Poezye Adama Mickiewicza. T. 1. (1899)/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Adam Mickiewicz
Tytuł Poezye Adama Mickiewicza. T. 1.
Data wydania 1899
Wydawnictwo Księgarnia G. Gebethnera
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron



POEZYE ADAMA MICKIEWICZA


TOM I








PL Poezye Adama Mickiewicza. T. 1. (1899) 008.jpg





POEZYE

ADAMA MICKIEWICZA


separator poziomy


WYDANIE NOWE ZUPEŁNE,
ułożone, objaśnione i wstępem opatrzone

przez

PIOTRA CHMIELOWSKIEGO


TOM I



KRAKÓW
nakład księgarni g. gebethnera i spółki
1899




KRAKÓW. — DRUK W. L. ANCZYCA I SPÓŁKI.







PL Poezye Adama Mickiewicza. T. 1. (1899) 013a.jpg



ADAM MICKIEWICZ.





W 1855 roku 26 listopada, na zaułku konstantynopolskim, dogorywała lampa życia, które nie tyle wiekiem, ile doznanemi wstrząśnieniami, zwątlonem i wreszcie rozbitem zostało. Mickiewicz kończył zaledwie 57-my rok swojej ziemskiej wędrówki, gdy go nam »sen nieprzespany« (mówiąc słowami Jana z Czarnolasu) pochwycił, wszelkie dalsze zamiary udaremnił, działalność wieszcza na widowni świata materyalnego przerwał, by natomiast potęgować promieniowanie jego ducha na cały naród.
Zazwyczaj ubolewamy nad przedwczesną śmiercią ludzi zasłużonych. W wielu wypadkach jest ku temu rzeczywisty powód i uzasadnienie. Ale do geniuszów prawdziwych taka powszednia formuła zastosować się nie daje. Ilu ich znamy, wszyscy oni zadanie swego życia spełnili całkowicie, a zgon ich nietylko nie położył przegrody pomiędzy nimi a społeczeństwem, lecz owszem nieraz usuwał te, jakie stawiały okoliczności bytu powszedniego; śmierć dopiero unieśmiertelniała ich naprawdę.
I z Mickiewiczem stało się podobnie. Ostatnie 15 lat jego działalności oddaliło od niego wielu i bardzo wielu, zarówno z pomiędzy zachowawców jak i postępowców. Jedni, wychodząc ze stanowiska kościelnego, widzieli w twórcy »L'eglise officielle et le Messianisme«, w organizatorze legionu włoskiego i w redaktorze »Tribune des peuples« rozpowszechniciela nowej herezyi i niebezpiecznego agitatora; inni, ze stanowiska wolnomyślnego, lekceważyli lub potępiali religijno-mistyczny nastrój jego pism i kroków; inni jeszcze z oburzeniem patrzyli na rozszerzanie polityczno-społecznych poglądów, które im do przekonania, czy do smaku nie przypadały.
Dopóki żył Mickiewicz, względy, dopiero co wyłuszczone, wywoływały nietylko nader różnorodne, a po większej części niepochlebne sądy o profesorskiej i publicystycznej jego działalności, lecz nadto wpływały silnie na ocenę poetyckich jego utworów i nie dozwalały rozpatrzyć bezstronnie wieszczej jego potęgi oraz znaczenia w cywilizacyjnym rozwoju narodu naszego.
Zgon usunął względy te na bok. Stratę wielkiego poety uczuły i odczuły wszystkie warstwy społeczne, liczące się do inteligencyi. W miarę upływu lat, w miarę zasuwania się w przeszłość osobistości realnej, rosła jego postać idealna, jako najcenniejszy i najdoskonalszy wytwór całego życia człowieka i poety. To, co mogło razić spółczesnych, lękających się bezpośredniego wpływu Mickiewicza na kierunek zamiarów i postępowania w danym wypadku, wśród znacznego koła ludzi, znikło wraz z tymi wypadkami i stronnictwami; apostoł dążeń mesyanicznych i dziennikarz rewolucyjny usunął się z przed oczu, a wyolbrzymiała postać poety, któremu równego nigdyśmy przedtem nie posiadali.
Ze skaz ziemskich oczyszczona, duchową jedynie oddziaływając siłą, tem większy rzucała ona czar na wszystkich, co z twórczością poety się zapoznali i, urokiem słowa uniesieni, dotwarzali sobie rysy postaci według miary największej i wymagań najszlachetniejszych. Wytworzyła się niebawem legenda Mickiewiczowska, ze wszystkiemi niemal właściwościami legendy: z uogólnianiem znamion charakterystycznych, ze skupianiem faktów około pewnych wydatnych zdarzeń życiowych, z dorabianiem wypadków zmyślonych, mających cechować niby wczesne obudzenie się wszechstronnego geniuszu.
W naszych atoli krytycznych czasach legenda długo utrzymać się nie może; przychodzą badacze jedni po drugich i poddają ścisłemu rozbiorowi wszystko, co przeszłość nam powierzyła, oddzielają prawdę od zmyślenia, światło rzeczywiste od blasków zwodniczych, sprowadzają postać idealną do kształtów realnych.
Taka analiza bywa niebezpieczna dla talentów miernych, zawdzięczających swą popularność względom jedynie okolicznościowym, oraz dla charakterów słabych, którym do wyniesienia się posłużył tylko wypadek jakiś. Wielkie charaktery i prawdziwe geniusze nie obawiają się takiej próby ogniowej; jeszcze sympatyczniejszymi lub jeszcze doskonalszymi z niej wychodzą.
Mickiewicz wyszedł z takiej próby zwycięsko. Wprawdzie, rozbiór jego życia i tworów nie posunął się jeszcze do tak drobiazgowych szczegółów, jak to zrobili cudzoziemcy względem wielkich swoich petów[1]; ale z tego, co dotychczas zebrano i rozpatrzono, widać dostatecznie a zarazem przekonywająco, że nietylko uprzedzony dobrze uczuciami narodowemi krajowiec, ale i każdy, bezstronnie zapatrujący się na wieszcza naszego innoplemieniec, zarówno charaktar[2] jego, jak i twórczość wysoko cenić musi i umieścić go wśród największych, najgenialniejszych poetów doby nowożytnej i wśród mężów, co nieskazitelnością życia na szczerą i głęboką cześć sobie zasłużyli.[3]
Nic na tem nie straciła ogółem wzięta działalność Mickiewicza, że rozbiór szczegółowy nie dozwolił wszystkich przezeń napisanych pieśni czy poematów wprost za arcydzieła poczytywać, a myśli wszystkich przezeń wypowiedzianych za niewzruszone prawdy uważać, gdyż rozbiór ten wykazując, iż tu mniej, tam więcej samodzielności lub świetności znaleść można, dowiódł zarazem, że obok istotnie wykończonych arcydzieł pod względem uczucia, wyobraźni i układu, w całości tworów Mickiewicza jest tchnienie rzeczywiście genialne, jest miłość wielkich ideałów narodowych, jest głębokie zrozumienie potężnych zagadnień życia, jest świetne odtworzenie najgłębszych i najtrwalszych wzruszeń ludzkich, wraz z któremi pieśni i poemata wieczną trwałość mają zapewnioną.
Co więcej, rozpatrzenie się dokładne w działalności Mickiewicza rzeczywistego, nie legendowego, odsłoniło w nim nietylko genialnego poetę, za jakiego uznało go instynktowe poczucie narodu, lecz także myśliciela, który się nad najtrudniejszemi i najzawilszemi zagadkami bytu ludzkiego zastanawiał, co mu za życia najwięcej nieprzychylnych, a nawet wrogów wytworzyło. Nie rozwiązał on tych zagadek — tak jak nie rozwiązał ich zadowalająco nikt dotąd na świecie; — lekceważyć jednak z tego powodu usiłowań jego nie podobna, bo przyszłoby cenić również lekko podobne próby wszystkich filozofów i socyologów. Osiągnięta prawda jest wielkiem dobrem ludzkości, ale i samo szczere a usilne dążenie do niej wysoko stawiać należy, bo nie bywa ono udziałem ludzi pospolitych. Przypomnieć tu warto słowa nie mistyka wcale, ale najczystszego racyonalisty, sławnego Lessinga: »Gdyby mi Bóg dał do wyboru posiadanie prawdy gotowe i bezzachodne, albo też dążenie do prawdy, powiedziałbym: Boże, zachowaj prawdę dla siebie, jako rzecz Istocie Twojej odpowiednią, a zostaw mi dążenie do niej, bo ono stosowniejszem jest dla człowieka.« — My dziś także bardziej, niż kiedykolwiek, cenić takie dążenie winniśmy, gdyż jednostkowe utylitarne interesa aż nadto zaprzątają ludzi i przeszkadzają im myśleć o zadaniach ogólniejszych... Nie twierdzę, by na tych mistycznych szlakach, na których szukał rozjaśnienia wielkich zagadek nasz poeta, istotnie dobre rozwiązanie ich znaleść się dało, lecz mimo to nie sądzę bynajmniej, jakoby okres mesyaniczny w działalności Mickiewicza przynosił ujmę jego duchowi i miał być zakrywany przed ogółem, zbywany milczeniem lub wprost potępiany. Objawił się w nim ten sam duch potężny, z innej tylko strony, aniżeli w tworach poetycznych, ale objawił się, niemniej jak w nich, szlachetnie i podniośle.
I co do osobistego charakteru Mickiewicza, rozbiór szczegółów biograficznych, sprostowawszy krążące za życia poety wieści o jego dumie i zapalczywości, wyjaśniwszy psychologicznie stany apatyi lub egzaltacyi, przedstawił »czystą treść człowieka«, równie godnego szacunku i miłości w stosunkach prywatnych, jak i publicznych. Należał Mickiewicz do ludzi, którzy serdecznością, stanowczością, wytrwałością w dążeniu do celu, oraz szlachetnym nastrojem wszędzie i zawsze pociągać ku sobie muszą i miłować się każą.
Jednem słowem, analiza krytyczna zbliżyła ku nam postać olbrzyma, wskazując w nim wiele cech upodobniających go do nas i czyniących utwory jego tak popularnymi, odrzuciła kilka fikcyjnych szczegółów, ale uroku z idealnej postaci nie zdjęła, owszem uczyniła nam ją zrozumialszą i sympatyczniejszą jako wieszcza prawdziwie narodowego.

Świadomość wielkości poetyckiej Mickiewicza przenikała z rokiem każdym, upływającym od jego zgonu, coraz to głębiej i szerzej wśród społeczeństwa, wywołując objawy czci i wdzięczności przez rozpowszechnianie dzieł wieszcza, przez coraz dokładniejsze badanie życia i pism jego, przez uprzytomnianie jego rysów w mnóstwie wizerunków, przez wznoszenie mniejszych i większych pomników, przez sprowadzenie zwłok do grobów królewskich na Wawelu, przez wspaniałe uroczystości z powodu setnej rocznicy jego urodzin.
I.

Mickiewicz pochodził ze szlachty drobnej, osiadłej od początku wieku XVIII w ziemi nowogrodzkiej na Litwie (dziś w gubernii mińskiej). Głuche wieści o książęcem jakoby pokrewieństwie zatarły się w rodzinie prawie zupełnie, gwarzono tu tylko o herbie Poraj, którym się pieczętowano. Ojciec Mickiewicza, Mikołaj, wykształcony w szkole nowogrodzkiej, w młodym bardzo wieku służył już Rzeczypospolitej jako rejent komisyi porządkowej, a po przejściu Litwy pod panowanie rosyjskie, został komornikiem mińskim i adwokatem w Nowogródku. Lubił czytywać poezye i sam nawet składał wiersze okolicznościowe. Matka Adama, Barbara z Majewskich, była kobietą pobożną i gorliwie oddaną gospodarstwu i wychowaniu dzieci, które kochały ją gorąco.
Adam urodził się 24 grudnia 1798 roku najprawdopodobniej w Nowogródku. Był on drugim z kolei synem. Gdy umarł Bazyli Mickiewicz, stryj Mikołaja, a współwłaściciel »okolicy«, zwanej Zaosiem, położonej mniej więcej o mil siedm od Nowogródka, matka Mickiewicza przeniosła się wraz z małemi dziećmi do Zaosia (we wrześniu 1799 r.) i tu mieszkała dwa lata niespełna, gdyż w roku 1801 powróciła do Nowogródka, gdzie mąż jej niebawem nabył dom murowany.
Wśród prostego wiejskiego lub mało-miasteczkowego otoczenia, wśród gwarnego gronka rodzinnego, wobec ładnych i łagodnie oddziaływających widoków przyrody upłynęło Mickiewiczowi dzieciństwo, nazwane przezeń później »sielskiem — anielskiem«. Dwa tylko silniejsze wzruszenia mogły wstrząsająco wpłynąć na umysł jego, raz gdy sam był w niebezpieczeństwie życia, wypadłszy na ulicę przez okno (o czem napomyka na początku »Pana Tadeusza«), a drugi raz, gdy stracił braciszka Antosia, najmłodszego z pomiędzy rodzeństwa. Zresztą uczuciowość i wyobraźnia nie były zbyt gwałtownie pobudzane i drażnione; rozwój ducha odbywał się całkiem prawidłowo.
W dziewiątym roku życia wszedł Adam, wraz ze starszym bratem Franciszkiem, do tych samych szkół w Nowogródku, gdzie ojciec jego pobierał nauki. Czasy atoli były inne. Od r. 1803 zarząd wszystkich szkół na Litwie oddany został nowo zreformowanemu uniwersytetowi wileńskiemu; a na czele tego uniwersytetu jako rektor stanął w r. 1807 znakomity matematyk i astronom, energiczny i rozumny zwierzchnik, Jan Śniadecki. Za jedno z najpilniejszych ulepszeń uważał on zmianę w metodzie uczenia w szkołach średnich, zostających prawie wyłącznie w ręku zakonników. Naciskani przez rektora, musieli przełożeni szkół dokładać wszelkich starań, aby uczynić zadość wymaganiom uniwersytetu. A lubo trudno było oczywiście dokonać reformy naprędce, w każdym jednak razie szkoły zakonne w owym czasie, kiedy Adam w nich się uczył, znacznie wyżej stały, niż w okresie nauki jego ojca. U księży Dominikanów przebył Adam lat ośm (1807—1815). Nie należał on do tak zwanych »prymusów«; w różnych klasach, zwłaszcza wyższych, kolejno do różnych nauk z większem niż do innych przykładał się zamiłowaniem, ale nie ogarniał wszystkich jednakową pilnością; to też, pomimo doskonałej pamięci, rzadko kiedy miewał stopnie celujące. Czytaniu natomiast postronnemu oddawał się gorliwie i pochłaniał wszystkie książki, jakie mu dostać się zdarzyło. W kierunku jego umysłowym musiały działać tradycye wieku XVIII, tak zwanego »wieku oświecenia«, któremi przejęty był cały ogół ukształcony, z lekką tylko zapewne odmianą, jaką wprowadzili do tego »oświecenia« nauczyciele-księża. Co do smaku literackiego, nie mógł mieć innych wzorów prócz łacińskich i francuskich (»klasycznych«), powszechnie natenczas wielbionych.
Z niemałym zasobem nauki szkolnej i oczytaniem znacznem w zakresie poezyi i powieści, z poczuciem obowiązków rodzinnych po stracie ojca w r. 1812, ze wspomnieniem wielkiej, błyszczącej armii Napoleona, a mianowicie króla westfalskiego, Hieronima Bonapartego, który zatrzymał się na odpoczynek w Nowogródku, przeniósł się 17-letni Mickiewicz do Wilna na uniwersytet. Był to najświetniejszy okres w dziejach tego pamiętnego zakładu. Lubo Jan Śniadecki rektorem być przestał, owoce jego naukowej i patryotycznej gorliwości teraz głównie okazywać się zaczęły widomie. Liczba studentów przeszło półtysiączna; profesorowie na oddziale zwłaszcza lekarskim i literackim, albo głośni z nauki w całej Europie, albo zdobywający sobie uznanie wśród spółziomków: oto warunki, dające zakładowi naukowemu możność krzepienia się wewnątrz i oddziaływania na oświatę narodu. Życie umysłowe wogóle mocno naówczas tętniło w Wilnie i potężnie ciągnęło młodzież ku sobie.[4]
Pierwsze dwa lata pobytu w uniwersytecie zeszły Mickiewiczowi na pilnych studyach pod kierunkiem filologa Ernesta Grodka, profesora wymowy i poezyi Leona Borowskiego, oraz historyka Joachima Lelewela; a nadto na przyglądaniu się temu różnobarwnemu widowisku, jakie dawało mu pierwsze poznane większe miasto ze swoim teatrem, dziennikarstwem i licznemi towarzystwami dobroczynnemi, naukowemi, satyrycznemi. W tym przeciągu czasu otrzymał Mickiewicz stopień kandydata filozofii.
Przez dwa dalsze lata, obok powyższych czynników, działały na umysł i serce młodzieńca wpływy towarzyszów związanych w grono Filomatów (miłośników nauki), oraz wpływ pierwszej miłości. Towarzystwo Filomatów, zorganizowane przez szlachetnego Tomasza Zana, starało się ugruntować w duszy młodzieży miłość nauki, cnoty, ojczyzny, poczucie solidarności i dążności do niesienia sobie wzajemnej pomocy. Towarzysze na posiedzeniach i przechadzkach bawili się i uczyli, gwarzyli i śpiewali. Z takich zebrań wyniósł Mickiewicz pierwszą poważniejszą pobudkę do twórczości poetyckiej, której oddawał się dawniej tylko dla wypróbowania sił swoich, dla ćwiczenia się w stylu. Pobudkę tę wzmocniła miłość do Maryi Wereszczakówny, panny o rok jeno młodszej od Adama, wykształconej i oczytanej. Znajomość z nią nastąpiła podczas wakacyj r. 1818 w Tuhanowiczach, niedaleko Zaosia i rozsławionego następnie jeziora Świtezi. Nie obudziła ona z początku w sercu młodzieńca uczucia namiętnego i gwałtownego, ale go rozmarzyła; następnie atoli, wskutek większego zbliżenia się, wskutek czytania poezyj silnie uczuciowych, wreszcie pod wpływem okoliczności, które nie dozwalały nawet myśleć o zwykłym normalnym przebiegu stosunku, gdy Marya musiała wyjść za dzielnego zresztą i szlachetnego obywatela, Wawrzyńca Puttkamera, przybrała miłość ta charakter potężny i wydobyła z duszy dźwięk, który na długo miał się stać typowym wyrazem zawiedzionej namiętności.
Jak to uczucie, tak i twórczość poetycka rozwijała się w Mickiewiczu stopniowo i zwolna. Pierwsze dochowane do naszych czasów utwory jego noszą znamię tej atmosfery duchowej, wśród której umysł się jego wykształcił. Klasycyzm łacińsko-francuski jest dla naszego poety wzorem, za którym idzie wiernie czy to w tonie poważnym, czy żartobliwym, czy sielankowo czułostkowym. Wiersze: »Już się z pogodnych niebios oćma zdarła smutna«, »Zima miejska«, »Powinszowania«, »Hej, radością oczy błysną«, powiastki prozą: »Żywila« i »Karylla«, wreszcie recenzya poematu Tomaszewskiego »Jagiellonida«, świadczą o tem dostatecznie. W wykształceniu języka i stylu widać tu mianowicie silny wpływ Trembeckiego, a po części Stryjkowskiego.
Pod koniec pobytu w uniwersytecie, r. 1819, zaznajomił się Mickiewicz z nowożytną poezyą niemiecką, przejął się ważnością rozpoczętego wówczas i u nas gromadzenia pieśni i podań ludowych, zaczął się interesować nowym kierunkiem ducha i twórczości, fantazyjno-uczuciowym, który »romantycznością« zwano. W ponętnym atoli świecie, co się wyobraźni jego przedstawił, młody poeta rozpatrzył się bliżej dopiero za czasów nauczycielstwa w Kownie, dokąd we wrześniu 1819 r. dla wykładania wymowy łacińsko-polskiej i prawa przyrodzonego pojechał. Tu samotnie zazwyczaj spędzając wieczory, odczytywał poetów niemieckich: Goethego, Bürgera, Jean Paula (Fryderyka Richtera), a szczególniej Schillera, upajając się czarem nowego, namiętnego sposobu wypowiadania myśli i uczuć. Tu przypominał sobie te wszystkie baśnie i pieśni, jakie w dzieciństwie zasłyszał, podziwiając ich fantastyczną piękność, oraz prostotę uczuć i ich wyrażenia. A wszystko, co czytał i pomyślał, odnosił już to do swej ukochanej Maryli, już to do swych towarzyszy uniwersyteckich, którzy tymczasem rozszerzali swe koło, dopuszczając do niego większą liczbę studentów, tworząc nowe związki pod nazwą Promienistych, a potem Filaretów (miłośników cnoty). Mickiewicz posyłał im swoje ballady i pisał dla nich pieśni (»Hej, użyjmy żywota«, »Oda do młodości«, »Toasty«).
Nie zrywał on jednak z dawniejszemi nawyknieniami literackiemi; nie należał bowiem do tych burzliwych, jednostronnych natur, które są skłonne zarówno do bezwzględnego potępiania, jak i do bezwzględnego uwielbiania jakiegoś kierunku; w jego umyśle istniała zdolność do utrzymania pewnej równowagi duchowej. Taki umysł umiał sobie stopniowo przyswajać, co widział dobrego w nowej poezyi, a nie zapominał tego, co było dobrem w dawniejszej, lub do czego już nawykł. W chwili największego upojenia romantyzmem, pisze Mickiewicz objaśnienia do »Zofijówki«, wielbi talent Trembeckiego, tworzy wiersz »Do Malarza« i »Do Joachima Lelewela«, a w swoich »romansach« (»Pierwiosnek«, »Kurhanek Maryli«, »Dudarz«), zachowuje bardzo wiele cech czułostkowo-sielankowych w smaku Karpińskiego. Stąd także w pierwszym tomiku swoich »Poezyj«, wydanym r. 1822, kiedy bawił w Wilnie za rocznym urlopem, obok ballad romantycznych, pomieszcza klasyczne »Warcaby«. A w drugim tomiku, ogłoszonym r. 1823, kiedy znowu do Kowna powrócił, obok namiętnych »Dziadów« (część II i IV), w których cierpienia swe po zamążpójściu Maryli cudnemi wyśpiewał słowy, dał pełną spokoju »Grażynę«.
Dwa te tomiki sprawiły przewrót nietylko w literaturze, ale też w formach pojmowania i wypowiadania uczuć wśród społeczeństwa. Zarówno zwolennicy jak przeciwnicy pomijali w jego utworach to, co było dalszym ciągiem poprzedniego okresu, a widzieli tylko to, co zapowiadało świeży, odmienny. Jedni nie posiadali się z uwielbienia, drudzy — z oburzenia. Dwa mianowicie potężne czynniki były powodem jednego i drugiego objawu: wprowadzenie do poezyi polskiej świata fantazyi na tle ludowem i świata namiętności w przeciwstawieniu do mdło, konwencyonalnie wyrażanych uczuć, jakie w klasycyzmie francuskim znajdowano. Dwa te czynniki stanowią najgłębszą i najważniejszą treść reformy poetyckiej, dokonanej przez Mickiewicza. Że znalazły one wielbicieli, to nam dzisiaj wydaje się zupełnie usprawiedliwionem; ale że mogły mieć zaciętych nieprzyjaciół, to trudniej nieco objaśnić. Błędnem byłoby mniemanie, jakoby klasykom naszym chodziło jedynie i wyłącznie o poprawność języka i stylu według przepisów i wzorów francuskich; dbali oni o to bezwątpienia, ale szło im również o pojęcia i uczucia. Jednostronność rozsądku i rozumu rozbiorczego nie pozwalała im rozkoszować się barwnością obrazów fantastycznych (w obrazach duchów, świtezianek, upiorów), a ukazywała natomiast niebezpieczeństwo dla oświaty w kraju, który bądź co bądź daleko był został poza państwami, najbardziej ucywilizowanemi. Z drugiej strony ci ludzie nie przywykli byli do wybuchów namiętnych i oczywiście w dojrzałej już dobie życia nie mogli ich zrozumieć, gdyż ich sami nie doznawali. Ale ta sprzeczność między przyzwyczajeniami starych klasyków, a namiętnym tonem nowej poezyi potęgowała się jeszcze względami ogólniejszymi, narodowymi. Klasycy, jako ludzie starsi, klęskami krajowemi znużeni, pragnęli spokojnego rozwoju wśród istniejących po roku 1815 stosunków politycznych w trzech zaborach, a zwłaszcza w zaborze rosyjskim; nie mogli zatem pochwalać tych wybuchów namiętności, co przerwaniem legalnego stanowiska groziły. Jakkolwiek odczuwali bolesne skutki reakcyi europejskiej wogóle, a miejscowej w szczególności, poczytywali przecież za rzecz możliwą, nawet wśród tak srogich warunków, prowadzić dalej pracę około dobrobytu materyalnego i moralnego. A ten swój pogląd na kierunek spraw krajowych przenieśli i na utwory literackie, jako na motor częściowy myśli, uczuć i dążeń narodowych. W chwili, kiedy się pojawiły dwa tomiki poezyj Mickiewicza, klasycy nie znali jeszcze jego »Ody do młodości«, krążącej tylko w odpisach, ale gdy ją poznali, równą przeciw niej żywili niechęć, jak względem namiętnych wybuchów Gustawa w IV-tej części »Dziadów«. Wyrzekali oni, że wiersz poety może doprowadzić młodzież do ślepych zamachów, które zatrują zdrój życia narodowego; poeta bowiem doradzał jakoby pozbycie się rozumu, a powierzenie się »szałowi«.
Takie mniej więcej były poglądy klasyków, zwolenników idei »wieku oświecenia« i spokojnego, legalnego rozwoju. Były one niesłuszne nietylko z punktu widzenia młodych romantyków, ale i z dzisiejszego stanowiska. Przy całej bowiem czci, jaką wyznajemy dla potęgi rozumu ludzkiego, przy całem uznaniu dla trzeźwego zapatrywania się na cel i środki życia indywidualnego i narodowego, niepodobna przecież w rozwoju tylko rozumu widzieć zadania człowieczeństwa: dla nas harmonijne kształcenie wszystkich potęg ducha, swobodnie na własnych podstawach rozwijającego się, jest ideałem; a że Mickiewicz zarówno w balladach, jak w IV części »Dziadów« i w »Odzie do młodości» położył nacisk na uczucie i fantazyę, było to dziejową koniecznością wobec zubożenia tych potęg w czasach, bezpośrednio poprzedzających jego wystąpienie; było to jego wielką literacką i społeczną zasługą. Zasługa ta polega na samem podniesieniu fantazyi i uczucia do znaczenia, jakiego przedtem u nas nie miały, ale nie na tych przypadkowych kształtach, zapożyczonych z dziedziny wyobrażeń ludowych, w które Mickiewicz przyoblekał pierwsze swe »romantyczne« utwory.
Niebawem spostrzegł on i zrozumiał sam, że świtezianki, upiory i duchy, słowem cały świat fantastyczny ludowy nie jest niezbędny do wyrażenia nowych pomysłów i wypowiedzenia uczuć namiętnych.
Do takiego przekonania doprowadziły go, częścią głębsze studya nad poetami, a zwłaszcza nad wielkim wieszczem angielskim, Byronem, częścią rozwaga własna.
Będąc umysłem potężnym i oryginalnym, Mickiewicz i teraz nie uległ bezwzględnie wpływowi »brytanomanii«, ale jak z poezyi niemieckiej przyswoił sobie to tylko, co jego usposobieniu duchowemu odpowiadało; tak też i z poezyi angielskiej przetrawił w sobie pierwiastki obce i po swojemu zlał je z poprzednio już w duszy jego istniejącymi. Ponure i pesymistyczne poglądy i obrazy Byrona przypadały do ówczesnego nastroju jego ducha, kiedy bolał strasznie po rozstaniu się z Marylą; złożył więc hołd poecie angielskiemu przekładem kilku urywków z jego utworów, ale zresztą, zasiliwszy skarbiec swego ducha, poszedł własną drogą, od czasu do czasu tylko wskazując wyraźniej, iż poezya Byrona była mu w pierwszym okresie działalności poetyckiej wielce ulubioną. Prócz tego od zatapiania się w rozpamiętywaniu boleści osobistych oderwała go sroga rzeczywistość, gnębiąca ogół.
Stowarzyszenia studenckie w Wilnie, z początku przez zarząd uniwersytetu dozwolone, później (r. 1820 i 1822) zabronione, utrzymywały się ciągle, ale już w tajemnicy. Wypadek, dnia 3 maja 1823 r. w gimnazyum wileńskiem zaszły, sprowadził śledztwo, na które zjechał z Warszawy przewrotny senator, Mikołaj Nowosilcow. Aresztowany został Tomasz Zan i inni członkowie towarzystwa Filomatów i Filaretów w liczbie stu kilkudziesięciu. Dnia 23 października 1823 r. dostał się do więzienia i Mickiewicz i przesiedział w klasztorze Bernardynów pół roku. W więzieniu objawił się w nim dar improwizacyi, którego drobne zaledwie okruchy do nas doszły. W dniu 24 października 1824 roku udał się wraz z 19 innymi współwygnańcami w drogę do Petersburga, gdyż pobyt na Litwie był mu, jak wielu innym, wzbroniony. Przejście to rozpłomieniło w nim uczucie narodowe, uświadomiwszy głęboko w duszy cały okres cierpień, jakich Polska od czasu rozbicia się Rzeczypospolitej doznawała.


II.

Dwumiesięczny blizko pobyt w stolicy Rosyi dał przedewszystkiem poznać Mickiewiczowi prawdziwie duże miasto, zbliżył go do dawniejszych kolegów, co tu zamieszkali, i nastręczył sposobność poznania wielu nowych twarzy i charakterów, a mianowicie spiskowców rosyjskich, Bestużewa i Rylejewa. Jeszcze większą pod tym ostatnim względem obfitość przedstawiła mu daleka podróż przez Witebsk, Kijów, Steblów, Elizawetgród do miasta nadmorskiego Odessy, wraz z kolegami-filomatami, Franciszkiem Malewskim i Józefem Jeżowskim. Mickiewicz i Jeżowski mieli nadzieję dostania katedr w liceum Richelieugo w Odessie, Malewski zaś — miejsca w kancelaryi tamecznego jenerał-gubernatora. Posad wprawdzie tu nie otrzymali, ale zabawili się dobrze, mianowicie Mickiewicz.
W Odessie, zwłaszcza na wiosnę, znajdowało się wtedy wielu obywateli polskich z Ukrainy i Podola. Mickiewicz, znany już ze swoich poezyj, otoczony aureolą cierpienia, był porywany przez to towarzystwo i wpadł w wir zabaw i rozrywek salonowych po raz pierwszy w życiu. Szczególniej dom Sobańskich stał się dla niego jakby własnym. Pani Karolina, siostra wsławionego później powieściopisarza, Henryka Rzewuskiego, polubiła poetę, a ten się jej odwzajemniał. Uczucie to było całkiem inne, aniżeli względem Maryli; przedstawiało się jako szał krwi i zmysłów, przebywany przez młodzieńca, który nie rozszafował sił swoich na miłostki. Temu charakterowi uczucia odpowiadają też utwory, będące jego wynikiem. Cały szereg »sonetów erotycznych« i »elegij« daje nam poznać główniejsze przejścia tej namiętności, wskazując nam w poecie, który dotychczas same idealne opiewał uczucia, człowieka z krwią i popędami. I znowu tu zwrócić należy uwagę na wielostronność i rozmaitość talentu poety, świadczącą, że nie był to fanatyczny reformator, któregoby jeden wyłączny zajmował kierunek, ale wielce bogata poetycka natura, mająca się stać geniuszem.
Tęż wielostronność podziwiać musimy w »Sonetach krymskich«, do których dostarczyła materyału przejażdżka pod koniec lata r. 1825 w towarzystwie Sobańskiej, Rzewuskiego i paru innych osób odbyta. Wnosił tu poeta treść nową: uwielbienie dla górskiej natury, pięknej i groźnej, którą pierwszy raz widział i podziwiał, lubo się znajdował w nastroju smutnym po opuszczeniu Litwy i przyjaciół, — oraz formę nową, w iskrzącej barwami Wschodu, wspaniałej dykcyi.
Wierszem »W dzień odjazdu« pożegnał Mickiewicz Odessę, charakteryzując dziewięciomiesięczny w niej pobyt, jako zabawę, pozostawiającą tylko czczość po sobie, i odjechał do Moskwy, gdzie otrzymał posadę nadzwyczaj skromną i nie odpowiadającą ani jego talentowi, ani jego nauce. W kancelaryi jenerał-gubernatora, Golicyna, przepisywał »papiery«. Przez dziesięć pierwszych miesięcy żył on tu w odosobnieniu, w szczupłem kółku towarzyszy swoich: Malewskiego, Jeżowskiego, Budrewicza, Pietraszkiewicza i Daszkiewicza. Sprawa nieudanego spisku »Dekabrystów«, z którego przewódcami znał się, jak wiemy, osobiście, nie pociągnęła dla niego żadnych niemiłych następstw. To też gdy z powodu wydania swoich »Sonetów«, które drukował w Moskwie pod koniec r. 1826, wszedł w stosunki z profesorami uniwersytetu, rozszerzył się zakres jego znajomości. Szczególniej dziennikarz, Mikołaj Polewoj, wydawca i redaktor »Telegrafu moskiewskiego«, wprowadził go do kółka współpracowników swoich i zaznajomił między innymi z największym poetą rosyjskim, Aleksandrem Puszkinem. Obaj młodzi, obaj czciciele Byrona, obaj reformatorzy poezyi każdy w swoim kraju, łatwo zbliżyli się z sobą i weszli w zażyłość, wzajemnie się lubiąc i ceniąc wysoko.
Znajomość z literatami rosyjskimi poprowadziła Mickiewicza do bywania w ich domach, do dzielenia ich zabaw, do uczęszczania tam, gdzie się oni zbierali. Najważniejszą w tym względzie rolę odegrał salon artystyczno-literacki księżnej Zeneidy Wołkońskiej, którą uwiecznił poeta nasz wierszem »Na pokój grecki«, oraz dom książąt Wiaziemskich, w których willi Ostafiewo, przetłomaczył prześliczną kanconę Petrarki: »O jasne, słodkie, o przeczyste wody«.
Z polskich towarzystw na szczególną wzmiankę zasługuje dom Bonawenturostwa Zaleskich, poznanych w Odessie, którym na pamiątkę lata 1827, razem przepędzonego w Moskwie, Mickiewicz dedykował »Konrada Wallenroda«, napisanego w r. 1826. Pod koniec roku 1827 zjechała do Moskwy sławna w Europie fortepianistka, Marya Szymanowska, z dwiema córkami, Heleną i Celiną. Kolonia polska przyjęła tu artystkę z zapałem; Mickiewicz i Malewski wkrótce się z nią zapoznali, nie przeczuwając, że jej córki zostaną kiedyś ich żonami. Na razie nie mogli długo korzystać z tego miłego towarzystwa, gdyż książę Golicyn wyjeżdżał, a oni podążyli w jego świcie, do Petersburga. Mickiewicz miał sam osobiście wystarać się o pozwolenie na druk »Konrada Wallenroda«, oraz wyjednać koncesyę na wydawanie czasopisma polskiego w Moskwie p. n. »Iris«.
Pobyt w Petersburgu pod względem towarzyskim był dla naszego poety szeregiem owacyj przygotowywanych przez ziomków, tu zamieszkałych; Mickiewicz improwizował nieraz i to nie krótkie okolicznościowe wiersze, ale utwory obszerniejszego rozmiaru; upamiętniły się mianowicie w duszach słuchaczów improwizowane sceny z tragedyi historycznej: »Samuel Zborowski«, znane nam jeno z treści. Na czasopismo Mickiewicz pozwolenia nie dostał; natomiast »Konrada Wallenroda« nietylko ocenzurował, ale i ogłosił drukiem w Petersburgu na początku r. 1828 i tym poematem wyolbrzymił zapał młodych, a niezadowolenie klasyków, lękających się rewolucyi.
Powróciwszy do Moskwy, nie znalazł już wszystkich tych, co mu umilali rok zeszły. Umarła nieznana nam z nazwiska serdeczna jego przyjaciółka; Zalescy wyjechali, tak samo jak Puszkin. Pozostała młoda entuzyastka, Karolina Jaenisch, która już poprzednio uczyła się języka polskiego od Mickiewicza i przejęła się dla niego szczerem i trwałem uwielbieniem. Poeta nasz oświadczył się nawet o jej rękę, ale rodzina panny niechętnie na to patrzała; rozstano się więc z obopólnem dla siebie serdecznem uczuciem. Gdy się nadarzyła sposobność opuszczenia Moskwy, pożegnany przez literatów rosyjskich, obdarzony puharem pamiątkowym, wyjechał Mickiewicz w kwietniu 1828 r. do Petersburga. Tu żył zarówno w towarzystwach rosyjskich, jak polskich. Do pierwszych wprowadził go Aleksander Puszkin, który teraz również w Petersburgu zamieszkał i zaznajomił Adama z poetami rosyjskimi: Bazylim Żukowskim i Janem Kozłowem; w polskich towarzystwach oddawna nie był już obcym. Najczęściej jednak i najprzyjemniej spędzał czas u Maryi Szymanowskiej, mającej w stolicy Rosyi rozgałęzione i wpływowe stosunki, a pociągającej do swego domu wielkiemi zaletami serdeczności i talentu.
Sława Mickiewicza, jako poety, była już wśród ogółu mocno ugruntowana. Dowodziło tego powodzenie jego utworów. Naraz niezależnie od siebie drukowały się dwa wydania zbiorowe jego poezyj: w Paryżu i Poznaniu. Sam poeta przedsięwziął na swą rękę trzecie, w Petersburgu. Wyszło ono w początkach r. 1829 i zawierało oprócz dawniejszych utworów, dwie nowe ballady (»Czaty« i »Trzech budrysów«), piosenkę p. t. »Czyn«, poemat »Farys« i kilka tłomaczeń z obcych języków. W tych nowych utworach widać było znaczną od dawniejszych różnicę: odnosi się to mianowicie do ballad. Obsłonki fantastyczne uznał Mickiewicz za zbyteczne, malowaniem czysto ludzkich uczuć i stosunków, wypełniając ramy formy romantycznej. W »Farysie« rozwinął w szczegółach, barwą wschodnią zaprawionych, przepyszne malowidło tego samego popędu do działania, nieokreślonego pod względem środków, ale jasnego co do celu, którym jest swobodny rozwój sił i uzdolnień — jak niegdyś w »Odzie do młodości« — i tak samo jak »Odą« wzniecił wśród młodzieży zapał niesłychany.
Do tego wydania petersburskiego Mickiewicz dołączył przedmowę »O krytykach i recenzentach warszawskich«, wywołaną rozbiorami poezyj jego oraz ogólną potrzebą, jaką czuł reformator literatury, wypowiedzenia poglądu na bezpłodność autorów klasycznych i wsteczność pojęć literackich, panujących w ich obozie. Z dowcipem i śmiałością smagał on stronnictwo wsteczników, gdyż nie chodziło mu o przedmiotowe zobrazowanie ówczesnej naszej literatury wogóle, ale o wywalczenie zwycięstwa dla nowego w niej kierunku. Cel ten osiągnął w zupełności; od tego czasu klasycy mogli być uważani za pobitych.


III.

