile razy chcę, żebyś coś zrobiła, wymawiasz się bólem głowy. Dobrze ci zrobi, jak posiedzisz trochę w cieniu drzew.
Milczała.
Soames milczał także przez kilka minut; wreszcie rzucił cierpką uwagę:
— Nie wiem, jak sobie wyobrażasz twoje obowiązki żony. Nie dawałaś nigdy dowodu rozumienia ich!
Nie spodziewał się z jej strony odpowiedzi, odpowiedziała jednak.
— Starałam się spełniać twoją wolę; nie moja wina, że nie wkładałam w to całej duszy.
— A czyja w takim razie? — Spojrzał na nią zukosa.
— Przed pobraniem się naszem przyobiecałeś, że uwolnisz mnie od siebie, o ile małżeństwo nasze nie miałoby okazać się szczęśliwem: Czy podług ciebie jest ono szczęśliwe?
Soames zmarszczył czoło.
— Szczęśliwe? — bąknął. — Mogłoby być szczęśliwem, gdybyś zachowywała się jak należy.
— Próbowałam — odparła Irena. — Zwróć mi wolność!
Soames odwrócił się. Przerażony w gruncie rzeczy, szukał ucieczki w wybuchu gniewu.
— Zwrócić ci wolność?! Sama nie wiesz, co mówisz! Zwrócić ci wolność?! Jakim sposobem mogę zwrócić ci wolność?! Jesteśmy przecież mężem i żoną! O czem więc mówisz? Na miłość boską, nie zawracaj ani sobie ani mnie głowy podobnemi głupstwami. Włóż lepiej kapelusz i chodź posiedzieć trochę w Parku.
— Nie chcesz zatem zwrócić mi wolności?
Widział, że oczy jej, pełne dziwnie błagalnego wyrazu, zatrzymały się na jego twarzy.
— Zwrócić ci wolność?! — powtórzył. — A cóż u licha poczęłabyś z tą wolnością, gdybym zgodził się zwrócić ci ją? Nie masz przecież żadnego majątku!
— Poradziłabym sobie jakoś.
Zerwał się i zaczął niespokojnie przebiegać tam i zpowrotem pokój. Po chwili zatrzymał się i stanął przed nią.
— Chciej proszę zrozumieć raz na zawsze, że nie życzę sobie słuchania podobnych niedorzeczności! Idź i włóż kapelusz!
Irena nie ruszyła się z miejsca.
— Przypuszczam — syknął Soames — że nie chcesz wyjść dlatego, że Bosinney może przyjść.
Podniosła się zwolna i wyszła z pokoju. Po chwili wróciła w kapeluszu.
Wyszli.
W Parku trafili na godzinę popołudniową, godzinę szarego tłumu, kiedy cudzoziemcy i inni ludzie, uważający się za nadających ton, nie zwykli używać przejażdżki: godzina ich spaceru minęła, kiedy Soames i Irena usiedli wpobliżu posągu Achillesa.
Oddawna już nie korzystał z jej towarzystwa w Parku. Było to jedną z minionych rozkoszy pierwszych dwóch letnich miesięcy ich małżeńskiego życia, kiedy popisywanie się wobec całego Londynu posiadaniem na własność uroczej tej istoty napawało go największą, choć tajoną na dnie duszy dumą. Ileż poobiedzi takich spędził, siedząc obok niej, ubrany z największą starannością, w jasno-perłowych rękawiczkach, z lekkim, uprzejmym uśmiechem kiwając głową przechodzącym znajomym, tu i owdzie uchylając przed nimi kapelusza.
Jasno-perłowe rękawiczki obciągały w dalszym ciągu jego ręce, a usta jego krzywił ten sam sardoniczny uśmiech; co się wszelako stało z rozradowaniem jego serca?
Krzesła i ławki opróżniały się szybko, Soames trzymał tu jednak Irenę wciąż jeszcze, milczącą i bladą, jakgdyby chcąc ją w ten sposób ukarać. Parę razy rzucił pobieżną jakąś uwagę, na co pochylała głowę lub też odpowiadała: „Tak!“, słabo się przytem uśmiechając.