Oddawna już (bo od r. 1822) pragnął nasz poeta odbyć podróż za granicę; to też skoro tylko potrafił uzyskać, przy pomocy stosunków swoich, pozwolenie na wyjazd, nie omieszkał z niego skorzystać i zasilony funduszami z trzech nowych wydań poezyj, opuścił w dniu 15 maja 1829 r. Petersburg, ażeby morzem Baltyckiem dostać się tam, gdzieby mógł, niekrępowany nadzorem rządowym, »piersiami całemi« odetchnąć. Wysiadł w Travemünde, skąd na Lubekę i Hamburg udał się do Berlina, którego uniwersytet słynął naówczas szczególniej filozofem Heglem i historykiem Gansem, a przez to ściągał do siebie mnóstwo młodzieży niemieckiej i polskiej, zwłaszcza z W. Ks. Poznańskiego. Poeta nasz przyjęty został przez młodzież polską z zapałem. Prowadzono go na wykłady ulubionych profesorów, ugaszczano, opiewano; Mickiewicz niejednokrotnie improwizował, budząc zachwyt. Po miesięcznym pobycie w stolicy pruskiej, odjechał do Drezna, skąd odbył wycieczkę do Szwajcaryi Saskiej i przez Pragę podążył do Karlsbadu, dla użycia wód tamtejszych. Tu doczekał się przybycia młodego swego wielbiciela i naśladowcy, Antoniego Edwarda Odyńca, znanego sobie jeszcze z Wilna, i z nim dalszą podróż odbywał, mając życzliwego zastępcę w kłopotach powszednich i towarzysza we wszystkiem uległego.
Najbliższym celem naszych podróżnych, po wyjeździe z Karlsbadu, było złożenie hołdu największemu poecie niemieckiemu, Goethemu, który 28 sierpnia 1829 r. miał w Weimarze obchodzić 8o-tą rocznicę swych urodzin. »Jowisz poetów«, do ostatniej chwili życia usiłujący spożytkować wszystko na rzecz wzbogacenia swego umysłu, przyjął naszego wieszcza nadzwyczaj życzliwie, rozpytywał o nieznaną sobie literaturę polską i nasze pieśni ludowe; a rodzina Goethego nader uprzejmie podejmowała podróżnych. Uczestniczyli oni w wielkiej uroczystości 28 sierpnia; przypatrywali się pierwszemu na scenie weimarskiej przedstawieniu »Fausta«.
Po wrażeniach, odebranych w obcowaniu z potężną osobistością poetycką i w przyglądaniu się wielkiemu jej dziełu, nastąpiły wrażenia pięknej przyrody, gdy Mickiewicz z Odyńcem jechali Renem, a następnie przez Strasburg udawali się do Szwajcaryi, by na zimę zdążyć do Włoch.
We Włoszech piękno natury łączyło się spójnie z pięknem sztuki. Po raz pierwszy przedstawiły się Mickiewiczowi takie i w takiej liczbie pomniki architektury, skarby malarstwa i rzeźby, jakie w miastach włoskich, a szczególniej we Florencyi napotykał. Gdy wreszcie w połowie listopada 1829 r. przybył do Rzymu, czynniki artystyczne i życiowe tłumnie do jego umysłu napływać zaczęły i tak go pochłaniały, że o twórczości poetyckiej myśleć nawet nie mógł. Czytał, przypatrywał się i rozważał; a obok tego wpadł w wir zabaw salonowo-artystycznych, z którego wydostać się mu było niepodobna.
W trzech mianowicie domach przepędzał wieczory, a nawet i dni całe. Jednym był salon znajomej z Moskwy księżnej Zeneidy Wołkońskiej, która zjechała do wiecznego grodu nietylko dla pomników sztuki, ale i z wielkiej dla katolicyzmu sympatyi. Drugim był salon Chlustinów, gdzie »muza z nad Dniepru«, ukształcona, dowcipna, zalotna, pragnąca hołdów, Anastazya, królowała. Trzecim a najmilszym był dom hrabstwa Ankwiczów z Galicyi, gdzie panna Henryka-Ewa wraz z przyjaciółką i kuzynką swoją, wielce pobożną Marceliną Łempicką, łagodnym blaskiem młodości i wdzięku, zamiłowania sztuki i poezyi, czar na całe otoczenie rzucały. Pomiędzy Henryką a poetą zawiązał się niebawem tkliwszy stosunek, w którym obok uwielbienia dla geniuszu z jednej, a ojcowskiego niemal współczucia z drugiej strony, serce także znaczny miało udział, lubo do tego głośno się nie przyznawało i zaledwie nikłem półwyznaniem w wierszu »Do mego cicerone w Rzymie«, a potem pięknemi postaciami dwu Ew (w III części »Dziadów« i »Panu Tadeuszu«) za pośrednictwem pióra Adama się ujawniło.
W początkach maja r. 1830 Ankwiczowie wyjechali do Paryża, a Mickiewicz zwiedził Włochy południowe, gdzie przerobił pieśń Mignony z powieści Goethego: »Wilhelm Meister« i nadał jej napis »Wezwanie do Neapolu«, jakby nawołując Henrykę do podzielania swego szczęścia; następnie, zabawiwszy krótko na wyspie Sycylii, przebył nanowo całe Włochy, by się puścić na turystyczną po Szwajcaryi wycieczkę. W czasie tej wycieczki poznał utalentowanego 19-letniego młodzieńca, który później jako Zygmunt Krasiński miał się stać jedną z chlub poezyi naszej. Anastazya Chlustin zaręczyła się wtedy z hrabią de Circourt i zapoznała Mickiewicza z głównymi przedstawicielami życia umysłowego w Szwajcaryi: Bonstettenem i Janem Karolem Sismondim. Tu wreszcie opuścił go towarzysz dotychczasowy, Odyniec. Ankwiczowie, którzy w Paryżu podczas rewolucyi lipcowej (1830 r.) bawili, wracali na zimę do Rzymu. Mickiewicz widział się z nimi najprzód w Genewie, a potem w Medyolanie. Tu, z powodu uczuć Henryki dla Mickiewicza, zaszła podobno między jej rodzicami scena gwałtowna, której wynikiem było oziębienie pewne stosunku naszego poety do ich domu. Nie przestał on u nich bywać w Rzymie, ale starał się trzymać zdala od Henryki. Zresztą wpływy religijne, jakim uległ w tym czasie, zbliżywszy się do wielce ukształconego i szlachetnego księdza Stanisława Chołoniewskiego i do hr. Henryka Rzewuskiego, zwróciły jego umysł w innym kierunku, odrywając go od uczuć osobistych.
Od czasu studyów uniwersyteckich zobojętniał Mickiewicz nie dla idei religijnej wprawdzie, ale dla obrządków kościelnych, a życie światowe, jakie w Odessie, Moskwie i Petersburgu prowadził, nie mogło go ku nim nakłaniać. Zdaje się, że poznanie żarliwego mistyka, Józefa Oleszkiewicza, w stolicy cesarstwa, najprzód lubo niewidocznie, podziałało na pierwsze przebudzenie nastroju religijnego w Mickiewiczu, a pobyt w Rzymie, widok wspaniałych obrzędów kościelnych, jakim przez czas pięcioletniego przeszło pobytu w Rosyi przypatrywać się nie miał sposobności, przestawanie z osobami pobożnemi, wreszcie czytanie dzieł, mających na celu obronę wiary chrześciańskiej wobec napadów racyonalizmu, lub budzenie jej w duszach zwątpiałych i obojętnych, między innemi studyowanie pism sławnego naówczas teologa-filozofa, księdza Lamennais, wzmocniło ów nastrój i przejęło nim całą umysłowość poety. Już w wierszu: »Do M. Łempickiej w dzień przyjęcia Komunii św.« (na wiosnę r. 1830) wyraziła się tęsknota poety za wiarą prostą i naiwną, a w utworach pisanych prawdopodobnie pod koniec r. 1830, takich jak: »Rozmowa wieczorna«, »Rozum i wiara«, »Mędrcy« i »Arcy-mistrz«, już bardzo wyraźnie widać ukorzenie się umysłu wieszcza wobec wiary.
Jeżeli ten kierunek ducha nie przybrał odrazu form krańcowych, zawdzięczał to Mickiewicz przedewszystkiem właściwości swego umysłu, który nigdy nie przechodził nagle z jednej fazy do drugiej, ale je stopniowo i zwolna przebywał — powtóre wpływowi rewolucyi listopadowej, wybuchłej w Królestwie Polskiem. Różne przeszkody nie dozwoliły Mickiewiczowi natychmiastowo zbliżyć się do kraju; najprzód brak pieniędzy, gdyż całą gotówkę oddał swojemu młodemu przyjacielowi, poecie, Stefanowi Garczyńskiemu; potem rozruchy w Romanii, odbierające wszystkim bezpieczeństwo podróży. Gdy te przeszkody ustąpiły, Mickiewicz wyjechał z Rzymu w końcu kwietnia 1831 r., zmierzając ku Paryżowi, skąd miał nadzieję przedostania się na Żmudź. Po rozbiciu się tej nadziei, udał się na Drezno do W. Ks. Poznańskiego, lecz do Królestwa przedostać się nie mógł; a niebawem nadeszła wiadomość o wzięciu Warszawy (8 września). Zajął się już tylko losem rannego brata swego Franciszka, który uczestniczył w powstaniu litewskiem. Umówiwszy się następnie ze Stefanem Garczyńskim, który w Poznańskiem, jako uczestnik rewolucyi, bawić nie mógł i udawał się do Saksonii, podążył w początkach marca 1832 r. do Drezna, gdzie pod wpływem opowiadań bojowników o niepodległość wyobraźnia jego popędem twórczym rozgorzała. Zwrot do obrabiania tematów branych nie z wnętrza własnej duszy tylko, ale z ogólnych prądów narodowych, zwrot, który w »Konradzie Wallenrodzie« bardzo silnie jeszcze nacechowany był indywidualnością samego twórcy, obecnie wskutek opowiadań obcych i rozmyślań własnych, stawał się coraz wyrazistszym i przybierał kształty coraz bardziej przedmiotowe. Tak powstały drobniejsze utwory: »Reduta Ordona«, »Nocleg«, »Pieśń żołnierza«, »Śmierć pułkownika«, tak powstała III-cia część »Dziadów«.
Uczucia, natchnione prześladowaniem towarzystw studenckich i młodzieży szkolnej na Litwie w r. 1823-4, wypełniają treść tej III-ciej, a właściwie V-tej części, gdyż w niej Gustaw, kochanek nieszczęśliwy z IV cz., przemienia się w Konrada, bohatera narodowego, czującego i cierpiącego za miliony. Jest to najwspanialszy pomnik, jaki poezya wystawiła dla nieszczęśliwego narodu, pozbawionego swobody i wijącego się z bólu.
Pod względem artystycznym ta III-cia część »Dziadów« stanowi przejście z romantyki do poezyi realistycznej. Forma ogólna wprawdzie zachowana w niej takaż, jak w poprzednich częściach, tylko że świat fantastyczny ludowy zastępują tu postaci wzięte z pojęć katolickich: aniołowie i duchy ciemności. Indywidualność poety jeszcze tu wychodzi wydatnie na plan pierwszy; ale są już także sceny, w zupełnie przedmiotowym (objektywnym) stylu pisane, przedstawiające obraz życia narodowego w ściśle oznaczonej dobie. Szczególniej t. zw. »Ustęp« z III-ciej części »Dziadów«, malujący drogę do Rosyi i pobyt w jej stolicy, nawskroś uczuciami narodowemi przejęty, jest zupełnie realistycznie wykonany, przez doskonałe zastosowanie stylu do treści.
W połowie r. 1832 Mickiewicz, częścią dla wydrukowania napisanych w Dreźnie utworów, częścią z powodu niezabezpieczonej możności pobytu w Saksonii, skąd emigrantów polskich rugowano, udał się do Paryża. Boleścią przejęły go ówczesne waśnie wychodźców, którzy winę nieszczęść wspólnych starali się złożyć na to lub owo stronnictwo, na te lub owe osobistości; z goryczą odzywał się o tych smutnych zatargach, co nie mogąc złego zniszczyć, a dobrego przywrócić, osłabiały jedynie siły jednostek, tłumiły pracę systematyczną i narażały Polaków na złą opinię wśród obcych. Z początku sądził poeta, że gorącem przemówieniem zdoła pojednać zwaśnionych i w tym celu ogłosił prostotą ewangeliczną nacechowane »Księgi narodu« i »Księgi pielgrzymstwa polskiego« (1832), a potem wziął udział w pracy dziennikarskiej i pomieścił szereg artykułów treści politycznej w czasopiśmie »Pielgrzym«. Gdy atoli usiłowania jego okazały się płonnemi; gdy wychodźcy, wielbiąc go jako poetę, ubolewali jeno nad tem, że się oddał polityce, Mickiewicz dał pokój publicystyce, »zatrzasnął drzwi od hałasów Europy« i zamknął się w szczupłym obrębie serdecznych przyjaciół.
Wśród takich to okoliczności dojrzał w duszy Mickiewicza pomysł poematu, który w miarę tworzenia, coraz się bardziej rozszerzał i olbrzymiał. Silne przywiązanie do miejsc rodzinnych i tęsknota wywołana oddaleniem się od nich, działały wskrzeszająco na pamięć poety i przedstawiały mu obrazy, widziane niegdyś, w »całej ozdobie«. Chcąc zapomnieć o smutkach i bólach bieżących, uciekał wieszcz w tę niedawną przeszłość swoją i ojczyzny, szukał w niej żywiołów, któreby mu zastąpiły brak ich w otoczeniu ówczesnem, przestawał ze stworzonemi przez się postaciami, jak z prawdziwymi, rzeczywistymi towarzyszami, z którymi myśli i uczucia szczerze i swobodnie podzielić można. Równocześnie jednak przestrzeń, oddzielająca poetę od rzeczywistego gruntu, na którym postaci te się ruszały, doświadczenie, w życiu tylu wrażeniami napełnionem zdobyte, nie dozwoliły Mickiewiczowi zamykać oczu na złe lub słabe strony swego narodu, nie dozwoliły nie widzieć tego, czego zazwyczaj nie widzą ci, co wśród społeczeństwa swego nieustannie przebywają.
I tak, pomimo trosk, kłopotów, smutnych podróży (z powodu choroby i śmierci w r. 1833 Stefana Garczyńskiego), znalazł Mickiewicz dosyć spokoju, dosyć wyrozumiałości i dosyć rozwagi, ażeby urzeczywistnić ten wielki i świetny pomysł, jaki przed laty Lelewelowi podsuwał, iżby starając się o prawdę przedmiotową w kreśleniu dziejów, uwydatniał »czystą treść człowieka«.
Przez urzeczywistnienie tego pomysłu, wykluczającego wszelką nieprawdę, a więc przesadę, jednostronność, wyjątkowość wypadków i objawów duchowych, zbytnią przychylność dla jednych, a wstręt względem drugich, stał się Mickiewicz założycielem prawdziwie »nowożytnej« poezyi naszej pod względem treści i formy. Dokonał tego w »Panu Tadeuszu«, ukończonym w początkach lutego, wydrukowanym w połowie r. 1834.
Utwór ten, przeniknięty duchem ogólno-ludzkim, nie przestaje być przecież narodowym, gdyż poeta umiał te ogólno-ludzkie uczucia i myśli wysnuć właśnie z organizmu narodowego, nie rozstrajając go bynajmniej. To stanowisko poety względem narodu swego zdecydowało o charakterze dzieła; ze stanowiska tego ogarnął ogół, ujrzał w nim cechy wspólne z innymi narodami, i nie zacierając różnic wybitnych w indywidualnie nakreślonych postaciach, umiał owe wspólne cechy z najwyższym artyzmem uwydatnić.
A obok świetnych obrazów społeczeństwa, jakże głęboko odczute i jak wspaniale są przedstawione obrazy przyrody i wrażenia artystyczne! Poeta zostaje w najściślejszym związku z naturą, kocha ją i podziwia; ale ta miłość nie ma w sobie ani cienia chorobliwej czułostkowości, a podziw ten to jedynie uznanie wiecznie świeżego i zawsze prawidłowego rozwoju zjawisk przyrodzonych wobec ruchliwej, zamąconej i wrzawliwej gmatwaniny spraw ludzkich... Artyzm nie wiele wprawdzie zajmuje miejsca w poemacie i ogranicza się głównie do odtworzenia wrażeń muzycznych; ale w tych dwu ustępach, w których Mickiewicz już to piękną grę na rogu, już rzewną i wzniosłą grę na cymbałach maluje, czujemy się poruszeni do głębi, jak był bezwątpienia wzruszony i sam twórca.
Nietylko jednak pod względem sposobu traktowania treści, lecz nie mniej i pod względem formy »Pan Tadeusz« stanowi w epice naszej pierwszy, a zarazem najpiękniejszy przykład pojęć całkiem nowożytnych. Jak poprzednio w utworach mniejszego rozmiaru, tak teraz w kompozycyi wielkiej zerwał poeta zupełnie z fantastyką romantyczną; żadne duchy ni czarownice nie przyplątują się do akcyi; żaden wogóle środek nieumotywowany nie ma tu wpływu najmniejszego; wszystko jest logicznym wynikiem temperamentów, uczuć, myśli i charakterów ludzkich. A jak z tą fantastyką, tak też rozstał się poeta z wszelką niejasnością i ułamkowością, które służyły romantykom za sposób do wywoływania wrażeń niepewnych, nieokreślonych i niby-to nieskończonych. Teraz wszystkie uczucia i myśli wypowiada poeta w pełni, wypadki rozwija organicznie, osoby przedstawia w niezrównanej plastyce.
Spokój epiczny, przedmiotowość w rozpatrywaniu spraw ludzkich, wszechstronne objęcie przymiotów i wad człowieka zarówno pod zmysłowym jak i umysłowym względem, rozwaga, niedozwalająca stwarzać ideałów bezwarunkowych i płynąca z niej łagodna ironia, która nie dolewa goryczy, ale działanie jej owszem osłabia, błogiem uczuciem ukojenia napełniając serce; oto ważniejsze punkta tego nowego stanowiska poety.
Nie należy wszelako mniemać, iż w ten sposób Mickiewicz nawraca ku klasycyzmowi, choćby nawet najdoskonalszemu, greckiemu. Nie. Dzieje niedarmo przyniosły doświadczenie, niedarmo pogłębiły ducha ludzkiego; formy minione nie wracają się w całej dawnej zupełności. Poeta niemógł się wyrzec nabytków wiekowych; to też nie unika ani głęboko wstrząsających, niemal tragicznych scen, ani nie zachowuje chłodnego spokoju tam, gdzie dusza jego drży wzruszeniem potężnem. Stąd to w jego obrazach natury — tyle ciepła, w malowidle stosunków ludzkich — tyle prawdy i tyle miłości, w przedstawieniu wrażeń artystycznych — tyle drgnień namiętnych.
Taki jest najwyższy punkt twórczości Mickiewicza i zarazem najwyższy punkt poezyi naszej wogóle. Inni wielcy poeci prześcignęli mistrza tą lub ową stroną talentu, ale żaden nie doszedł do tej harmonii potęg ducha, w której ani jeden żywioł nie przemaga, lecz wszystkie w najświetniejszy zlewają się akord; żaden też nie zdołał stworzyć takiego arcydzieła, któreby tak żywo przemawiając do serca narodu, wszystkie warunki artyzmu najdoskonalej spełniło, a raczej, któreby warunki te właśnie niezbędnymi na przyszłość uczyniło.



IV.

I u Mickiewicza także równowaga owa najwyższych potęg duchowych, nie trwała długo; szala przechyliła się niebawem ku stronie uczuciowości i fantazyi, z nowem ich zabarwieniem.
Wkrótce po ogłoszeniu »Pana Tadeusza«, poeta nasz ożenił się z Celiną Szymanowską, wówczas już sierotą. Po krótkich miesiącach cichego zadowolenia nastąpiły długie lata troski o chleb powszedni dla rodziny. Pociągu do tworzenia nowych poematów Mickiewicz nie czuł w sobie tak dalece, że po wydrukowaniu w r. 1835 dawniej dokonanego przekładu powieści poetyckiej Byrona pod tytułem »Giaur«, ułożenie »Zdań i uwag z dzieł: Jakóba Boehme, Saint-Martina, Anioła Szlązaka« przyszło mu w r. 1836 z trudnością; dochody zaś z dawniejszych utworów nie mogły oczywiście wystarczyć na potrzeby utrzymania zwiększającej się gromadki rodzinnej w tak drogiem mieście jak Paryż.
Sądził poeta, że praca historyczna pójdzie mu łatwo i zabrał się do obrobienia dziejów Polski, ale się zawiódł; krytyczna robota nie odpowiadała jego usposobieniu.
Widząc i słysząc, jak w Paryżu mierne nawet zdolności w publicystyce nietylko zarabiały na dostatnie utrzymanie, ale nawet do majątku dochodziły, próbował też sam na tej drodze szukać zarobku; napisał i pomieścił w ówczesnych czasopismach francuskich kilka artykułów (»O malarstwie religijnem w Niemczech«, »Miodowy tydzień rekruta«, »Aleksander Puszkin«); ale do ciągłej pracy dziennikarskiej nałamać się nie mógł. — Przedstawienia teatralne dawały już naówczas autorom francuskim znaczne zyski; zamierzył więc i on zrobić »finansową aferę« przez napisanie dramatu po francusku. Pod koniec r. 1836 uczuwszy chęć do pisania, w krótkim czasie wygotował dramat pięcioaktowy prozą p. t. »Les confédérés de Bar« i oddał go do teatru Porte-Saint-Martin. Niestety, przedstawienia się nie doczekał. Mickiewicz, który w tym czasie zaczął był już drugi dramat 5-aktowy p. n. »Jacques Jasiński ou les deux Polognes«, nietylko go nie ukończył, ale i o poprzedni nie dbał, zrażony niepowodzeniem. Tym sposobem pozbawieni zostaliśmy jedynego dramatu scenicznego, jaki z pod pióra mistrza wyszedł, tak że tylko fragmentami zadowolić się musimy.
Gdy i z tej strony nie mógł się już spodziewać dostarczenia środków na utrzymanie rodziny, przypomniał sobie swoje młodzieńcze zajęcia nauczycielskie w Kownie i postanowił zużytkować swą wiedzę w niemiłej mu zresztą dziedzinie pedagogii. W r. 1838 w akademii lozańskiej (w Szwajcaryi) zawakowała katedra literatury łacińskiej. Mickiewicz pośpieszył na miejsce, by podjąć starania, celem osiągnięcia tej posady. Zabiegi jego pomyślnym uwieńczyły się skutkiem; miał pewność, że będzie mianowany profesorem; ale z Paryża otrzymał wiadomość, że żona jego dostała obłąkania. Zmuszony był powrócić i przez kilka miesięcy, wśród przygnębiających stosunków materyalnych, rozciągać opiekę nad żoną i dziećmi. Gdy wreszcie Celina odzyskała przytomność umysłu, wybrał się w połowie r. 1839 do Szwajcaryi i przedsięwziął ponowne starania o katedrę, jeszcze nie zajętą. Powiodło mu się i tym razem. Mianowany najprzód nadzwyczajnym, a później zwyczajnym profesorem, wykładał przez cały rok szkolny 1839-40 kurs literatury łacińskiej w akademii i naukę języka łacińskiego w gimnazyum lozańskiem z wielkiem zadowoleniem młodzieży i serdecznem uznaniem zwierzchności szkolnej.
W ciągu tego czasu dojrzał projekt założenia w Paryżu katedry literatury słowiańskiej, popierany przez ministra oświecenia, Wiktora Cousin. Na profesora powołany został Mickiewicz. Ten wahał się z początku; ale skłoniony ideą obowiązku narodowego na katedrze, ku której zwrócone były oczy całej oświeconej Europy, zdecydował się przyjąć ofiarowaną posadę, aby jej nie objął ktoś nieprzychylny Polsce. Z żalem opuszczał zaciszną Lozannę, by przenieść się znowu do gwarnej stolicy, która przykre tylko pozostawiła w duszy jego wspomnienia, i by stanąć na wszechświatowej widowni.
Dnia 22 grudnia 1840 r. odbyła się w »Kolegium francuskiem« pierwsza prelekcya Mickiewicza o literaturze słowiańskiej przy nadzwyczajnym natłoku słuchaczów. Dnia 25 wyprawiono profesorowi składkową ucztę, na której Juliusz Słowacki, znany Mickiewiczowi dzieckiem jeszcze z Wilna, skłonił dumną głowę przed »bogiem litewskim«, a mistrz natchnioną improwizacyą takie wywołał rozczulenie i zapał, jakich nigdy przedtem słowo jego nie wywarło. W dzień Nowego Roku 1841 na drugiej uczcie wręczono Mickiewiczowi puhar pamiątkowy: poeta na podziękowanie improwizował znowuż, ale takiego jak poprzednio wrażenia nie zrobił.
Co więcej, od tego czasu zaszła w umysłach rodaków zamieszkałych w Paryżu, często u nas zdarzająca się reakcya, gdy człowieka, uwielbianego przed chwilą, spotykają najprzód niechęć, potem zarzuty i pociski jadowite. Wychodźcy byli niezadowoleni z wykładów Mickiewicza, lubo Francuzi o jego kursie z wielkiem uznaniem się odzywali. Zdawało się emigrantom, że profesor zamało zasług w dziejach cywilizacyi przyznawał Polsce, a zadużo Rosyi. Potem nastąpiły zarzuty, że historyę przemienia na poemat. Mickiewicz istotnie w odczytach swoich był raczej natchnionym improwizatorem niż dziejopisem-erudytem, ale w tych rzeczach, które znał dobrze (np. wiek XVI), nie w wyobraźni, lecz w rzeczywistości historycznej szukał materyału do wspaniałych obrazów lub rozległych poglądów, rozświecając nimi jak błyskawicami ciemnie przeszłości.
Zaledwie Mickiewicz skończył ten kurs pierwszoletni, żona jego po raz drugi zachorowała na rozstrój umysłowy. W chwili największego przygnębienia poety zjawił się człowiek, podający się za apostoła nowej »ewolucyi« chrześciaństwa, za proroka, powołanego do zaszczepienia zgody wśród emigracyi i do poprowadzenia jej ku ojczyźnie. Był to mistyk-marzyciel, Andrzej Towiański. Wyrobił on w sobie wielką siłę wewnętrzną przez rozmyślanie i wywierał wpływ magnetyczny na osoby wrażliwe. Uzdrowił żonę Mickiewicza i pozyskał całkowitą jego ufność. Poeta uwierzywszy w jego posłannictwo, stał się gorliwym rozszerzycielem nauki, podnosząc głównie ten jej punkt, że zasada miłości, obowiązująca dotychczas w stosunkach życia prywatnego, powinna być rozciągnięta do wszystkich szczegółów bytu społeczno-politycznego.
W ciągu drugiego roku wykładów w »Kolegium francuskiem« (1841-42) Mickiewicz nie występował wyraźnie z propagandą nauki Towiańskiego, tylko starał się przygotowywać powoli umysły do jej przyjęcia, wzkazując przy każdej sposobności wyższość zapału i natchnienia nad rozumem rozbiorczym, a poświęcenia — nad wyrachowaniem samolubnem. W trzecim roku (1842-43), biorąc pochop z dzieł polskich, wtedy najświeższych, rozwijał swoje poglądy na »posłannictwo« narodów słowiańskich, mówił o ich mitologii, historyi i prawach, dowodził, że jeszcze nie wypowiedziały swojego »słowa« i zwiastował, że to niebawem nastąpi. Jakoż w roku czwartym (1843-44), mijając się całkiem z zadaniem wykładów, poddał surowej krytyce działalność »Kościoła urzędowego« i wygłosił otwarcie posłannictwo Andrzeja, który przynosił jakoby owo oczekiwane słowo.
Ponieważ jako wynik przyjęcia tego »słowa« Mickiewicz zapowiadał zmiany w Europie, a szczególniej we Francyi, prorokując powrót Napoleonidów do władzy, rząd ówczesnego króla, Ludwika Filipa, zalecił profesorowi, żeby się podał o dłuższy urlop. Dnia 28 maja 1844 r. odbyła się ostatnia lekcya. Użył jej poeta na zaznaczenie ścisłego związku idei Napoleońskiej z głoszonym przez siebie »mesyanizmem« i z losem słowiańszczyzny całej i na wezwanie obecnych, by szukali »męża przeznaczenia«, którego on był apostołem.
Pozbawiony możności rozpowszechniania nauki swojej publicznie, Mickiewicz, i sam żądny czynu i wchodząc w życzenia tych niegdyś wojaków z r. 1831, co w jego słowa zawierzyli, musiał się starać o rozwinięcie akcyi na większą skalę; próbował dla »sprawy« pozyskać możnych tego świata. Próby te nie doprowadziły do zamierzonego celu; a Towiański, mniej skłonny do przedsięwzięć czynnych, miał w końcu za złe swemu apostołowi, że go do działania zewnętrznego pobudza. Nastąpiło ochłodzenie stosunków pomiędzy mistrzem a uczniem najprzód w r. 1845, a potem jeszcze wyraźniejsze w r. 1847.
Odtąd Mickiewicz działał na swoją rękę. Gdy we Włoszech r. 1848 rozpoczęły się ruchy narodowe, pośpieszył do Rzymu, ażeby papieża Piusa IX, który początki rządów swoich zbawiennemi reformami zaznaczył, nakłonić do wzięcia inicyatywy w odrodzeniu stosunków politycznych. Dwa posłuchania, jakie uzyskał, spełzły na niczem. Wówczas poeta nasz postanowił uformować z Polaków legion, mający dopomagać Włochom do oswobodzenia, a potem dążyć do wyjarzmienia własnej ojczyzny. Projekt przyprowadził do skutku i Włosi ze czcią wspominają dzisiaj imię naszego poety.
Powróciwszy do Paryża, zaczął tu od połowy marca 1849 wydawać dziennik p. t. »Tribune des peuples«, poświęcony sprawie wszystkich ujarzmionych narodów, do którego wiele artykułów politycznych sam pisywał, upatrując w ludzie główną podstawę przyszłego rozwoju społecznego i pragnąc w nim rozbudzić świadomość tej potęgi.
Przepowiedziany przezeń powrót Napoleonidów do władzy stał się faktem. Ludwik Napoleon, obrany prezydentem rzeczypospolitej francuskiej, dokonał następnie zamachu stanu (1852 r.) i ogłosił się cesarzem. Mickiewicz łudził się czas jakiś nadzieją, że cesarz spełni ideę Napoleońską, ale się i pod tym względem rozczarował.
Mianowany w r. 1852 bibliotekarzem biblioteki arsenału, podczas wojny krymskiej wyśpiewał odę na cześć Ludwika Napoleona, jako przedstawiciela idei wolności, i pragnął sam wziąć czynny udział w wypadkach. Po stracie żony w marcu r. 1855, wybrał się we wrześniu tegoż roku do Konstantynopola, odwiedził obóz kozaków otomańskich, zostających pod wodzą Michała Czajkowskiego (Sadyka-paszy), marzył o utworzeniu legionu z Izraelitów, ale zamiaru tego urzeczywistnić już nie mógł; zmarł nagle 26 listopada.
Zmarł ciałem, ale duchem żyje i żyć będzie, bo twory geniuszu nie starzeją się. Jest w nich wiekuisty pierwiastek życia, gdyż są wyrazem niezniszczalnych, najprostszych, ale zarazem najpotężniejszych czynników, którym duch ludzki istnienie i rozwój zawdzięcza. Z jakiegokolwiek rozpatruje się je stanowiska, wobec jakichkolwiek stawia się je zagadnień, zawsze im przyznać się musi piękność, wielkość i żywotność. Każde nowe pokolenie może i powinno roztrząsać je po swojemu i każde znajdzie w nich — tak samo jak w tworach przyrody — rzeczy świeże i niespodziewane, których dawniej nie zauważono lub ocenić nie umiano. Tym sposobem stają się one dla narodów nietylko »arką przymierza między dawnemi i młodszemi laty«, ale nadto — skarbnicą nieprzebraną, z której dobywać ciągle można brylanty piękna, oraz ogniskiem niegasnącem nigdy, przy którem można ukoić lub rozpłomienić serce.
Dla narodu naszego — a miejmy nadzieję, że z czasem i dla innych, zwłaszcza słowiańskich — takie mają znaczenie poezye Mickiewicza. Są one ową arką przymierza pomiędzy minioną przeszłością, a tem, czego oczekujemy, są skarbem niewyczerpanym najwspanialszych obrazów i postaci, są ogniskiem wiecznie płonących uczuć rzewnych, głębokich i wzniosłych, mogących nakarmić miliony i złączyć jak najściślej wszystkich Polaków, rozdzielonych granicami politycznemi. Są one sercem Polski.


∗             ∗

Wydanie obecne Poezyj Mickiewicza jest najzupełniejszem ze wszystkich, jakie dotychczas ogłoszono. Zebrałem tu bowiem nietylko wszystkie utwory autentyczne, znajdujące się w najkompletniejszych wydaniach paryskich i lwowskich, ale nadto dodałem jeszcze i te, jakie się ukazały w czasopismach z lat ostatnich, lub jakie wydrukował syn poety w obszernym czterotomowym »Żywocie« ojca. Są to niewątpliwie drobiazgi tylko, ale zdawało mi się, że mamy prawo i obowiązek gromadzenia wszystkiego, co z pod pióra geniusza wypłynęło.
Podział zachowałem mniej więcej taki, jakiego się trzymałem w taniem wydaniu warszawskiem z roku 1888, wprowadzając do niego naturalnie te utwory, które tam, ze względów cenzuralnych, musiały być opuszczone.
Do tomu I-go dołączyłem dodatek, zawierający wiersze niepewnej autentyczności, wykluczając te, których nieautentyczność dostatecznie udowodniono.
Dodatek do tomu II-go zawiera dwie powiastki pisane prozą po polsku i dwie pisane po francusku. Co do »Karylli« autentyczność jej nie jest wprawdzie tak niezachwianą jak »Żywili«, ale pomijać jej nie mogłem, ponieważ od lat już wielu w Dziełach Mickiewicza się mieści.
Wszystkie objaśnienia poety pozostawiłem naturalnie; osobno zaś przy każdym dziale umieściłem nieco swoich. Byłem w nich bardzo oszczędnym; wiedząc, że ogół długich komentarzy nie lubi, chciałem tylko zaspokoić najniezbędniejszą potrzebę zrozumienia autora; a więc króciutkie dałem wskazówki, czem była i kiedy żyła pewna wspomniana przez Mickiewicza osobistość, lub co znaczy pewien wyraz prowincyonalny lub przestarzały.
Czas powstania utworów zaznaczałem wtedy tylko, gdy on jest niewątpliwy, a przynajmniej prawdopodobny; w innych wypadkach wystarczyć winny wskazówki podane tu we wstępie, kiedy jakie poezye wyszły z druku.
Małoważne odmianki (waryanty) pomijałem zupełnie, gdyż one mają znaczenie tylko dla badaczy, ogółu zaś nie interesują wcale; natomiast dłuższe ustępy, odmienne od tekstu przyjętego, pomieszczałem wśród objaśnień wydawcy. W tak zwanym »Ustępie« z trzeciej części »Dziadów« ośmieliłem się wstawić do tekstu parę kawałków podawanych dotąd w przypiskach, gdyż one jedynie ze względów czasowych zostały wypuszczone w wydaniach drukowanych w Paryżu za życia poety; dotyczyły bowiem głośnych osobistości francuskich; z przeminięciem tych względów, ustaje potrzeba spychania owych charakterystycznych rzeczy do podrzędnego stanowiska.


Zakopane, 3 maja 1898 r.


Piotr Chmielowski.



POEZYE








Józefowi Czeczotowi, Tomaszowi Zanowi,
Józefowi Jeżowskiemu
i Franciszkowi Malewskiemu

Przyjaciołom moim


NA PAMIĄTKĘ SZCZĘŚLIWYCH CHWIL MŁODOŚCI, KTÓRĄ Z NIMI
PRZEŻYŁEM



POŚWIĘCAM
Adam Mickiewicz


O POEZYI ROMANTYCZNEJ.




Jest to dawna i bardzo zbawienna dla artystów przestroga, ażeby wystawiając dzieła sztuk pięknych na widok publiczny, spokojnie w milczeniu oczekiwali sądu doskonałych znawców, według któregoby miarkować mogli o wartości pracy dokonanej, a dla przyszłych brać pożyteczne upomnienia i naukę. Lecz jeśliby który, doświadczeniem cudzem nauczony, przewidywał, że dzieło jego z góry potępione być może za to, że te a nie inne wybrał do naśladowania wzory, do tej a nie innej przyłączył się szkoły; wtedy powinienby usprawiedliwić się, dlaczego w wyborze przedmiotu dla sztuki swojej odważył się pojść przeciwko mniemaniu pewnej liczby widzów, słuchaczów lub też czytelników. Przetoż ogłaszając zbiorek niniejszy ballad i pieśni gminnych, uważanych za gatunek poezyi romantycznej, zostającej pod klątwą, rzucaną dziś przez wielu poezyi arbitrów, teoretyków, a nawet samychże mistrzów; uczułem potrzebę wstępnie przemówić, wprawdzie nie jako artysta, lecz imieniem tych artystów, których rodzaj pracy był też i mojego ćwiczenia się przedmiotem. Mniemam zaś, że uczynię zadosyć powinności lub potrzebie, gdy zamiast zbijania zarzutów strony przeciwnej, wystawię rzecz moją we właściwej czystości; gdy zamiast bronienia poezyi romantycznej, wywiodę jej początek, oznaczę jej charakter, tudzież wymienię wzory celniejsze. Aby zaś pokazać dowodnie, jak rodzaj poezyi, romantycznym zwany, powstał, doskonalił się i na udzielny, w sobie skończony, ukształcił się nareszcie; potrzeba wyłącznych okoliczności, wpływających nań, czyli tworzących go, szukać i odróżniać między mnóstwem innych okoliczności, tworzących inne poezyi rodzaje. Należy poszukiwać zwyczajnej zawisłości i następstwa zdarzeń; jak za odmianą uczuć, charakteru, opinij narodowych, zachodzi odmiana w samej poezyi, która najpewniejszem bywa znamieniem wiekowego usposobienia ludów. Tym sposobem zamiar opisania samej poezyi romantycznej wciąga mimowolnie do uwag nad innymi jej rodzajami: albo raczej zniewala przebiegać historyą powszechną poezyi, przynajmniej ile rzecz przedsięwzięta wymaga, a granice przemowy dozwalają.
Nie wszystkie wszakże narody zastanawiać nas mogą; ze starożytnych grecki najprzód i najmocniej zwracać powinien uwagę. Naród ten co do płodów imaginacyi, ich początku i rozwijania się, musi mieć, jako naród, podobieństwo z innymi narodami. Lecz jeżeli Grecy podobni są w tej mierze do innych, są tylko naturą rzeczy wszystkim pospolitej; ta zaś sama rzecz, uważana co do kształtu i przeznaczenia, jakie przyjmowała u Greków, odznacza ich i wynosi nad wszystkie inne narody. Wszystkie w dzieciństwie mają podostatek baśni rozmaitych. Fenomena przyrodzenia zadziwiające, lecz słabemu pojęciu niedostępne, tłomaczone więc potwornie; na tłomaczenia ich wymyślane siły tajemne, duchy, mianowicie pod ludzką i zwierzęcą postacią; uczucia takoż i namiętności uosobiane i częstokroć w akcyi wystawione; zdarzenia nawet prawdziwe zmyśleniem zdobione: oto jest po części, co stanowi świat bajeczny, wszystkim może narodom spólny. Tworzy go młoda, ognista, lecz nieukształcona imaginacya; pomaga w tem język zwyczajnie z początku gruby, zmysłowy, wyobrażenia oderwane pod postacią rzeczy zmysłom malujący. Ale ten świat bajeczny u Greków rozleglejszy, bogatszy, rozmaitszy był, niż u innych narodów; bo też imaginacya grecka żywsza i płodniejsza była, niż gdziekolwiek; i język grecki giętkością, obfitością, zmysłowością przewyższał inne. Wszakże nie dosyć na tem. Świat ten bajeczny niezadługo stał się przedmiotem rozmaitym, nieprzebranym i bardzo stosownym do sztuk pięknych, w całem wysokiem wziętych znaczeniu. Albowiem zbieg szczęśliwy okoliczności sprawił, że w Grecyi więcej niż gdzieindziej pozjawiało się razem talentów twórczych, które samą powodowane naturą, ich ziemi właściwą, zwracały uczucie i imaginacyą ku poszukiwaniu tego, coby było delikatne, foremne, piękne, równie w poezyi jak w muzyce, tańcu, malowidle i innych sztukach. Nadto, Grecy długo swobodni, weseli, życie publiczne wiodący, czystą narodowością w całej mocy przejęci, największych cnót liczne przykłady mający, nie mogli nie kształcić się moralnie w wysokim stopniu: kształcili więc drugi oddział władz, które łączą się w charakter moralny. Naostatek, umysły greckie podniesione, ciekawe, wytrwałe, wcześnie poszukiwać zaczęły prawdy: ćwiczyły się nieustannie rozumowaniem, rozmaitą w niem, a najczęściej oryginalną, postępując drogą; tym sposobem kształcił się, wzmacniał i ustalał rozsądek. Gdy więc wszystkie władze umysłowe w ścisłej harmonii doskonalone były, gdy żywa imaginacya miarkowaną była przez delikatność uczucia i dojrzałość rozsądku; mogła więc w dziele sztuki wydawać wielkość przy prostocie, foremność przy rozmaitości, piękność przy łatwości. Tak sposobiony talent twórczy sztukmistrza greckiego zwracał się ku staremu światowi bajecznemu i umiał go wkrótce na nowo przetworzyć. Odrzucił wszystko, co było grube, potworne, rażące; wyobrażenia różnorodne i pomieszane uszykował, powiązał i w porządną ułożył całość. Te zaś wyobrażenia w całość układane, jakkolwiek oderwane, czyli umysłowe, zawsze wyrażane były pod postacią rzeczy zmysłowych, ale rzeczy tak doskonałych i skończonych w sobie, jakie przymioty umysłem tylko, czyli idealnie pojęte i wystawione być mogą. Tym sposobem, ze świata bajecznego powstał ideał świata zmysłowego, czyli świat mitologiczny. Stworzył go, jak uważaliśmy dotąd, talent sztukmistrza rozwinięty pośród harmonijnego kształcenia się wszystkich sił umysłowych, już z samej natury niepospolitych. Świat ten nie był bez celu i przeznaczenia. Mistrze albowiem greccy wystawiając w dziełach sztuk pięknych przedmioty ze świata mitologicznego brane, starali się wpływać na podnoszenie i doskonalenie w całym narodzie tych wszystkich sił umysłowych i zdolności, jakie już to świat rzeczony tworzyły, już na utworzenie jego wpływały. Gdy zaś talent twórczy sztukmistrza greckiego był wypadkiem równowagi pomiędzy imaginacyą, uczuciem i rozsądkiem: stąd dzieła sztuk pięknych u Greków miały pewną wymiarkowaną foremność równie w układzie jak zewnętrznem wydaniu, który przymiot i charakter sztuk pięknych zowie się stylem greckim albo klasycznym. Styl ten panował za czasów Peryklesa i dotknął się jeszcze czasów Alexandra Wgo. — Cośmy powiedzieli ogólnie o talencie sztukmistrza i charakterze sztuk pięknych u Greków, to wszystko oczywiście stosuje się do talentu poetyckiego i poezyi w szczególności; dodajmy tylko, że poeta był zawsze w sztuce swojej swobodniejszy, niż inni sztukmistrze, i mógł rozmaitszym sposobem, tudzież do większej masy narodu skutecznie przemawiać. Jakoż poeci greccy, w najświetniejszym okresie swojej sztuki, zawsze śpiewali dla gminu; pienia ich były składem uczuć, mniemań, pamiątek narodowych, ozdobionych zmyśleniem i wydaniem przyjemnem; wpływały więc silnie na utrzymanie, wzmacnianie, owszem kształcenie charakteru narodowego. Następnie, ze zmianą okoliczności, gdy uczucia, charakter i energia narodu słabnąć poczęły, — już to koleją czasu, już wpływem cudzoziemców, już przez klęski publiczne, utratę znaczenia i swobód krajowych, — wtedy i talent poetycki przestawał być wielkim i poezya traciła dawny swój charakter i wysokie przeznaczenie. Poeci rozstawali się z ludem, nic już w polityce nieznaczącym i gardzonym, i przenosili się na dwory samowładzców, gdzie składali pochlebstwa, lub też słabo, niesmacznie, więcej uczenie, niż poetycko, naśladowali dawniejsze wzory klasyczne, jak przykłady poświadczają z wieku Ptolemeuszów[5]. Tym sposobem poezya, która była niegdyś potrzebą narodową, przeszła w zabawę erudytów lub próżniaków.
Po Grekach, Rzymianie są drugim sławnym w starożytności narodem, którego i w dziejach poezyi pominąć nie należy. Naród ten wszakże niewiele nas pod tym względem zastanawiać może; bo jego obyczaje pierwiastkowe i życie mniej pomyślną dla poezyi miały postać i kierunek. Ludy latyńskie, jako z natury dzikie i surowe, przez długi czas wojenne i zaborcze, jeżeli miały poezyą narodową, ta w grubej zostawać musiała prostocie, z małym lub bez żadnego wpływu na cywilizacyą tych ludów. Nierychło, za otworzeniem się związków z Grekami, poezya grecka przemawiać zaczęła do uczucia rzymskiego; było to mianowicie w czasie poniżenia ludu a ustalenia się przewagi możnych, u których artykułem głównym poloru wyższego stała się znajomość języka greckiego i literatury. Zjawiły się wkrótce liczne talenta poetyckie w Rzymie, lecz które tłomaczyły tylko lub naśladowały wzory greckie, zachowując całkiem duch i nawet formy poezyi greckiej. Same wyobrażenia mitologiczne całkiem były przenoszone, albo mieszane tylko z mitami krajowymi. Czytano więc poezyą po łacinie, ale poezyą grecką w słowa łacińskie przybraną. Nadto czytała ją sama tylko klasa możniejszych, nader szczupła cząstka narodu. Tym sposobem w narodzie rzymskim nie było właściwie poezyi, bo nie było poezyi narodowej, któraby wpływając na charakter i kulturę całego narodu, dopełniać mogła była właściwego jej przeznaczenia. Tak więc u Rzymian kultura obca, od Greków pożyczona, przerwała bieg naturalny kultury narodowej; i poezya grecka położyła tamę właściwej poezyi rzymskiej, która może być, iżby się jeszcze była rozwinęła.
Na ruinach państwa rzymskiego usadowione hordy północne i z ludem miejscowym zmieszane, miały kiedyś obudzić uśpioną długi czas imaginacyą i zdobyć się na wcale nowy rodzaj poezyi. Hordy te, ile być mogło, miały zapewne właściwe sobie uczucia, opinie, wyobrażenia mityczne i podania; lecz pośród nich nie powstały talenta poetyckie, któreby tak świetnie, jak niegdyś u Greków, mogły świata bajecznego użyć, wpłynąć na uobyczajenie ludów, charakter narodowy oczyszczać i wzmacniać. Rozwinieniu się w tym sposobie talentu poetyckiego liczne stawały przeszkody. Dzikie lub tułackie życie ludów północnych, mieszanie się jednych z drugimi, udzielanie sobie nawzajem wyobrażeń, mniemań, obyczajów i wyrazów języka, sprawiły, że mitologia północna, jakkolwiek po niektórych stronach w poezyą bogatszych kształcona, nigdy nie ustaliła się jednak; wyobrażenia mityczne nie złożyły foremnej, pięknej i harmonijnej jedności czyli systematu świata mitycznego; zawsze tam przebija się nieforemność, potworność, brak porządku i całości. Dla tejże samej przyczyny język tych ludów długo był nieokrzesany; mógł być śmiały w wyrażeniach, ale mniej dobitny i ścisły. Lecz ponieważ stan rzeczonych ludów nagle i szybko zmieniał się, zawsze dla poezyi pomyślnie, aż się nareszcie ustalić musiał: stąd i poezya, idąc statecznie za zmianami, przyjmowała zawsze coraz pewniejszą postać i charakter. Nowe uczucia i wyobrażenia samym barbarzyńcom właściwe, tak zwany duch rycerski i z nim połączony szacunek i miłość ku płci pięknej, Grecyi i Rzymianom obcy, ścisłe przestrzeganie praw honoru, uniesienia religijne, podania mityczne i wyobrażenia ludów barbarzyńskich, dawniejszych pogan i nowoczesnych chrześcian, pomieszane razem: oto jest, co stanowi w wiekach średnich świat romantyczny, którego poezya zowie się też romantyczną. Poezya ta miała swój stały charakter, miarkowany tylko miejscowym wpływem ponurych i uniesionych Normandów, wesołych minnesaengerów, czułych trubadurów[6]. Zewnętrzne wydanie czyli język, zlewkiem będąc języków północnych i rzymskiego, nazwany został romanckim: skąd poszło, że poźniejsi i ową poezyą i duch czasu romantycznemi mianowali.
Zlanie się ostateczne ludów germańskich i skandynawskich z dawnem plemieniem Rzymian, starcie się wyobrażeń i uczuć nowego świata z wyobrażeniami i uczuciami dawnych, musiało znowu wywrzeć wpływ na charakter ludzkości, a stąd i na charakter poezyi. Skoro poznano lepiej wzory klasyczne Greków i Rzymian, poeci uczeni nie mogli być na nie obojętni; korzystając z nich rozmaitym sposobem, utworzyli różne szkoły, różne poezyi gatunki. Jedni, biorąc przedmioty z dziejów dawniejszych, chcieli je zupełnie co do istoty jak i co do formy sposobem Greków traktować (Trissino)[7], a niedosyć jeszcze z klasyczną literaturą oswojeni i niedosyć przejęci duchem starożytności, naśladować tylko umieli układ, podziały, czyli zewnętrzne formy starożytne; drudzy, stosując się do usposobienia wieku, w którym żyli, woleli brać przedmioty ze świata romantycznego, szykować w stosowny układ, starając się wszakże szczególne części tudzież mowę wykształcać podług wzorów starożytnych (Ariosto)[8]; inni nakoniec średnią niejako udali się drogą: rzecz i treść czyli materyą w istocie romantyczną podciągając ściśle pod formy klasyczne, szczególniej co się tyczy proporcyi w układzie i ozdób w zewnętrznem wydaniu (Tasso)[9].
Śród takiej rozmaitości, każdy z poetów, oceniając ich pod względem sztuki, tyle celu swojego dopiął, ile mu talent i potrzebne usposobienie wystarczało. Ale jeśli zwrócimy uwagę na lud, dla którego pisali, okaże się oczywiście, że dzieła, w których starano się duch i postać grecką zachować, nie mogły być powszechnie smakowane przy mało upowszechnionej znajomości literatury starożytnej; że poeci, opiewający zmyślenia narodowe sposobem przyjemnym, byli najupodobańsi i torowali drogę tym, którzy do świata romantycznego zaprowadzali coraz większy porządek, harmonią i okrasę.
Rodzaje poezyi, teraz wyliczone, jako powstałe w nowym stanie rzeczy ówczesnej Europy, musiały być nowe i od starożytnych wcale różne. Najprzód rozwinęły się one u Włochów, gdzie obok narodowej poezyi, nauki starożytne wcześniej i pomyślniej uprawiano.
W sąsiedniej Włochom Francyi już podówczas zniknęła narodowa romantyczna poezya. Trubadurowie prowanccy przenieśli się na dwory panujących, i niedługo tam utrzymali znaczenie pomiędzy ludem nabyte. We Francyi książęta i możni, szybko przyjmując polor towarzyskiego życia, niewiele znajdowali powabu w pieniach wiejskich i prostaczych, do dworskiego tonu źle przypadających. Wkrótce, za ugruntowaniem władzy królewskiej i nadwerężeniem feudalnego systematu, cały interes narodowy przeniósł się na dwór królów. Wszystko tam musiało stosować się do etykiety, łagodzonej nieco francuską lekkością; koterye prywatne przyjęły ton dworu, którego cechą było przestrzeganie form etykietalnych, dyssymulacya prawie dyplomatyczna, grzeczność ujmująca wprawdzie, ale ceremonialna, ściśle podług osób i miejsca wyrachowana. Obok towarzyskiego poloru, z postępem nauk wzrastało oświecenie. Zapał do starożytności, ożywiający Włochy, udzielał się przy częstych związkach Francuzom. Coraz mocniej zajmowało uczonych, a za nimi całą oświeceńszą klasę, wszystko, co było greckiem i rzymskiem, nie żeby zgłębiano historyą tych narodów i z niej wyciągano ważne w polityce i moralności prawdy, — ale starano się naśladować Greków i Rzymian; naśladowanie zaś, według rozumienia Francuzów owoczesnych, polegało na przybraniu powierzchowności i tonu starożytnego.
W takim stanie rzeczy, kto chciał podobać się Francyi, to jest Paryżowi, powinien był ostrość swojego indywidualnego charakteru stosować do mody panujacej, ażeby się nie wydać pedantem i dziwakiem; musiał trzymać w karbach swój talent, miarkować imaginacyą i uczucie, gdyż wszelki zapęd, wszelkie gwałtowne uniesienie obrażało przyzwoitość dworską, poszukującą raczej dowcipu i rozsądku; potrzeba mu było nareszcie w dziełach sztuki, podług mody i zwyczaju, naśladować Greków i Rzymian, tyle przynajmniej, ile dworacy Henryków i Ludwika naśladowali Katonów i Flaminiuszów[10].
Poeci więc, idąc za popędem wiekowym, zwrócili uwagę nie tak na naturę i na charakter ludzi, jako raczej na charakter społeczeństw paryskich; wyśmiewali trafnie i zręcznie uchybienia przeciwko przyzwoitości, obyczajowi i modzie; etykietę panującą na pięknym świecie wprowadzając do świata imaginacyi, podciągali wszystko pod prawidła rozsądnie ułożone i wydane ozdobnie; bawili nareszcie widowiskami dwór i Paryż. Powstały tym sposobem i kształciły się satyry, tudzież rodzaj dydaktyczny. A jako kultura ówczesna francuska, nosząca cechę poloru przy podniesieniu i wyćwiczeniu władz wyższych rozsądku i dowcipu, była zupełnie różną od kultury greckiej i wieków średnich; tak i świat poetycki francuski, utworzony zbiegiem innych okoliczności, działaniem umysłów inaczej kształconych, okazał się w nowej cale postaci, od świata mitologicznego i romantycznego nieskończenie różny. W pierwszym widzieliśmy skojarzoną harmonią i równoważące się niejako uczucie, imaginacyą i rozsądek; w drugim przemagały władze niższe; a ostatni, to jest francuski, któryby światem stosunków towarzyskich, światem konwencyonalnym nazwać można, jest pod panowaniem rozsądku, dowcipu i formalności.
Nie mogły więc znaleść tam miejsca żadne zmyślenia śmiałe i wznoszące się nad zakres rzeczywistości, wszelkie podania nazbyt z baśniami powikłane. Szukano raczej przedmiotów historycznych; a czyli je brano ze starożytności, czyli z wieków średnich, naginano zawsze do trybu francuskiego. Kiedy w takiej sferze ćwiczyły się talenta sztukmistrzów, rozwijanie się ich co do mocy i kierunku postępowało drogą nową, sobie tylko właściwą. W poezyi, na którą tu szczególniej zwracamy baczność, zdaje się, iż imaginacya francuska nie ważyła się sama przez się żadnego uczynić kroku, i pośpiesza tylko na usługi innym władzom umysłu. Powołana od rozumu, okrasza ile możności prawidła dydaktyczne i fakta historyi; w rodzaju opisowym trzyma się gościńca wytkniętego od rozwagi systematycznej, i zawsze krążąc blizko ziemi, maluje nasuwane sobie przedmioty z natury rzeczywistej, albo właściwiej mówiąc, zdejmuje z tych przedmiotów portrety, wykończone wprawdzie co do kolorytu, ale co do układu zbyt architektoniczne, zbyt wzorom swoim podobne i przez to obumarłe; jeżeli czasem podlatuje wyżej, szuka tylko w krainie zmyślenia materyałów, z których dowcip tworzy zimne, coraz upodobańsze budowy, lub emblemata allegoryczne. Równie skrępowana była druga władza, to jest uczucie. W materyach, tyczących się moralności i obywatelstwa, usta poetów francuskich powtarzają tylko to wszystko, co rzetelnie czuły serca poetów greckich, jak retorowie aleksandryjscy powtarzali Peryklesa[11] i Demostenesa[12]; gdzie szło o wydanie delikatniejszych uczuć serca, pisarze z wieku Ludwika XIV tchną zawsze duchem romantycznej sentymentalności, ale zbyt wyrafinowanej, zbyt wykwintnej; w obudwu zaś razach, ton namiętności miesza się z rozumowaniem i dowcipem w maksymach i antytezach. Utworzone tym sposobem dzieła sztuki, co do istoty francuskie, miały formę grecką, nie od sztukmistrzów wszakże, ale od teoretyków starożytnych przejętą[13][14][15][16][17][18] i częstokroć zmienioną. W tragedyi naprzykład, interes, zasadzający się u Greków na mocnem wystawieniu charakterów patetyczności lirycznej i klasycznem oddaniu, w dramatyce francuskiej zależy od pewnego uszykowania i wikłania akcyi: prosty więc układ grecki zastąpiła tak nazwana intryga dramatyczna.
Nakoniec pod względem zewnętrznej okrasy, to jest stylu, jeśli stawimy obok siebie rodzaje: klasyczny, romantyczny i francuski, a materyą, treść i układ dzieła uważać będziemy za duch i ciało poezyi: styl da się porównać do ubioru, i okażą się znowu różnice, odpowiednie charakterowi wieków i ludów. Szata grecka, poważna a razem lekka i powiewna, naginała się i układała do najmniejszych ciała poruszeń: stąd w sztukach obrazowych tak ważną jest częścią draperya grecka od wszystkich artystów przyjęta, tyle przydaje posągom lub obrazom wydatności i powabu. Mowa Greków, podobne mająca przymioty, stanowi ważną część ich poezyi, czyli tak nazwany styl klasyczny, odrębnie nawet od samej rzeczy uważany. Wieki średnie, nie tak gustowne, uderzały przecież swoim charakterystycznym ubiorem. Wielkie płaszcze góralów szkockich, stalowa odzież rycerska, pióra i barwy familijne ze znakiem krzyża albo wstęgą, odróżniają bohatera czasów krucyaty. W stylu poetyckim romantycznym również panuje śmiałość w składniach mniej giętkich, obok prostoty jakiś hart i tęgość, w wyrażeniach blask i częstokroć nastrzępienie. Wreszcie strój francuski zbyt jest prosty i jednostajny; zarówno służy bohaterom, radcom stanu i tancerzom, drobnemi tylko rozróżniony ozdóbkami. Do zatrudnień życia towarzyskiego najstosowniejszy i dlatego powszechnie przyjęty, sztukmistrzom wszakże okazał się niewygodnym. Artyści dramatyczni i mówcy w ubiorze francuskim muszą swoje poruszenia i akcyą zewnętrzną bardzo miarkować, gdyż każdy giest gwałtowniejszy, draperyą niezłagodzony, wyda się zbyt ostrym i rażącym. Rzeźbiarz i malarz nie śmie posągu lub obrazu po francusku ustroić; wszelka albowiem piękność składu i proporcyi ciała pod tym ubiorem zakryć się i zniknąć musi. Też same są właśnie przymioty i niedostatki mowy francuskiej; można w niej wydać każdą myśl i uczucie, byleby niezbyt śmiałe i gwałtowne; gdyż dla niedostatku odmian w składni i wyrażeniach, wszelkie niepospolitości nadto uderzają; poprawna i jasna w wykładzie umiejętności ścisłych, w rozmowie potocznej łatwa i wygodna a stąd upowszechniona, jest znowu dla zbytniej regularności nadto niewolniczą i zawsze jednostajną, czyli się nią rozum czy serce tłomaczy.
Jaką zatem widzieliśmy różnicę między światem mitologicznym wieków średnich i konwencyonalnym, pod tyluż względami poezya francuska różni się od klasycznej i romantycznej. Pienia Greków ożywiał duch polityczny, romantyków rycerski, poetów Ludwika XIV dworactwo. Pierwsi przemawiali do całego oświeconego narodu, drudzy do wojowników i gminu, ostatni mieli na celu zabawę klasy oświeceńszej tylko. Grecy wykształcili mowę poetyczną do najwyższego stopnia doskonałości; poeci romantyczni język nieokrzesany zdobili śmiałą imaginacyą i gorącem uczuciem; francuska poezya, w zewnętrznych ozdobach wynękana, nie miała właściwego stylu, była zawsze prozaiczną.
W historyi poezyi europejskiej z kolei nastąpić powinien naród Wielkiej Brytanii, z charakteru swojego od innych bardzo różny, odcięty morzem, a stąd na obce wrażenia mniej wystawiony. Żywe uczucie i imaginacya wojennych Szkotów i Saksonów nie mogły nie zajmować się poezyą silnym sposobem. Mitologia tego narodu przez druidów[19] i bardów[20] więcej niż gdzieindziej była wyrobiona. Lubo zaś wprowadzenie nauki chrześciańskiej zniszczyło ludu tego mniemania religijne, z religią wszakże, na ziemi greckiej i rzymskiej rozkrzewioną i do Anglii szczepem przyniesioną, nie przeszła tak łatwo Greków i Rzymian poezya. W Anglii, w stanie jej feudalnym, dawne zwyczaje i dawny dla poetów narodowych szacunek, dochowały się czyściej i dłużej niż gdzieindziej. Lud, mający już udział w życiu politycznem, już w wyprawach wojennych niemal ciągłych, lubił pienia rycerskie, ożywione uczuciem narodowem i do miejscowych okoliczności stosowane. Dukowie możni i panujący feudataryusze w poezyi bardów dzieje przodków swoich znajdowali. Dlatego w Anglii dłużej niż u innych narodów kształcona była poezya gminna, a Szkocya zachowała ją do ostatnich czasów. W takim stanie i usposobieniu ludów Wielkiej Brytanii, poeci ówcześni, stosując się do opinii i potrzeby powszechnej, pienia narodowe powtarzali i kształcili. Na ten sposób utworzyła się szkoła Chaucera[21] i nie innym duchem tchną takoż dzieła dramatyczne, wpływające następnie na charakter narodowy. Szekspir[22] wielki, słusznie nazwany dzieckiem uczucia i wyobraźni, kształcony jedynie na wzorach narodowych, zostawił w dziełach swoich dobitną cechę geniuszu indywidualnego i wiekowego usposobienia. Znawca głęboki serca ludzkiego, malował w śmiałych i prawdziwych rysach naturę człowieka, w nowo utworzonym rodzaju poezyi dramatycznej, którego głównym jest charakterem walka namiętności z powinnością, jedno z wyobrażeń świata romantycznego. Mniej szczęśliwym był Szekspir w traktowaniu przedmiotów z dziejów greckich i rzymskich; bo dla mało upowszechnionej wtedy znajomości historyi i literatury, niepodobna było trafiać doskonale w charakter i w ducha dwóch starożytnych narodów. Szekspir, znając człowieka, nie znał Greka, Rzymianina, ani Anglika. — Tymczasem zaprowadził się w Anglii polor towarzyski. Na dwór Saint James przeniosła się etykieta wersalska, a z nią smak francuski. Szkoła więc Chaucera i Szekspira ustępować musiała przed rozumującym Pope[23], wymuskanym Addisonem[24] i dowcipnym Swiftem[25]. Naśladowcy tych znamienitych pisarzy, coraz gorsi, zrządzili upadek poezyi angielskiej, z którego ledwo dźwignęła się w wieku dzisiejszym za zjawieniem się dwóch geniuszów: Walter Scotta[26] i Byrona[27]. Pierwszy poświęcił swój talent dziejom narodowym, wydając powieści gminne świata romantycznego klasycznie wyrobione; potworzył poemata narodowe i został dla Anglików Ariostem. Byron, ożywiając obrazy uczuciem, stworzył nowy gatunek poezyi, gdzie duch namiętny przebija się w zmysłowych rysach imaginacyi. Byron w rodzaju powieściowym i opisowym jest tem, czem Szekspir w dramatycznym.
Te rozmaite charaktery poezyi, któreśmy przebiegali, zdaje się, że wszystkie rozwinęły się w szkole niemieckiej, jako najpóźniejszej. Od połowy przeszłego wieku poczęły wielkie geniusze spółcześnie jaśnieć po Niemczech. Rozległe przed nimi otworzyło się pole, liczne przybywały ułatwienia za postępem niewymownie szybkim nauk i całej kultury w krajach niemieckich, mianowicie północnych. Przez upowszechnienie znajomości gruntownej języków starożytnych i oraz nowożytnych, można było korzystać zarówno ze wzorów greckich, włoskich, francuskich i angielskich. Poeci więc niemieccy, biorąc przedmioty już ze świata klasycznego, już romantycznego, częstokroć od jednych duch i istotę, od drugich formy i wydanie, i miarkując to wszystko podług indywidualnych usposobień, nie dziw, że w płodach swoich okazali się rozmaici i do siebie niepodobni. Ma jednak szkoła niemiecka pewny stały charakter, u różnych poetów mniej lub więcej wydatny. Niemcy bowiem, od czasów mianowicie reformy, skłonni będąc do uniesień i sentymentalności, dumając nad ulepszeniem bytu moralnego ludzi i społeczeństw, filozofując przez głębsze pojęcia umysłowe, usposobili się do dawania uczuciom i wyobrażeniom formy coraz bardziej oderwanej i ogólnej. Nadto, duch ożywiający Niemców jest kosmopolityczny, nie tak skierowany ku jednemu krajowi lub narodowi, jako raczej zajmujący się całą ludzkością; w malowaniu delikatniejszych uczuć serca sentymentalność rycerska do czystości prawie umysłowej podniesiona. Świat więc poetycki Niemców nazwać można światem idealnym, umysłowym, od świata mitologicznego różnym; jego cechy najdobitniej wydają się w płodach wielkiego Schyllera[28].
Z tych dziejów poezyi, jakkolwiek zbyt krótko i ogólnie przebieżonych, widzieć można, iż rodzaj romantyczny nie jest zgoła nowym wymysłem, za jaki niektórzy chcą go uważać, ale powstał równie jak inne, ze szczególnego usposobienia ludów; że dzieł właściwie romantycznych, w całem znaczeniu tego wyrazu, szukać należy u poetów wieku średniego; wszystkie zaś twory późniejsze, romantycznymi nazwane, z istoty lub z układu, z formy lub stylu, należą częstokroć do innych, bardzo od siebie różnych poezyi rodzajów. Jeśli, nie dając względu na takową rozmaitość, ustanowimy podział ogólniejszy, ten okaże się absolutnym i niewłaściwym. Niektórzy pisarze w całej literaturze poetycznej widzą tylko klasyczność i romantyczność, i dzieła wszystkich poetów, od Orfeusza do Byrona, uważając za klasyczne lub romantyczne, po prawicy lub po lewicy kładą. Wtenczas z jednej strony Iliada staje obok Henryady[29], hymny na cześć bohaterów olimpijskich przy odach Francuzów do potomności, do czasu i t. p.; na drugiej zaś stronie Heldenbuch[30] i Nibelungen[31] spotykają się z Boską Komedyą Danta[32] i pieśniami Szyllera. Wiele dzieł nareszcie, jako Messyadę[33], Sonety Petrarki[34], Jerozolimę wyzwoloną, Hermana i Dorotę Goethego[35], i całą poezyą francuską, nie podobna zgadnąć, gdzieby na tym strasznym sądzie odesłano. Taką korzyść przynoszą dla poetyki podziały ogólne i nieoznaczone; wszakże i w szczegółach podobne można wprowadzić zawichrzenie, jeśli klasyfikując poetów, krytyk, jak Nestor Homeryczny, cały tłum na narody podzieli[36]. Wszystkich pisarzów jednego plemienia, n. p. Niemców, obwoła za romantyków, równie Lessinga[37] jak Schyllera, Wielanda[38] i Goethego, Hagedorna[39] i Buergera[40]. Tros Italusve fuat[41]; albo też jednemu pisarzowi każe być koniecznie romantykiem, n. p. Goethemu, chociaż jego Ifigenia w Tauryce, sądem znawców, ze wszystkich dzieł nowoczesnych najbliżej do rodzaju klasycznego Greków przystępuje; chociaż jego Tasso łączy duch romantyczny ze stylem klasycznym; chociaż tenże Goethe we wszystkich prawie dziełach swoich ukazuje się coraz innym i nieskończenie rozmaitym. Cała niestosowność podziałów i nagłych wniosków stąd pochodzi, że piszący o poezyi, pochwyciwszy od teoretyków niemieckich wyrazy: Klasyczność i Romantyczność, podszywają pod nie własne swoje wyobrażenia: póty więc twierdzenia ich zrozumiałemi dostatecznie nie będą, póki pomienieni pisarze nie zaczną używać wyrazów technicznych w znaczeniu powszechnie przyjętem, albo nie wytłomaczą się z tego, jakie im nadają. Bo jeśli klasyczność i romantyczność weźmiemy w znaczeniu Schlegla[42], Bouterweka[43] i Eberharda[44], którzy pierwsi te wyrazy do teoryi wprowadzili i oznaczyli; jeśli za charakter poezyi romantycznej uznamy przebijające się w niej cechy ducha i czasu, sposobu myślenia i czucia ludów w wiekach średnich: natenczas powstać przeciwko romantyczności nie jest to powstać przeciw poetom, ale wypowiadać wojnę uczoną narodom rycerskim, których obyczaje i dzieła opiewali poeci. Nadto, jako w teraźniejszym Europy stanie wiele zatrzymało się opinij, wiele odzywa się uczuć z czasów rycerskich, tak i w wielu dziełach nowożytnych, różnego rodzaju, widać mniej lub więcej cechy romantyczności. Chcąc w poezyi cechę tę zupełnie zniszczyć, potrzeba wprzód zmienić charakter narodów, co nie jest w mocy teoretyków; albo dowieść, iż przedmioty z wyobrażeń i uczuć świata romantycznego nie dają się szczęśliwie poetyckim sposobem traktować, przeciwko czemu mówią przykłady tylu wzorowych romantycznych sztukmistrzów[45]. Jeżeli zaś odrzucamy definicye teoretyków niemieckich i do romantyczności przywiązujemy inne jakieś wyobrażenie; jeśli n. p. zasadzamy jej istotę na łamaniu prawideł i wprowadzaniu dyabłów: wtenczas zarzuty przeciwników takiej romantyczności będą słuszne i niezbite.
Dla uniknienia podobnych dwuznacznych twierdzeń, lepiejby było w pochwałach lub naganach jakiego rodzaju, wymienić zaraz pisarzów i dzieła, tudzież ich zalety i uchybienia. Wszakże ocenianie krytyczne nie dosyć jest opierać na samej części prawidłowej krytyki. Chcący albowiem podług ułamku Poetyki Arystotelesa wyrokować o Homerze, Arioście, Klopstoku, Szekspirze, podobnym będzie do sędziego, któryby podług praw Solona, albo XII tablic, stanowił w sprawie Greka, Włocha, Niemca i Anglika. Nie idzie zatem, aby krytyka sztuk pięknych nie miała pewnych i stałych zasad: ale jako w świecie moralnym są jedne prawa wrodzone sumieniu każdego poczciwego człowieka, w każdym czasie i narodzie, drugie od prawodawców stosownie do okoliczności stanowione, za zmianą ducha czasu i obyczajów zmieniać się mogące: tak i w świecie imaginacyi są istotne i przyrodzone sztuki prawidła, które instykt poetycki, we wzorowych dziełach jakiegokolwiekbądź rodzaju zachować umie i powinien, kiedy dalsze przepisy krytyczne, z uwag nad dziełami wyciągnione albo wyciągnąć się jeszcze mające, za zmianą usposobień umysłowych, a stąd i za zmianą charakteru dzieł sztuki, zmieniać się i miarkować muszą. To wszystko jeśli ma na oku estetyczna krytyka, odnosząc zawsze dzieła do czasu i ludzi, uniknie stronniczej natarczywości w wytykaniu błędów sztuki jednego rodzaju; dla krytyków zaś, rozważających sztukę nietylko estetycznie, ale też historycznie, filozoficznie i moralnie, wszystkie rodzaje zarówno uwagi godne będą, wszystkie są tworem ludzi, ze wszystkich wyczytujemy charakter rozmaicie wykształconego umysłu ludzkiego, a najwyraźniej z tych, które jedynie mają na celu człowieka, malują jego obyczaje i uczucia. Ważnym więc i mocno zajmującym w każdym względzie okaże się tak cały rodzaj romantyczny, jak i szczególny jego gatunek: poezya gminna. O niej zostaje nam jeszcze kilka słów powiedzieć; obszerniejszą bowiem wiadomość o poezyi gminnej, a mianowicie o poezyi gminnej narodowej, na inny raz zostawiamy.
Wspomnieliśmy wyżej, iż w wiekach średnich krążyły między ludem powieści i śpiewy. Charakter ich być musiał mniej lub więcej jednostajny, całemu rodzajowi właściwy: przedmioty brane z dziejów rycerskich, ozdobione zmyśleniami; uczucia dla płci pięknej w wyrazach czułości, albo wesołych żartach; mowa naturalna i prosta, strofami do śpiewania stosowana. Pod tym ogólniejszym rodzajem zawierało się mnóstwo szczególnych gatunków różnego nazwania: śpiewki, sagi, lais, virelais, sirventes i t. p. Najliczniejsze i najbardziej upowszechnione były ballady i romanse. U Włochów najprzód podobno zjawiło się imię ballady (canzone a ballo), nadawane bez różnicy wszelkim piosenkom pospolicie wesołym, co sam wyraz ballare (tańczyć) oznacza. U Hiszpanów, gdzie poezya gminna bardzo kwitnęła, znano ją tylko pod imieniem romansów (romances). Francuzi odróżniali wprawdzie balladę od innych gatunków, ale nie tak z istoty i charakteru, jako raczej pod względem budowy strof i wiersza. Stąd wiele piosnek Marota[46], które do madrygałów i romansów liczyćby należało, nazywano balladami; stąd Boileau[47] powiada, iż często ucinek dowcipny, albo rym osobliwszy, stanowi całą zaletę tego gatunku poezyi. Inny wcale charakter, wyraźny i stały, ma ballada brytańska: jest to powiastka osnowana z wypadków życia pospolitego, albo z dziejów rycerskich, ożywiona zwyczajnie dziwnością ze świata romantycznego, opiewana tonem melancholicznym, w stylu poważna, w wyrażeniach prosta i naturalna. Od gór szkockich i irlandzkich, roznieśli bardowie i minstrele ten gatunek na płaszczyzny Anglii, a poeci narodowi lubili ballady gminne zbierać, poprawiać, albo na ich wzór podobne tworzyć. Literatura angielska liczy więcej dwóchset zbiorów tego rodzaju. Wszakże z czasem, kiedy duch poezyi londyńskiej zmieniać się i na inny sposób kształcić się począł, zjawiły się ballady od gminnych wcale różne, wesołe i dowcipne (Cowleya[48], Priora[49]), a często dawną balladę trawestujące (Swifta). Smak ten przecież trwał niedługo; wprzódy nieco Rowe[50], a następnie Gay[51], Dawid Mallet[52], szczególniej zaś Percy[53] i Walter Scott, dawny rodzaj poważnych ballad szkockich do świetności przywrócili. Podobna jest historya ballad u Niemców, gdzie ten gatunek, wielu liczący poetów, nie był jednak tak jak w Anglii upowszechnionym, i różnym co do charakteru i stylu podpadał zmianom. W drugiej dopiero połowie przeszłego wieku (1773), Buerger sławną Lenorą i wielu innymi wzorami obudził mnogich naśladowców. Odtąd literatura niemiecka, po angielskiej, jest najbogatszą w ballady. Jaśnieją w tym rodzaju sławne skądinąd imiona; Stolbergów[54], Kosegartena[55], Hoeltego[56], Goethego i Szyllera: ostatni jednak, zdaniem Bouterweka, nieco się oddalił, mianowicie w stylu, od naturalności i prostoty, właściwej balladom szkockim.
Podobne są do ballad romanse (romance, romanza), szczególniej w Hiszpanii i Francyi upowszechnione; tem wszakże różnią się od ballady, iż poświęcone są czułości; mniej więc do nich wpływają zmyślenia dziwne, a forma pospolicie dramatyczną bywać zwykła; styl zaś jak największą naiwnością i prostotą zalecać się powinien.

Wilno, 1822.



O KRYTYKACH I RECENZENTACH WARSZAWSKICH.




Krzyknęli: nie pozwalam! uciekli na Pragę.
(Powrót Posła).