Wzdłuż sztachet pędził mężczyzna jakiś tak śpiesznie, że ludzie oglądali się za nim, w miarę jak przebiegał.
— Spójrz na tego osła — rzekł Soames. — Trzeba być warjatem, żeby biec tak w podobny upał — dodał, zwróciwszy się w jego stronę. Irena poruszyła się nagle na krześle.
— Hallo! — zawołał — to nasz przyjaciel, Pirat!
Soames siedział spokojnie z szyderczym uśmiechem, widząc, że Irena pozostaje równie spokojnie na miejscu i uśmiecha się tak samo jak i on.
— Czy ukłoni mu się? — pomyślał.
Nie dostrzegł jednak żadnego poruszenia na jej twarzy.
Bosinney dobiegł tymczasem do końca sztachet i szedł teraz, zbliżając się ku nim spacerowym krokiem, z oczami utkwionemi w ziemię, jak wyżeł tropiący ślad zwierzyny. Spostrzegłszy Soamesa i Irenę, stanął nagle jak wkopany i zdjął kapelusz.
Uśmiech nie zgasł na twarzy Soamesa, który również uchylił kapelusza.
Bosinney zbliżył się do nich z dziwnym wyrazem znużenia na twarzy, jakgdyby po dokonaniu wyczerpujących ćwiczeń. Pot wystąpił kroplami na jego czoło, a uśmiech Soamesa zdawał się mówić:
— Niełatwo ci przyszło, kochanku!... Cóż to pan robi w Parku? — zwrócił się do Bosinney’a. — Pewni byliśmy, że pogardza pan podobnie płochemi przyjemnościami.
Bosinney zdawał się nie słyszeć skierowanego do niego zapytania, zwrócił się bowiem bezpośrednio do Ireny:
— Byłem u państwa; miałem nadzieję, że zastanę panią.
Ktoś dotknął ramienia Soamesa i przemówił do niego; podczas wymiany zwykłych uprzejmości z jegomościem, stojącym poza jego plecami, nie dosłyszał Soames odpowiedzi Ireny.
— Wracamy właśnie — zdecydował się nagle. — Chodź pan do nas — zwrócił się do Bosinney’a. — Zje pan z nami obiad.
Zaproszenie to wypowiedział tonem szczególnie wyzywającym i szczególniej jeszcze żałosnym. Jego wzrok i ton zdawały się mówić:
— Nie wyprowadzisz mnie, bratku, w pole, a mimo to, widzisz, ufam ci — nie boję się ciebie!
Wrócili we troje na Montpellier Square, Irena pomiędzy obydwoma mężczyznami. W przejściu przez bardziej natłoczone ulice szedł Soames na przedzie. Nie słuchał ich rozmowy; niezrozumiała decyzja ufności, jaką powziął, zdawała się kierować utajonemi pobudkami jego i ożywiać je wyraźnie. Jak gracz-ryzykant powiedział sobie:
— Karty tej nie mogę odrzucić — muszę na nią postawić. Zbyt mało mam szans.
Przebierał się do obiadu powoli, słyszał, jak Irena wyszła z pokoju i zeszła nadół i jeszcze przez dobrych pięć minut potem kręcił się po swojej ubieralni. Wreszcie zeszedł, z umysłu zatrzaskując drzwi głośno, aby uprzedzić, że schodzi. Zastał ich oboje stojących przy kominku, rozmawiających, a może i nie — nie potrafiłby tego powiedzieć.
Przez cały wieczór farsowo odgrywał swoją rolę — zachowując się w stosunku do swojego gościa uprzejmiej niż kiedykolwiek, a kiedy wreszcie Bosinney zaczął zabierać się do wyjścia, rzeki:
— Niech pan znów wkrótce nas odwiedzi; Irena chętnie rozmawia z panem o domu.
I znów głos jego brzmiał zarazem dziwnie wyzywająco i jeszcze dziwniej żałośnie, ale dłoń jego zimna była jak lód.