Poezye, w niniejszem wydaniu zawarte, prawie wszystkie już dawniej publiczności znajome, przy pierwszem ich ogłoszeniu zwróciły uwagę recenzentów i stały się przedmiotem licznych nagan i pochwał. Czytałem z równem uczuciem jedne i drugie — i milczałem. Powody milczenia mojego łatwo odgadnie każdy, kto zna stan teraźniejszy krytyki literackiej w Polsce i ma wyobrażenie o ludziach, wdzierających się na urząd krytyków. Atoli kiedy powtarzam wydanie dzieł, tyle razy, tylu piórami rozbieranych, i te dzieła, bez żadnych prawie odmian, puszczam w świat, w stanie rodzimej ich niedokładności, lękam się, aby czytelnicy moi nie myśleli, że przez zatwardziałość serca, właściwą autorom krytykowanym chorobę, uparłem się nie korzystać z uwag, co większa z uwag, drukowanych w gazetach, i to jeszcze w Warszawie. Jeżelim grzeszył, nie chcę wymawiać się w obliczu recenzentów niewiadomością; winienem też przez grzeczność wyłożyć im powody uporczywego trwania w błędach; bo recenzenci, jakiekolwiek jest ich zdanie, należą prawie zawsze do klasy ludzi czytających książki, przynajmniej polskie, która to klasa, w naszym kraju nieliczna, ma prawo niezaprzeczone do szczególnej autorskiej grzeczności.
Pierwszy, ile mi wiadomo, rozbiór poezyj moich umieszczono przed laty sześciu w Astrei, piśmie peryodycznem warszawskiem. Redaktor, Franciszek Grzymała, pochlebne dla poety wyrzekł zdanie: przyznaje mu talent, nie skąpi dlań wyśmienitych przestróg o potrzebie pracowitości, o strzeżeniu się miłości własnej, o posłuszeństwie dla krytyki i t. p. Co się tyczy zalet i wad dzieła pod względem sztuki, Franciszek Grzymała, z powołania publicysta i statysta, nie śmie wdawać się w rozprawy literackie, i nie wiedząc sam, czy mu poezye moje podobać się mają lub nie? pyta się o to uczonych warszawskich, wyglądając od nich poważnej urzędowej recenzyi. Ukazywały się następnie krótkie ogłoszenia lub uwagi w innych pismach: aż nakoniec zjawił się wyglądany od Franciszka Grzymały krytyk w osobie Franciszka Salezego Dmochowskiego.
Redaktor Biblioteki Polskiej przyznaje również autorowi poezyj talent, z równą hojnością udziela mu rad ogólnych, moralno-literackich. Nieszczęściem, z ogólnej uwagi trudno jest artyście korzystać. Malarzowi np., wystawiającemu swój obraz pod krytykę, niewiele usłużą goście, chociaż z miną znawców ciągle powtarzać będą, iż należy pracować, należy się uczyć rysunku, wydoskonalać koloryt i t. p. Były wszakże i szczegółowe zarzuty: oskarżono mnie głównie o psucie stylu polskiego wprowadzeniem prowincyonalizmów i wyrazów obcych. Wyznaję, że nie tylko nie strzegę się prowincyonalizmów, ale może umyślnie ich używam. Prosiłbym zwrócić uwagę na różne rodzaje poezyi, w dziełach moich zawarte, i każdego styl podług innych sądzić prawideł.
W balladach, w pieśniach i w ogólności we wszelkich poezyach, na gminnem podaniu opartych i szczególny charakter miejscowy noszących, wielcy poeci starożytni i nowocześni używali i używają prowincyonalizmów, to jest wyrazów i wyrażeń, od ogólnie przyjętego książkowego stylu różniących się. Że pominę dawne greckie dyalekty, dość rzucić okiem na dzieła Burnsa[57], Herdera[58], Goethego, Scotta, Karpińskiego, Bohdana Zaleskiego. Nasz Trembecki, śmielszy od nich, w rodzaju dydaktycznym, opisowym, najbardziej od poezyi gminnej oddalonym, użył wyrazów chwost, socha i t. p., zapewne nie przez nieznajomość języka. Wszystko tu zależy od szczęśliwego użycia. Nie przeczę, iż mogłem albo nie w miejscu, albo niestosownie prowincyonalizmy wprowadzać: o to mię obwiniać każdemu wolno, z tego usprawiedliwiać się nie mam prawa. Głęboka znajomość języka i smak wytrawionych znawców wyrokują o nowościach gramatycznych: wyroki te publiczność z czasem zatwierdza lub odrzuca. Sąd w podobnej sprawie jest daleko trudniejszy, niźli się recenzentom zdaje. Tu, ażeby się ze zdaniem odezwać, trzeba powagi literackiej. Pan Ordyniec[59], teoretyk, mając za sobą dykcyonarz i gramatykę, podkreśla prowincyonalizmy lub nieszlachetne wyrażenia Trembeckiego; my, parafianie, w sporach, które smak tylko rozstrzyga, zdajemy się raczej na autora Zofiówki. Ogólny wyrok recenzentów przeciwko prowincyonalizmom jest wypadkiem metody, przejętej od starych gazeciarzy francuskich. Oni to, mając siebie za stróżów języka, co krok odwołują się do słownika Akademii. Rzeczywiście miło jest recenzentom i pewnym czytelnikom myśleć, że nabywszy słownik, mają w kieszeni trybunał, gotowy rozstrzygać najdelikatniejsze spory, tyczące się poetyckiego wysłowienia.
Jeżeli o dawniejszych poezyach moich ogólne tylko wydano zdanie, za to Sonety, aż do najdrobniejszych szczegółów, aż do pojedynczych wyrazów i wyrażeń, a nawet wyrazowych form i zakończeń, gramatycznie, retorycznie i estetycznie rozbierane i sądzone były. Odczytałem dwadzieścia przeszło recenzyj, że pominę satyry i parodye. Oto jest naprzód treść zdań ogólnych: Poezya polska (mówi p. M. M.[60]) dotąd ograniczała się do tłomaczeń i naśladowań francuskich; Mickiewicz pierwszy nadał jej cechę narodowości, on stał się twórcą poezyi oryginalnej. — Poezya polska — odpowiada p. Franc. Salezy Dmochowski — dotąd była narodową, postępowała ciągle ku doskonałości, a najwyższym jej utworem, miazgą i treścią narodowości, miało być poema o Ziemiaństwie[61], od lat kilkunastu w Warszawie oczekiwane. Mickiewicz pierwszy tę cechę narodowości zdziera i niszczy, zasady smaku wstrząsa, styl kazi i literaturze polskiej powtórnym grozi upadkiem. — Cieszymy się, woła lwowski wydawca moich Sonetów, że Mickiewicz zaniedbał ballady, które gmin sam najlepiej układa, a wprowadził do naszej literatury rodzaj zupełnie nowy. Sonety dają mu niezaprzeczone prawo do nieśmiertelności. — Żałujemy, woła inny recenzent, że Mickiewicz, dotąd uprawiający poezyą narodową, ballady i powieści, zaniedbał je i obrał sonety, rodzaj literaturze naszej zupełnie obcy. Forma sonetu, zdaniem dziesiątego recenzenta, jest swobodna, szlachetna i piękna; jedenastemu zdaje się być niewolniczą, trudną i niewdzięczną; piętnasty gardzi sonetami, jako wymysłem wieków średnich barbarzyńskich; dwudziesty dowodzi, że Horacyusz[62] nawet pisał coś nakształt sonetów.
W szczególnych uwagach taż sama zdań rozmaitość. Zwrotki i wyrażenia, dziwiące jednych górnością i harmonią mowy, drugich gorszą pospolitością zdań i drapiącem uszy wierszowaniem. Tenże sam sonet jednych rozczula, dla drugich wesołej parodyi staje się przedmiotem; ci go nie rozumieją, tamci objaśniają długim komentarzem, inni pojmują autora, a uskarżają się na ciemność wykładacza.
W takiej zdań różności zastanowił nas szczególniej jeden zarzut; powtórzyło go zgodnie wielu recenzentów, a najobszerniej rozwodzi się nad nim Franciszek Salezy Dmochowski. Ten zarzut tyczy się użycia wyrazów cudzoziemskich, oryentalnych. Redaktor Biblioteki Polskiej zaczyna zwyczajem swoim od uwag ogólnych, sprawiedliwych, ale już przed ogłoszeniem recenzyi jego nieco znajomych np., że poezyą wschodnią naśladować trudno, bardzo trudno. Kto nie zna taktyki recenzentów, lubiących o rzeczy niewiadomej rozprawiać ogólnemi zdaniami, które w literaturze zamiast znaku x używają się, sądziłby, że p. Dmochowski jest wielkim oryentalistą. Niedługo wszakże zostajemy w błędzie: widzimy zaraz, że tenże p. Dmochowski nietylko nazwisk właściwych gór i rzek nie wiedział, co dowodzi małą jeografii sąsiednich krajów znajomość, ale nie rozumiał wyrazów: Allah, drogman, minaret, namaz, izan. Zdaje się nam, że nawet w Warszawie, gdzie literatura wschodnia mało liczy uczniów, taka niewiadomość recenzenta dziwić musi publiczność. Przytoczone wyrazy, arabskie lub perskie, tyle razy w dziełach Goethego, Byrona, Moora[63] użyte i objaśnione, że o nich czytelnikowi europejskiemu wstyd nie wiedzieć, tem bardziej wydawcy pism peryodycznych. W opisie poetyckim miast naszych, któż nie wspomniał o kościołach i wieżach: w opisie miasta wschodniego, jak pominąć minarety? Jak je wytłomaczyć po polsku, czyli mówiąc słowy recenzentów, jak je wytłomaczyć na język Sarbiewskich, Kochanowskich, Śniadeckich, Twardowskiego?[64] Dał wprawdzie Franciszek Salezy Dmochowski dziwny przykład przepolszczenia obcych wyobrażeń i wyrazów, kiedy w wierszach swoich mówiąc o Peleuszu, ojcu Achillesa, nazywa go władcą małego w Tessalii powiatu, i tym sposobem jednego z najpotężniejszych królów Grecyi bohaterskiej robi naszym powiatowym marszałkiem. Ale ja takiej, właściwej poważnym klasykom, nowości, jako poczynający pisarz romantyczny, użyć nie śmiałem.
Prowincyonalizmy i cudzoziemczyzna, tudzież niepoprawność wiersza, szczególnie przerażały recenzentów. Stąd powszechna trwoga, abyśmy nie wpadli znowu w barbarzyństwo wieku literatury jezuickiej. Pozwalamy, wołają nakoniec recenzenci, naśladować pisarzów angielskich i niemieckich, co do swobody form, ale niechże pisarze nasi naśladują ich styl czysty i poprawny. Byrona, Goethego, Scotta nikt nie obwiniał o skażenie mowy, odzywa się zgodnie z całym chórem Salezy Dmochowski. Gdyby krytycy raczyli kiedykolwiek zajrzeć w dawne niemieckie i nowsze angielskie recenzye, przekonaliby się, że wszyscy od nich przywodzeni poeci ulegali tymże samym zarzutom. Recenzye wspomnione już i na francuskie potłomaczono. Obaczmy, co mówi Mercure du XIX siècle: »Les poètes anglais le plus renommés parmi nous, Walter Scott, Southey[65], Moore, ne daignent pas corriger leurs vers; ils bravent non seulement les règles de la mesure, mais encore celles de la grammaire; il font de la langue anglaise une véritable polyglotte, oú sont admis les mots de tous les idiomes parlés. Byron jette au hasard ses inspirations sténographiées sur le papier, sans daigner ensuite y rattacher son attention, mettant les négligences au rang de licences; système qui est sans doute celui du vrai poète: car c'est avec ce dédain, que chez nous, M. de Lamartine[66] a modulé ses Méditations, que ses amis et M. Tastu, son libraire, sont obligés de revoir«. (Journal de Saint-Pétersbourg, 1828)[67]. Utyskiwania podobne nikogo dziwić nie powinny. Retorowie, szkolarze, od czasów Danta aż do Lamartina, zawsze byli jednostajni w charakterach i zdaniach; zawsze czytając poetów, z dobrodusznem narzekali westchnieniem, że poeci, mający talent, nie posiadają ich nauki. Krzyki retorycznych alarmistów wzmagają się peryodycznie w epoce wielkich odmian literackich. W Niemczech, w pierwszej połowie przeszłego wieku, literatura ledwie nie tak jak u nas ubogą była. Gottsched, sławny podówczas gramatyk lipski, wierszopis gładki bez talentu, retor krótkiego wzroku i ciasnego pojęcia, uważał naśladowniczą szkołę poetów szląskich[68] za klasyczną, wiersze zaś samego Gottscheda miały być właśnie najwyższym utworem klasyczności i narodowości niemieckiej. W duchu jego szkoły, Lessing, Klopstock, Goethe, należeli do nieumiejętnych i zuchwałych nowatorów. Ta walka mniemań utrzymała w pamięci imię Gottscheda, o którego dziełach już nie słychać. Teatrem podobnych sporów była daleko dawniej Hiszpania, kiedy szkoła włoska wprowadziła do tego kraju nową poezyą. Podobneż spory ukończyły się przed oczyma naszemi w Anglii, a dotąd toczą się we Francyi. Wróżby więc o blizkim upadku literatury i smaku w Polsce zdają się być bezzasadne: przynajmniej nie ze strony romantycznej zagraża niebezpieczeństwo. Dzieje literatury powszechnej przekonywają, że upadek smaku i niedostatek talentów pochodził wszędzie z jednej przyczyny, z zamknięcia się w pewnej liczbie prawideł, myśli i zdań, po których wytrawieniu, w niedostatku nowych pokarmów, głód i śmierć następuje. Tak upadła literatura bizantyńska, dziedziczka najbogatsza pomników Grecyi; bo zarówno odgrodziwszy się od Franków i Arabów, z postępem wieku nowych form przyjąć nie chciała. Podobne wycieńczenie w przeszłym wieku dotknęło francuską literaturę. U nas, za czasów jezuickich, zły smak rozszerzali właśnie ludzie najlepiej znający prawidła retoryki, właśnie profesorowie retoryki i kaznodzieje. Powszechna ciemnota pochodziła nie z wprowadzenia obcych nauk, ale z ich pilnego strzeżenia się. Kiedy Konarski dowodził potrzeby języka francuskiego, uczniowie i stronnicy jezuitów oburzyli się na tę nowość, równie jak dziś uczniowie i stronnicy szkoły warszawskiej na literaturę angielską i niemiecką.
Widzi czytelnik, że z pomiędzy licznych wad, mnie wytknionych, dwie tylko usprawiedliwić chciałem, to jest użycie prowincyonalizmów i obcych wyrazów. Zdania recenzentów o piękności lub niedorzeczności myśli moich, złym lub szczęśliwym wyborze form, o harmonii lub twardości wiersza zostawiam bez odpowiedzi sądowi publiczności. Daleki od sceny zaburzeń literackich, nienależący do żadnej koteryi, czytam recenzye w lat kilka po ich ogłoszeniu; przytoczyłem je w tym celu jedynie, abym pokazał czytelnikom, że nie tak łatwo, jak się zdaje, dzieła podług uwag gazeciarzy poprawiać. Chcieli wprawdzie niektórzy recenzenci oszczędzić pracy autorowi i podjęli się sami poprawiać wyrazy, wyrażenia, a nawet całkowite wiersze. Taka wspaniałomyślność recenzentów, teraz w europejskiej peryodycznej literaturze bezprzykładna, należy do cnót starożytnych, w gazeciarstwie warszawskiem dziedzicznych. Nieszczęściem, różnię się w zdaniu z recenzentami co do popraw. Przytaczam niektóre z nich, zostawiając wolny wybór czytelnikowi. Pan S.[69] w sonecie Ranek i Wieczór zamiast: błysnęła w oknie, ukląkłem, radzi pisać: stanąłem jak wryty. Pan Franciszek Salezy Dmochowski zamiast ziemnych krawędzi życzyłby widzieć — nadbrzeżne płaszczyzny — albo piaszczyste płaszczyzny. Szkoda, że w opisanej przezemnie ziemi nie było płaszczyzn piaszczystych. P. J. K. zamiast — a gdy serce spokojne, zatapia w niem szpony — poprawia: i gdy zmysły spokojne, nurza w sercu szpony. — Tę ostatnią poprawę powinienbym przyjąć; potrzebę jej usprawiedliwia dostatecznie recenzent najprzód tem: 1° »że hydra pamiątek czyli działalność duszy z obudzonych w niej przykrych wspomnień, zaczem działalność jej względem własności czucia, nie przyjemna, lecz przykra jest w organizacyi życia naszego moralnego, to jest rzeczą niezaprzeczoną...« Broń Boże, aby autor Sonetów zaprzeczył tak jasnej prawdzie, dowiedzionej w czterech równie jasnych kategoryach i w długiej rozprawie o hydrze pamiątek, co wszystko znajdzie czytelnik ciekawy w Gazecie Polskiej 1827 roku.
Kończąc niniejszą przemowę, kiedy raz jeszcze rzuciłem okiem na wyżej przytoczone rozbiory i uwagi: ton stanowczy recenzentów warszawskich, głębokie ich przekonanie o swojej nauce i ważności wszystkiego, co wiedzą; powaga, jaką dotąd nad umysłami pewnych czytelników mają słowa: jego pochwalono w gazecie, jego zganiono w gazecie — bez względu, kto chwalił lub ganił — wszystko to pokazało mi całą różnicę między naszym uniżonym stanem pisarzów prowincyonalnych, a poważną recenzentów warszawskich hierarchią. Przypomniałem szczęściem, że mam niejakie prawo do przywilejów, tej kapitule służących. Przed kilkunastu laty, gdym był studentem, drukowałem także w Pamiętniku Warszawskim tchnącą klasycznością recenzyą, przytaczałem obficie list do Pizonów[70] i kurs Laharpa[71], co dotąd w onej kapitule uchodzi za niepospolitą erudycyą i dostateczną na urząd krytyka kwalifikacyą. Ośmielam się więc, zapominając na chwilę, że zostałem tylko poetą, przybrać dawny charakter recenzenta, i spółkolegom moim przynajmniej za ogólne zdania i moralne przestrogi podobną zapłacić monetą, to jest ogólnemi uwagami i obrokiem duchownym.
Poeta bez obszernej, wielostronnej nauki, jeśli nie utworzy arcydzieł pierwszej wielkości, stanowiących w literaturze epokę, może przecież w szczególnych, pomniejszych rodzajach szczęśliwie sił doświadczać; jeśli nie pozyska europejskiej sławy, może w kraju swoim, w prowincyi swojej, czytelników i wielbicieli znaleźć. Inaczej rzecz się ma z teoretykami: ci z powołania uczeni być muszą; im więcej tworzy się dzieł sztuki i obszerniejsze w teoryi odkrywają się widoki, z tem większą usilnością talent swój krytyczny doskonalić powinni i zawsze w równi z wiekiem postępować. Im zawilsze stosunki towarzyskie, tem więcej praw i zwyczajów, tem uczeńsi muszą być prawnicy z powołania i sędziowie. Dziwną sprzecznością w literaturze naszej, mieliśmy uczonych poetów i mówców, ale teoretycy nasi, zacząwszy od gramatyków aż do estetyków, żyli tylko kąskami prawideł, wyniesionych ze szkoły, zresztą ciemni i pełni przesądów, z niewiadomością połączonych. Historya literatury naszej ma tu niejakie z polityczną podobieństwo. Mieliśmy dobrych żołnierzy, zacnych obywateli, ale w ostatnich szczególniej czasach wdzierali się do stanowienia praw i administrowania wojska ludzie bez żadnej nauki i doświadczenia: w równie nędznym stanie było prawoznawstwo i administracya literacka. Już Mroziński[72] gruntownie ocenił wysławionych w Warszawie gramatyków; retorowie oczekują jeszcze tej smutnej pogrzebowej posługi. W kilku przynajmniej słowach porównajmy ich z autorami. Trembecki na poetę był uczonym mężem, znał filologicznie starożytną literaturę, francuską zgłębił, ojczystą Zygmuntowską przeczytał i ocenić umiał. Dzieła Krasickiego okazują różnostronne kształcenie się poetyckie na wzorach łacińskich, włoskich i francuskich. Niemcewicz, w pierwszych zaraz pracach, nie ograniczył się naśladownictwem: utworzył sam nowe formy historycznego dramatu, politycznej komedyi i historycznych śpiewów[73], nie podług retoryki Dekoloniusza[74], ale stosownie do potrzeb czasu. Mówcy, za Stanisława Augusta żyjący, politycznem i cywilnem kształceniem się usiłowali wyrównać obcym i ciągle iść z postępem wieku. Przeciwnie, teoretycy z litością na mówców wołali: »isti homines, me hercule, habent talentum, sed non docti, rhetoricam non frequentaverunt, non illuminant orationem figuris; ubi est hypotyposis, aposiopesis, prosopopoeia, sustentatio, praetermissio?«[75] U późniejszych zostały się też same formy, też same prawidła, jakie w czasie upadku oświecenia w Polsce panowały. Uczeńsi przymieszali tylko nieco z francuskich elementarnych książek. Piramowicz, jeden z najuczeńszych, w czasie, kiedy wysokie o sztuce myśli Lessinga, Homa[76], Hutchesona[77], Burka[78], Smitha[79], zajmowały Europę, Piramowicz nie może wyjrzeć za granicę retoryki szkolnej; ksiądz Golański i Franciszek Dmochowski w prozaicznych i wierszowanych teoryach, śmieją się sobie z Szekspira, pewnego Angielczyka, którego teatr, jak tego łatwo dowieść można, ani w oryginale, ani w tłomaczeniu nie był im znajomy: natrząsają się z Calderona, pewnego wierszopisa z za śnieżnej Pireny i z Lope de Vega[80], lubo ich dzieł w oczy nawet nie widzieli. Zuchwałość taka pochodzi z dotąd trwającego przesądu, że można nieznane dzieła bez krytyki na cudzą wiarę sądzić, naprzykład Calderona na wiarę Boileau, a Szekspira podług wyroków Woltera.
Niemałej trzeba odwagi, mówi uczony Mroziński, ażeby się targnąć na gramatyczną Kopczyńskiego powagę. Niemniej trzeba męstwa, choć może nie tyle nauki, ażeby Franciszka Dmochowskiego[81] krytyczne usposobienie i działanie ocenić. Jest to patryarcha krytyków warszawskich i wzór ich szkoły. Jak niegdyś w Paryżu nazywano Laharpa Kwintylianem[82] francuskim, a w Warszawie Kopczyńskiego Lhomondem[83] (dla uczczenia); tak Dmochowski nazwany był Laharpem[84], a w Wilnie Słowacki[85] Dmochowskim. Dziedziczenie tytułów w linii prostej i kollateralnej było bardzo w modzie. Powstać przeciw Franciszka Dmochowskiego krytycyzmowi w Warszawie jest to, że powiem słowami Byrona, rozprawiać w Konstantynopolu w meczecie Sofijskim o niedorzecznościach Alkoranu, spuszczając się na światło i tolerancyą ulemów[86]. Zapewne, jako tłomacz poezyi, Dmochowski niemałe położył w literaturze zasługi. Sięgał on jeszcze czasów Stanisława Augusta, i właśnie charakteryzuje epokę przejścia z oryginalnej i silnej poezyi do lękliwego niewolniczego naśladownictwa. Talent tłomacza Iliady, lubo pozbawiony mocy oryginalnej, zachował pewną śmiałość i życie; przynajmniej w tłomaczeniach puszcza się na obszerne i wielkie przedsięwzięcia. Przy miernej znajomości łaciny i literatury francuskiej, Dmochowski, zwyczajem Augustowskich pisarzy, znał jeszcze dawną ojczystą Zygmuntowską literaturę: chociaż do języka poetyckiego stosował więcej, niż należało, prawidła gramatyki francuskiej, nie zupełnie jeszcze zaślepiony, czuł i cenił śmiałość, bogactwo i rozmaitość stylu Zygmuntowskiej epoki, dziwił się nowym Trembeckiego wyrażeniom, i mimo małych uchybień, oddawał sprawiedliwość wielkim i licznym Karpińskiego zaletom. We własnych pismach pracą i usilnością doskonalił styl swój, zrazu niedbały, ciężki i twardy. Wielka jest pod tym względem różnica między Sztuką Rymotwórczą a przekładem Homera. W ostatnich zwłaszcza pieśniach Iliady wiersze harmonijne, w wyrażeniach ścisłe i lubo wszelkiej śmiałości poetyckiej pozbawione, nie zmieniają się w rymowaną prozę[87]. Tenże Dmochowski, jako uczony, jako krytyk nizkie bardzo zajmuje w naszej nawet literaturze miejsce; a śmiałość, która go w poetycznych pracach do wyższych podniecała przedsięwzięć, w krytyce dała zgubny przykład coraz zuchwalszym następcom. Dmochowski pracował nad tłomaczeniem Iliady w epoce, kiedy Prolegomena Wolfa[88] o Homerydach zwróciły powszechną filologów uwagę. Wielki spór literacki, może najważniejszy w dziejach krytyki nowożytnej, dzielił uczonych angielskich i niemieckich, zajął nawet Francyą, gdzie nauki starożytne w nędznym były stanie. Nasz tłomacz Iliady, wielkiego, wiele lat pracy kosztującego dzieła, tyle tylko o Homerze w przedmowie powiedzieć umie, ile w Podróżach Anacharsysa[89] wyczytał. Ze wszystkich uczonych, o Homerze piszących, od Wolfa do Benjamina Constant[90], nikt jeszcze nie odwoływał się do powagi Barthélemy. Cóż powiedzieć o przypiskach do Iliady, gdzie Homer z Wirgiliuszem, Tassem i podobno z Wolterem porównywany, i to w jaki sposób? Oto, pojedyncze okresy lub wiersze powyrywane, potłomaczone i obok siebie postawione. Jeśli można odgadnąć zamiar tłomacza, chciał on dać wyobrażenie o różnicy talentu czyli stylu tych poetów, obnosząc, jak ów architekt, cegiełki ze świątyń Iliady i Jerozolimy Wyzwolonej. W dziewiętnastym wieku zdaje się, że czytamy pedanckiej pamięci Vossiusza rozprawy i dziecinne jego na podobnych zasadach oparte zdania. Szkoła poetycka Dmochowskiego, to jest naśladowców i tłomaczów z francuskiego spółczesnych i późniejszych, o ile pomnażała się liczbą, o tyle ścieśniała widoki, ograniczała się w nauce i drobniała w talentach. Łacina do reszty wyszła była z mody, o greczyznie mówić przestano, i tem więcej broniono klasyków, im więcej zaniedbywano klasyczne języki. Nakoniec literatura francuska, cząstka literatury powszechnej, stała się alfą i omegą naszych uczonych. Zamiast Iliady, Eneidy, Raju utraconego, tłomaczono dziesięcioletnią pracę Delilla[91], Legouvé[92], Colardeau[93], następnie różne ody, epitry[94], tragedye i komedye, zachwalone w dziennikach paryskich. Po długim przeciągu czasu, kiedy już o tych tworach w Paryżu zapomniano, wychodziły one u nas i budziły entuzyazm krytyków. Co do stylu, wszyscy prawie tłomacze długą wprawą doszli do tego, że wszyscy równie poprawni, równie od prowincyonalizmów i nowych wyrażeń wolni, wszyscy dobrze piszą wiersze. Wiersze te, dziwnie do siebie podobne, zdają się z jednego kruszcu, z jednej pochodzić mennicy. Sprawdziło się filozoficzne przysłowie, że chcąc dwie rzeczy zupełnie do siebie podobnemi uczynić, najprzód im życie odjąć potrzeba. Czy to tłomaczenia Moliera czy Iliady, Miltona czy Legouvé, jeden wszędzie tok wiersza, styl, ledwie nie rymy. Franciszek Salezy Dmochowski nazywa to ciągłym postępem narodowej poezyi. Nie ujmujemy zasługi ostatnim tłomaczom: oni wszyscy razem ledwie nie dokonali w Polsce tego, co Defauconpret jeden dla Francyi zrobił, lubo Defauconpret i ważniejsze dzieła i w większej liczbie potłomaczył.
Smutniejszy jeszcze widok, jeśli być może smutniejszy, przedstawia szkoła krytyczna w tej epoce. Jej corpus juris składały kursa literatury, w liceach i prytaneach francuskich naówczas używane, przedmowy znajdujące się na czele dzieł Kornela, Rasyna[95] i Woltera, rozbiory (Examen du Cid, du Polyeucte, etc.) i komentarze, wspominające jeszcze o sporach ze Scuderym i Chapelainem[96], uwagi retoryczne i gramatyczne nad wierszami francuskimi. Tak bogato w wiadomości opatrzeni krytycy zaczynali pospolicie od nadania autorom pewnych tytułów: jednego zowiąc polskim Kornelem, drugiego Pindarem, innego znowu książęciem mówców lub poetów. Szczęśliwszym dostawało się kilka razem donacyj i tytułów. Któryś z młodych recenzentów warszawskich nazwał to dowcipnie literacką maskaradą. W ocenieniu szczegółowem autorów i ich porównywaniu, powtarzały się wiecznie owe szkolne topiki: ten np. autor lekki, dowcipny, zabawny, tamten ponury, smutny, górny i t. p. Jeżeli który z Ixów[97], zastanawiając się nad tragedyą, wzniósł się do wyższych spekulacyj, do rozpraw o trzech jednościach i pokazał, że jednej lub drugiej braknie w sztuce, jeśli dostrzegł, że między sceną a sceną próżny został teatr, dowiódł, że w tej lub owej scenie trzeba sobie wyobrażać przysionek zamiast sieni: zdumiewano się nad talentem i wiadomościami takowego Ixa. W wyroku o stylach, albo raczej o stylu, bo jeden tylko styl znano, do jednego dążono, wyłączną powagę miały retoryczne i gramatyczne o wierszach francuskich przepisy. Najwięcej też lubiono krytykę drobiazgową; bo po wygadaniu się o trzech jednościach, o poetykach Horacego i Boileau, już się uwag ogólnych przebierało. Okresy więc, wiersze szczególne, wyrazy całą zajęły uwagę. Zabawnie było widzieć recenzentów, obracających spólnemi siłami jedno wyrażenie lub wiersz, często niegodny uwagi, ciągnących go mozolnie na forum krytyczne, jak mrówki Karpińskiego tuszę muchy lub ćwierć robaczka, i ledwie nie upadających pod tak wielkim ciężarem[98].
W takim stanie krytyki, godne uwagi i budujące jest dobre porozumienie sąsiedzkie[99][100], w jakiem krytycy z sobą i z autorami żyli, uszanowanie, z jakiem zobopólne wyroki przyjmowali i skrupulatność, z jaką je dosłownie z ust do ust, z pióra do piór przelewali. Zdanie księdza Golańskiego[101] przytacza Franciszek Dmochowski, Franciszka Dmochowskiego przytacza Ludwik Osiński, wszystkich przytacza Stanisław Potocki, wszyscy przytaczają Stanisława Potockiego. Zdania te koncentrują się na chwilę w Historyi Literatury Bentkowskiego, skąd w różnych przytaczaniach kanałem dzienników, przedmów i mów pochwalnych do swoich źródeł wracają. Utrzymuje się tym sposobem w Warszawie w ciągłym obiegu pewna liczba zdań, niemających gdzieindziej żadnej wartości, jak na Żmudzi ciągle krążą stare talary holenderskie i orty.
Tej krytycznej szkoły dotąd istnieją w Warszawie zwolennicy, coraz w przykrzejszem i zabawniejszem względem Europy położeniu. Wszystko się koło nich w literaturze od Gibraltaru do Morza Białego zmieniło: oni na poetyce szkolnej, jak na kotwicy, stoją nieporuszeni. Słabiejącą odwagę krzepią czytaniem broszurek i kilku dzienników francuskich, najmniej we Francyi czytanych. Możnaby ich porównać do owych prawodawców naszych, na mocy konstytucyi, której nie rozumieli, obstających za władzą hetmańską i liberum veto, i mimo przyjętej w ościennych krajach nowej taktyki, przeciwiących się zagranicznemu autoramentowi, i przekonanych, że oprócz kawaleryi narodowej wszystko jest czczym niemieckim wymysłem. Daremnie do nich Krasicki, a my z Krasickim wołamy do tak zwanych klasyków:

Trzeba się uczyć, upłynął czas złoty!

Już krytyka historyczna w dziełach naszych zajaśniała, już w prawoznawstwie metoda historyczna wypędziła dawny dogmatyzm: krytyka literacka jeszcze zupełnie scholastyczną została. Dzisiaj, że Wschód pominę, w samej Europie tylu narodów, tak bogate literatury stoją otworem. Sami Francuzi, wyrzekłszy się wmawianej przez szkołę Woltera swojej wyłącznej cywilizacyi, uczą się, tłomaczą, nowe tworzą rodzaje. Nasi uczeni, oprócz literatury francuskiej do połowy ośmnastego wieku, nic godnego uczenia się nie widzą. Rozumują z kalifem Omarem, że albo wszystkie obce literatury zgodne są z poetyką Boileau i wtenczas mniej potrzebne, albo niezgodne, a zatem szkodliwe. Obstając niby przy starożytności, przy klasyczności, jakże niesumiennie nadużywają tych wyrazów! Toż oni, nie umiejąc łaciny, nie mając pojęcia o greczyznie, chcą uczyć Anglików i Niemców, jak starożytną sztukę cenić i czuć należy, o ile formy jej naśladować wolno! Dziś, kiedy w tylu językach tyle arcydzieł tak różnych zajmuje uwagę Europy, ażeby je sądzić, ażeby ogólne o sztuce czynić uwagi, trzeba talentów i różnostronnej nauki Schleglów, Tiecka[102], Sismondego[103], Hazlitta[104], Guizota[105], Villemaina[106], i redaktorów Globu[107]. Jakże ku temu dążą recenzenci ze szkoły księdza Golańskiego i Franciszka Dmochowskiego? Jedni śmieją się z Goethego, którego dzieła na całym ucywilizowanym świecie aż do rogatek warszawskich tłomaczono, czytano i ceniono; drudzy cieszą się, że nie umieją po holendersku i nie czytają Lessinga; inni radzą nawet wyciągnąć kordon zdrowia, ażeby przypadkiem nauka nie wkradła się z za granicy. Tej blokady rozumu, acz potrzebnej do utrzymania w cenie wyrobów wierszowych warszawskich, nie uznaje publiczność. Oświadczyli się przeciwko niej w samej Warszawie niektórzy poeci i teoretycy. Zaraza obcych nauk szerzy się tak dalece, że nawet prawowierni klasycy przytaczają imiona Goethego, Moora, Byrona: imion tych wielkich nie należałoby wzywać nadaremnie, kiedy dzieła ich jeszcze tak mało znane, tak rzadko dostają się za kordon klasyczny. Rozprawiać zaś o tych dziełach, tudzież o sztukach i poezyi w ogólności, z zapasem tylko szkolnych prawideł i z Laharpem, można za stołem lub w salonie: ale z piórem w gazecie literackiej już się nie godzi. Recenzenci klasyczni warszawscy, stanowiący śmiało i zarozumiale o ważnych przedmiotach literatury, podobni są do miasteczkowych polityków, którzy nie czytając nawet gazet zagranicznych, wyrokują o tajemnicach gabinetów i działaniach wodzów. Szczęśliwi!...

Pisałem w Petersburgu, 1828 r.

BALLADY I ROMANSE.




Pierwiosnek.
(Primula veris).




Z niebieskich najrańszą piosnek
Ledwie zadzwonił skowronek,
Najrańszy kwiatek, pierwiosnek,
Błysnął ze złotych obsłonek.

JA.

Zawcześnie, kwiatku, zawcześnie,
Jeszcze północ mrozem dmucha,
Z gór białe nie zeszły pleśnie,
Dąbrowa jeszcze nie sucha.

Przymruż złociste światełka,
Ukryj się pod matki rąbek,
Nim cię zgubi szronu ząbek,
Lub chłodnej rosy perełka.

KWIATEK.

Dni nasze jak dni motylka;
Życiem wschód, śmiercią południe;
Lepsza w kwietniu jedna chwilka,
Niż w jesieni całe grudnie.

Czy dla Bogów szukasz datku,
Czy dla druha lub kochanki,
Upleć wianek z mego kwiatku,
Wianek to będzie nad wianki.

JA.

W podłej trawce, w dzikim lasku
Urosłeś, o kwiatku luby!
Mało wzrostu, mało blasku,
Cóż ci daje tyle chluby?

Ni to kolory jutrzenki,
Ni zawoje tulipana,
Ni liliowe sukienki,
Ni róży pierś malowana.

Uplatam ciebie do wianka,
Lecz skądże ufności tyle?
Przyjaciele i kochanka
Czy cię powitają mile?

KWIATEK.

Powitają przyjaciele
Mnie, wiosny młodej aniołka;
Przyjaźń ma blasku niewiele
I cień lubi jak me ziołka.

Czym kochanki godzien rączek,
Powiedz, niebieska Marylko!
Za pierwszy młodości pączek
Zyskam pierwszą — ach! łzę tylko...



Romantyczność.




Methinks I see...
— Where?...
— In my mind’s eye
Shakespeare.
Zdaje mi się, że widzę... Gdzie?
Przed oczyma duszy mojej.



Słuchaj, dzieweczko!
— Ona nie słucha. —
To dzień biały! to miasteczko!
Przy tobie niema żywego ducha:
Co tam wkoło siebie chwytasz?
Kogo wołasz, z kim się witasz?
— Ona nie słucha. —

To jak martwa opoka
Nie zwróci w stronę oka,
To strzela wkoło oczyma,
To się łzami zaleje,
Coś niby chwyta, coś niby trzyma,
Rozpłacze się i zaśmieje.

— »Tyżeś to w nocy? to ty, Jasieńku!
Ach! i po śmierci kocha!
Tutaj, tutaj, pomaleńku,
Czasem usłyszy macocha!...

— »Niech sobie słyszy... już niema ciebie,
Już po twoim pogrzebie!

»Ty już umarłeś? Ach! ja się boję!...
Czego się boję mego Jasieńka?
Ach, to on! lica twoje, oczki twoje!
Twoja biała sukienka!

»I sam ty biały jak chusta,
Zimny... jakie zimne dłonie!
Tutaj połóż, tu na łonie,
Przyciśnij mnie, do ust usta...

»Ach, jak tam zimno musi być w grobie!
Umarłeś, tak, dwa lata!
Weź mię, ja umrę przy tobie,
Nie lubię świata.

»Źle mnie w złych ludzi tłumie:
Płaczę, a oni szydzą:
Mówię, nikt nie rozumie;
Widzę, oni nie widzą!

»Śród dnia przyjdź kiedy... to może we śnie?
Nie, nie... trzymam ciebie w ręku.
Gdzie znikasz, gdzie, mój Jasieńku?
Jeszcze wcześnie, jeszcze wcześnie!

»Mój Boże! kur się odzywa,
Zorza błyska w okienku.
Gdzie znikłeś! ach! stój, Jasieńku!
Ja nieszczęśliwa!« —

Tak się dziewczyna z kochankiem pieści,
Bieży za nim, krzyczy, pada;
Na ten upadek, na głos boleści,
Skupia się ludzi gromada.

»Mówcie pacierze! — krzyczy prostota —
Tu jego dusza być musi,
Jasio być musi przy swej Karusi,
On ją kochał za żywota!«

I ja to słyszę, i ja tak wierzę,
Płaczę, i mówię pacierze.

— »Słuchaj, dzieweczko! — krzyknie śród zgiełku
Starzec, i na lud zawoła:
Ufajcie memu oku i szkiełku,
Nic tu nie widzę dokoła.

»Duchy karczemnej tworem gawiedzi,
W głupstwa wywarzone kuźni;
Dziewczyna duby smalone bredzi,
A gmin rozumowi bluźni«.

— »Dziewczyna czuje, — odpowiadam skromnie,
A gawiedź wierzy głęboko:
Czucie i wiara silniej mówi do mnie,
Niż mędrca szkiełko i oko.

»Martwe znasz prawdy, nieznane dla ludu,
Widzisz świat w proszku, w każdej gwiazd iskierce;
Nie znasz prawd żywych, nie obaczysz cudu!
Miej serce i patrzaj w serce!«




Świteź.
(Do Michała Wereszczaki).


Ktokolwiek będziesz w Nowogródzkiej stronie,
Do Płużyn ciemnego boru
Wjechawszy, pomnij zatrzymać twe konie,
Byś się przypatrzył jezioru.

Świteź tam jasne rozprzestrzenia łona,
W wielkiego kształcie obwodu,
Gęstą po bokach puszczą oczerniona,
A gładka jak szyba lodu.

Jeżeli nocną przybliżysz się dobą
I zwrócisz ku wodom lice:
Gwiazdy nad tobą i gwiazdy pod tobą,
I dwa obaczysz księżyce.

Niepewny, czyli szklana z pod twej stopy
Pod niebo idzie równina,
Czyli też niebo swoje szklane stropy
Aż do nóg twoich ugina;

Gdy oko brzegów przeciwnych nie sięga,
Dna nie odróżnia od szczytu:
Zdajesz się wisieć w środku niebokręga,
W jakiejś otchłani błękitu.

Tak w noc, pogodna jeśli służy pora,
Wzrok się przyjemnie ułudzi...
Lecz żeby w nocy jechać do jeziora,
Trzeba być najśmielszym z ludzi.

Bo jakie szatan wyprawia tam harce!
Jakie się larwy szamocą!
Drżę cały, kiedy bają o tem starce,
I strach wspominać przed nocą.

Nieraz śród wody gwar, jakoby w mieście,
Ogień i dym bucha gęsty,
I zgiełk walczących, i wrzaski niewieście,
I dzwonów gwałt, i zbrój chrzęsty.

Nagle dym spada, hałas się uśmierza,
Na brzegach tylko szum jodły,
W wodach gadanie cichego pacierza,
I dziewic żałosne modły.

Co to ma znaczyć? różni różnie plotą:
Cóż, kiedy nie był nikt na dnie;
Biegają wieści pomiędzy prostotą,
Lecz któż z nich prawdę odgadnie?

Pan na Płużynach, którego pradziady
Były Świtezi dziedzice,
Zdawna przemyślał i zasięgał rady,
Jak te zbadać tajemnice.

Kazał przybory w blizkiem robić mieście,
I wielkie sypał wydatki:
Związano niewód głęboki stóp dwieście,
Budują czółna i statki.

Ja ostrzegałem, że w tak wielkiem dziele
Dobrze, kto z Bogiem poczyna;
Dano więc na mszę w niejednym kościele,
I ksiądz przyjechał z Cyryna[108].

Stanął na brzegu, ubrał się w ornaty,
Przeżegnał, pracę pokropił;
Pan daje hasło: odbijają baty,
Niewód się z szumem zatopił.

Topi się, pławki nadół z sobą spycha,
Tak przepaść wody głęboka;
Prężą się liny, niewód idzie z cicha,
Pewnie nie złowią ni oka.

Na brzeg oboje wyjęto już skrzydło,
Ciągną ostatek więcierzy:
Powiemże, jakie złowiono straszydło?
Choć powiem, nikt nie uwierzy.

Powiem jednakże. Nie straszydło wcale,
Żywa kobieta w niewodzie!
Twarz miała jasną, usta jak korale,
Włos biały, skąpany w wodzie.

Do brzegu dąży. A gdy jedni z trwogi
Na miejscu stanęli głazem,
Drudzy zwracają ku ucieczce nogi,
Łagodnym rzecze wyrazem:

»Młodzieńcy! wiecie, że tutaj bezkarnie
Dotąd nikt statku nie spuści:
Każdego śmiałka jezioro zagarnie
Do nieprzebrnionych czeluści.

»I ty zuchwały, i twoja gromada,
Wrazbyście poszli w głębinie:
Lecz że to kraj był twojego pradziada,
Że w tobie nasza krew płynie;

»Choć godna kary jest ciekawość pusta,
Lecz żeście z Bogiem poczęli:
Bóg wam przez moje opowiada usta
Dzieje tej cudnej topieli.

»Na miejscach, które dziś piaskiem zaniosło,
Gdzie car i trzcina zarasta,
Po których teraz wasze biega wiosło,
Stał okrąg pięknego miasta.

»Świteź, i w sławne orężem ramiona
I w kraśne twarze bogata,
Niegdyś od książąt Tuhanów rządzona,
Kwitnęła przez długie lata.

»Nie ćmił widoku ten ostęp ponury:
Przez żyzne wskroś okolice
Widać stąd było Nowogródzkie mury,
Litwy naówczas stolicę.

»Raz niespodzianie obległ tam Mendoga[109]
Potężnem wojskiem car z Rusi;
Na całą Litwę wielka padła trwoga,
Że Mendog poddać się musi.

»Nim ściągnął wojsko z odległej granicy,
Do ojca mego napisze:
— »Tuhanie! w tobie obrona stolicy,
Śpiesz, zwołaj twe towarzysze«. —

»Skoro przeczytał Tuhan list książęcy
I wydał rozkaz do wojny:
Stanęło zaraz mężów pięć tysięcy,
A każdy konny i zbrojny.

»Uderzą w trąby, rusza młódź, już w bramie
Błyska Tuhana proporzec:
Lecz Tuhan stanie i ręce załamie,
I znowu jedzie na dworzec.

»I mówi do mnie: — Jaż własnych mieszkańców
Dla obcej zgubię odsieczy?
Wszak wiesz, że Świteź nie ma innych szańców,
Prócz naszych piersi i mieczy.

Jeśli rozdzielę szczupłe wojsko moje,
Krewnemu nie dam obrony;
A jeśli wszyscy pociągniem na boje,
Jak będą córy i żony?

— »Ojcze, odpowiem, lękasz się niewcześnie,
Idź, kędy sława cię woła,
Bóg nas obroni: dziś nad miastem we śnie
Widziałam jego Anioła.

»Okrążył Świteź miecza błyskawicą,
I nakrył złotemi pióry,
I rzekł mi: póki męże za granicą,
Ja bronię żony i córy. —

»Usłuchał Tuhan i za wojskiem goni;
Lecz gdy noc spadła ponura,
Słychać gwar zdala, szczęk i tentent koni,
I zewsząd straszny wrzask: ura!

»Zagrzmią tarany, padły bram ostatki,
Zewsząd pocisków grad leci,
Biegą na dworzec starce, nędzne matki,
Dziewice i drobne dzieci.

»Gwałtu! wołają, zamykajcie bramę,
Tuż, tuż, za nami Ruś wali.
Ach! zgińmy lepiej, zabijmy się same,
Śmierć nas od hańby ocali.

»Natychmiast wściekłość bierze miejsce strachu;
Miecą bogactwa na stosy,
Przynoszą żagwie i płomień do gmachu,
I krzyczą strasznymi głosy:

»Przeklęty będzie, kto się nie dobije!
Broniłam, lecz próżny opór:
Klęczą, na progach wyciągają szyje,
A drugie przynoszą topór.

»Gotowa zbrodnia... Czyli wezwać hordy
I podłe przyjąć kajdany,
Czy bezbożnymi wytępić się mordy?...
Panie! zawołam, nad Pany:

»Jeśli nie możem ujść nieprzyjaciela,
O śmierć błagamy u Ciebie,
Niechaj nas lepiej Twój piorun wystrzela,
Lub żywych ziemia pogrzebie! —

»Wtem jakaś białość nagle mię otoczy,
Dzień zda się spędzać noc ciemną:
Spuszczam ku ziemi przerażone oczy...
Już ziemi niema podemną!...

»Takeśmy uszły zhańbienia i rzezi.
Widzisz to ziele dokoła?
To są małżonki i córki Świtezi,
Które Bóg przemienił w zioła.

»Białawem kwieciem, jak białe motylki,
Unoszą się nad topielą;
Liść ich zielony, jak jodłowe szpilki,
Kiedy je śniegi pobielą.

»Za życia cnoty niewinnej obrazy,
Jej barwę mają po zgonie,
W ukryciu żyją i nie cierpią skazy,
Śmiertelne nie tkną ich dłonie.

»Doświadczył tego car i ruska zgraja,
Gdy piękne ujrzawszy kwiecie,
Ten rwie i szyszak stalony umaja,
Ten wianki na skronie plecie.

»Kto tylko ściągnął do głębiny ramię,
Tak straszna jest kwiatów władza,
Że go natychmiast choroba wyłamie,
I śmierć gwałtowna ugadza.

»Choć czas te dzieje wymazał z pamięci,
Pozostał sam odgłos kary,
Dotąd w swych baśniach prostota go święci,
I kwiaty nazywa cary«. —

To mówiąc, pani zwolna się oddala,
Topią się statki i sieci,
Szum słychać w puszczy, poburzona fala
Z łoskotem na brzegi leci.

Jezioro do dna pękło nakształt rowu,
Lecz próżno za nią wzrok goni:
Wpadła, i falą nakryła się znowu,
I więcej nie słychać o niéj.




Świtezianka.[110]




Jakiż to chłopiec piękny i młody?
Jaka to obok dziewica?
Brzegami sinej Świtezi wody
Idą przy świetle księżyca.

Ona mu z kosza daje maliny,
A on jej kwiaty do wianka;
Pewnie kochankiem jest tej dziewczyny,
Pewnie to jego kochanka?...

Każdą noc prawie o jednej porze
Pod tym się widzą modrzewiem.
Młody jest strzelcem w tutejszym borze;
Kto jest dziewczyna? ja nie wiem.

Skąd przyszła? darmo śledzić kto pragnie,
Gdzie uszła? nikt jej nie zbada.
Jak mokry jaskier wschodzi na bagnie,
Jak ognik nocny przepada.

— »Powiedz mi, piękna, luba dziewczyno,
Na co nam te tajemnice?
Jaką przybiegłaś do mnie drożyną?
Gdzie dom twój, gdzie są rodzice?

»Minęło lato, zżółkniały liścia
I dżdżysta nadchodzi pora:
Zawsze mam czekać twojego przyjścia
Na dzikich brzegach jeziora?

»Zawszeż po kniejach jak sarna płocha,
Jak upiór błądzisz w noc ciemną?
Zostań się lepiej z tym, kto cię kocha,
Zostań się, o luba, ze mną!

»Chateczka moja stąd niedaleka
Pośrodku gęstej leszczyny;
Jest tam dostatkiem owoców, mleka,
Jest tam dostatkiem zwierzyny«.

— »Stój, stój, odpowie, hardy młokosie,
Pomnę, co ojciec rzekł stary:
Słowicze wdzięki w mężczyzny głosie,
A w sercu lisie zamiary.

»Więcej się waszej obłudy boję,
Niż w zmienne ufam zapały;
Możebym prośby przyjęła twoje:
Ale czy będziesz mnie stały?« —

Chłopiec przyklęknął, chwycił w dłoń piasku,
Piekielne wzywał potęgi,
Klął się przy świętym księżyca blasku...
Lecz czy dochowa przysięgi?

— »Dochowaj, strzelcze, to moja rada:
Bo kto przysięgę naruszy,
Ach biada jemu, za życia biada!
I biada jego złej duszy!« —

To mówiąc, dziewka więcej nie czeka,
Wieniec włożyła na skronie,
I pożegnawszy strzelca zdaleka,
Na zwykłe uchodzi błonie.

Próżno się za nią strzelec pomyka:
Rączym wybiegom nie sprostał;
Znikła jak lekki powiew wietrzyka,
A on sam jeden pozostał.

Sam został, dziką powraca drogą,
Ziemia uchyla się grzązka.
Cisza wokoło, tylko pod nogą
Zwiędła szeleszcze gałązka.

Idzie nad wodą, błędny krok niesie,
Błędnemi strzela oczyma;
Wtem wiatr zaszumiał po gęstym lesie,
Woda się burzy i wzdyma.

Burzy się, wzdyma, pękają tonie,
O niesłychane zjawiska!
Ponad srebrzyste Świtezi błonie
Dziewicza piękność wytryska.

Jej twarz, jak róży bladej zawoje
Skropione jutrzenki łezką:
Jako mgła lekka, tak lekkie stroje
Obwiały postać niebieską.

— »Chłopcze mój piękny, chłopcze mój młody,
Zanuci czule dziewica:
Poco wokoło Świtezi wody
Błądzisz przy świetle księżyca?

»Poco żałujesz dzikiej wietrznicy,
Która cię zwabia w te knieje,
Zawraca głowę, rzuca w tęsknicy,
I może jeszcze się śmieje?

»Daj się namówić czułym wyrazem:
Porzuć wzdychania i żale,
Do mnie tu, do mnie, tu będziem razem
Po wodnym pląsać krysztale.

»Czy zechcesz, niby jaskółka chybka,
Oblicze tylko wód muskać,
Czy zdrów jak rybka, wesół jak rybka,
Cały dzień ze mną się pluskać, —

»A na noc w łożu srebrnej topieli,
Pod namiotami zwierciadeł,
Na miękkiej wodnych lilijek bieli,
Śród boskich usnąć widziadeł.« —

Wtem z zasłon błysną piersi łabędzie...
Strzelec w ziemię patrzy skromnie.
Dziewica w lekkim zbliża się pędzie,
I — »do mnie, woła, pódź do mnie!«

I na wiatr lotne rzuciwszy stopy,
Jak tęcza śmiga w krąg wielki,
To znowu siekąc wodne zatopy,
Srebrnemi pryska kropelki.

Podbiega strzelec... i staje w biegu...
I chciałby skoczyć i nie chce;
Wtem modra fala, prysnąwszy z brzegu,
Zlekka mu w stopy załechce.

I tak go łechce i tak go znęca,
Tak się w nim serce rozpływa,
Jak gdy tajemnie rękę młodzieńca
Ściśnie kochanka wstydliwa.

Zapomniał strzelec o swej dziewczynie,
Przysięgą pogardził świętą,
Na zgubę oślep bieży w głębinie,
Nową zwabiony ponętą.

Bieży i patrzy, patrzy i bieży,
Niesie go wodne przestworze:
Już zdala suchych odbiegł wybrzeży,
Na średniem igra jeziorze.

I już dłoń śnieżną w swej ciśnie dłoni,
W pięknych licach topi oczy,
Ustami usta różane goni,
I skoczne okręgi toczy:

Wtem wietrzyk świsnął, obłoczek pryska,
Co ją w łudzącym krył blasku...
Poznaje strzelec dziewczynę zbliska...
Ach, to dziewczyna z pod lasku!

— »A gdzie przysięga? gdzie moja rada?
Wszak kto przysięgę naruszy,
Ach, biada jemu, za życia biada!
I biada jego złej duszy!

»Nie tobie igrać przez srebrne tonie,
Lub nurkiem pluskać w głąb jasną:
Surowa ziemia ciało pochłonie,
Oczy twe żwirem zagasną.

»A dusza przy tem świadomem drzewie
Niech lat doczeka tysiąca:
Wiecznie piekielne cierpiąc zarzewie,
Nie ma czem zgasić gorąca.« —

Słyszy to strzelec, błędny krok niesie,
Błędnemi rzuca oczyma;
A wicher szumi po gęstym lesie,
Woda się burzy i wzdyma.

Burzy się, wzdyma i wre aż do dna,
Kręconym nurtem pochwyca.
Roztwiera paszczę otchłań podwodna,
Ginie z młodzieńcem dziewica.

Woda się dotąd burzy i pieni;
Dotąd przy świetle księżyca
Snuje się para znikomych cieni:
Jestto z młodzieńcem dziewica.

Ona po srebrnem pląsa jeziorze,
On pod tym jęczy modrzewiem.
Kto jest młodzieniec? strzelcem był w borze.
A kto dziewczyna? ja nie wiem.




Rybka.
(Ze śpiewu gminnego).




Od dworu, z pod lasa, z wioski,
Smutna wybiega dziewica,
Rozpuściła na wiatr włoski
I łzami skropiła lica.

Przybiega na koniec łączki,
Gdzie w jezioro wpada rzeka;
Załamuje białe rączki
I tak żałośnie narzeka:

»O wy, co mieszkacie w wodzie,
Siostry moje, Świtezianki,
Słuchajcie w ciężkiej przygodzie
Głosu zdradzonej kochanki.

»Kochałam pana tak szczerze,
On mię przysięgał zaślubić:
Dziś księżnę za żonę bierze,
Krysię ubogą chce zgubić.

»Niechże sobie żyją młodzi,
Niech się z nią obłudnik pieści,
Niech tylko tu nie przychodzi
Urągać się z mych boleści.

»Dla opuszczonej kochanki
Cóż pozostało na świecie?
Przyjmijcie mię, Świtezianki:
Lecz moje dziecię... ach, dziecię!«

To mówiąc, rzewnie zapłacze,
Rączkami oczy zasłoni,
I z brzegu do wody skacze,
I w bystrej nurza się toni.

Wtem z lasu, gdzie się dwór bieli,
Tysiączne świecą kagańce,
Zjeżdzają goście weseli,
Muzyka, hałas i tańce.

Lecz mimo tego hałasu
Płacz dziecięcia słychać w lesie;
Wierny sługa wyszedł z lasu,
I dziecię na ręku niesie.

Ku wodzie obraca kroki,
Gdzie łoza, gęsto spleciona,
Wzdłuż wykręconej zatoki
Okryła rzeki ramiona.

Tam staje w ciemnym zakątku,
Płacze i woła: — »Niestety!
Ach! któż da piersi dzieciątku?
Ach! gdzie ty, Krysiu, ach, gdzie ty?«

— »Tu jestem, w rzece, u spodu,
Cichy mu głos odpowiada:
Tutaj drżę cała od chłodu,
A żwir mnie oczki wyjada.

»Przez źwir, przez ostre kamuszki,
Fale mnie gwałtowne niosą;
Pokarm mój: koralki, muszki,
A zapijam zimną rosą.

Lecz sługa, jak na początku,
Tak wszystko woła: — »Niestety!
Ach! któż da piersi dzieciątku?
Ach! gdzie ty, Krysiu, ach, gdzie ty?

Wtem się coś zlekka potrąci
Śród kryształowej przezroczy,
Woda się zlekka zamąci,
Rybka nad wodę podskoczy;

I jak skałka, płaskim bokiem,
Gdy z lekkich rąk chłopca pierzchnie,
Tak nasza rybka podskokiem
Mokre całuje powierzchnie.

Złotemi plamki nadobna,
Kraśne ma po bokach piórka,
Główka jak naparstek drobna,
Oczko drobne jak paciórka.

Wtem rybią łuskę odwinie,
Spojrzy dziewicy oczyma;
Z głowy jasny włos wypłynie,
Szyjka cieniuchna się wzdyma.

Na licach różana krasa,
Piersi, jak jabłuszka mleczne,
Rybią ma pletwę do pasa,
Płynie pod chrósty nadrzeczne.

I dziecię bierze do ręki,
U łona białego tuli,
— »Luli, woła, mój maleńki,
Luli, mój maleńki, luli». —

Gdy dziecię płakać przestało,
Zawiesza kosz na gałęzi,
I znowu ściska swe ciało,
I główkę nadobną zwęzi.

Znowu ją łuski powleką
Od boków wyskoczą skrzelki;
Plusła: i tylko nad rzeką
Kipiące pękły bąbelki.

Tak co wieczora, co ranka,
Gdy sługa stanie w zakątku,
Wraz wypływa Świtezianka,
Żeby dać piersi dzieciątku.

Za cóż jednego wieczora
Nikt nie przychodzi na smugi?
Już zwykła przemija pora:
Nie widać z dziecięciem sługi.

Nie może on przyjść tą stroną,
Musi zaczekać troszeczkę,
Bo właśnie teraz pan z żoną
Poszli przechadzką nad rzeczkę.

Wrócił się, czekał zdaleka,
Za gęstym usiadłszy krzakiem:
Lecz próżno czeka i czeka,
Nikt nie powracał tym szlakiem.

Wstaje, i dłoń w trąbkę zwinął,
I patrzył przez palców szparę,
Ale i dzień już przeminął,
I mroki padają szare.

Czekał długo po zachodzie;
A gdy noc gwiazdy zapala,
Zbliża się zlekka ku wodzie
I śledzi oczyma zdala.

Przebóg! Cudy, czy moc piekła?
Uderza go widok nowy:
Gdzie pierwej rzeczułka ciekła,
Tam suchy piasek i rowy.

Na brzegach porozrzucana
Wala się odzież bez ładu;
Ani pani, ani pana,
Nie widać nigdzie ni śladu.

Tylko z zatoki połową
Sterczał wielki głazu kawał,
I dziwną kształtu budową
Dwa ludzkie ciała udawał.

Zdumiewa się wierny sługa,
Rozpierzchłych myśli nie złowił;
Przeszła godzina, i druga,
Nim wreszcie słówko przemowił:

»Krysiu, o Krysiu!« zawoła:
Echo mu »Krysiu« odpowie;
Lecz próżno patrzy dokoła,
Nikt nie pokazał się w rowie.

Patrzy na rów i na głazy,
Otrze pot na licu zbladłem,
I kiwnie głową trzy razy,
Jakby chciał mówić: już zgadłem.

Dzieciątko na ręce bierze,
Śmieje się dzikim uśmiechem,
I odmawiając pacierze,
Wraca do domu z pośpiechem.




Powrót taty.




»Pójdźcie, o dziatki, pójdźcie wszystkie razem
Za miasto, pod słup, na wzgórek;
Tam przed cudownym klęknijcie obrazem,
Pobożnie zmówcie paciorek.

»Tato nie wraca: ranki i wieczory
We łzach go czekam i trwodze;
Rozlały rzeki, pełne zwierza bory,
I pełno zbójców na drodze«.

Słysząc to dziatki, biegną wszystkie razem,
Za miasto, pod słup, na wzgórek;
Tam przed cudownym klękają obrazem,
I zaczynają paciorek.

Całują ziemię, potem: w imię Ojca,
Syna i Ducha Świętego,
Bądź pochwalona Przenajświętsza Trójca
Teraz i czasu wszelkiego.

Potem Ojcze nasz, i Zdrowaś, i Wierzę,
Dziesięcioro i koronki:
A kiedy całe zmówili pacierze,
Wyjmą książeczkę z kieszonki:

I litaniją do Najświętszej Matki,
Starszy brat śpiewa, a z bratem:
»Najświętsza Matko, przyśpiewują dziatki,
Zmiłuj się, zmiłuj nad tatem!«

Wtem słychać turkot. Wozy jadą drogą,
I wóz znajomy na przedzie:
Skoczyły dzieci i krzyczą, jak mogą:
»Tato, ach, tato nasz jedzie!«

Obaczył kupiec, łzy radośne leje,
Z wozu na ziemię wylata:
»Ha, jak się macie, co się u was dzieje?
Czyście tęskniły do tata?

»Mama czy zdrowa? ciotunia? domowi?
A ot rodzynki w koszyku...«
Ten sobie mówi, a ten sobie mówi,
Pełno radości i krzyku.

»Ruszajcie! kupiec na sługi zawoła,
Ja z dziećmi pójdę ku miastu«.
Idzie... Aż zbójcy obskoczą dokoła,
A zbójców było dwunastu.

Brody ich długie, kręcone wąsiska,
Wzrok dziki, suknia plugawa;
Noże za pasem, miecz u boku błyska,
W ręku ogromna buława.

Krzyknęły dziatki, do ojca przypadły,
Tulą się pod płaszcz na łonie,
Truchleją sługi, struchlał pan wybladły,
Drżące ku zbójcom wzniósł dłonie:

«Ach! bierzcie wozy, ach! bierzcie dostatek,
Tylko puszczajcie nas zdrowo,
Nie róbcie małych sierotami dziatek,
I młodej małżonki wdową«.

Nie słucha zgraja. Ten już wóz wyprzęga,
Zabiera konie; a drugi
»Pieniędzy!« krzyczy, i buławą sięga;
Ów z mieczem wpada na sługi.

Wtem: »Stójcie, stójcie!« krzyknie starszy zbójca,
I spędza bandę precz z drogi,
A wypuściwszy i dzieci i ojca,
»Idźcie, rzekł, dalej bez trwogi«.

Kupiec dziękuje, a zbójca odpowie:
»Nie dziękuj; wyznam ci szczerze,
Pierwszybym pałkę strzaskał na twej głowie,
Gdyby nie dziatek pacierze.

»Dziatki sprawiły, że uchodzisz cało,
Darzą cię życiem i zdrowiem;
Im więc podziękuj za to, co się stało,
A jak się stało, opowiem.

»Zdawna już słysząc o przejeździe kupca,
I ja, i moje kamraty,
Tutaj za miastem, przy wzgórku, u słupca,
Zasiadaliśmy na czaty.

»Dzisiaj nadchodzę; patrzę między chrósty:
Modlą się dziatki do Boga;
Słucham: z początku porwał mię śmiech pusty,
A potem litość i trwoga.

»Słucham: ojczyste przyszły na myśl strony,
Buława upadła z ręki:
Ach! ja mam żonę, i u mojej żony
Jest synek taki maleńki.

»Kupcze, jedź w miasto; ja do lasu muszę.
Wy, dziatki, na ten pagórek
Biegajcie sobie, i za moję duszę
Zmówcie też czasem paciorek«.




Kurhanek Maryli.
(Myśl ze śpiewu litewskiego).

Cudzy Człowiek, Dziewczyna, Jaś, Matka, Przyjaciółka.
CUDZY CZŁOWIEK.

Tam u Niemnowej odnogi,
Tam u zielonej rozłogi,
Co to za piękny kurhanek?
Spodem uwieńczon jak w wianek,
W maliny, ciernie i głogi;
Boki ma strojne murawą,
Głowę ukwieconą w kwiaty.
A na niej czeremchy drzewo
A od niej idą trzy drogi:
Jedna droga na prawo,
Druga droga do chaty,
Trzecia droga na lewo.
Ja tędy płynę z wiciną[111],
Pytam się ciebie, dziewczyno,
Co to za piękny kurhanek?

DZIEWCZYNA.

W całej wsi pytaj się, bracie,
A cała wieś powie tobie:
Maryla żyła w tej chacie,
A teraz leży w tym grobie.
Na prawej stronie te śladki
Ubite nogą pastuszka;
To jest drożyna jej matki,
A stąd przychodzi jej drużka.

Lecz oto błysnął poranek,
Przyjdą oni na kurhanek;
Ukryj się tu za stos łomu,
Sam ich posłuchasz niedoli,
Własne twe oczy zobaczą.
Patrz w prawo... idzie kochanek.
Patrz, matka idzie z domu,
Patrz w lewo, przyjaciółka.
Wszyscy idą powoli,
I niosą ziółka,
I płaczą.

JAŚ.

Marylo! o tej porze
Jeszcześmy się nie widzieli,
Jeszcześmy się nie ścisnęli.
Marylo! zaszło zorze!
Tu czeka twój kochanek:
Czy ty przespałaś ranek?
Czy na mnie zagniewana?
Ach! Marylo kochana,
Gdzież się ty dotąd kryjesz?
Nie, nie przespałaś ranka,
Nie gniewasz się na Janka:
Lecz nie żyjesz, nie żyjesz!
Więzi cię ten kurhanek,
Nie ujrzysz już kochanka,
Nie ujrzy cię kochanek!
Dawniej, kiedy spać szedłem, tem słodziłem chwile,
Że skoro się obudzę, obaczę Marylę,
I dawniej spałem mile!
Teraz, tutaj spać będę, od ludzi daleki,
Może ją we śnie ujrzę, gdy zamknę powieki;
Może zamknę na wieki!

Byłem ja gospodarny, gdy byłem sczęśliwy;
Chwalili mnie sąsiedzi,
Chwalił mię ojciec siwy:
Teraz się ojciec biedzi;
A ja ni ludziom, ni Bogu!
Niech ziarno w polu przepadnie,
Niech ginie siano ze stogu,
Niech sąsiad kopy rozkradnie,
Niech trzodę wyduszą wilki!
Niemasz, niemasz Marylki!
Daje mi ojciec chaty,
Daje mi sprzęt bogaty,
Bym wziął w dom gospodynię;
Namawiali mię swaty,
Niemasz, niemasz Maryli!
Swaty nie namówili:
Nie mogę, nie, nie mogę!
Wiem, ojcze, co uczynię:
Pójdę w daleką drogę,
Więcej mnie nie znajdziecie
Choćbyście i szukali,
Nie będę już na świecie,
Przystanę do Moskali[112],
Żeby mię wraz zabili.
Niemasz, niemasz Maryli!

MATKA.

Czemuż nie wstałam zrana?
Już w polu pełno ludzi.
Niemasz cię, niemasz, kochana
Marylo, któż mię obudzi?
Płakałam przez noc całą,
Zasnęłam kiedy dniało.
Mój Szymon gdzieś już w polu,
Wyprzedził on świtania;

Nie budził mię, mojego litując się bolu,
Poszedł z kosą bez śniadania;
Koś ty dzień cały, koś sobie,
Ja tutaj leżę na grobie.
Czegóż mam iść do domu?
Kto nas na obiad zawoła?
Kto z nami siądzie do stoła?
Niemasz, ach! niemasz komu!
Pókiśmy mieli ciebie,
W domu było jak w niebie.
U nas i wieczorynki,
Z całej wsi chłopcy, dziewki,
Najweselsze zażynki,
Najhuczniejsze dosiewki.
Niemasz cię! w domu pustynie!
Każdy kto idzie, minie.
Zawiasy rdzewieją w sieni,
Mchem się dziedziniec zieleni:
Bóg nas opuścił, ludzie opuścili,
Niemasz, niemasz Maryli!

PRZYJACIÓŁKA.

Tutaj bywało z ranku
Nad wodą sobie stoim,
Ja o twoim kochanku,
Ty mnie mówisz o moim.
Już więcej z sobą nie będziem mówili,
Niemasz, niemasz Maryli!
Któż mi zwierzy się szczerze,
Komuż się ja powierzę?
Ach, gdy z tobą, kochanie,
Smutku i szczęścia nie dzielę,
Smutek smutkiem zostanie,
Weselem nie jest wesele.


∗                         ∗


Słyszy to cudzy człowiek,
Wzdycha i łzy mu płyną,
Westchnął, otarł łzy z powiek,
I dalej poszedł z wiciną.




Do przyjaciół.
(Posyłając im balladę »To lubię«).


Bije raz, dwa, trzy... już północna pora:
Głuche wokoło zacisze,
Wiatr tylko szumi po murach klasztora,
I psów szczekanie gdzieś słyszę.

Świeca w lichtarzu dopala się na dnie:
Raz w głębi tłumi ogniska,
Znowu się wzmoże i znowu opadnie,
Błyska, zagasa i błyska.

Straszno!... Nie była straszną ta godzina,
Gdy były nieba łaskawsze;
Ileż mi słodkich chwilek przypomina!
Precz!... to już znikło na zawsze!

Teraz ja szczęścia szukam ot w tej księdze...
Księga znudziła, porzucam;
Znowu ku lubym przedmiotom myśl pędzę,
To marzę, to się ocucam.

Czasem, gdy słodkie złudzi zachwycenie,
Kochankę widzę lub braci;
Zrywam się, patrzę: aż tylko po ścienie
Biega cień własnej postaci.

Ot, lepiej pióro wezmę i śród ciszy,
Gdy się bez ładu myśl plącze,
Zacznę coś pisać dla mych towarzyszy,
Zacznę, bo nie wiem, czy skończę.

Może też pamięć o minionej wiośnie
Zimowy wietrzyk umili;
Chcę coś okropnie, coś pisać miłośnie,
O strachach i o Maryli.

Kto pragnie pędzlem swe rozsławić imię,
Niech jej maluje portrety;
Wieszcz w nieśmiertelnym niech opiewa rymie
Serca, rozumu zalety;

Mnie choć to wszystko w umyśle przytomne,
Pociechy szukam, nie sławy:
Lepiej wam powiem, jeżeli przypomnę,
Jakie z nią miałem zabawy.

Maryla słodkie miłości wyrazy
Dzieliła skąpo w rachubie:
Choć jej kto kocham mówił po sto razy,
Nie rzekła nawet i lubię.

Za to więc w Rucie[113], pod północną chwilę,
Kiedy się wszyscy spać kładą,
Ja na dobranoc żegnając Marylę,
Taką straszyłem balladą.

Kowno, 27 grudnia 1821 r.




To lubię.[114]




Spojrzyj, Marylo, gdzie się kończą gaje:
W prawo łóz gęsty zarostek,
W lewo się piękna dolina podaje,
Przodem rzeczułka i mostek.

Tuż stara cerkiew, w niej puszczyk i sowy,
Obok dzwonnicy zrąb zgniły,
A za dzwonnicą chróśniak malinowy,
A w tym chróśniaku mogiły.

Czy tam bies siedział, czy dusza zaklęta,
Że o północnej godzinie,
Nikt, jak najstarszy człowiek zapamięta,
Miejsc tych bez trwogi nie minie.

Bo skoro północ nawlecze zasłony,
Cerkiew się z trzaskiem odmyka,
W pustej zrąbnicy dzwonią same dzwony,
W chróstach coś huczy i ksyka.

Czasami płomyk okaże się blady,
Czasem grom trzaska po gromie,
Same się z mogił ruszają pokłady[115],
I larwy stają widomie.

Raz trup po drodze bez głowy się toczy,
To znowu głowa bez ciała;
Roztwiera gębę i wytrzeszcza oczy,
W gębie i w oczach żar pała.

Albo wilk bieży; pragniesz go odegnać,
Aż orlem skrzydłem wilk macha...
Dość »zgiń, przepadnij!« wyrzec i przeżegnać,
Wilk zniknie, wrzeszcząc: cha, cha, cha!

Każdy podróżny oglądał te zgrozy,
I każdy musiał kląć drogę;
Ten złamał dyszel, ten wywrócił wozy,
Innemu zwichnął koń nogę.

Ja, chociaż, pomnę, nieraz Andrzej stary
Zaklinał, nieraz przestrzegał:
Śmiałem się z dyabłów, nie wierzyłem w czary,
Tamtędym jeździł i biegał.

Raz, gdy do Ruty jadę w czas noclegu,
Na moście z końmi wóz staje;
Próżno woźnica przynagla do biegu,
Hej! krzyczy, biczem zadaje...

Stoją, a potem skoczą z całej mocy,
Dyszel przy samej pękł szrubie;
Zostać na polu samemu i w nocy,
To lubię, rzekłem, to lubię!

Ledwiem dokończył, aż straszna martwica
Wypływa z blizkich wód toni;
Białe jej szaty, jak śnieg białe lica,
Ognisty wieniec na skroni.

Chciałem uciekać, padłem zalękniony,
Włos dębem stanął na głowie;
Krzyknę: niech będzie Chrystus pochwalony!
»Na wieki wieków« — odpowie.

»Ktokolwiek jesteś, poczciwy człowieku,
Coś mię zachował od męki,
Dożyj ty szczęścia i późnego wieku,
I pokój tobie i dzięki.

Widzisz przed sobą obraz grzesznej duszy,
Wkrótce się niebem pochlubię:
Boś ty czyscowej zbawił mię katuszy
Tem jednem słówkiem: To lubię.

»Dopóki gwiazdy zejdą i dopóki
We wsi kur pierwszy zapieje,
Opowiem tobie, a ty dla nauki
Opowiedz innym me dzieje.

»Onego czasu żyłam ja na świecie,
Marylą zwana przed laty;
Ojciec mój, pierwszy urzędnik w powiecie,
Możny, poczciwy, bogaty.

»Za życia pragnął sprawić mi wesele,
A żem dostatnia i młoda,
Zbiegło się zewsząd zalotników wiele,
Posag wabił i uroda.

»Mnóstwo ich marnej pochlebiało dumie,
I to mi było do smaku,
Że kiedy w licznym kłaniano się tłumie,
Tłumem gardziłam bez braku.

»Przybył i Józio; dwudziestą miał wiosnę,
Młody, cnotliwy, nieśmiały:
Obce dla niego wyrazy miłosne,
Choć czuł miłosne zapały.

»Lecz próżno nędzny w oczach prawie znika,
Próżno i dzień i noc płacze;
W boleściach jego dla mnie radość dzika,
Śmiech obudzały rozpacze.

»Ja pójdę!« — mówił ze łzami — »Idź sobie!«
Poszedł i umarł z miłości...
Tu nad rzeczułką, w tym zielonym grobie,
Złożone jego są kości.

»Odtąd mi życie stało się nielube,
Późne uczułam wyrzuty;
Lecz ani sposób wynagrodzić zgubę,
Ani czas został pokuty.

»Raz, gdy się w północ z rodzicami bawię,
Wzmaga się hałas, szum, świsty:
Przyleciał Józio w straszliwej postawie,
Jak potępieniec ognisty.

»Porwał, udusił gęszczą dymnych kłębów,
W czyscowe rzucił potoki,
Gdzie pośród jęku i zgrzytania zębów,
Takie słyszałam wyroki:

— »Wiedziałaś, że się spodobało Panu
»Z męża ród stworzyć niewieści,
»Na osłodzenie mężom złego stanu,
»Na roskosz, nie na boleści.

»Ty, jakbyś w piersiach miała serce z głazu,
»Ani cię jęki ubodły,
»Nikt nie uprosił słodkiego wyrazu,
»Przez łzy, cierpienia i modły.

»Za taką srogość, długie, długie lata,
»Dręcz się w czyscowej zagubie;
»Póki mąż jaki z tamecznego świata,
»Nie powie na cię choć: lubię.

»Prosił i Józio niegdyś o to słowo,
»Gorzkie łzy lał nieszczęśliwy:
»Prośże ty teraz nie łzą, nie namową,
»Ale przez strachy i dziwy«. —

»Rzekł. Mnie natychmiast porwały złe duchy;
Odtąd już setny rok minie,
W dzień męczą, na noc zdejmują łańcuchy,
Rzucam ogniste głębinie.

»I w cerkwi, albo na Józia mogile,
Niebu i ziemi obrzydła,
Muszę podróżnych trwożyć w nocne chwile,
Różne udając straszydła.

»Idących w błota zawiodę lub w gaje,
Jadącym konia uskubię;
A każdy naklnie, nafuka, nałaje,
Tyś pierwszy wyrzekł: to lubię.

»Za to ci spadnie wyroków zasłona,
Przyszłość z pod ciemnych wskażę chmur,
Ach! i ty poznasz Marylę, lecz ona...«
Wtem na nieszczęście zapiał kur.

Skinęła tylko, widać radość z oczek,
Mieni się w parę cieniuchną,
Ginie, jak ginie bladawy obłoczek,
Kiedy zefiry nań dmuchną...

Patrzę — aż cały wóz stoi na łące.
Siadam, powoli strach mija;
Proszę za dusze, w czyscu bolejące,
Zmówić trzy Zdrowaś Maryja.




Pani Twardowska.




Jedzą, piją, lulki palą,
Tańce, hulanka, swawola;
Ledwie karczmy nie rozwalą,
Cha, cha! chi, chi! hejża! hola!

Twardowski siadł w końcu stoła,
Podparł się w boki jak basza:
»Hulaj dusza! hulaj!« woła,
Śmieszy, tumani, przestrasza.

Żołnierzowi, co grał zucha,
Wszystkich łaje i potrąca;
Świsnął szablą koło ucha,
Już z żołnierza masz zająca.

Na patrona z trybunału,
Co milczkiem wypróżniał rondel,
Zadzwonił kieską pomału:
Z patrona robi się kondel.

Szewcu w nos wyciął trzy szczutki,
Do łba przymknął trzy rureczki,
Cmoknął: cmok, i gdańskiej wódki
Wytoczył ze łba pół beczki.

Wtem, gdy wódkę pił z kielicha,
Kielich zaświstał, zazgrzytał;
Patrzy na dno: — »Co u licha?
Po coś tu, kumie, zawitał?«

Dyablik to był w wódce na dnie,
Istny Niemiec, sztuczka kusa,
Skłonił się gościom układnie,
Zdjął kapelusz i dał susa.

Z kielicha aż na podłogę
Pada, rośnie na dwa łokcie,
Nos jak haczyk, kurzą nogę,
I krogulcze ma paznogcie.

»A, Twardowski... witam, bracie!«
To mówiąc bieży obcesem:
»Cóż to, czyliż mię nie znacie?
Jestem Mefistofelesem[116].

»Wszak ze mnąś na Łysej górze
Robił o duszę zapisy:
Cyrograf na byczej skórze
Podpisałeś ty i biésy.

»Miały słuchać twego rymu;
Ty, jak dwa lata przebiegą,
Miałeś pojechać do Rzymu,
By cię tam porwać jak swego.

»Już i siedem lat uciekło,
Cyrograf nadal nie służy,
Ty czarami dręcząc piekło,
Ani myślisz o podróży.

»Ale zemsta, choć leniwa,
Nagnała cię w nasze sieci:
Ta karczma Rzym się nazywa...
Kładę areszt na waszeci«.

»Twardowski ku drzwiom się kwapił
Na takie dictum acerbum[117];
Dyabeł za kontusz ułapił:
»A gdzie jest nobile verbum?«[118]

Co tu począć? kusa rada,
Przyjdzie już nałożyć głową...
Twardowski na koncept wpada
I zadaje trudność nową.

»Patrz w kontrakt, Mefistofilu,
Tam warunki takie stoją:
Po latach tylu, a tylu,
Gdy przyjdziesz brać duszę moją,

»Będę miał prawo trzy razy
Zaprządz ciebie do roboty,
A ty najtwardsze rozkazy,
Musisz spełnić co do joty.

»Patrz, oto jest karczmy godło,
Koń malowany na płótnie;
Ja chcę mu wskoczyć na siodło,
A koń niech z kopyta utnie.

»Skręć mi przytem biczyk z piasku,
Żebym miał czem konia chłostać
I wymuruj gmach w tym lasku,
Bym miał gdzie na popas zostać.

»Gmach będzie z ziarnek orzecha,
Wysoki pod szczyt Krępaku[119],
Z bród żydowskich ma być strzecha,
Pobita nasieniem z maku.

»Patrz, oto na miarę ćwieczek,
Cal gruby, długi trzy cale,
W każde z makowych ziarneczek
Wbij mi takie trzy bretnale[120].

Mefistofil duchem skoczy,
Konia czyści, karmi, poi,
Potem bicz z piasku utoczy,
I już w gotowości stoi.

Twardowski dosiadł biegusa,
Próbuje podskoków, zwrotów,
Stępa, galopuje, kłusa —
Patrzy, aż i gmach już gotów.

»No! wygrałeś, panie biésie,
Lecz druga rzecz nieskończona:
Trzeba skąpać się w tej misie —
A to jest woda święcona«.

Dyabeł kurczy się i krztusi,
Aż zimny pot na nim bije:
Lecz pan każe, sługa musi,
Skąpał się biedak po szyję.

Wyleciał potem, jak z procy,
Otrząsł się, dbrum! parsknął raźnie:
»Teraz jużeś w naszej mocy,
Najgorętsząm odbył łaźnię«.

»Jeszcze jedno, będzie kwita:
Zaraz pęknie moc czartowska! —
Patrzaj, oto jest kobiéta,
Moja żoneczka, Twardowska.

»Ja na rok u Belzebuba
Przyjmę za ciebie mieszkanie;
Niech przez ten rok moja luba
Z tobą, jak z mężem zostanie.

»Przysiąż jej miłość, szacunek,
I posłuszeństwo bez granic;
Złamiesz choć jeden warunek,
Już cała ugoda za nic«.

Dyabeł do niego pół ucha,
Pół oka zwrócił do samki:
Niby patrzy, niby słucha —
Tymczasem już blizko klamki.

Gdy mu Twardowski dokucza,
Od drzwi, od okien odpycha:
Czmychnąwszy dziurką od klucza,
Dotąd, jak czmycha, tak czmycha.




Tukaj albo próby przyjaźni.
(We czterech częściach).




I.
»Ja umieram. — Ja nie płaczę.
I wy chciejcie ulżyć sobie;
Prędzej, poźniej, legniem w grobie,
Nie wrócą na świat rozpacze.
»Byłem panem mnogich włości,
Sławny potęgą i zbiorem;
Zamki me stały otworem
Dla przyjaciół i dla gości,
O potęgo! o człowieku!
Wielkie zamki, wielkie imię,
Wielkie nic! Wielkość, czczy dymie!
Ja umieram w kwiecie wieku!

»Gdy za mądrości widziadłem
Goniąc, zbiegam kraje cudze,
Gdy wzrok nad księgami trudzę,
Skarbnice nauk posiadłem:
O nauki! o człowieku!
Wielka mądrość, wielkie imię,
Wielkie nic! Rozum, czczy dymie!
Ja umieram w kwiecie wieku!
»Strzegłem ustaw świętej wiary
W ducha i serca prostocie;
Hojnie nagradzałem cnocie,
Kościołom niosłem ofiary:
O pobożności! człowieku![121]
Święta wiaro, święte imię,
Święte nic! Cnoto, czczy dymie!
Ja umieram w kwiecie wieku.
»Twórco, jakże igrasz srodze!
Kiedy mi dasz wiek niedługi,
Coż, że mi dasz wierne sługi?
Czemże za wierność nagrodzę?
Dasz kochankę kochankowi:
Śmierć truje ślubów słodycze.
I tylu przyjaciół liczę!
Bądźcie zdrowi, bądźcie zdrowi!«

Tak na domowników ręku
Tukaj, pośród skarg i jęku,
Pożegnawszy świat na wieki,
Gasnące zamknął powieki.

Wtem grom łamie szczyty dachu,
Zadrżały zamkowe ściany,
Jakowyś starzec nieznany,
Wlatuje na środek gmachu.
Siwy włos okrył mu skronie,
Twarz marszczkami rozorana,

Broda długa za kolana,
Na kosturze wsparte dłonie.
»Tukaju!« Porwał z pościeli,
I wraz za sobą iść każe;
Już wierzchne sale minęli,
Minęli wały i straże.
Idą — ciemno, deszczyk kropi:
A srebrzysta twarz miesiąca,
To grubawe mgły roztrąca,
To się znowu we mgle topi.
Idą ponad trzęskie kępy,
Mijają bagna, głębinie,
Hnilicy[122] ciemnej ostępy,
Kołdyczewa[123] nurty sinie,
Gdzie puszcza zarosła wkoło,
Spodem czarna, zwierzchu płowa,
Żwirami nasute czoło
Wynosi góra Żarnowa[124],
Tam szli. Starzec kląkł na grobie,
Rozwarł usta, okiem błysnął,
Podniosł w górę ręce obie,
Trzykroć krzyknął, trzykroć świsnął.
»Tukaju, patrz, oto ścieżka!
Za ścieżką chatka na bagnie,
W chatce mędrzec Polel mieszka:
Mędrzec mędrca wspomódz pragnie.
Znana twa nauka, cnota;
Znam, że Bóg węzły lubemi,
Przywiązawszy cię do ziemi,
Długiego nie da żywota.
Ale rzucaj przestrach płony,
Mych sposobów uznaj dzielność;
Żyj dla sług, przyjaciół, żony,
Lata, wieki, nieśmiertelność.

Ja pierwszy ziemskiemu oku,
Śmiem do niej pokazać drogę;
Lecz podług ustaw wyroku,
Dwom tylko pokazać mogę.
Wybierz drugiego człowieka,
Człowieka doznanej wiary,
Któremubyś w każdej probie
Tak zaufał, jak sam sobie.
Trafisz — nieśmiertelność czeka!
Chybisz — śmierć i wieczne kary!«

»Starcze! twe zjawienia wieszcze
Ciemna zasłona powleka,
Powiedz...« — »Powiadam ci jeszcze:
Wybierz drugiego człowieka.
Radź się twej głowy i serca:
Idzie o ciało i duszę!
Wierny, albo przeniewierca,
Nieśmiertelność, lub katusze!...
Czy mógłbyś się zwierzyć słudze?«

Tukaj nic nie odpowiada;
Bo któż zgadnie myśli cudze?
Bo zbyt częsta w sługach zdrada.
»Może kochance, lub żonie?«
»Tak...« wtem uciął, patrzy smutnie;
»Tak« rzecze, i znowu utnie.
Myśli, sam się z sobą biedzi,
»Tak jest, kochance... tak, żonie!«
I wierzy i strach nań pada,
I wątpi, i wstydem płonie;
Myśli, sam się z sobą biedzi;
Umyślił, już w odpowiedzi,
Już... i nic nie odpowiada.
»Umrzyj więc! ty śmiałeś żądać?
Daj pokój żądaniom dzikim!

Ty nie masz ufności w nikim,
Wartoż dłużej świat oglądać?«
On myśli... »Nikogoż z wiela?
Sługi, żony, przyjaciela?«
On myśli... Tu, w mgnieniu oka,
Czerni się niebios sklepienie,
Słychać grzmienie, ziemi drżenie,
Kipią bagna, lasy gorą,
Niknie w płomieniach opoka,
I doliny i jezioro.
Śród gromów świstu i szczęku,
Czy to zły duch, czy moc boża,
Tukaj znalazł się śród łoża,
Na swych domowników ręku.
Głos tylko zagrzmiał zdaleka:
»Niemasz drugiego człowieka,
Któremubyś w każdej probie
Tak zaufał, jak sam sobie«.

II.
»Ja mam, ja mam przyjaciela!«
Konający Tukaj woła.
Wraz uchodzi bladość z czoła,
Iskrą zdrowia oko strzela;
Tukaj, wydarty mogile,
Wstaje, dziwią się doktory;
Wstaje, chodzi o swej sile,
Jakby nigdy nie był chory.
A wtem na poduszce z boku,
Ujrzy z wolej skóry karty,
Gdzie tajemnice wyroku
Przeklęte spisały czarty.
Tukaj z ciekawością chwyta,
Siada, podparł się, i czyta:

»Kiedy miesiąc na młodziku,
Idź na górę do gaiku,
Znajdziesz kamień, z pod kamienia
Białego urwij korzenia.
Kiedy będziesz blizki śmierci,
Każ ciało posiec na ćwierci,
W wodzie zgotować korzonki,
Pocięte namaścić członki:
Znowu się duch z ciałem zrośnie,
W młodocianej wstaniesz wiosnie,
I możesz skutkiem tych leków
Umierać, wstawać, wiek wieków«.

Dalej tam były przestrogi:
Jak siekać głowę, jak nogi:
W jakiej wodzie smażyć trunek,
Po jakiej brać zioła szczypcie,
Ale w końcu w post-skrypcie,
Taki dodano warunek:

»Jeśli użyty ktoś drugi,
Do namaszczalnej posługi,
Zwiedzion przez nasze fortele,
Innemu pokaże ziele,
Lub w oznaczonej godzinie,
Twego ciała nie namaści;
Wtenczas skutek zioła zginie,
Wtenczas piekło czeka waści.
Jeśli na to się ośmielisz,
Dla znaku, że zaszła zgoda,
Nasz poseł Mefistofelisz,
Do wymiany traktat poda.
Ostrzegliśmy o fortelach,
Strzeż się; potem próżny kweres.
Dan w Erebie[125], w szabas rano;
Własną ręką podpisano:

Tak ma stać się: Lucyferes,
A za zgodność: Hadramelach«[126].

Tukaj trochę się zagniewał,
Warunku się nie spodziewał.
Brodę na ręku podpiera,
Potarł czoło, skrzywił nosa,
Na kontrakt spojrzał z ukosa:
Tabaczki dwa razy zażył,
To na ziemię spuszcza oczy,
To po stolowaniu toczy.
Wziął pergamin, w ręku zważył;
Znowu nań zezem poziera,
Znowu czytał i odczytał,
Znowu zważył, znowu zmierzył,
Kułakiem o stół uderzył,
Westchnął, mruczał, zębem zgrzytał,
Ręce nad czoło zakłada,
Skoczył raptem i w zapędzie
Machnął ręką: »Niech tak będzie!«
Znowu umilkł, znowu siada,
Znowu myśli, znowu wstaje,
Znowu chodzi, znowu siada.
Niech go za to nikt nie łaje,
Bo z dyabłami rzecz nie lada.

Myśli: albo wieczne życie,
Albo wiecznie dyabłu dusza.
Nic nie mówi, myśli skrycie,
Tylko troche wargą rusza.

Nadszedł już czas odpowiedzi.
Tukaj oddala się z tłumu,
I do pracowni rozumu
Zamknąwszy się, jeden siedzi,

I tam swój traktat raz jeszcze,
Nim stępel przyjęcia zyska,
W surowej uwagi kleszcze
Bierze i porządnie ściska.
Tam myśl rozmaita ścieka
W jedne podobieństwa tygle;
Tam jedną myśl niedościgle
Różnicy nożykiem sieka;
Sieka, topi, nakształt wosku,
Aż wycisnął ekstrakt wniosku.
Obejrzawszy wniosek ściśle,
Tak rzekł po długim namyśle:
»Jakieżkolwiek to fortele,
O których słyszałem z góry,
Czy ich niewiele, czy wiele,
Trojakiej będą natury.
Chcąc kogo przywieść do zdrady,
Trzeba siły, albo rady;
Albo podarunkiem skusić,
Albo strwożyć, albo zmusić.
Toż samo krótszemi słowy,
Będzie syllogizm[127] takowy:
Trojaka do zguby droga —
Ciekawość, łakomstwo, trwoga.
Więc kto w tym trojakim względzie
Twardej nie ulegnie probie,
Takiemu już można będzie
Ufać, jak samemu sobie«.

Tukaj, kontent z wynalazku,
Szuka atramentu, piasku,
Idzie kreślić pismo grzechu,
Ale idzie bez pośpiechu.
Już ciemno, pisać niewcześnie.
W atramencie jakieś pleśnie;

Dwie świece musiał zapalać,
I dwa kałamarze nalać.
Coś mu zabolało w łokciu;
Wziął pióro, na piórze włosek,
I bardzo spisany nosek:
Otrząsł, przyciął na paznogciu.
Po długim względzie, rozględzie,
Wreszcie pisze: niech tak będzie.
Chciał dołożyć i nazwisko:
Lecz nim pierwsze »T« napisał,
Myślał pół godziny blizko,
Głową i piórem kołysał,
I nic więcej nie napisał;
Tylko do pierwszej litery
Dodał małe kropki.... cztery.