Wierny powziętemu postanowieniu, w chwili ich rozstawania się odwrócił się od żony, stojącej pod wiszącą lampą i tu żegnającej gościa, odwrócił się od lśniącej w świetle jej złotowłosej główki, od jej smutnie uśmiechniętych ust, od widoku wpatrzonych w nią z psią wiernością i psiem oddaniem oczu Bosinney’a.
Położył się spać, zdobywszy niezbitą pewność, że Bosinney kocha się w jego żonie.
Noc letnia była gorąca, tak rozprażona i cicha, że przez otwarte okno wlewały się fale gorętszego jeszcze niż pokojowe powietrza. Przez długie godziny leżał wsłuchany w oddech żony.
Irena może spać, on natomiast leży z otwartemi oczami. Leżąc i nie śpiąc, umacniał się w decyzji odgrywania roli spokojnego i ufającego męża.
Przed świtaniem jeszcze wysunął się z łóżka i, wszedłszy do swojej gotowalni, usiadł przy otwartem oknie.
Z trudnością oddychał.
Odżyła w jego pamięci noc z przed czterech lat — przedostatnia noc, dzieląca go od dnia jego ślubu — noc równie rozprażona i duszna jak ta dzisiejsza.
Przypomniał sobie, jak leżał na trzcinowym długim fotelu w oknie bawialni swojej na Victoria Street. Na dole w bocznej uliczce, mężczyzna jakiś trzasnął drzwiami, kobieta jakaś wrzasnęła — tak żywo stanęło mu to wszystko w pamięci, jakgdyby działo się w tej chwili; odgłosy bijatyki, trzaśnięcie drzwiami i martwa cisza, jaka potem nastąpiła. A potem, o świcie, wóz do polewania, oczyszczający błoto z ulicy, zadudnił na oświetlonej dziwnem, wydającem się zbędnem już, światłem latarni; zdawało się, że słyszy ponownie coraz bliżej i bliżej turkot kół wozu, aż wreszcie przebrzmią! i zacichł zwolna woddali.
Wychylił się przez otwarte okno, ponad małe, leżące pod niem podwórko i dostrzegł, że niebo zaczyna szarzeć. Przez chwilę zatarły się kontury ciemnych murów i dachów, poczem zarysowały się wyraziściej niż poprzednio.
Przypomniał sobie, jak owej dawno minionej nocy obserwował blednące wzdłuż Victoria Street latarnie, jak pośpiesznie zarzucił na siebie ubranie i popędził na ulicę, jak przebiegi wzdłuż domów i placów przed mały domek, w którym zamieszkała Irena i stal tam, patrząc na jego mury, nieme i szare, niby oblicze umarłego człowieka.
I, nagle przeszyła mózg jego majaczeniem chorej fantazji myśl dzika:
— Co on teraz robi? — on, człowiek, którego obraz nie daje mi spokoju, ów człowiek, który był tutaj dzisiaj, który kocha się w mojej żonie — może krąży tutaj gdzieś wpobliżu, wpatrzony w jej okna, jak wpatrzony był — wiem o tem dobrze — dzisiaj po obiedzie w nią samą; może krąży dokoła mojego domu i wypatruje jej, tak samo jak ja wówczas?
Przekradłszy się przez podest schodowy na front domu, rozsunął storę i otworzył okno.
Drzewa na skwerze wyłaniały się w szarej poświacie, jakgdyby noc, jak wielka, nisko fruwająca ćma, musnęła je dotknięciem swoich skrzydeł. Latarnie paliły się jeszcze, ale ani jedna żywa dusza nie poruszyła się — nie widać było ani jednej żywej istoty.
Nagle jednak, zdała, wśród grobowej ciszy, usłyszał przenikliwy, wywołany znać spazmem bólu, krzyk, jakgdyby głos duszy strąconej z nieba i opłakującej swoje szczęście. Krzyk ten powtórzył się raz jeszcze — i znów po raz trzeci! Soames zamknął okno, wstrząśnięty dreszczem grozy.
Wnet wszelako domyślił się.
— Ach, to tylko pawie, tam, z drugiej strony wody!


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: John Galsworthy i tłumacza: Róża Centnerszwerowa.