Gdy już napisano widzi,
Jeszcze patrzy, jeszcze bada;
Niechaj z tego nikt nie szydzi,
Bo z dyabłami rzecz nie lada.

Lecz jakże się musiał zdumieć,
Gdy głoska B, w słowie będzie,
Zaczęła brzęczeć i szumieć,
I wzdymać wszystkie krawędzie.
Kręci się, beczy, podrasta,
Jak na drożdżach kawał ciasta;
Dolna litery połowa,
Wykurcza się w brzuch i żebra,
U zwierzchniej wypukła głowa,
Nakształt ogromnego cebra.
Szyjka jak u osy wązka,
Nosik orła, bródka kozła,
A z jednej go strony końska,
Z drugiej kurza łapka wiozła;

Pogląda okiem wołowem,
Skrzydła nakształt młyńskich wioseł...
Był to dyabeł jednem słowem,
Był to Mefistofel poseł.

Jeszcze Tukaj nie mógł wiedzieć,
Czy żegnać, czy prosić siedzieć,
Kiedy przyskoczył zuchwalec,
Porwał za maleńki palec,
Zasadził nożyk pod skórką
I umoczył we krwi piórko;
Piórko wścibił, ścisnął w ręku,
Ręką wodzi pomaleńku,
Gdy już u, k, a, j, minął,
Zrobiło się całkiem Tukaj.
Dyabeł świsnął, czmychnął, zginął...
Terazże z nim ładu szukaj![128]




Lilie.
(Z pieśni gminnej).




Zbrodnia to niesłychana:
Pani zabija pana.
Zabiwszy, grzebie w gaju,
Na łączce przy ruczaju.
Grób liliją zasiewa,
Zasiewając, tak śpiewa:
»Rośnij, kwiecie, wysoko,
Jak pan leży głęboko;
Jak pan leży głęboko,
Tak ty rośnij wysoko«.

Potem cała skrwawiona,
Męża zbójczyni żona,
Bieży przez łąki, przez knieje,
I górą i dołem i górą.
Zmrok pada, wietrzyk wieje;
Ciemno, wietrzno, ponuro.
Wrona gdzieniegdzie kracze,
I puhają puhacze.

Bieży w dół do strumyka,
Gdzie stary rośnie buk,
Do chatki pustelnika,
Stuk-stuk, stuk-stuk!

»Kto tam?« Spadła zapora,
Wychodzi starzec, świeci;
Pani nakształt upiora
Z krzykiem do chatki leci.
Ha! ha! zsiniałe usta,
Oczy przewraca w słup,
Drżąca, zbladła jak chusta;
»Ha! mąż, ha! trup!«

»Niewiasto, Pan Bóg z tobą!
Co ciebie tutaj niesie?
Wieczorną, słotną dobą,
Co robisz sama w lesie?«

— »Tu za lasem, za stawem,
Błyszczą mych zamków ściany,
Mąż z królem Bolesławem
Poszedł na Kijowiany.
Lato za latem bieży,
Niemasz go z bojowiska,
Ja młoda śród młodzieży,
A droga cnoty ślizka!

Nie dochowałam wiary,
Ach! biada mojej głowie!
Król srogie głosi kary;
Powrócili mężowie.

»Ha! ha! mąż się nie dowie!
Oto krew! oto nóż!
Po nim już, po nim już!
Starcze, wyznałam szczerze,
Ty głoś świętemi usty,
Jakie mówić pacierze,
Gdzie mam iść na odpusty?
Ach! pójdę aż do piekła,
Zniosę bicze, pochodnie,
Byleby moją zbrodnię
Wieczysta noc powlekła«.

— »Niewiasto — rzecze stary —
Więc ci nie żal rozboju,
Ale tylko strach kary?
Idźże sobie w pokoju,
Rzuć bojaźń, rozjaśń lica,
Wieczna twa tajemnica.
Bo takie sądy boże,
Iż co ty zrobisz skrycie,
Mąż tylko wydać może,
A mąż twój stracił życie«.

Pani z wyroku rada,
Jak wpadła, tak wypada.
Bieży nocą do domu,
Nic nie mówiąc nikomu.
Stoją dzieci przed bramą:
»Mamo — wołają — mamo!
A gdzie został nasz tato?«
»Nieboszczyk? co? wasz tato?«

— Nie wie, co mówić na to —
»Został w lesie za dworem,
Powróci dziś wieczorem«.

Czekają wieczór dzieci;
Czekają drugi, trzeci;
Czekają tydzień cały;
Nareszcie zapomniały.

Pani zapomnieć trudno;
Nie wygnać z myśli grzechu.
Zawsze na sercu nudno,
Nigdy na ustach uśmiechu,
Nigdy snu na źrenicy!
Bo często w nocnej porze
Coś stuka się na dworze,
Coś chodzi po świetlicy:
»Dzieci, woła, to ja to,
To ja dzieci, wasz tato«.

Noc przeszła, zasnąć trudno;
Nie wygnać z myśli grzechu.
Zawsze na sercu nudno,
Nigdy na ustach śmiechu!

»Idź, Hanko, przez dziedziniec;
Słyszę tętent na moście,
I kurzy się gościniec:
Czy nie jadą tu goście?
Idź na gościniec i w las,
Czy kto nie jedzie do nas?«

— »Jadą, jadą w tę stronę,
Tuman na drodze wielki,
Rżą, rżą koniki wrone,
Ostre błyszczą szabelki,
Jadą, jadą panowie,
Nieboszczyka bratowie!« —

— »A witajże, czy zdrowa?
Witajże nam, bratowa.
Gdzie brat?« — »Nieboszczyk brat
Już pożegnał ten świat«.
— »Kiedy?« — »Dawno, rok minął,
Umarł .. na wojnie zginął«.
— »To kłamstwo, bądź spokojna,
Już skończyła się wojna,
Brat zdrowy i ochoczy,
Ujrzysz go na twe oczy«.

Pani ze strachu zbladła,
Zemdlała i upadła;
Oczy przewraca w słup,
»Gdzie on? gdzie mąż? gdzie trup?«
Powoli się ocuca;
Mdlała niby z radości
I pytała u gości:
»Gdzie mąż, gdzie me kochanie,
Kiedy przedemną stanie?

— »Powracał razem z nami,
Lecz przodem chciał pośpieszyć,
Nas przyjąć z rycerzami,
I twoje łzy pocieszyć.
Dziś, jutro, pewnie będzie,
Pewnie kędyś w obłędzie
Ubite minął szlaki.
Zaczekajmy dzień jaki,
Poślemy szukać wszędzie,
Dziś, jutro, pewnie będzie«.

Posłali wszędzie sługi,
Czekali dzień i drugi;
Gdy nic nie doczekali,
Z płaczem chcą jechać daléj.

Zachodzi drogę pani:
»Bracia moi kochani,
Jesień zła do podróży,
Wiatry, słoty i deszcze,
Wszak czekaliście dłużéj,
Czekajcie trochę jeszcze«.

Czekają. Przyszła zima,
Brata niéma i niéma.
Czekają; i myślą sobie:
Może powróci z wiosną?
A on już leży w grobie,
A nad nim kwiatki rosną,
A rosną tak wysoko,
Jak on leży głęboko.
I wiosnę przeczekali,
I już nie jadą daléj.

Do smaku im gospoda,
Bo gospodyni młoda;
Że chcą jechać, udają,
A tymczasem czekają,
Czekają aż do lata,
Zapominają brata.

Do smaku im gospoda,
I gospodyni młoda;
Jak dwaj u niej gościli,
Tak ją dwaj polubili.
Obu nadzieja łechce,
Obadwaj zjęci trwogą,
Żyć bez niej żaden nie chce,
Żyć z nią obaj nie mogą.
Wreszcie na jedno zdani,
Idą razem do pani.

— »Słuchaj, pani bratowo,
Przyjm dobrze nasze słowo:
My tu próżno siedzimy,
Brata nie zobaczymy.
Ty jeszcze jesteś młoda,
Młodości twojej szkoda,
Nie wiąż dla siebie świata,
Wybierz brata za brata«.

To rzekli i stanęli.
Gniew ich i zazdrość piecze,
Ten, to ów okiem strzeli,
Ten, to ów słówko rzecze;
Usta sine przycięli,
W ręku ściskają miecze.

Pani ich widzi w gniewie,
Co mówić, sama nie wie.
Prosi o chwilkę czasu,
Bieży zaraz do lasu.
Bieży w dół do strumyka,
Gdzie stary rośnie buk,
Do chatki pustelnika,
Stukstuk, stuk-stuk!
Całą mu rzecz wykłada,
Pyta się, co za rada?

»Ach, jak pogodzić braci?
Chcą mojej ręki oba;
Ten i ten się podoba,
Lecz kto weźmie? kto straci?
Ja mam maleńkie dziatki;
I wioski i dostatki;
Dostatek się zmitręża,
Gdy zostałam bez męża.

Lecz ach! nie dla mnie szczęście!
Nie dla mnie już zamęście!
Boża nademną kara,
Ściga mnie nocna mara;
Zaledwie przymknę oczy,
Traf, traf! klamka odskoczy;
Budzę się: widzę, słyszę,
Jak idzie i jak dysze,
Jak dysze i jak tupa,
Ach widzę, słyszę trupa!
Skrzyp, skrzyp, i już nad łożem
Skrwawionym sięga nożem,
I iskry z gęby sypie,
I ciągnie mię i szczypie.
Ach! dosyć, dosyć strachu,
Nie siedzieć mnie w tym gmachu,
Nie dla mnie świat i szczęście,
Nie dla mnie już zamęście!«

— »Córko — rzecze jej stary —
Niemasz zbrodni bez kary,
Lecz jeśli szczera skrucha,
Zbrodniarzów Pan Bóg słucha.
Znam ja tajnie wyroku,
Miłą ci rzecz obwieszczę:
Ja go wskrzeszę dziś jeszcze«.

— »Co, co? jak, jak? mój ojcze!
Nie czas już, ach nie czas!
To żelazo zabojcze
Na wieki dzieli nas!
Ach znam, żem warta kary,
I zniosę wszelkie kary,
Byle się pozbyć mary.
Zrzekę się mego zbioru,
I pójdę do klasztoru,

I pójdę w ciemny las.
Nie, nie wskrzeszaj, mój ojcze!
Nie czas już, ach nie czas!
To żelazo zabojcze
Na wieki dzieli nas!«

Starzec westchnął głęboko
I łzami zalał oko,
Oblicze skrył w zasłonie,
Drżące załamał dłonie:

— »Idź za mąż, póki pora,
Nie lękaj się upiora.
Martwy się nie ocuci,
Twarda wieczności brama;
I mąż twój nie powróci,
Chyba zawołasz sama«.

— »Lecz jak pogodzić braci?
Kto weźmie, a kto straci?«
— »Najlepsza będzie droga,
Zdać się na los i Boga.
Niechajże z ranną rosą
Pójdą i kwiecie zniosą.
Niech każdy weźmie kwiecie,
I wianek tobie splecie,
I niechaj doda znaki,
Żeby poznać czyj jaki,
I pójdzie w kościół boży,
I na ołtarzu złoży:
Czyj pierwszy weźmiesz wianek,
Ten mąż twój, ten kochanek«.

Pani, z przestrogi rada,
Już do małżeństwa skora,
Nie boi się upiora;
Bo w myśli swej układa,

Nigdy, w żadnej potrzebie,
Nie wołać go do siebie.
I z tych układów rada,
Jak wpadła, tak wypada.
Bieży prosto do domu,
Nic nie mówiąc nikomu.
Bieży przez łąki, przez gaje,
I bieży i staje,
I staje i myśli i słucha:
Zda się, że ją ktoś goni,
I że coś szepce do niéj,
Wokoło ciemność głucha:
»To ja, twój mąż, twój mąż!«

I staje i myśli i słucha;
Słucha, zrywa się, bieży,
Włos się na głowie jeży,
W tył obejrzeć się lęka,
Coś wciąż po krzakach stęka,
Echo powtarza wciąż:
»To ja, twój mąż, twój mąż!

Lecz zbliża się niedziela,
Zbliża się czas wesela.
Zaledwie słońce wschodzi,
Wybiegają dwaj młodzi.
Pani, śród dziewic grona
Do ślubu prowadzona,
Wystąpi śród kościoła
I bierze pierwszy wianek,
Obnosi go dokoła:
»Oto w wieńcu lilije,
Ach! czyjeż to są, czyje?
Kto mój mąż, kto kochanek?«

Wybiega starszy brat,
Radość na licach płonie,
Skacze i klaszcze w dłonie:
— »Tyś moja! mój to kwiat!
Między liliji kręgi,
Uplotłem wstążek zwój:
To znak, to moje wstęgi!
To mój, to mój, to mój!«

»Kłamstwo! — drugi zawoła —
Wyjdźcie tylko z kościoła,
Miejsce widzieć możecie,
Kędy rwałem to kwiecie.
Rwałem na łączce, w gaju,
Na grobie, przy ruczaju,
Okażę grób i zdrój"
To mój, to mój, to mój!«

Kłócą się źli młodzieńce,
Ten mówi, ten zaprzecza;
Dobyli z pochew miecza,
Wszczyna się srogi bój,
Szarpią do siebie wieńce:
»To mój, to mój, to mój!«

Wtem drzwi kościoła trzasły,
Wiatr zawiał, świece zgasły.
Wchodzi osoba w bieli:
Znany chód, znana zbroja...
Staje, wszyscy zadrżeli,
Staje, patrzy ukosem,
Podziemnym woła głosem:
»Mój wieniec i ty moja!
Kwiat na mym rwany grobie:
Mnie, księże, stułą wiąż;

Zła żono, biada tobie!
To ja, twój mąż, twój mąż!
Źli bracia! biada obu!
Zawieście krwawy bój!
To ja, twój mąż, wasz brat,
Wy moi, wieniec mój,
Dalej na tamten świat!«

Wstrzęsła się cerkwi posada,
Z zrębu wysuwa się zrąb,
Sklep trzeszczy, w głąb zapada,
Cerkiew zapada w głąb.
Ziemia ją z wierzchu kryje,
Na niej rosną lilije,
A rosną tak wysoko,
Jak pan leżał głęboko.




Dudarz.
(Myśl z pieśni gminnej).




Jakiż to dziadek, jak gołąb siwy,
Z siwą aż do pasa brodą?
Dwaj go chłopczyki pod rękę wiodą,
Wiodą mimo naszej niwy.

Starzec na lirze brząka i nuci,
Chłopcy dmą w dudeczki z piórek.
Zawołam starca, niech się zawróci
I przyjdzie pod ten pagórek.

»Zawróć się, starcze, tu na igrzysko,
Tu się po siewbie weselim;
Co nam dał Pan Bóg, tem się podzielim,
I do wsi na noc stąd blizko«.

Posłuchał, przyszedł, skłonił się nizko
I usiadł sobie pod miedzą;
Przy nim po bokach chłopczyki siedzą,
Patrząc na wiejskie igrzysko.

Tu brzmią piszczałki, biją bębenki,
Płoną stosy suchych drewek;
Piją staruszki, skaczą panienki,
Obchodząc święto dosiewek.

Milczą piszczałki, głuchną bębenki,
Porzuca ogień gromadka;
Biegą staruszki, biegą panienki,
Biegą do dudarza dziadka.

»Witaj, dudarzu, witamy radzi,
W wesołej przychodzisz dobie;
Pewnie z daleka Pan Bóg prowadzi,
Pogrzej się i spocznij sobie«.

Wiodą, gdzie ogień, gdzie stół z murawy,
Sadzą dudarza pośrodku:
»Może pozwolisz na trochę strawy,
Albo na szklaneczkę miodku?

»Widzim i lirę, widzim piszczałki:
Zagraj co nam samotrzeci,
Napełnim za to tłomok, kobiałki,
I będziem wdzięczni waszeci«.

»No, stójcież cicho — rzekł do gromadki —
Cicho — powtarza, w dłoń klaska —
Jeżeli chcecie, zagram wam, dziatki,
A cóż wam zagrać?« — »Co łaska«.

Wziął w ręce lirę i szklankę sporą,
Miodem pierś starą zagrzewa:
Mrugnął na chłopców, ci dudki biorą;
Brząknął, nastroił i śpiewa:

»Idę ja Niemnem, jak Niemen długi,
Od wioseczki do wioseczki,
Z borku do borku, z smugów na smugi,
Śpiewając moje piosneczki.

»Wszyscy się zbiegli, wszyscy słuchali,
Ale nikt mię nie rozumie!
Ja łzy ocieram, westchnienia tłumię,
I idę dalej a daléj.

»Kto mię zrozumie, ten się użali,
I w białe uderzy dłonie;
Uroni łezkę, i ja uronię,
Ale już nie pójdę daléj«.

A wtem grać przestał. Nim znowu zacznie,
Przelotem spojrzał po błoniu:
Lecz w jedną stronę spoziera bacznie;
Któż tam stoi na ustroniu?

Stała pasterka i plotła wieniec,
To uplecie, to rozplecie;
A obok przy niej stoi młodzieniec,
I splecione przyjął kwiecie.

Spokojność duszy z jej widać czoła,
Ku ziemi spuszczone oko;
Nie była smutna, ani wesoła,
Tylko coś myśli głęboko.

Jak puszkiem chwieje trawka zielona,
Choć wiatr przestanie oddychać:
Tak się na piersiach chwieje zasłona,
Chociaż westchnienia nie słychać.

Wtem z piersi listek zżółkły odepnie,
Listek nieznanego drzewa;
Spojrzy nań, rzuci i z cicha szepnie,
Jakby się na listek gniewa.

Odwraca głowę, odeszła nieco,
Podniosła w niebo źrenice;
Nagle na oczach łezki zaświecą
I róż wystąpił na lice.

A dudarz milczy, brząka powoli,
A wzrok utopił w pasterce,
Utopił w licu, lecz wzrok sokoli
Zdał się przedzierać aż w serce.

Znowu wziął lirę i spory dzbanek,
Miodem pierś starą zagrzewa,
Skinął na chłopców; ci do multanek;
Brząknął, nastroił i śpiewa:

»Komu ślubny splatasz wieniec,
Z róż, liliji i tymianka?
Ach, jak szczęśliwy młodzieniec,
Komu ślubny splatasz wieniec![129]

»Pewnie dla twego kochanka?
Wydają łzy i rumieniec!...
Komu ślubny splatasz wieniec
Z róż, liliji i tymianka?

»Jednemu oddajesz wieniec,
Z róż, liliji i tymianka;
Kocha cię drugi młodzieniec:
Ty jednemu oddasz wieniec.

»Zostawże łzy i rumieniec,
Dla nieszczęsnego kochanka,
Gdy szczęśliwy bierze wieniec
Z róż, liliji i tymianka«.

Na to szmer powstał; różne pogłoski
Pomiędzy ciżbą przytomną:
Tę piosnkę śpiewał ktoś z naszej wioski:
Lecz kto i kiedy — nie pomną.

Starzec ucisza, podnosi rękę:
»Słuchajcie dzieci — zawoła —
Powiem, od kogo mam tę piosenkę,
Może on był z tego sioła.

»Kiedym, wędrując przez kraje cudze,
Królewiec zwiedził przechodem,
Wtenczas przypłynął z Litwy na strudze[130]
Pasterz jakiś, z tych stron rodem.

»Smutny był bardzo, ale przyczyny
Smutku nie mówił nikomu.
Odbił się potem od swej drużyny
I nie powrócił do domu.

Często widziałem, gdy świecą zorza,
Czyli księżyc w pełnym blasku,
Jak on po błoniach, albo u morza
Po nadbrzeżnym błądził piasku.

»Pośród skał nieraz, podobny skale,
Na deszczu, wietrze i chłodzie,
Odludny dumał, wiatrom swe żale,
A łzy powierzając wodzie.

»Szedłem ku niemu: spozierał smutnie,
Ale odemnie nie stronił;
Jam, nic nie mówiąc, nastroił lutnię,
Zaśpiewał, w struny zadzwonił.

»Łzy mu się rzucą; lecz skinął czołem,
Że się to granie podoba:
Ścisnął za rękę, ja go ścisnąłem,
I zapłakaliśmy oba.

»Poznaliśmy się lepiej nawzajem,
I byliśmy przyjaciele.
On zawsze milczał swoim zwyczajem,
I ja mówiłem niewiele.

»Potem, gdy troską strawiony długą,
Już nie mógł rady dać sobie;
Ja towarzyszem, ja byłem sługą,
Jam go pilnował w chorobie.

»Nędzny w mych oczach gasnął powoli,
Raz mię przywołał do łoża:
»Czuję, rzekł, blizki koniec niedoli,
Niech się spełni wola boża.

Zgrzeszyłem tylko, że moje lata
»Tak się nadaremnie starły:
»Ale bez żalu schodzę ze świata,
»Dawno już na nim umarły.

»Kiedy mię skał tych dzikich zakątek,
»Ukrył przed gminu obliczem,
»Odtąd już dla mnie świat ten był niczem;
»Żyłem na świecie pamiątek.

»Ty, coś mi wiernym został do grobu,
— »Kończył, ściskając za ręce —
»Nagrodzić tobie nie mam sposobu,
»Wszakże to, co mam, poświęcę.

»Znasz piosnkę, którąm po tyle razy
»Śpiewał, płacząc nad mym losem;
»Pomnisz zapewne wszystkie wyrazy,
»I wiesz, jakim śpiewać głosem.

»Mam jeszcze z bladych włosów zawiązkę
I zeschły cyprysu listek:
»Naucz się piosnki, weź tę gałązkę,
»To mój na ziemi skarb wszystek.

»Idź, może znajdziesz nad brzegiem Niemna,
»Tę, której już nie obaczę;
»Może jej piosnka będzie przyjemna,
»Może nad listkiem zapłacze.

»Nagrodzi starca, do domu przyjmie,
»Powiedz...« Wtem oko ściemniało,
A w ustach Panny Najświętszej imię
Wpół wymówione zostało.

»Silił się jeszcze i w samym skonie
Napróżno coś wyrzec żądał;
Wskazał ku sercu i ku tej stronie,
Na którą żyjąc poglądał«.

Tu przerwał dudarz, i szukał okiem,
Dostając listek z papierka:
Lecz już nie była między natłokiem
Ta, której szukał — pasterka.

Zdaleka tylko poznał sukienkę,
Bo w chustce skryła twarz boską;
Jakiś młodzieniec wiódł ją pod rękę;
Już ich nie widać za wioską.

Przybiegła zgraja, gdzie starzec siedział:
»Co to jest?« wszyscy pytają...
On nic nie wiedział — może i wiedział,
Ale nie mówił przed zgrają.




Ucieczka.[131]




On wojuje — rok upłynął,
On nie wraca — może zginął.
Panno, szkoda młodych lat,
Od książęcia jedzie swat.

Książę ucztuje we dworze,
A panna płacze w komorze.

Jej źrenice, błyskawice,
Dziś jak dwie mętne krynice;
Jej lica, pełnia księżyca,
Dziś nikną jak księżyc w nowiu;
Biada wdziękom, biada zdrowiu!

Matka troszczy się i biedzi;
Książę dał na zapowiedzi.

Swadźba jedzie szumnie, tłumnie.
»Nie powiozą do ołtarza,
Powiozą mnie do cmentarza,
A pościelą chyba w trumnie!
Ja umrę, gdy on nie żyje,
Ciebie, matko, żal zabije«.

Ksiądz w konfesyonale siedzi:
»Czas, o córko, do spowiedzi«.

Przyszła kuma, wiedźma stara:
»Wypędź księdza, wypędź klechę!
Bóg i wiara — sen i mara!
Kuma w biedzie ma pociechę,
Kuma stara umie wiele,
Ma kwiat-paproć i car-ziele[132],
A ty masz kochanka dary,
Przyszłam zrobić możne czary!

»Włosy jego w węża splącz,
Dwie obrączki razem złącz,
Z lewej ręki krwi usącz,
A na węża będziem kląć,
W dwie obrączki będziem dąć;
Musi przyjść i ciebie wziąć«.

Panna grzeszy — jeździec śpieszy,
Klęto ducha — klątwy słucha;
Już odemknął zimny gmach:
Panno, panno, czy nie strach?

Ucichł, usnął dzwon zamkowy;
Panna czuwa. Na zegarze
Bije północ, milczą straże.
Panna słyszy — dźwięk podkowy;
Brytan, jakby głosu nie miał,
Zawył z cicha i oniemiał.

Skrzypnęły dolne podwoje,
Stąpa ktoś w przysionkach długich,
I otwiera się drzwi troje,
Troje drzwi jedne po drugich.
Wchodzi jeździec cały w bieli
I usiada na pościeli.

Słodko, prędko czas ucieka.
Wtem koń zarżał, jękła sowa,
Zegar wybił: »Bywaj zdrowa,
Koń mój zarżał, koń mój czeka;
Albo wstawaj, na koń siądź
I na wieki moją bądź«.

Miesiąc świeci, jeździec leci
Po zaroślach i po krzach:
Panno, panno, czy nie strach?

Rumak polem jak wiatr niesie,
Niesie lasem. Głucho w lesie;
Tu i owdzie wystraszona
W suchej jodle kracze wrona,
Po łozach wilcze źrenice
Migają się jako świéce.

»W cwał, mój koniu, w cwał!
Miesiąc na dół schodzi z chmur:
A nim zejdzie miesiąc z chmur
Mamy sadzić dziesięć skał,
Dziesięć rzek i dziewięć gór;
Za godzinę pieje kur«.

»Gdzie mnie wieziesz?« — »Gdzie? do domu!
Dom mój na górze Mendoga[133],
W dzień otwarta wszystkim droga,
W nocy jeździm pokryjomu«.
— »Czy masz zamek?« — »Tak jest, zamek,
I zamczysty, choć bez klamek...«

— »Mój kochanku, konia wstrzymaj,
Ledwie dosiedzę na łęku«.
— »Moja luba, siodła imaj
Prawą ręką... co masz w ręku?
Czy to worek do roboty?«
— »Nie, to jest Ołtarzyk Złoty...«

— »Nie czas wstrzymać! Pogoń bieży.
Słyszysz pogoń? tętnią błonia;
Już przed koniem przepaść leży;
Rzucaj książkę, puszczam konia!...«

Koń, jak gdyby zbył ciężaru,
Przemknął dziesięć sążni jaru.

Lecą bagnem przez manowiec,
Pusto wkoło. Błędny ognik
Tuż przed nimi, jak przewodnik,
Od grobowca na grobowiec
Przelatuje; gdzie przeleci,
Ślad błękitny za nim świeci,
A tym śladem jeździec leci.

— »Mój kochanku, co za droga!
Tu nie znać śladu człowieka...«
— »Dobra droga, kiedy trwoga,
Krzywo jedzie, kto ucieka!
Śladów niemasz do mych włości,
Bo nie wpuszczam pieszych gości.
Bogatego wiozą cugi,
Ubogiego niosą sługi.

»W cwał, mój koniu, koniu w cwał!
Błyska zorza z wschodnich stron,
Za godzinę bije dzwon:
Nim uderzy ranny dzwon,
Mamy sadzić parę skał,
Parę rzek i parę gór;
Za godzinę drugi kur«.

— »Mój kochanku, wstrzymaj wodze!
Koń się lęka, bokiem sadzi,
Pełno skał i drzew na drodze,
Koń o drzewo się zawadzi«.
— »Moja luba, jakie sznurki
Jakie wiszą tam kieszonki?...«
— »Mój kochanku, to paciorki,
To szkaplerze i koronki...«

— »Sznur przeklęty, sznur znienacka
Rumakowi miga w oczy!
Patrz, jak zadrżał, bokiem skoczy...
Moja luba, rzuć te cacka!«

Koń, jak gdyby pozbył trwogi,
Ubiegł prosto pięć mil drogi.

— »Co tu za cmentarz, mój miły?«
— »To mur, co mych zamków strzeże«.
— »A te krzyże, te mogiły?«
— »To nie krzyże, to są wieże...
Mur przeskoczym, przejdziem progi:
Tu na wieki koniec drogi«.

— »Stój, mój koniu, koniu stój,
Przebyłeś, nim zapiał kur,
Tyle rzek i skał i gór:
A tuś zadrżał, koniu mój?
Wiem ja, koniu, czego drżysz:
Mnie i tobie boli krzyż«.

— »Czegoś stanął, mój kochanku?
Zimna rosa mię spłukała,
Zimno wieje wiatr poranku,
Okryj płaszczem, bo drżę cała«.
— »Moja luba, przytul skronie,
Na twych piersiach głowę złożę,
Głowa moja ogniem płonie
I kamienie ogrzać może...

— »Jaki masz tam ćwiek ze stali?«
— »To krzyżyk, co matka dała«.
— »Ten krzyżyk ostry jak strzała!
Twarz mi rani, skronie pali!
Precz mi z tym ćwiekiem ze stali!«

Krzyż na ziemię padł i zniknął...
Jeździec pannę w poły ścisnął,
Z oczu i ust ogniem błysnął;
Rumak ludzkim śmiechem ryknął.
Przeskoczyli cwałem mury,
Biją dzwony, pieją kury,
Nim ksiądz przyszedł na mszę ranną,
Zniknął koń z jeźdźcem i panną.

Na cmentarzu cisza była,
Stoją krzyże, głazy leżą:
Jedna bez krzyża mogiła
I ziemia ruszona świeżo.

Ksiądz nad grobem długo stał,
I mszę za dwie dusze miał.



Renegat.
(Ballada turecka).




I.

Co się niedawno stało w Iranie[134],
Opowiem światu całemu.
Na kaszemirskim usiadł dywanie
Basza pośrodku haremu.

Pieją Greczynki, pieją Czerkieski,
Pląsają branki Kirgisa;
U tych w źrenicach szafir niebieski,
U tamtych cienie Eblisa[135].

Basza nie widzi, basza nie słucha;
Turban zawiesił nad okiem,
Drzemie i dymy ciągnąc z cybucha,
Okrył się wonnym obłokiem.

Wtem u wrót szczęścia hałas się wzmaga,
Rozstąpiły się sług rzędy;
Nieznaną brankę wiódł kizlar-aga[136],
Skłonił się i rzekł: »Effendy![137]

»Którego jasność takiej jest mocy
Między gwiazdami dywanu,
Jak śród brylantów na szatach nocy
Ognisko Aldebaranu![138]

»Racz ku mnie błysnąć, gwiazdo dywanu![139]
Bom dobrych nowin tłomaczem:
Oto służebny wiatr z Lechistanu[140]
Darzy cię nowym haraczem.

»Padyszach niema takiej krzewiny
W sadzie rozkoszy w Stambule;
Ona jest rodem z zimnej krainy,
Którą wspominasz tak czule«.

Tu gazę, co jej wdzięki przygasza,
Odsłonił — cały dwór klasnął[141];
Spojrzał raz na nią trzytulny basza,
Wypuścił cybuch i zasnął.

Chyli się na bok, turban mu spada,
Biegą przebudzić — o dziwy!
Usta zsiniałe, twarz śmiercią blada,
Basza-renegat nieżywy!


II.

»O, dziwy, zgroza! — wołają jańczary
I mędrce w prawie ćwiczeni —
Tę Nazaretkę[142], za okropne czary,
Zakopiem w stosie kamieni.

»Owoż to Hassan, ów renegat-basza,
Sroższy nad lwa i tygrysa,
Co go nie tknęła żadna dziewa nasza
Ni Dżurdżystanu[143] hurysa[144];

»On gdy hanowi na srebrny półmisek
Rzucił łeb księcia Iflaku,
Wdzięczny mu hagan[145] dziesięć odalisek[146]
Z własnego przysłał orszaku.

»Wszystkiemi wzgardził! Teraz go zabija
Postać lękliwej gazeli;
Jako motyla lada modra żmija
Promieniem oczu zastrzeli.

Niechże tę żmiję bej, na pastwę czerni,
Z warownej straży przywiedzie!
Już od godziny zebrali się wierni,
I kady z miasta już jedzie...«

Przyjechał kady[147], zbierają kamienie,
Czekają — próżna nadzieja!
Bej nie przychodzi, odbite więzienie:
Ani dziewicy, ni beja!...




Czaty.
(Ballada ukraińska)




Z ogrodowej altany, wojewoda zdyszany,
Bieży w zamek z wściekłością i trwogą.
Odchyliwszy zasłony, spojrzał w łoże swej żony,
Pojrzał, zadrżał: nie znalazł nikogo.

Wzrok opuścił ku ziemi, i rękami drżącemi
Siwe wąsy pokręca i duma.
Wzrok od łoża odwrócił, w tył wyloty zarzucił,
I zawołał kozaka Nauma.

»Hej kozaku, ty chamie, czemu w sadzie przy bramie,
Nie ma nocą ni psa, ni pachołka?...
Weź mi torbę borsuczą, i janczarkę hajduczą,
I mą strzelbę gwintówkę zdejm z kołka«.

Wzięli bronie, wypadli, do ogrodu się wkradli,
Kędy szpaler altanę obrasta.
Na darniowem siedzeniu coś bieleje się w cieniu:
To siedziała w bieliźnie niewiasta.

Jedną ręką swe oczy kryła w puklach warkoczy,
I pierś kryła pod rąbek bielizny;
Drugą ręką od łona odpychała ramiona
Klęczącego u kolan mężczyzny.

Ten ściskając kolana, mówił do niej: »Kochana!
Więc już wszystko, jam wszystko utracił!
Nawet twoje westchnienia, nawet ręki ściśnienia,
Wojewoda już z góry zapłacił.

»Ja, choć z takim zapałem tyle lat cię kochałem,
Będę kochał i jęczał daleki;
On nie kochał, nie jęczał, tylko trzosem zabrzęczał,
Tyś mu wszystko przedała na wieki.

»Co wieczora on będzie, tonąc w puchy łabędzie,
Stary łeb na twem łonie kołysał,
I z twych ustek różanych i z twych liców rumianych,
Mnie wzbronione słodycze wysysał.

Ja na wiernym koniku przy księżyca promyku,
Biegę tutaj przez chłody i słoty,
Bym cię witał westchnieniem i pożegnał życzeniem
Dobrej nocy i długiej pieszczoty...«

Ona jeszcze nie słucha; on jej szepce do ucha
Nowe skargi, czy nowe zaklęcia:
Aż wzruszona, zemdlona, opuściła ramiona,
I schyliła się w jego objęcia.

Wojewoda z kozakiem przyklęknęli za krzakiem,
I dobyli z za pasa naboje;
I odcięli zębami, i przybili stęflami
Prochu garść i grankulek we dwoje.

»Panie! — kozak powiada — jakiś bies mię napada,
Ja nie mogę zastrzelić tej dziewki;
Gdym półkurcze odwodził, zimny dreszcz mię przechodził,
I stoczyła się łza do panewki«.

»Ciszej, plemię hajducze, ja cię płakać nauczę!
Masz tu z prochem leszczyńskim sakiewkę;
Podsyp zapał, a żywo zczyść paznogciem krzesiwo,
Potem palnij w twój łeb, lub w tę dziewkę.

»Wyżej... w prawo... pomału... czekaj mego wystrzału:
Pierwej musi w łeb dostać pan młody...«
Kozak odwiódł, wycelił, nie czekając wystrzelił,
I ugodził w sam łeb — wojewody.




Trzech Budrysów.
(Ballada litewska).




Stary Budrys trzech synów, tęgich jak sam Litwinów,
Na dziedziniec przyzywa i rzecze:
»Wyprowadźcie rumaki i narządźcie kulbaki,
A wyostrzcie i groty i miecze.

»Bo mówiono mi w Wilnie, że otrąbią niemylnie
Trzy wyprawy na świata trzy strony:
Olgierd[148] ruskie posady, Skirgiełł Lachy sąsiady,
A ksiądz[149] Kiejstut napadnie Teutony.

»Wyście krzepcy i zdrowi: jedźcie służyć krajowi,
Niech litewskie prowadzą was bogi!
Tego roku nie jadę, lecz jadącym dam radę:
Trzej jesteście i macie trzy drogi.

»Jeden z waszych biedz musi za Olgierdem ku Rusi
Ponad Ilmen[150], pod mur Nowogrodu;
Tam sobole ogony i srebrzyste zasłony,
I u kupców tam dziengi jak lodu.

»Niech zaciągnie się drugi w księdza Kiejstuta cugi,
Niechaj tępi krzyżaki psubraty;
Tam bursztynów jak piasku, sukna cudnego blasku,
I kapłańskie w brylantach ornaty.

Za Skirgiełłem niech trzeci poza Niemen przeleci,
Nędzne znajdzie tam sprzęty domowe:
Ale zato wybierze dobre szable, puklerze,
I mnie stamtąd przywiezie synowę.

»Bo nad wszystkich ziem branki, milsze Laszki kochanki:
Wesolutkie jak młode koteczki,
Lice bielsze od mleka, z czarną rzęsą powieka,
Oczy błyszczą się jak dwie gwiazdeczki[151].

»Stamtąd ja przed półwiekem, gdym był młodym człowiekiem,
Laszkę sobie przywiozłem za żonę:
A choć ona już w grobie, jeszcze dotąd ją sobie
Przypominam, gdy spojrzę w tę stronę«.

Taką dawszy przestrogę, błogosławił na drogę;
Oni wsiedli, broń wzięli, pobiegli.
Idzie jesień i zima, synów niéma i niéma,
Budrys myślał, że w boju polegli.

Po śnieżystej zamieci, do wsi zbrojny mąż leci,
A pod burką wielkiego coś chowa.
»Ej to kubeł, w tym kuble nowogrodzkie są ruble?«
— »Nie, mój ojcze, to Laszka synowa!«

Po śnieżystej zamieci, do wsi zbrojny mąż leci,
A pod burką wielkiego coś chowa.
»Pewnie z Niemiec, mój synu, wieziesz kubeł bursztynu?«
— »Nie, mój ojcze, to Laszka synowa!«

Po śnieżystej zamieci, do wsi jedzie mąż trzeci,
Burka pełna, zdobyczy tam wiele:
Lecz nim zdobycz pokazał, stary Budrys już kazał
Prosić gości na trzecie wesele.



SONETY.




SONETY EROTYCZNE.
Quand'era in parte altr'uom da quel, ch'io sono.
Petrarca.[152]




I. Przypomnienie.


Lauro! czyliż te piękne wieków naszych lata
Jeszcze się kiedy twojej malują pamięci?
Kiedyśmy sami tylko i sobą zajęci
Dbać nie chcieli o resztę obcego nam świata.

Chłodnik, co się zielonym jaśminem wyplata,
Strumień, co z miłym szmerem po łące się kręci:
Tam nas często, wzajemne tłomaczących chęci,
Późnej nocy miłosna osłoniła szata.

A księżyc z pod bladego wyjrzawszy obłoku,
Śnieżne piersi i złote rozświecał pierścienie,
Boskiego wdziękom twoim przydając uroku.

Wtenczas serca porywa słodkie zachwycenie,
Usta się spotykają, oko ginie w oku,
Łza ze łzą i z westchnieniem miesza się westchnienie!...

II. Do Laury.


Ledwiem ciebie zobaczył, jużem się zapłonił,
W nieznanem oku dawnej znajomości pytał;
I z twych jagód wzajemny rumieniec wykwitał,
Jak z róży, której piersi zaranek odsłonił.

Ledwieś piosnkę zaczęła, jużem łzy uronił;
Twój głos wnikał do serca i za duszę chwytał;
Zdało się, że ją anioł po imieniu witał,
I w zegar niebios chwilę zbawienia zadzwonił.

O luba! niech twe oczy przyznać się nie boją!
Jeśli cię mem spojrzeniem, jeśli głosem wzruszę,
Nie dbam, że los i ludzie przeciwko nam stoją,

Że uciekać i kochać bez nadziei muszę!
Niech ślub ziemski innego darzy ręką twoją,
Tylko wyznaj, że Bóg mi poślubił twą duszę!...


III.


Mówię z sobą, z drugimi plączę się w rozmowie;
Serce bije gwałtownie, oddechem nie władnę;
Iskry czuję w źrenicach, a na twarzy bladnę;
Niejeden z obcych głośno pyta o me zdrowie,

Albo o mym rozumie coś na ucho powie.
Tak cały dzień przemęczę; gdy na łoże padnę
W nadziei, że snem chwilę cierpieniom ukradnę,
Serce ogniste mary zapala w mej głowie.

Zrywam się, biegę, składam na pamięć wyrazy,
Którymi mam złorzeczyć okrucieństwu twemu,
Składane, zapomniane, po milijon razy...

Ale gdy ciebie ujrzę, nie pojmuję, czemu
Znowu jestem spokojny, zimniejszy nad głazy,
Aby goreć na nowo, milczeć po dawnemu...

IV.


Nieuczona twa postać, niewymyślne słowa,[153]
Ani lice, ni oko nad inne nie błyska:
A każdy rad cię ujrzeć, rad posłyszeć zblizka.
Choć w ubraniu pasterki, widno, żeś królowa.

Wczora brzmiały i pieśni i głośna rozmowa;
Pytano się o twoich rówiennic nazwiska;
Ten im pochwały sypie, inny żarty ciska:
Ty weszłaś — każdy święte milczenie zachowa.

Tak śród uczty, gdy śpiewak do chóru wyzywał,
Gdy koła tańcujące wiły się po sali:
Nagle staną i zmilkną; każdy zapytywał,

Nikt nie wiedział, dlaczego w zadumieniu stali.
»Ja wiem, rzecze poeta, anioł przelatywał«.
Uczcili wszyscy gościa — nie wszyscy poznali.


V. Widzenie się w gaju.


»Tyżeś to! i tak późno?« — »Błędną miałem drogę,
Śród lasów, przy niepewnym księżyca promyku.
Tęskniłaś? myślisz o mnie?« — »Luby niewdzięczniku!
Pytaj się, czy ja myśleć o czem innem mogę?«

— »Pozwól uścisnąć dłonie, ucałować nogę.
Ty drżysz! czego?« — »Ja nie wiem. Błądząc po gaiku,
Lękam się szmeru liścia, nocnych ptaków krzyku:
Ach! musimy być winni, kiedy czujem trwogę!«

— »Spojrzyj mi w oczy, w czoło: nigdy z takiem czołem
Nie idzie zbrodnia, trwoga nie patrzy tak śmiele.
Przebóg! jesteśmyż winni, że siedzimy społem?

»Wszak siedzę tak daleko, mówię tak niewiele,
I zabawiam się z tobą, mój ziemski aniele!
Jak gdybyś już niebieskim stała się aniołem«.

VI.


Potępi nas świętoszek, rozpustnik wyśmieje,
Że chociaż samotnemi otoczeni ściany,
Chociaż ona tak młoda, ja tak zakochany,
Przecież ja oczy spuszczam, a ona łzy leje.

Ja bronię się ponętom; ona i nadzieje
Chce odstraszyć, co chwila brząkając kajdany,
Którymi ręce związał nam los opłakany.
Nie wiemy sami, co się w sercach naszych dzieje.

Jestże to ból lub rozkosz? Gdy czuję ściśnienia
Twych dłoni, kiedy z ustek zachwycę płomienia:
Luba! czyż mogę temu dać imię cierpienia?

Ale kiedy się łzami nasze lica zroszą,
Gdy się ostatki życia w westchnieniach unoszą:
Luba! czyliż to mogę nazywać rozkoszą?


VII. Ranek i wieczór.


Słońce błyszczy na wschodzie w chmur ognistych wianku,[154]
A na zachodzie księżyc blade lice mroczy,
Róża za słońcem pączki rozwinione toczy,
Fiołek klęczy zgięty pod kroplami ranku.

Laura błysnęła w oknie. Ukląkłem na ganku;
Ona, muskając sploty swych złotych warkoczy:
»Czemu, rzekła, tak rano smutne macie oczy,
I miesiąc, i fijołek, i ty, mój kochanku?«

W wieczór przyszedłem nowym bawić się widokiem:
Wraca księżyc, twarz jego pełna i rumiana,
Fijołek podniósł listki, orzeźwione mrokiem;

Znowu stanęła w oknie moja ukochana,
W piękniejszym jeszcze stroju i z weselszem okiem;
Znowu u nóg jej klęczę — tak smutny jak zrana.

VIII. Do Niemna.


Niemnie, domowa rzeko moja! Gdzie są wody
Które niegdyś czerpałem w niemowlęce dłonie,
Na których potem w dzikie pływałem ustronie,
Sercu niespokojnemu szukając ochłody?

Tu Laura, patrząc z chlubą na cień swej urody,
Lubiła włos zaplatać i zakwiecać skronie;
Tu obraz jej, malowny w srebrnej fali łonie,
Łzami nieraz mąciłem zapaleniec młody.

Niemnie, domowa rzeko! Gdzie są tamte zdroje,
A z nimi tyle szczęścia, nadziei tak wiele?
Kędy jest miłe latek dziecinnych wesele?

Gdzie milsze burzliwego wieku niepokoje?
Kędy jest Laura moja? gdzie są przyjaciele?...
Wszystko przeszło — a czemuż nie przejdą łzy moje!


IX. Strzelec.


Widziałem, jak dzień cały, pośród letniej spieki,
Błąkał się strzelec młody. Stanął nad strumieniem,
Długo poglądał wkoło i rzecze z westchnieniem:
»Chcę ją widzieć, nim kraj ten opuszczę na wieki;

»Chcę widzieć niewidziany«. Wtem leci z za rzeki
Konna łowczyni, strojna Dyany[155] odzieniem;
Wstrzymuje konia, zwraca się wejrzeniem;
Zapewne jechał za nią towarzysz daleki.

Strzelec cofnął się, zadrżał, i oczy Kaima
Zataczając po drodze, gorzko się uśmiechał,
Drżącą ręką broń nabił, dąsa się i zżyma;

Odszedł nieco, jakoby swej myśli zaniechał.
Wtem dojrzał mgłę kurzawy, wzniesioną broń trzyma,
Bierze na cel, mgła bliżej — lecz nikt nie nadjechał.

X. Rezygnacya.


Nieszczęśliwy, kto próżno o wzajemność woła;
Nieszczęśliwszy jest, kogo próżne serce nudzi:
Lecz ten u mnie ze wszystkich nieszczęśliwszy ludzi,
Kto nie kocha, że kochał, zapomnieć nie zdoła.

Widząc jaskrawe oczy i bezwstydne czoła,
Pamiątkami zatruwa rozkosz, co go łudzi;
A jeśli wdzięk i cnota czucie w nim obudzi,
Nie śmie z przekwitłem sercem iść do stóp anioła.

Albo drugimi gardzi, albo siebie wini:
Minie ziemiankę, z drogi ustąpi bogini,
A na obydwie patrząc, żegna się z nadzieją;

I serce ma podobne do dawnej świątyni,
Spustoszałej niepogód i czasów koleją,
Gdzie bóstwo nie chce mieszkać, a ludzie nie śmieją.


XI. Do...


Patrzysz mi w oczy, wzdychasz; zgubna twa prostota!
Lękaj się jadu, który w oczach żmii płonie;
Uciekaj, nim cię oddech zatruty owionie,
Jeśli nie chcesz kląć reszty twojego żywota.

Szczerość, jeszcze mi jedna pozostała cnota:
Wiedz, że niegodny ogień zapalasz w mem łonie;
Lecz umiem żyć samotny: i pocóż przy zgonie
Ma się wikłać w me losy niewinna istota?

Lubię rozkosz, lecz zwodzić nadto jestem dumny.
Tyś dziecko, mnie namiętne przepaliły bole;
Tyś szczęśliwa, twe miejsce w biesiadników kole:

Moje, gdzie są przeszłości cmentarze i trumny...
Młody bluszczu, zielone obwijaj topole,
Zostaw cierniom grobowe otaczać kolumny.

XII.


Poezyo! gdzie cudny pędzel twojej ręki?...
Gdy chcę malować — za cóż myśli i natchnienia
Wyglądają z wyrazów jak z za krat więzienia,
Kryjących i szpecących tak ubogie wdzięki?

Poezyo! gdzie twoje melodyjne dźwięki?
Śpiewam — ona mojego nie usłyszy pienia:
Jako słowik, król śpiewu, nie słyszy strumienia,
Który w podziemnej głębi rozwodzi swe jęki.

Nietylko dźwięk i kolor — aniołowie myśli —
Lecz i pióro, roboczy niewolnik poety,
Na cudzej ziemi nie zna praw dawnego pana,

I zamiast pieśni, znaki niepojęte kréśli:
Muzyczne znaki pieśni... Lecz ta pieśń, niestety,
Nigdy jej miłym głosem nie będzie śpiewana!...


XIII.


Pierwszy raz jam niewolnik z mojej rad niewoli;
Patrzę na ciebie, z czoła nie znika pogoda;
Myślę o tobie, z myśli nie znika swoboda;
Kocham ciebie, a przecież serce mię nie boli.

Nieraz brałem za szczęście chwileczkę swawoli,
Nieraz mię obłąkała wyobraźnia młoda,
Albo słówka zdradliwe i wdzięczna uroda:
Lecz wtenczas i rozkosznej złorzeczyłem doli.

Nawet ową, gdy ową kochałem niebiankę,
Ileż łez, jaki zapał, jaka niegdyś trwoga!
I żal teraz na samą imienia jej wzmiankę....

Z tobą tylko szczęśliwy, z tobą, moja droga!
Bogu chwała, że taką zdarzył mi kochankę,
I kochance, że uczy chwalić Pana Boga.

XIV.


Luba! ja wzdycham; pamięć niebieskiej pieszczoty
Trują mi okropnego rozmyślania chwile,
Ach! może serce twoje, co cierpiało tyle,
Może, boję się wyrzec, pustoszą zgryzoty?...

Luba! i cóżeś winna, że twych ocząt groty
Tak palące, że usta śmieją się tak mile?
Zbyt ufałaś mej cnocie i nazbyt swej sile,
I nazbyt ognia Stwórca wlał w nasze istoty.

Przewalczyliśmy wiele i dni i tygodni,
Młodzi, zawsze samotni, zawsze z sobą w parze,
I byliśmy oboje długo siebie godni.

Teraz, ach! pójdę łzami oblewać ołtarze,
Nie będę mojej żebrać przebaczenia zbrodni;
Tylko niech mię Bóg twoją zgryzotą nie karze!


XV. Dzień dobry.


Dzień dobry! nie śmiem budzić. O, wdzięczny widoku!
Jej duch napoły w rajskie wzleciał okolice,
Napoły został, boskie ożywiając lice,
Jak słońce napół w niebie, pół w srebrnym obłoku.

Dzień dobry! Już westchnęła, błysnął promyk w oku.
Dzień dobry! Już obraża światłość twe źrenice,
Naprzykrzają się ustom muchy swawolnice.
Dzień dobry! Słońce w oknach, ja przy twoim boku.

Niosłem słodszy dzieńdobry; lecz twe senne wdzięki
Odebrały mi śmiałość. Niech się wprzódy dowiem:
Z łaskawem wstajesz sercem, z orzeźwionem zdrowiem?

Dzień dobry! Nie pozwalasz ucałować ręki?
Każesz odejść? Odchodzę: oto masz sukienki,
Ubierz się i wyjdź prędko — dzień dobry ci powiem.

XVI. Dobranoc.


Dobranoc! już dziś więcej nie będziem bawili,
Niech snu anioł modremi skrzydły cię otoczy.
Dobranoc! Niech odpoczną po łzach twoje oczy.
Dobranoc! Niech się serce pokojem zasili.

Dobranoc!... Z każdej ze mną przemówionej chwili,
Niech zostanie dźwięk jakiś cichy i uroczy,
Niechaj gra w twojem uchu; a gdy myśl zamroczy,
Niech się mój obraz sennym źrenicom przymili.

Dobranoc! Obróć jeszcze raz na mnie oczęta,
Pozwól lica... Dobranoc! chcesz na sługi klasnąć!
Daj mi pierś ucałować... Dobranoc! zapięta.

Dobranoc! Już uciekłaś i drzwi chcesz zatrzasnąć.
Dobranoc ci przez klamkę. Niestety, zamknięta.
Powtarzając dobranoc! nie dałbym ci zasnąć!


XVII. Dobry wieczór.


Dobry wieczór! On dla mnie najsłodszem życzeniem —
Nigdy, czy to przed nocą dzieli nas zapora,
Czyli mię ranna znowu przywołuje pora,
Nie żegnam cię, ni witam z takiem zachwyceniem,

Jak w tę chwilę, wieczornym ośmielony cieniem.
Ty nawet, milczeć rada i płonić się skora,
Gdy usłyszysz życzenie dobrego wieczora,
Żywszem okiem, głośniejszem rozmawiasz westchnieniem.

Niechaj dzień dobry wschodzi tym, co społem żyją,
Objaśniać pracę, która ich ręce jednoczy;
Dobranoc niech szczęśliwych kochanków otoczy,

Gdy z rozkoszy kielicha trosk osłodę piją:
A tym, co się kochają i swą miłość kryją,
Dobry wieczor niech przyćmi zbyt wymowne oczy.

Do D. D. (Wizyta).


Ledwie wnijdę, słów kilka przemówię z nią samą:
Jużci dzwonek przeraża, wpada galonowy,
Za nim wizyta, za nią ukłony, rozmowy;
Ledwie wizyta z bramy, już druga za bramą.

Gdybym mógł, progi wilczą otoczyłbym jamą,
Stawiłbym lisie pastki, kolczate okowy,
A jeśli nie dość bronią, uciecbym gotowy
Na tamten świat, stygową zasłonić się tamą[156].

O przeklęty nudziarzu! Ja liczę minuty,
Jak zbrodniarz, co go czeka ostatnia katusza;
Ty pleciesz błahe dzieje wczorajszej reduty!

Już bierzesz rękawiczki; szukasz kapelusza;
Teraz odetchnę nieco, wstąpi we mnie dusza...
O bogi! znowu siada, siedzi jak przykuty!


XIX. Do wizytujących.


Pragniesz miłym być gościem? czytaj rady moje:
Nie dość, wszedłszy donosić, o czem wszyscy wiedzą,
Że dzisiaj tu walcują, ówdzie obiad jedzą,
Zboże tanie, deszcz pada, w Grecyi rozboje.

Jeśli w salonie znajdziesz bawiących się dwoje,
Zważaj, czy cię z ukłonem, z rozmową uprzedzą,
Czyli daleko jedno od drugiego siedzą,
Czy wszystko jest na miejscu, czy w porządku stroje.

Jeśli pani co wyraz zaśmiać się gotowa,
Choć usta śmiać się nie chcą: jeśli panicz z boku
Pogląda, i zegarek dobywa i chowa,

I grzeczność ma na ustach, a coś złego w oku...
Wiesz, jak ich trzeba witać? »Bywaj zdrów, bądź zdrowa!
A kiedy ich masz znowu odwiedzić? — Po roku.

XX. Pożegnanie. (Do D... D...).


Odpychasz mię!... Czym twoje serce już postradał?
Lecz jam go nigdy nie miał! Czyli broni cnota?
Lecz ty pieścisz innego! Czy, że nie dam złota?
Lecz jam go wprzódy nie dał, a ciebie posiadał.

I nie darmo!... Choć skarbów przed tobąm nie składał:
Ale mi drogo każda kupiona pieszczota —
Na wagę duszy mojej, pokojem żywota...
Dlaczegóż mię odpychasz? Nadaremniem badał.

Dziś odkrywam łakomstwo nowe w sercu twojem:
Pochwalnych wierszy chciałaś?... Marny pochwał dymie!
Dla nich więc igrasz z bliźnich szczęściem i pokojem?

Nie kupić Muzy! W każdym ślizgałem się rymie,
Gdym szedł na Parnas z lauru wieńczyć cię zawojem,
I ten wiersz wraz mi stwardniał, żem wspomniał twe imię.


XXI. Danaidy.


Płci piękna! Gdzie wiek złoty? gdy za polne kwiaty,
Za haftowane kłosem majowe sukienki,
Kupowano panieńskie serduszka i wdzięki,
Gdy do lubej gołębia posyłano w swaty?

Dzisiaj wieki są tańsze, a droższe zapłaty.
Ta, której złoto daję, prosi o piosenki;
Ta, której serce daję, żądała mej ręki;
Ta, którą opiewałem, pyta, czym bogaty.

Danaidy![157] Rzucałem w bezdeń waszej chęci
Dary, pieśni i we łzach roztopioną duszę:
Dziś, z hojnego jam skąpy, z czułego — szyderca.

A choć mię dotąd jeszcze nadobna twarz nęci,
Choć jeszcze was opiewać i obdarzać muszę;
Lecz dawniej wszystko dałbym, dziś wszystko — prócz serca.

XXII. Ekskuza.


Nuciłem o miłostkach w rówienników tłumie;
Jedni mię pochwalili, a drudzy szeptali:
Ten wieszcz kocha się tylko, męczy się i żali,
Nic innego nie czuje, lub śpiewać nie umie.

W dojrzalsze wchodząc lata, przy starszym rozumie,
Czemu serce płomykiem tak dziecinnym pali?
Czyliż mu na to wieszczy głos bogowie dali,
Aby o sobie tylko w każdej nucił dumie?

Wielkomyślna przestroga! Wnet z górnymi duchy
Alcejski chwytam bardon[158] i strojem Ursyna[159]
Ledwiem zaczął przegrywać, aż cała drużyna

Rozpierzchła się, unosząc zadziwione słuchy...
Zrywam struny, i w Letę[160] ciskam bardon głuchy:
Taki wieszcz, jaki słuchacz. [Lecz przyjdzie godzina!]



SONETY KRYMSKIE.
Wer den Dichter will verstehen,

Muss in Dichter's Lande gehen.

Goethe.[161]

Towarzyszom Podróży Krymskiej

autor.

I. Stepy Akermańskie.

Wpłynąłem na suchego przestwór oceanu;
Wóz nurza się w zieloność i jak łódka brodzi:
Śród fali łąk szumiących, śród kwiatów powodzi,
Omijam koralowe ostrowy burzanu[162].

Już mrok zapada, nigdzie drogi, ni kurhanu;
Patrzę w niebo, gwiazd szukam, przewodniczek łodzi;
Tam zdala błyszczy obłok, tam jutrzenka wschodzi...
To błyszczy Dniestr, to weszła lampa Akermanu![163]

Stójmy!... Jak cicho!... Słyszę ciągnące żórawie,
Którychby nie dościgły źrenice sokoła;
Słyszę, kędy się motyl kołysa na trawie,

Kędy wąż ślizką piersią dotyka się zioła...
W takiej ciszy tak ucho natężam ciekawie,
Że słyszałbym głos z Litwy... Jedźmy, nikt nie woła!



II. Cisza morska. (Na wysokości Tarkankut).[164]

Już wstążkę pawilonu[165] wiatr zaledwie muśnie,
Cichemi gra piersiami rozjaśniona woda:
Jak marząca o szczęściu narzeczona młoda
Zbudzi się, aby westchnąć, i wnet znowu uśnie.

Żagle, nakształt chorągwi, gdy wojnę skończono,
Drzemią na masztach nagich: okręt lekkim ruchem
Kołysa się, jak gdyby przykuty łańcuchem;
Majtek wytchnął, podróżne rozśmiało się grono.

O morze! pośród twoich wesołych żyjątek
Jest polip, co śpi na dnie, gdy się niebo chmurzy,
A na ciszę długiemi wywija ramiony.

O myśli! w twojej głębi jest hydra pamiątek,
Co śpi wpośród złych losów i namiętnej burzy —
A gdy serce spokojne, zatapia w niem szpony...



III. Żegluga.

Szum większy, gęściej morskie snują się straszydła;
Majtek wbiegł na drabinę: gotujcie się, dzieci!
Wbiegł, rozciągnął się, zawisł w niewidzialnej sieci,
Jak pająk czatujący na skinienie sidła.

Wiatr! wiatr! Dąsa się okręt, zrywa się z wędzidła,
Przewala się, nurtuje w pienistej zamieci,
Wznosi kark, zdeptał fale i wskroś niebios leci,
Obłoki czołem sieka, wiatr chwyta pod skrzydła.

I mój duch masztu lotem buja śród odmętu,
Wzdyma się wyobraźnia, jak warkocz tych żagli,
Mimowolny krzyk łączę z wesołym orszakiem;

Wyciągam ręce, padam na piersi okrętu.
Zdaje się, że pierś moja do pędu go nagli:
Lekko mi, rzeźwo, lubo! wiem, co to być ptakiem...



IV. Burza.

Zdarto żagle, ster prysnął, ryk wód, szum zawiei,
Głosy trwożne gromady, pomp złowieszcze jęki,
Ostatnie liny majtkom wyrwały się z ręki,
Słońce krwawo zachodzi, z niem reszta nadziei.

Wicher z tryumfem zawył; a na mokre góry,
Wznoszące się piętrami z morskiego odmętu,
Wstąpił geniusz śmierci i szedł do okrętu,
Jak żołnierz szturmujący w połamane mury.

Ci leżą napół martwi, ów załamał dłonie,
Ten w objęcia przyjaciół żegnając się pada,
Ci modlą się przed śmiercią, aby śmierć odegnać;

Jeden podróżny siedział w milczeniu na stronie
I pomyślił: szczęśliwy, kto siły postrada,
Albo modlić się umie, lub ma z kim się żegnać.



V. Widok gór ze stepów Kozłowa.[166]

PIELGRZYM.
Tam!... Czy Allah postawił ścianą morze lodu,
Czy aniołom tron odlał z zamrożonej chmury,
Czy Diwy[167] z ćwierci lądu dźwignęli te mury,
Aby gwiazd karawanę nie puszczać ze wschodu?...

Na szczycie jaka łuna! pożar Carogrodu!...[168]
Czy Allah, gdy noc chylat[169] rozciągnęła bury,
Dla światów żeglujących po morzu natury
Tę latarnię zawiesił śród niebios obwodu?...

MIRZA.
Tam? Byłem: zima siedzi; tam dzioby potoków
I gardła rzek widziałem pijące z jej gniazda;
Tchnąłem, z ust mych śnieg leciał; pomykałem kroków,

Gdzie orły dróg nie wiedzą, kończy się chmur jazda,
Minąłem grom drzemiący w kolebce z obłoków.
Aż tam, gdzie nad mój turban była tylko gwiazda:
To Czatyrdach![170]

PIELGRZYM.
Aa!!



VI. Bakczysaraj.[171]

Jeszcze wielka, już pusta Girajów dziedzina!
Zmiatane czołem baszów ganki i przedsienia,
Sofy, trony potęgi, miłości schronienia,
Przeskakuje szarańcza, obwija gadzina.

Skróś okien różnofarbnych powoju roślina,
Wdzierając się na głuche ściany i sklepienia,
Zajmuje dzieło ludzi w imię przyrodzenia
I pisze Baltazara głoskami »Ruina«.[172]

W środku sali wycięte z marmuru naczynie;
To fontanna haremu: dotąd stoi cało,
I perłowe łzy sącząc, woła przez pustynie:

Gdzież jesteś, o miłości, potęgo i chwało?
Wy macie trwać na wieki, źródło szybko płynie;
O! hańbo, wyście przeszły, a źródło zostało...



VII. Bakczysaraj w nocy.

Rozchodzą się z dżamidów[173] pobożni mieszkańce,
Odgłos izanu w cichym gubi się wieczorze,
Zawstydziło się licem rubinowem zorze,
Srebrny król nocy dąży spocząć przy kochance.

Błyszczą w haremie niebios wieczne gwiazd kagańce,
Śród nich po szafirowym żegluje przestworze
Jeden obłok, jak senny łabędź po jeziorze,
Pierś ma białą, a złotem malowane krańce.

Tu cień pada z menaru i wierzchu cyprysa,
Dalej czernią się kołem olbrzymy granitu,
Jak szatany siedzące w dywanie Eblisa[174],

Pod namiotem ciemności; niekiedy z ich szczytu
Budzi się błyskawica i pędem farysa[175]
Przelatuje milczące pustynie błękitu.



VIII. Grób Potockiej.[176]

W kraju wiosny, pomiędzy rozkosznymi sady,
Uwiędłaś, młoda różo, bo przeszłości chwile,
Ulatując od ciebie jak złote motyle,
Rzuciły w głębi serca pamiątek owady.

Tam na północ, ku Polsce, świecą gwiazd gromady...
Dlaczegóż na tej drodze błyszczy się ich tyle?
Czy wzrok twój ognia pełen, nim zgasnął w mogile,
Tam wiecznie lecąc, jasne powypalał ślady?

Polko! i ja dni skończę w samotnej żałobie;
Tu niech mi garstkę ziemi dłoń przyjazna rzuci!
Podróżni często przy twym rozmawiają grobie:

I mnie wtenczas dźwięk mowy rodzinnej ocuci,
I wieszcz samotną piosnkę dumając o tobie,
Ujrzy blizką mogiłę, i dla mnie zanuci.



IX. Mogiły haremu.[177]

MIRZA DO PIELGRZYMA.
Tu z winnicy miłości niedojrzałe grona
Wzięto na stół Allaha; tu perełki wschodu,
Z morza uciech i szczęścia porwała za młodu
Trumna, koncha wieczności, do mrocznego łona.

Skryła je niepamięci i czasu zasłona;
Nad niemi turban zimny błyszczy śród ogrodu[178],
Jak buńczuk wojska cieniów, i ledwie u spodu
Zostały dłonią giaura[179] wyryte imiona.

O! wy, róże edeńskie! u czystości stoku
Odkwitnęły dni wasze pod wstydu liściami,
Na wieki zatajone niewiernemu oku.

Teraz grób wasz spojrzenie cudzoziemca plami!...
Pozwalam mu — darujesz, o wielki proroku! —
On jeden z cudzoziemców poglądał ze łzami.



X. Bajdary.[180]

Wypuszczam na wiatr konia i nie szczędzę razów;
Lasy, doliny, głazy, w kolei, w natłoku
U nóg mych płyną, giną jak fale potoku;
Chcę odurzyć się, upić tym wirem obrazów.

A gdy spieniony rumak nie słucha rozkazów,
Gdy świat kolory traci pod całunem mroku,
Jak w rozbitem zwierciedle, tak w mem spiekłem oku,
Snują się mary lasów i dolin i głazów.

Ziemia śpi, mnie snu niema. Skaczę w morskie łona,
Czarny, wydęty bałwan z hukiem na brzeg dąży,
Schylam ku niemu czoło, wyciągam ramiona,

Pęka nad głową fala, chaos mię okrąży:
Czekam, aż myśl, jak łódka wirami kręcona,
Zbłąka się i na chwilę w niepamięć pogrąży...



XI. Ałuszta w dzień.[181]

Już góra z piersi mgliste otrząsa chylaty,
Rannym szumi namazem[182] niwa złotokłosa,
Kłania się las i sypie z majowego włosa,
Jak z różańca kalifów[183], rubin i granaty.

Łąka w kwiatach, nad łąką latające kwiaty,
Motyle różnobarwne, niby tęczy kosa,
Baldakimem z brylantów okryły niebiosa;
Dalej szarańcza ciągnie swój całun skrzydlaty.

A kędy w wodach skała przegląda się łysa,
Wre morze, i odparte z nowym szturmem pędzi:
W jego szumach gra światło, jak w oczach tygrysa,

Sroższą zwiastując burzę dla ziemskiej krawędzi;
A na głębinie fala lekko się kołysa,
I kąpią się w niej floty i stada łabędzi.



XII. Ałuszta w nocy.

Rzeźwią się wiatry, dzienna wolnieje posucha;
Na barki Czatyrdahu spada lampa światów,
Rozbija się, rozlewa strumienie szkarłatów,
I gaśnie. Błędny pielgrzym ogląda się, słucha:

Już góry poczerniały, w dolinach noc głucha,
Źródła szemrzą, jak przez sen, na łożu z bławatów;
Powietrze tchnące wonią, tą muzyką kwiatów,
Mówi do serca głosem tajemnym dla ucha.

Usypiam pod skrzydłami ciszy i ciemnoty:
Wtem budzą mię rażące meteoru błyski,
Niebo, ziemię i góry oblał potop złoty!

Nocy wschodnia! ty nakształt wschodniej odaliski[184],
Pieszczotami usypiasz, a kiedym snu blizki,
Ty iskrą oka znowu budzisz do pieszczoty.



XIII. Czatyrdah.

MIRZA.
Drżąc muślemin[185], całuje stopy twej opoki,
Maszcie krymskiego statku, wielki Czatyrdahu!
O minarecie świata! o gór padyszachu![186]
Ty nad skały poziomu uciekłszy w obłoki,

Siedzisz sobie pod bramą niebios jak wysoki
Gabryel[187], pilnujący edeńskiego gmachu;
Ciemny las twoim płaszczem, a jańczary strachu
Twój turban z chmur haftują błyskawic potoki.

Nam czy słońce dopieka, czyli mgła ocienia,
Czy szarańcza plon zetnie, czy giaur pali domy,
Czatyrdahu, ty zawsze głuchy, nieruchomy.

Między światem i niebem, jak drogman[188] stworzenia,
Podesławszy pod nogi ziemie, ludzi, gromy,
Słuchasz tylko, co mówi Bóg do przyrodzenia.



XIV. Pielgrzym.

U stóp moich kraina dostatków i krasy,
Nad głową niebo jasne, obok piękne lice:
Dlaczegóż stąd ucieka serce w okolice
Dalekie i — niestety! — jeszcze dalsze czasy?

Litwo! piały mi wdzięczniej twe szumiące lasy,
Niż słowiki Bajdaru, Salhiry[189] dziewice;
I weselszy deptałem twoje trzęsawice,
Niż rubinowe morwy, złote ananasy.

Tak daleki, tak różna wabi mię ponęta!...
Dlaczegóż roztargniony wzdycham bez ustanku
Do tej, którą kochałem w dni moich poranku?

Ona w lubej dziedzinie, która mi odjęta,
Gdzie jej wszystko o wiernym powiada kochanku,
Depcąc świeże me ślady, czyż o mnie pamięta?...



{{{1}}}

MIRZA.
Zmów pacierz, opuść wodze, odwróć na bok lica:
Tu jeździec końskim nogom swój rozum powierza.
Dzielny koń! Patrz, jak staje, głąb okiem rozmierza,
Uklęka, brzeg wiszaru kopytem pochwyca[191],

I zawisnął... Tam nie patrz! Tam spadła źrenica,
Jak w studni Al-Kairu o dno nie uderza.
I ręką tam nie wskazuj: nie masz u rąk pierza:
I myśli tam nie puszczaj: bo myśl jak kotwica,

Z łodzi drobnej ciśniona w niezmierność głębiny,
Piorunem spadnie, morza do dna nie przewierci,
I łódź z sobą przechyli w otchłanie chaosu...

PIELGRZYM.
Mirzo, a ja spojrzałem! Przez świata szczeliny
Tam widziałem... Com widział, opowiem — po śmierci;
Bo w żyjących języku niema na to głosu.



XVI. Góra Kikineis.

MIRZA.
Spojrzyj w przepaść. Niebiosa leżące na dole,
To jest morze. Śród fali, zda się, że ptak-góra[192],
Piorunem zastrzelony, swe masztowe pióra
Roztoczył kręgiem szerszym niż tęczy półkole,

I wyspą śniegu nakrył błękitne wód pole;
Ta wyspa żeglująca w otchłani — to chmura![193]
Z jej piersi na pół świata spada noc ponura:
Czy widzisz płomienistą wstążkę na jej czole?

To jest piorun!... Lecz stójmy; otchłanie pod nogą,
Musim wąwóz przesadzić w całym konia pędzie;
Ja skaczę; ty, z gotowym biczem i ostrogą,

Gdy zniknę z oczu, patrzaj w owe skał krawędzie:
Jeśli tam pióro błyśnie, to mój kołpak będzie;
Jeżeli nie — już ludziom nie jechać tą drogą.



XVII. Ruiny zamku w Bałakławie.[194]

Te zamki połamane w zwaliska bez ładu,
Zdobiły cię i strzegły, o niewdzięczny Krymie!
Dzisiaj sterczą na górach, jak czaszki olbrzymie;
W nich gad mieszka, lub człowiek podlejszy od gadu.

Szczeblujmy na wieżyce, szukam herbów śladu;
Jest i napis: tu może bohatera imię,
Co było wojsk postrachem, w zapomnieniu drzémie,
Obwinione jak robak liściem winogradu.

Tu Grek dłutował w murach ateńskie ozdoby,
Stąd Italczyk Mongołom narzucał żelaza,
I mekkański przybylec nucił pieśń namaza.

Dziś sępy czarnem skrzydłem oblatują groby,
Jak w mieście, które całkiem wybije zaraza,
Wiecznie z baszt powiewają chorągwie żałoby.



XVIII. Ajudah.

Lubię poglądać wsparty na Judahu skale,
Jak spienione bałwany, to w czarne szeregi
Ścisnąwszy się buchają, to jak srebrne śniegi
W milionowych tęczach kołują wspaniale.

Trącą się o mieliznę, rozbiją na fale,
Jak wojsko wielorybów zalegając brzegi,
Zdobędą ląd w tryumfie, i napowrót zbiegi,
Miecą za sobą muszle, perły i korale.

Podobnie na twe serce, o poeto młody!
Namiętność często groźne wzburza niepogody;
Lecz gdy podniesiesz bardon, ona bez twej szkody

Ucieka w zapomnienia pogrążyć się toni,
I nieśmiertelne pieśni za sobą uroni,
Z których wieki uplotą ozdobę twych skroni.








POEZYE MIŁOSNE I ELEGIE.




Żeglarz.




O morze zjawisk! Skąd ta noc i słota!
Była jutrznia i cisza, gdym był blizki brzegu:
Dziś, jakie fale, jaki wicher miota!
Nie można płynąć, cofnąć niepodobna biegu:
A więc porzucić korab żywota?...

Szczęśliwy, czyjej przewodniczą łodzi
Cnota i Piękność, niebieskie siostrzyce!
Gdy się noc zgęszcza, wzmagają powodzi:
Ta puhar daje, ta odsłania lice,
Tamtej widok oświeca, a tej nektar słodzi.

Szczęśliwy, samej kto ślubował Cnocie:
Dopłynie, kędy sławy góruje opoka,
Balsam go rzymski[195] ukrzepi w ochocie:
Ale jeżeli Piękność nie zwróci nań oka,
Dopłynie we krwi i w pocie...

A komu Piękność pokaże oblicze,
Potem śród drogi zdradliwa odlata,
Nadziei z sobą mary unosząc zwodnicze;
Ach, jakaż poźniej czczość w obszarach świata!
Już niedość krzepią i Cnoty słodycze...

Zamiast Piękności niebieskiego wschodu,
Walczyć z ustawną burzą, jęczeć pośród cienia;
Zamiast serc czułych, trącać o pierś z lodu,
Zamiast jej rączek, chwytać za ręce z kamienia,
I długo śród takiego nie ustać zawodu?

Zawód tak trudny zakończyć tak snadnie!
Nie będziem dłużej ćmieni, więcej kołatani...
Lecz wszystkoż z nami w tych falach przepadnie?
Czyli kto raz wrzucony do bytu otchłani,
Nie zdoła z niej wylecieć, ani zginąć na dnie?

Co żyje, niknie, tak na mnie świat woła...
Zacóż głos ten wewnętrznej wiary nie wyziębi,
Że gwiazda ducha zagasnąć nie zdoła,
I raz rzucona, krąży po niezmiernej głębi,
Póki czas wieczne toczyć będzie koła?...

Któż krzyknął z lądu? jakie słychać żale?...
Wyż to, o bracia moi, przyjaciele moi,
Dotąd stoicie na nadbrzeżnej skale;
I tak się oko wasze znudzenia nie boi,
Że aż dotąd patrzycie na mnie i me fale?...

Jeśli się rzucę, kędy rozpacz ciska,
Będą łzy na szaleństwo, na niewdzięczność skarga!
Bo wam mniej widne te czarne chmurzyska,
Nie słychać zdala wichru, co tu liny targa,
Grom, co tu bije, dla was tylko błyska!

I razem ze mną, pod strzałami gromu,
Co czuję, inni uczuć chcieliby daremnie!
Sąd nasz, prócz Boga, nie dany nikomu;
Chcąc mnie sądzić, nie ze mną trzeba być, lecz we mnie...
— Ja płynę dalej, wy idźcie do domu.

17 kwietnia 1821 r.



Do *, w sztambuch.




Ku różnym stronom ściągnęliśmny[196] dłonie,
W różnych mieszkały światach nasze myśli,
Oczy ku różnej wyglądały stronie,
Jakże, o luba, ku sobieśmy przyszli?

Jak gwiazdy, równe wielkością i kształtem,
Do przeciwnego wyrzucone biegu,
Kiedy je niebo jednostajnym gwałtem
Wiecznie odtrąca od każdego brzegu,

Wieczni wygnańcy z powszechnego świata,
Jestże to dla nich szkodą czy korzyścią,
Że wstręt ku wszystkim znowu je pobrata
I że się muszą kochać... nienawiścią?...




Do malarza.




Stwórco malownych twarzy, mocnom tobie winny,
Nad Stwórcę żywych więcej tyś dla mnie uczynny.
Szczęście, wzięte z mych ramion ukazem wyroku,
Ty na wieki mojemu zapewniłeś oku.
Stąd, chociaż zdawna wszelkim uczeniom się wstrętny,
Twojego chciałbym kunsztu stać się umiejętny.
Kiedy kłótnicy trąbią adwokatom w uszy,
Za doktorem biegają trupy z resztą duszy;
Kto szczery Akadema hołdownik Minerwie[197],
Żmujdzkich łbów obuczaniem rychło pierś oberwie,
A mędrzec arcytworów napisawszy wiązkę,
Dym pochwał ma za napój, wawrzyn na zakąskę...

Tobie twarzyczki piękne zawsze są dokoła,
Piękny świat tylko ciebie do posługi woła,
Okiem na jasne tylko kierujesz oczęta,
I dłoń pięknych ciałeczek robieniem zajęta...
Malarzu-czarodzieju! Od ciebie pożyczę
Odkradzione od mojej Maryji oblicze.
Wiecznie je cisnąć będę na serce uprzejme,
Z liców jej nigdy oczu i myśli nie zdejmę,
Unosząc się nadzieją, że tych rysów władza
Do reszty spsuje rozum, który mi zawadza,
I jak uczucia moje o niej nie zapomną,
Tak ją wzrok, dłoń i piersi osądzą przytomną.




Do Maryi.




Precz z moich oczu! — posłucham odrazu;
Precz z mego serca! — i serce posłucha;
Precz z mej pamięci! — posłucham rozkazu,
Lecz pamięć będzie na rozkazy głucha!

Jak cień, tem dłuższy, gdy padnie zdaleka,
Tem szerzej koło żałobne roztoczy,
Tak moja postać im dalej ucieka,
Tem grubszym kirem twą pamięć pomroczy.

Na każdem miejscu i o każdej dobie,
Gdziem z tobą płakał, gdziem się z tobą bawił,
Wszędzie i zawsze będę ja przy tobie,
Bom wszędzie cząstkę mej duszy zostawił.

Czy zadumana w samotnej komorze
Do arfy zbliżysz nieumyślną rękę,
Przypomnisz sobie: Właśnie o tej porze
Śpiewałam jemu tęż samą piosenkę.

Czy grając w szachy, gdy pierwszymi ściegi
Śmiertelna złowi króla twego matnia,
Pomyślisz sobie: tak stały szeregi,
Gdy się kończyła nasza gra ostatnia.

Czy to na balu w chwilach odpoczynku
Siądziesz, nim muzyk tańce zapowiedział,
Obaczysz próżne miejsce przy kominku,
Pomyślisz sobie: on tam ze mną siedział.

Czy książkę weźmiesz, gdzie smutnym wyrokiem
Stargane ujrzysz kochanków nadzieje,
Złożywszy książkę, z westchnieniem głębokiem
Pomyślisz sobie: ach! to nasze dzieje...

A jeśli autor, po zawiłej probie,
Parę miłosną naostatek złączył,
Zagasisz świecę i pomyślisz sobie:
Czemu nasz romans tak się nie zakończył?...

Wtem błyskawica nocna zamigoce,
Sucha w ogrodzie zaszeleści grusza
I puszczyk z jękiem w okno załopoce —
Pomyślisz sobie, że to moja dusza.

Tak w każdem miejscu i o każdej dobie,
Gdziem z tobą płakał, gdziem się z tobą bawił,
Wszędzie i zawsze będę ja przy tobie,
Bom wszędzie cząstkę mej duszy zostawił.
1823.



Do Maryi P(utkamerowej).
(Ofiarując jej drugi tomik poezyi).




Maryo, siostro moja! — Nie krewnym łańcuchem,
Aleśmy pobratani umysłem i duchem.
Gdy mi dziwactwo losu i twój wyrok wzbrania
Równie święte, a milsze powtarzać nazwania,
Choć innem spojrzyj okiem w przeminione lata
I pamiątki kochanka przyjmij z ręki brata.
1823.




W Sztambuchu Maryli.

Nessun maggior dolore che ricordarsi del tempo
felice nella miseria.[198]




Bolesne mię dni błogich wspomnienie spotyka,
Chociaż mię dziś Marya w swój imionnik przyjmie;
Bo gdym do swego Maryę wpisał imionnika,
Wpisałem tylko jej imię.
22 października, 1824 r.





W imionniku *. (Nad morzem Baltyckiem).




Błogo temu, kto w twojej pamięci utonie,
Jak ten koral, lub owa jagoda perłowa,
Co ją woda baltycka w swem przeczystem łonie
Pod lazurową barwą na wieki przechowa.

Lecz ja, jak drobny kamyk, ni krasą korali,
Ni wdziękiem perłowego dochodzący blasku,
Chciałbym choć jedną chwilkę poigrać w tej fali,
Nim zapomniany legnę w niepamięci piasku...


Nowy Rok.
(Myśl z Jean Paula Richtera)[199].




Skonał rok stary; z jego popiołów wykwita
Feniks[200] nowy; już skrzydła roztacza na niebie;
Świat go cały nadzieją i życzeniem wita.
Czegóż w tym nowym roku żądać mam dla siebie?

Może chwilek wesołych? — Znam te błyskawice:
Kiedy niebo otworzą i ziemię ozłocą,
Czekamy wniebowzięcia, aż nasze źrenice
Grubszą, niżeli pierwej, zasępią się nocą.

Może kochania? — Znam tę gorączkę młodości
W Platońskie wznosi sfery, przed rajskie obrazy,
Aż silnych i wesołych strąci w ból i mdłości,
Z siódmego nieba w stepy, między zimne głazy.

Chorowałem, marzyłem, latałem i spadam.
Marzyłem boską różę; blizki jej zerwania,
Zbudziłem się; sen zniknął, róży nie posiadam,
Kolce w piersiach zostały. — Nie żądam kochania!

Może przyjaźni? — Któżby nie pragnął przyjaźni?
Z bogiń, które na ziemi umie młodość tworzyć,
Wszakże tę najpiękniejszą córkę wyobraźni,
Najpierwszą zwykła rodzić i ostatnią morzyć.

O, przyjaciele, jakże jesteście szczęśliwi,
Jako w palmie Armidy[201] wszyscy żyjąc społem!
Jedna zaklęta dusza całe drzewo żywi,
Choć każdy listek zda się oddzielnym żywiołem.

Ale kiedy po drzewie grad burzliwy chłośnie,
Lub je żądło owadów jadowitych draźni,
Jakże każda gałązka dręczy się nieznośnie
Za siebie i za drugie! — Nie żądam przyjaźni!

I czegóż więc w tym nowym roku będę żądał?
Samotnego ustronia, dębowej pościeli,
Skądbym już ani blasku słońca nie oglądał,
Ni śmiechu nieprzyjaciół, ni łez przyjacieli.

Tam do końca, a nawet i po końcu świata,
Chciałbym we śnie, z którego nic mię nie obudzi
Marzyć, jakem przemarzył moje młode lata:
Kochać świat, sprzyjać światu — zdaleka od ludzi...




Majtek.
(W imionniku Ludwiki z Pągowskich Kostrowickiej).




I.

»Słuchaj, o! majtku, nieszczęsny zbiegu,
Jakżeś nas prędko porzucił!
Od ojczystego odbijasz brzegu,
Ażebyś więcej nie wrócił!

»Przecież wkopana w ziemię źrenica
Ku nam strzeliła wesoło;
Uśmiech, gość rzadki, zstąpił na lica,
Dawna pogoda na czoło...

»Każdy się krząta, pragnie odwlekać —
Tyś jeden skoczył z pośpiechem...
Możnaż z ojczyzny śpiesznie uciekać,
Uciekać jeszcze z uśmiechem?«

— Słuchaj, rzekł majtek, jam od lat wiela
Widział i kraj ten i ludzi:
A com ja widział, nigdy wesela
W sercu rodaka nie wzbudzi.

Widziałem mężną cnotę w ucisku,
W głowach pospólstwa ciemnotę,
W głowach rozumnych widoki zysku,
A w sercu niewiast pustotę.

Ja, co mnie własne szczęście nie nęci,
Com uniesioną z powodzi,
Resztę uczucia, myśli i chęci,
Ojczystej powierzył łodzi:

Mógłżem kosztować powabów życia,
Gdy skoro wicher zawieje,
W ostatniej łódce, blizkiej rozbicia,
Ostatniem widział nadzieje?

II.

Lecz dziś rozpaczą nie będę grzeszył:
Bo nim te brzegi odpłynę,
Bóg mię widokiem nowym pocieszył,
Poznałem zacną rodzinę.

Poznałem matkę z sercem Spartanki[202],
Polskiej lejącą łzę matki;
Poznałem córkę w kształcie niebianki[203],
Dziewicę z duchem Sarmatki.

One, jak świętym wyznawcom wiary
Wskazanym na lwów pożarcie,
Śmiały posyłać nam w głąb pieczary
Ulgę, pociechę i wsparcie,

Mimo żelaznych dźwięków tarasu
I trwożnych gniewu okrzyków,
Pomimo dzikich zwierząt hałasu
I stokroć dzikszych strażników.

Poznałem! Przyszłość mię nie zastrasza,
Sterniku, żagle do góry!
Jedźmy!... nie zginie ojczyzna nasza,
Gdzie takie matki i córy!
1824.



W imionniku Wiernikowskiego.




Żegnaj mi, parnaski bracie,
I tu w kraju i za krajem;
Ale i w kazańskiej chacie
Nie bądź hultajem.

Poglądaj na Wschód, co tobie wytknięty,
Jak szermierzowi olimpijska meta,
Tam ci zabłysną perły, dyamenty,
Tam ci wileński zagaśnie kometa.




W imionniku Ludwiki Mackiewiczówny.[204]




Nieznajomej, dalekiej, nieznany, daleki,
Kiedy nas jeszcze dalej losy chcą rozegnać,
Posyłam, by cię razem poznać i pożegnać,
Dwa wyrazy: »Witam cię! — Bądź zdrowa na wieki!«

Tak wędrowiec, zbłąkany w alpejskim parowie,
Piosnką chce nudnej drodze przyczynić wesela:
A kiedy nie ma komu śpiewać serce wdowie,
Śpiewa piosnkę kochance swego przyjaciela.
Lecz nim piosnkę przypędzą echa ku jej stronie,
Może już podróżnego wieczny śnieg pochłonie.

22 października, 1824 r.



W imionniku Salomei Becu.[205]




Minęły chwile, szczęśliwsze, niestety!
Kiedy na błoniach był kwiatów dostatek,
Kiedy mi łatwiej było o bukiety,
Niżeli teraz o kwiatek.

Ryknęły burze, ciągłe leją słoty,
Trudno wynaleść na ojczystej błoni,
Trudno wynaleść, gdzie kwiat błyskał złoty,
Listka dla przyjaznej dłoni.

Co wynalazłem, niech tobie poświęcę!
Przyjmij go wdzięcznie, chociażby z tej miary,
Iż był ten listek w przyjacielskiej ręce,
Że to ostatnie są dary.

Wilno, 1824.




W imionniku M. S.

Kowno 1824 aug. 16.


Jak wielorakie świecą na tem błoniu kwiaty!
Jedne szumne w jaskrawych dowcipu ozdobach,
Drugie przyjaźń sadziła, te wzrastają z laty,
Inne żałośnie więdnąć zdają się na grobach,
W których są pochowane wiara i nadzieje.

Kiedy pani przechodzi ten ogród pamiątek,
Nad jednym może westchnie, z wielu się rozśmieje,
Ujrzy i szczupły dla mnie oddany zakątek...

A choć równie z innymi nie możesz go cenić,
Chociaż wyda się tylko samotną drożyną,
Która, długiego słońca i niepogód winą,
Nie może się zakwiecić, ani zazielenić:
Wspomnisz jednak o dróżce choć z tego powodu,
Że przedziela kwatery pięknego ogrodu.



Wschód i północ.
(W imionniku A. Sękowskiej).




Porzuceni na świata lodowatym końcu,
Nie zazdrośćmy krainom sąsiedniejszym słońcu:
Ich ląd kaszemirskiego ma barwę kobierca:
Kwiat z jedwabiu jutrzenki, z płomienia ich serca:
Lecz ich bulbul zabłyśnie i wnet oko zmruży,
Wnet znikną z ziemi liście, w sercach pamięć róży.
A nasze lądy zimnem dochowują łonem
Pamięć istot straconych przed lat milijonem.
Jeśli ziemia tak długo chowa martwy szczątek,
Jakież są nasze serca dla żywych pamiątek!

Petersburg, 24 stycznia, 1825 r.




W imionniku H. Hołowińskiej.




Błądzącym wśród ciasnego dni naszych przestworza
Życie jest wązką ścieżką, łączącą dwa morza:
Wszyscy z przeszłości mglistej w przyszłość lecim mroczną.
Jedni najprościej dążą i najrychlej spoczną,
Drugich na stronę wiodą łudzące widoki:
Plony, ogrójce wdzięków i sławy opoki.
Szczęśliwi, jeśli goniąc mary wyobraźni,
Przed końcem drogi znajdziem świątynię przyjaźni!

Steblów, 1825, w lutym.



Żeglarz. (W imionniku Z*).




Ilekroć ujrzysz, jak zhukana fala
Po głębiach barką przerzuca tułaczą:
Niech się anielskie serce nie użala
Nad płynącego trwogą i rozpaczą!
Tę barkę wicher odbił od okrętu,
Na którym żeglarz swe nadzieje złożył;
Jeżeli wszystko jest pastwą odmętu,
Czegóżby płakał, o coby się trwożył?
Lepiej mu pośród żywiołów bezrządu
Walczyć co chwila z nowymi przygody,
Niż gdyby wybrnął i z cichego lądu
Patrzył na morze i liczył swe szkody.

Odessa, 14 kwietnia 1825 r.




W imionniku K. Rzewuskiej.




Różnym losem rzuceni na świata powodzie,
Spotykamy się z sobą jak dwie różne łodzie!
Twoja, barwą nowotną i pancerzem lśniąca,
Bisiorem wiatry chwyta, nurt piersią roztrąca;
Moja, na woli burzy i morskich straszydeł,
Wyrzucona bez steru ledwo z resztą skrzydeł!
Gdy jej owad tajemny nawskroś piersi porze,
Gdy gwiazdy chmurą zaszły: kompas rzucam w morze.
Rozminiem się!... I kiedyż w jedną pójdziem drogę?
Ty mnie szukać nie będziesz, ja ciebie nie mogę...

Odessa, 1825 r.



Do K. Rzewuskiej.




Prawda, teraz, niestety, słodkie nawet słowa
Przezieram, czy się gorzkie ziarno w nich nie chowa.
Z kwiatów, gdzie pszczółka znajdzie ambrozyi składy,
Zatruty pająk ciągnie gorycze i jady.
Lecz daruj, bo grzech cały jest w zbytnim zapale,
Pomnij na me cierpienie i patrz na me żale...
Niech mi tylko w twych oczach pogoda jaśnieje,
Nie dbam, co się na ziemi, co w niebiosach dzieje;
W tobie widziałbym tylko moją przyszłą dolę,
W twojej złożyłbym duszy i rozum i wolę...
Jest w morzu pewny żywioł, dziwnym tworu składem,
Pół skała, na pół czułym zdaje się owadem,
Wewnątrz nie zna rozkoszy, nie boi się rany,
Lecz z czułością i duszą zewnątrz jest wylany;
Koralem go mianują. Ja od tej godziny
Pragnę stać się podwodnej obrazem krzewiny:
Stalszy dla ciebie, niźli korala opoka,
A ty bądź miękką dla mnie, jak jego powłoka.
Odessa, 1825 r.




Zaloty.




Póki córeczki opiewałem wdzięki,
Mamunia słucha, stryj czyta;
Lecz skorom westchnął do serca i ręki:
Ja słucham, cały dom pyta.

Mama o wioskach i o duszach gada,
Pan stryj o rangach, dochodach,

A pokojowa służącego bada
O mych w kochaniu przygodach.

Mamo, stryjaszku! Jedną tylko duszę
I na Parnasie mam włości;
Dochodów piórem dorabiać się muszę,
A ranga — u potomności!

Czym dawniej kochał? ciekawość jałowa!
Czy kochać mogę – dowiodę.
Porzuć lokaja, kotko pokojowa,
Przyjdź w wieczór na mą gospodę.




Dwa słowa.




Gdy sam na sam z tobą siedzę,
Nie mam czasu o nic pytać:
Patrzę w oczy, ustek śledzę
Chciałbym wszystkie myśli czytać
Wprzód, nim w oczętach zaświecą;
Chciałbym wszystkie słówka chwytać
Wprzód, nim od ustek odlecą.

I nie potrzeba tłomaczyć,
Co chcę słyszeć, co zobaczyć:
Rzecz nietrudna i nienowa,
Moja luba! te dwa słowa:
»Kocham ciebie! kocham ciebie!«

Innego nie chcę widoku,
Kiedy z tobą będę w niebie;
Tylko niech te dwa wyrazy,
Napisane w twojem oku,
Odbite po tysiąc razy,
Widzę wszędzie wkoło siebie.

I innej muzyki w niebie
Nie chcę od wschodu jutrzenki
Słyszeć do zachodu słońca:
»Kocham ciebie! kocham ciebie!«
Dość mi tej jednej piosenki,
Z waryacyami bez końca.




Niepewność.




Gdy cię nie widzę, nie wzdycham, nie płaczę;
Nie tracę zmysłów, kiedy cię zobaczę;
Jednakże, gdy cię długo nie oglądam,
Czegoś mi braknie, kogoś widzieć żądam,
I tęskniąc, sobie zadaję pytanie:
Czy to jest przyjaźń, czy to jest kochanie?

Gdy z oczu znikniesz, nie mogę ni razu
W myśli twojego odnowić obrazu;
Jednakże nieraz czuję mimo chęci,
Że on jest zawsze blizko mej pamięci,
I znowu sobie powtarzam pytanie:
Czy to jest przyjaźń, czy to jest kochanie?

Cierpiałem nieraz, nie myśliłem wcale,
Abym przed tobą szedł wylewać żale;
Idąc bez celu, nie pilnując drogi,
Sam nie pojmuję, jak w twe zajdę progi
I wchodząc, sobie zadaję pytanie:
Co tu mię wiodło: przyjaźń, czy kochanie?

Dla twego zdrowia życiabym nie skąpił,
Po twą spokojność do piekłabym zstąpił,
Choć śmiałej żądzy niema w sercu mojem,
Bym był dla ciebie zdrowiem i pokojem.
I znowu sobie zadaję pytanie:
Czy to jest przyjaźń, czy to jest kochanie?

Kiedy położysz rękę na me dłonie,
Luba mię jakaś spokojność owionie:
Zda się, że lekkim snem zakończę życie;
Lecz mię przebudza żywsze serca bicie,
Które mi głośno zadaje pytanie:
Czy to jest przyjaźń, czyli też kochanie?

Kiedym dla ciebie tę piosenkę składał,
Wieszczy duch memi ustami nie władał;
Pełen zdziwienia dotąd nie dostrzegłem,
Skąd wziąłem myśli, jak na rymy wbiegłem,
I zapisałem na końcu pytanie:
Co mię natchnęło: przyjaźń, czy kochanie?




Do D... D...




Moja pieszczotka, gdy w wesołej chwili
Pocznie szczebiotać i kwilić i gruchać,
Tak mile grucha, szczebioce i kwili,
Że nie chcąc słówka żadnego postradać,
Nie śmiem przerywać, nie śmiem odpowiadać,
I tylko chciałbym słuchać, słuchać, słuchać!

Lecz mowy żywość gdy oczki zapali
I pocznie mocniej jagody różować,
Perłowe ząbki błysną śród korali...
Ach! wtenczas śmielej w oczęta spoglądam,
Usta pomykam i słuchać nie żądam,
Tylko całować, całować, całować!
Odessa, 1825.



Rozmowa.




Kochanko moja! na co nam rozmowa?
Czemu, chcąc z tobą uczucia podzielać,
Nie mogę duszy prosto w duszę przelać?
Za co ją trzeba rozdrabiać na słowa,
Które nim słuch twój i serce dościgną,
W ustach wietrzeją, na powietrzu stygną?

Kocham, ach! kocham, po sto razy wołam:
A ty się smucisz i zaczynasz gniewać,
Że ja kochania mojego nie zdołam
Dosyć wymówić, wyrazić, wyśpiewać;
I jak w letargu, nie widzę sposobu
Wydać znak życia, bym uniknął grobu.

Strudziłem usta daremnem użyciem:
Teraz je z twemi chcę stopić ustami,
I chcę rozmawiać tylko serca biciem,
I westchnieniami i całowaniami,
I tak rozmawiać, godziny, dni, lata,
Do końca świata i po końcu świata.

Odessa, 1825.




Sen.




Chociaż zmuszona będziesz mnie porzucić,
Jeżeli serca nie zmienisz w kochaniu,
Rzucając nawet, nie chciej mnie zasmucić,
I rozstając się, nie mów o rozstaniu!

Przed smutnem jutrem, niech jeszcze z wieczora
Ostatnia spłynie na pieszczotach chwilka;
A kiedy przyjdzie rozstania się pora,
Wtenczas trucizny daj mi kropel kilka.

Do ust twych usta przycisnę; powieki
Zamykać nie chcę, gdy mię śmierć zamroczy;
Niechaj rozkosznie usypiam na wieki,
Całując lica, patrząc w twoje oczy.

A po dniach wielu, czy po latach wielu,
Kiedy mi każą mogiłę porzucić,
Wspomnisz o twoim sennym przyjacielu,
I zstąpisz z niebios, aby go ocucić.

Znowu mię złożysz na twem łonie białem,
Znowu mię ramię kochane otoczy;
Zbudzę się, myśląc, że chwilkę drzemałem,
Całując lica, patrząc w twoje oczy.

Odessa, 1825.




Do D. D. (Elegia).




Gdybyś ty na dzień jeden była w mojej duszy...
Na dzień cały?... Nie, takiej nie życzę katuszy!
Gdybyś godzinę tylko – szczęśliwe stworzenie,
Poznałabyś natenczas, co to jest cierpienie!
Myśli me na torturach, w uczuciach mych burza:
To mi gniew serce miota i czoło zachmurza,
To mię smutek w ponure zadumanie wtrąca;
To nagle oczy zaćmi żalu łza gorąca.
Ty albo od mych gniewów uciekasz ze wstrętem,
Albo lękasz się nudy z żałośnym natrętem.

Ty mię nie znasz! Namiętność zaćmiła me lice,
Ale spojrzyj w głąb duszy! Tam znajdziesz skarbnice
Czułości, poświęcenia, łagodnej dobroci
I wyobraźni, która ziemską dolę złoci.
Dziś ich nie możesz dojrzeć. Wszak i na dnie fali,
Kiedy ją wicher zmiesza, kiedy piorun pali,
Czyż widać kraśne konchy, perłowe jagody?
Nim mię osądzisz, czekaj słońca i pogody!
O, gdybym zyskał pewność, że jestem kochany,
Gdybym z serca na chwilę wygnał bojaźń zmiany,
Którą mnie straszy nieraz doświadczana zdrada!
O, niech będę szczęśliwym, będziesz ze mnie rada!

Jak duch przez dzielnej wróżki zaklęty wyrazy,
Żyłbym twoje wypełniać, zgadywać rozkazy,
A jeżeliby czasem duma rozdąsana
Kazała poddanemu udać humor pana,
Śmiej się, luba! Choć duma przyznać się zabrania,
Sługą będę. Cóż miałbym do rozkazywania?
Abyś raczyła chwilę dłużej ze mną bawić,
Podług mej woli suknię i włosy poprawić,
Abyś drobnych zatrudnień odbiegła domowych,
Słuchać starych oświadczeń i piosenek nowych?
Wszystkobyś niewielkimi dokazała trudy,
Godziną cierpliwości, półgodziną nudy,
Albo chwilką udania. Kiedy będę mniemać,
Że słuchasz rymów moich, ty mogłabyś drzemać;
Choć oczy twoje będą co innego znaczyć,
Ja chcę w nich dobro czytać, na lepsze tłomaczyć.
W twe ręce powierzywszy moją przyszłą dolę,
Na twem złożyłbym łonie mój rozum i wolę.
Pamiątki nawet serce głęboko zagrzebie,
Aby nigdy nic nie czuć oddzielnie od ciebie.
Wtenczasby dziki zapęd, co mną dotąd miota,
Wypadł z duszy, jak z łodzi miotanej niecnota,

Który burzę sprowadza i bałwany pieni;
Płynęlibyśmy cicho po życia przestrzeni;
Chociażby los groźnemi falami powiewał,
Jak Syrenabym nad nie wzbijał się i śpiewał.




Godzina. (Elegia).




Przed godziną, źrenicy nie zdjąwszy z zegarów,
Chciałaś naglić oczyma skazówek pochopy,
I słuchem natężonym pośród miejskich gwarów,
Rozpoznawałaś zdala łoskot mojej stopy.
Dzień miał jedną godzinę, w której — wspomnieć miło,
Że nie u mnie jednego serce żywiej biło!
Ja w tę godzinę, wieczną wpleciony katuszą,
Jak Iksyjon[206] wkoło niej krążyłem z mą duszą.
Nim nadeszła, dzień cały ja na nią czekałem,
Gdy minęła, dzień cały o niej rozmyślałem,
Bawiąc się z mnóstwem drobnych, lecz miłych pamiątek.
Jakie było przyjęcie, rozmowy początek,
Jak się czasem przykremu dało wymknąć słowu,
Po niem niezgoda, po niej milsza zgoda znowu.
Smuciłem się: ty z oczu powody wyśledzasz;
Przychodziłem z prośbami: ty jedne uprzedzasz,
Drugich wymówić nie dasz; na jutro odkładam
I znowu jutro nie śmiem. Czasem gniewny wpadam:
Rozbrajasz mię uśmiechem, a gdym w gniewie przebrał,
Gniewałaś się, jam znowu przebaczenia żebrał.
Ach! każde słowo twoje, wszystkie twe spojrzenia,
Pieszczoty i nadzieje i wspólne cierpienia,
Wszystko to pamięć wiernie malowane trzyma!
Przeprowadzam ten obraz przed duszy oczyma,
Jak sknera, gdy mu skarbiec udało się schwycić,
Patrzy i schnie, i oczu nie może nasycić.

Tą godziną jam przeszłość z mą przyszłością łączył,
Od niej milsze dni zaczął i na niej zakończył.
Ona w zbrukanem pasmie mojego żywota
Zabłysnęła mi jedna, jedna nitka złota;
Jam się do niej, jak prządek skrzydlaty uczepił,
Snuł ją wkoło, i w niej się na wieki zasklepił.

Słońce wbiegło w tę samą nieba okolicę,
Godzina uderzyła. — Gdzież są jej źrenice?
Gdzie myśli? — Ona teraz w czułej pieści dłoni
Cudzą rękę, niewierna! i do cudzej skroni
Usta ciśnie, i łza jej na cudzą twarz spada,
I serce biciom cudzej piersi odpowiada.
Dziś możeby tej nowej pary nie rozdzielił
Piorun, któryby we mnie przed progiem wystrzelił.

Samotności wzgardzona! O tejże godzinie
Niegdyś cię porzuciłem; wracam w twą świątynię,
Jak do piastunki dziecię ze łzami powróci,
Obłąkane na chwilę ponętą łakoci.
Daruj. Ponęta szczęścia zawsze nazbyt silna;
Zbyt trudno się przekonać, że zawżdy omylna.
Może jeszcze ten ogień niegodny zatłumię;
Wszak jest nadzieja w czasie i milczącej dumie.

Lecz nadzieje dalekie! Dziś pogoda nęci
W polach, w niebie, na falach szukać niepamięci.
Czas przechadzki: dlaczegóż me odejście zwlekam?
Za każdem drzwi ruszeniem jej posłańca czekam!
Niekiedy rąk jej zdradne charaktery czytam,
Niekiedy mój zegarek bez potrzeby chwytam.
Raz porwałem się z miejsca, stanąłem u progu:
Ach! była to godzina dawna — moc nałogu!

Jak ten, co mu śmierć lubą wydarła osobę,
Mimo dotkliwą boleść i długą żałobę,

Zabłąkawszy się w myślach — niestety, błąd luby! —
Na chwilę, mgnienie oka, zapomni swej zguby,
Bieży i tak się mocno złudzeniem omami,
Że już progi przestąpił i zalał się łzami.

1825.




Dumania w dzień odjazdu.




Cóż — choć miasto porzucę, choćby z oczu znikli
Mieszkańce, którzy do mnie sercem nie przywykli,
Mój wyjazd nie okryje nikogo żałobą,
I ja nie chcę łzy jednej zostawić za sobą!
Skąd mi tu żal niewczesny staje u podwojów?
Raz jeszcze do samotnych wracam się pokojów,
Jakbym czegoś zapomniał; wzrok mój obłąkany
Jeszcze wraca się żegnać przyjacielskie ściany.
One śród tylu ranków, śród nocy tak wielu,
Z cierpliwością słuchały mych westchnień bez celu.
Przy tem oknie częstokroć wieczór przesiedziałem,
Wyglądając, nie wiedząc, czego wyglądałem.
Wstałem, gdy mię znudziła tożsamość widoków,
Budząc echa łoskotem mych samotnych kroków.
Znowu ode drzwi ku drzwiom błądzę bez zamiaru,
Liczę takt w takt żelazne stąpanie zegaru,
Lub szeptania robaczka, co gdzieś utajony
Zdaje się, że kołace do drzwi swojej żony.
Blizki ranek. Czekają woźnice natręty.
Bierzcie te kilka książek i te drobne sprzęty.
Jedźmy! Jak niewitany przestąpiłem progi,
Tak odjeżdżam; nikt dobrej nie życzy mi drogi.
Pamiętam, kiedy młody, z lubej okolicy,
Od przyjaciół kochanych, od mojej dziewicy,
Jechałem i patrzyłem, i pomiędzy drzewy
Słyszałem głosy, chustek widziałem powiewy:

Płakałem. — Miło płakać, póki wiek namiętny.
Stokroć boleśniej płacze starzec obojętny!
Młodemu lekko umrzeć. On, nie znając świata,
Myśli żyć w sercu żony, przyjaciela, brata;
Ale starzec, co z życia zdjął szatę obłudy,
Niewierzący w nadludzkie, ani w ludzkie cudy,
Zna, że całkiem na wieki zamyka się w grobie.
Dlatego smutno mi, cudze miasto, po tobie.
Wsiadajmy; nikt na drodze trumny nie zatrzyma,
Nikt jej nie poprowadzi, chociażby oczyma,
I wracając do domu, lica łzą nie zrosi
Na odgłos dzwonka poczty, co me zejście głosi.
Jak po błoniu kwitnącem kolorami tęczy,
Przelatuje samotnie mdły kwiatek pajęczy,
Zdmuchniony gdzieś daleko z uwiędłej gałęzi,
Chociaż napotka różę i w majowej więzi,
Pragnąc odpocząć, martwą zaplącze się dłonią...
Znowu go wichry zedrą i dalej pogonią:
Tak ja nieznane imię, cudzoziemskie lice,
Nosiłem przez te ludne place i ulice,
I roje pięknych niewiast spotykałem codzień;
Chcą mię poznać — dlaczego? — że jestem przychodzień!
Dziatwa pędzi motyla, póki zdala świeci;
Złowi — spojrzy i ciska: niechaj dalej leci!
Lećmy! szczęściem zostały pióra do powrotu,
Lećmy i nigdy odtąd nie zniżajmy lotu!

Odessa 29 października 1825.




Do imionnika Apollona Skalkowskiego[207]




Słychać, że pud suwnirów pobrałeś z Rusinek,
Które ci pozyskała czułość albo sztuka;
Niechże i przyjaźń kilku życzeń w upominek
Do sentymentalnego wpakuje sunduka.

Czy jedziesz w kraje lodów, czy na dworzec słońca,
Obyś zawsze tam jeździł, gdzie ci się podoba,
Oby na twym kompasie u jednego końca
Zawsze było życzenie — na drugim żałoba.

W Moskwie, 1826 Jun.




Na pokój grecki.
(W domu księżnej Zeneidy Wołkońskiej, w Moskwie).


Skroś ciemnoty wiedziony jej gwiaździstym wzrokiem,
Goniąc białą jej szatę po szybach hebanu,
Wszedłem. — Czy to kraina za Lety potokiem,
Czy miast wielka mumija, zwłoki Herkulanu?
Nie! Tu cały świat dawny na Piękności słowo
Odbudował się, chociaż nie odżył na nowo.
Z mozaiki świat cały, każdy jego szczątek
Jest odłamem dzieł sztuki, wielkości pamiątek.

Tu kamienia podróżna nie śmie trącić noga,
Z kamienia płaskorzeźbą wygląda twarz boga.
Gniewny, zda się swojego pohańbienia wstydzić,
Depcących dawną wiarę ludzi nienawidzić,
I napowrót w marmuru ukrywa się łonie,
Skąd przed wieki snycerskie wyzwały go dłonie.

Wkoło pędzlem i dłutem strojne sarkofagi,
Co miały proch królewski bronić od zniewagi,
Dziś same na proch lecąc, potrzebują trumny.
Gdzieniegdzie ścięta głowa nieznanej kolumny,
Skaleczona, odarta, podeptana w pyle,
Wala się, jako trupia czaszka na mogile.

Tam od starości ledwie na nogach się trzyma
Obelisk, ten przychodzień z kraju Mizraima[208].

Widzisz na nim te rysy dziwacznej osnowy,
Te pisma zatraconej dawnych sfinksów mowy?
To hieroglif! — Pod jego zasłoną leżąca
Myśl głęboka w letargu śpi od lat tysiąca;
Jak mumija zamknięta w balsamiczne łoże,
Cała nieskazitelna — zmartwychwstać nie może.

Nietylko sztuki twoje, znikomy człowieku!
Lecz martwą pierś żywiołów przerabia ząb wieku!
Patrz na ów kamień drogi, zaniedbany w piasku:
Niegdyś był cudnej barwy, słonecznego blasku;
Ileż wieków przeświecił, aż wylawszy z łona
Całą jasność, zamierzchnął, jak gwiazda zgaszona!

Śród gruzów jeden cały stał obraz Saturna.
Tam jedna ryta z bronzu korynckiego urna,
W łonie jej zwolna płomyk przebudza się blady:
Czy to zmartwychwstającej genijusz Hellady?
Wzniósł głowę, błysnął okiem i na skrzydłach tęczy
Podlatując raz jeszcze promieniami wieńczy
Skronie bogów, niebianek, drzemiących wokoło.
I nimfy przewodniczki najpiękniejsze czoło.

O, niech te wszystkie bóstwa nad pamiątek ziemią
Wiecznie snem marmurowym i bronzowym drzemią!
Ciebie tylko niech, piękna przewodniczko, zbudzi
Najmniejszy z bogów dotąd uczczonych od ludzi.
Swawolniku! Uciekłszy z Afrodyty[209] łona,
Drzemiesz, ssąc rubinowe piersi winogrona.

Wielki grzech bez ofiary minąć bóstwo twoje!
O piękna nimfo! bądźmy nabożni oboje!...
Niestety! Przewodniczka chłodnym rzutem oka,
Jak laską Merkurego[210], uderza z wysoka
I duszę mą, lecącą w rozkoszy kraj błogi,
Wypędza bez litości za nadziei progi!

Cóż powiem, wrócony do śmiertelnych kraju?
Ach, opowiem, że byłem w pół drogi do raju,
Z duszą napoły tęskną, napoły radośną;
Słyszałem już tę rajską rozmowę wpół-głośną.
I widziałem te rajskie pół-światła, pół-cienia,
I doznałem, niestety! tylko pół-zbawienia...

Moskwa, 1827.




Do Maryi Szymanowskiej.




Na jakimkolwiek świata zabłysnęłaś końcu,
Tobie wieszcze, jak Gwebry[211] indyjskiemu słońcu,
Chylą czoła, wieńczone w nieśmiertelne liście,
I arf tysiącem twoje opiewają przyjście.
Zdziwisz się, kiedy nagle z cherubinów chóru
Wyrwie się jakiś odgłos nieznany i dziki,
Pomiędzy tryumfalne pieśni i okrzyki,
Jako wieśniak pośrodku królewskiego dworu;
Ale śmiały i wszystkich roztrącać gotowy,
Pójdzie prosto ku tobie i z duszą obejmie.
Królowo tonów! Ty go powitasz uprzejmie:
To twój dawny znajomy – to dźwięk polskiej mowy.

Moskwa. 1827, w listopadzie.




Nieznajomej siostrze przyjaciółki mojej.[212]




Przyjaciele, wyrokiem smutnym rozłączeni,
Kiedy im wszystko stawi na ziemi przegrody,
Wybierają z pomiędzy niebieskich płomieni
Wspólną gwiazdę za wiecznej powiernicę zgody,

I tą gwiazdą jak krzyżmem świętego pierścienia,
Zaślubiają wzajemne przynajmniej wspomnienia.
Ale jest milsza gwiazda, która przyjaźń budzi
W sercach dwojga dalekich, nieznajomych ludzi;
Dopóki błyszczeć będzie na północnem niebie,
Patrząc ku niej, nam udziel choć cząstkę wejrzenia.
A kiedy nas opuści, by świecić dla ciebie,
Poślę za nią ku tobie oczy i życzenia.
O! gdyby dozwoliły wyroki łaskawsze
Widzieć tę gwiazdę społem i zbliska i zawsze!

W Moskwie, dnia 1 decembris 1827.




Do księcia Golicyna.




Jeżeli wolność czcić i kochać umiesz,
W naszej rozmowie nie potrzeba słowa —
Ja twe westchnienia, ty me łzy zrozumiesz
I dłoń uściśniesz — oto polska mowa.




Do imionnika panny Jaenisch.




Przed wichrami i szronem gdy przelotne ptaki
Uciekając, rozstania nucą pieśń żałosną,
Nie wiń ich o niestałość! one z każdą wiosną
W jedną stronę jednemi powracają szlaki.
Słysząc głos ich, wygnańca wspomnij, przyjaciela!
Ilekroć mu po burzach nadzieja zaświeci,
Tyle razy duch jego na skrzydłach wesela
Znowu na północ, znowu ku tobie uleci.

1829 r., 10 kwietnia w Moskwie.



W imionniku Celiny Szymanowskiej.




Zaczyna się werbunek. Widzę zdala: goni
Ogromna ciżba pieszych, ułanów, huzarów,
Niosąc imiona nakształt rozwitych sztandarów;
Chcą w albumie założyć obóz różnej broni.
Stanie się! Będę wtenczas siwym bohaterem,
I z żalem rozmyślając o mych lat poranku,
Opowiem towarzyszom, że na prawym flanku
Jam w tej armii pierwszym był grenadyerem.

Petersburg, 1829.




Do...
(Na Alpach w Splügen).




Nigdy więc, nigdy z tobą rozstać się nie mogę!
Morzem płyniesz i lądem idziesz za mną w drogę,
Na lodowiskach widzę błyszczące twe ślady
I głos twój słyszę w szumie alpejskiej kaskady;
I włosy mi się jeżą, kiedy się oglądam,
I postać twoją widzieć lękam się i żądam.
Niewdzięczna! Gdy ja dzisiaj, w tych podniebnych górach
Spadający w otchłanie i niknący w chmurach,
Wstrzymuję krok, wiecznymi utrudzony lody,
I oczy przecierając z lejącej się wody,
Szukam północnej gwiazdy na zamglonem niebie,
Szukam Litwy, i domku twojego, i ciebie...
Niewdzięczna! może dzisiaj, królowa biesiady,
Ty w tańcu rej prowadzisz wesołej gromady;
Lub może się nowemi miłostkami bawisz,
Lub o naszych miłostkach śmiejąca się prawisz!
Powiedz, czyś ty szczęśliwsza, że ciebie poddani,
Niewolnicze schylając karki, zowią »Pani?«

Że cię rozkosz usypia i wesołość budzi,
I że cię nawet żadna pamiątka nie nudzi?
Czy byłabyś szczęśliwsza, gdybyś, moja miła,
Wiernego ci wygnańca przygody dzieliła?
Ach! jabym cię za rękę po tych skałach wodził,
Jabym trudy podróżne piosenkami słodził,
Jabym pierwszy w ryczące rzucał się strumienie
I pod twą nóżkę z wody dostawał kamienie;
I przeszłaby twa nóżka wodą niedotknięta,
A całowaniem twoje ogrzałbym rączęta;
Spoczynekby nas czekał pod góralską chatą;
Tam zwleczoną z mych barków okryłbym cię szatą,
A tybyś przy pasterskim usiadłszy płomieniu,
Usnęła i zbudziła na mojem ramieniu...

1829.







Do mego cicerone w Rzymie.[213]

(W imionniku Henryki Ankwiczówny).







<poem>Mój cicerone! oto na pomniku
Jakieś niekształtne, nieznajome imię
Wędrownik skreślił na znak, że był w Rzymie...
Ja chcę coś wiedzieć o tym wędrowniku.

Może go wkrótce przyjmie do gospody
Kłótliwa fala; może piasek niemy
Zatai jego życie i przygody,
I nigdy o nim nic się nie dowiemy...

Ja chcę odgadnąć, co on czuł i myślił,
Gdy w księdze twojej śród włoskiej krainy
Za cały napis to imię wykréślił,
Na drodze życia ten swój ślad jedyny.

Czy drżącą ręką po długiem dumaniu,
Rył go powoli, jak nagrobek w skale?
Czy go odchodząc uronił niedbale,
Jako samotną łzę przy pożegnaniu?...

Mój cicerone! dziecinne masz lice,
Lecz mądrość stara świeci nad twem czołem;
Przez rzymskie bramy, groby i świątnice,
Tyś przewodniczym był dla mnie aniołem.

Ty umiesz przejrzeć nawet w serca z głazu;
Gdy błękitnemi raz rzucisz oczyma,
Odgadniesz przeszłość z jednego wyrazu...
Ach — ty wiesz może i przyszłość pielgrzyma!...

Rzym, 1830.




Do H(enryki Ankwiczówny). — Wezwanie do Neapolu.
(Naśladowanie z Goethego).




Znasz-li ten kraj,
Gdzie cytryna dojrzewa,
Pomarańcz blask
Majowe złoci drzewa?
Gdzie wieńcem bluszcz
Ruiny dawne stroi,
Gdzie buja laur
I cyprys cicho stoi?
Znasz-li ten kraj?
Ach, tam, o moja miła!
Tam był mi raj,
Pókiś ty ze mną była!

Znasz-li ten gmach,
Gdzie wielkich sto podwoi.
Gdzie kolumn rząd
I tłum posągów stoi?

A wszystkie mnie
Witają twarzą białą:
Pielgrzymie nasz,
Ach, co się z tobą stało?
Znasz-li ten kraj?
Ach, tam, o moja miła!
Tam był mi raj,
Pókiś ty ze mną była!
  
Znasz-li ten brzeg,
Gdzie po skalistych górach
Strudzony muł
Swej drogi szuka w chmurach?
Gdzie w głębi jam
Płomieniem wrą opoki,
A z wierzchu skał
W kaskadach grzmią potoki?
Znasz-li ten kraj?...
Ach, tu, o moja miła!
Tu byłby raj,
Gdybyś ty ze mną była!

Neapol, 1830.




Nad wodą wielką.




Nad wodą wielką i czystą
Stały rzędami opoki
I woda tonią przejrzystą
Odbiła twarze ich czarne.

Nad wodą wielką i czystą
Przebiegły czarne obłoki
I woda tonią przejrzystą
Odbiła kształty ich marne.

Nad wodą wielką i czystą
Błysnęło wzdłuż i grom ryknął
I woda tonią przejrzystą
Odbiła światło, głos zniknął.
A woda, jak dawniej czysta,
Stoi wielka i przejrzysta.

Tę wodę widzę dokoła
I wszystko wiernie odbijam,
I dumne opoki czoła,
I błyskawice pomijam.

Skałom trzeba stać i grozić,
Obłokom deszcze przewozić,
Błyskawicom grzmieć i ginąć:
Mnie płynąć, płynąć — i płynąć!...

Lausanne, 1838.




Gdy tu mój trup...




Gdy tu mój trup w pośrodku was zasiada,
W oczy zagląda i głośno zagada,
Dusza wówczas daleka, ach, daleka!
Błąka się i narzeka, ach, narzeka!

Jest u mnie kraj, ojczyzna myśli mojéj,
I liczne mam serca mego rodzeństwo,
Piękniejszy kraj, niż ten, co w oczach stoi,
Rodzina milsza, niż całe krewieństwo.

Tam wpośród prac i trosk i wśród zabawy
Uciekam ja. Tam siedzę pod jodłami,
Tam leżę śród bujnej i wonnej trawy,
Tam pędzę za wróblami i muszkami.

Tam widzę, jako z ganku biała stąpa,
Jak ku nam w las śród łąk zielonych leci,
I pośród zbóż jak w toni wód się kąpa,
I ku nam z gór jako jutrzenka zaświeci...




Do samotności.




Samotności! do ciebie biegnę jak do wody
Z codziennych życia upałów;
Z jakąż rozkoszą padam w jasno-czyste chłody
Twych niezgłębionych kryształów!

Nurzam się i wzbijam w myślach nad myślami,
Igram z niemi jak z falami,
Aż ostygły, znużony, złożę moje zwłoki
Choć na chwilę w sen głęboki.

Tyś mój żywioł; te jasnych wód szyby
Słodzą mi serce; zmysły zaciemniają mrokiem.
I za cóż znowu muszę nakształt ptaka-ryby,
Wyrywać się w powietrze, słońca szukać okiem?

I bez oddechu w górze, bez ciepła na dole,
Równie jestem wygnańcem w oboim żywiole!




Polały się łzy me...




Polały się łzy me czyste, rzęsiste,
Na me dzieciństwo sielskie, anielskie,
Na moją młodość górną i chmurną,
Na mój wiek męski, wiek klęski;
Polały się łzy me czyste, rzęsiste!



Te rozkwitłe świeżo drzewa...




Te rozkwitłe świeżo drzewa
Upajają słodką wonią;
Wody szepcą, słowik śpiewa
I koniki cicho dzwonią.

Czemuż zadumany stoję
I wiosną się nie weselę?
Bo sieroce serce moje,
Z kimże wiosnę tę podzielę?

Przed mym domem w pomrok szary
Stają muzycy tułacze;
Słyszę śpiew i dźwięk gitary,
Odmykam okno i płaczę.

Zakochani to minstrele
Pod oknem kochanki nucą,
Mnie nie bawią, ale smucą,
Z kim się muzyką podzielę?

Tylem uczuł, cierpiał tyle,
Lecz nie powrócę do domu,
Opowiadać nie mam komu...
Zamknę powieść na mogile.

Założywszy ręce, siadam,
Na samotną patrząc świécę:
Czasem piosnkę w myśli składam,
Czasem pióro smutne chwycę.

Piękne myśli, piękne słowa,
Czuję wiele, piszę wiele,
Ale dusza moja wdowa,
Z kimże piosnki te podzielę?

Rodzę myśli, rodzę słowa,
I czemuż się nie weselę?
Bo dusza moja jak wdowa,
Widzi tylko sierot wiele.

Mija wiosna, mija zima,
Mija pogoda i słota;
Nie przeminie żal pielgrzyma,
Bo on wdowiec i sierota.




Kochanek duchów...




Kochanek duchów, ileż was spotkałem,
Ileż to oczu jak gwiazd przeleciało,
Ileż to rączek tonąc uściskałem,
A serce nigdy z sercem nie gadało...

Wylałem wiele z serca jak ze skrzyni
Młody rozrzutnik; lecz dłużnicy moi
Nic nie oddali. Któż dzisiaj obwini,
Że się rozrzutnik spostrzegł, że się boi
Zwierzać w niepewne i nieznane ręce?

Żegnam was, żegnam, nadobne dziewice!
Żegnam was, żegnam, o duchy młodzieńce!
Rozrzutnik młody, resztę skarbu schwycę,
W ziemię zakopię — nie czas reszty tracić.
Już czuję starość. Mam żebrać w potrzebie?
Znalazłem tego, co zdoła zapłacić
Rzetelnie, z lichwą i na czas — On w niebie!...



Snuć miłość...




Snuć miłość, jak jedwabnik z swych piersi nić snuje,
Lać ją z serca, jak źródło wodę z wnętrza leje,
Rozwijać ją, jak złotą blachę, gdy się kuje,
Z ziarna złotego siać ją, jak się zboże sieje,
Źródło pod ziemią, w górę wiać nią, jak wiatr wieje,
Po ziemi ją rozsypać, jak się zboże sieje,
Ludziom piastować, jako matka swych piastuje.
Stąd będzie wyższa moc twa, jak moc przyrodzenia,
A potem będzie moc twa, jako moc krzewienia,
Potem jak ludzi, potem jako moc aniołów,
A w końcu będzie, jako moc Stwórcy stworzenia.

Lausanne, 1839.



OBRAZKI, ODY I PIEŚNI.




Już się z pogodnych niebios oćma zdarła smutna.




Już się z pogodnych niebios oćma zdarła smutna.
Żeglarzu! ciągnij rudel, wiatrom podaj płótna,
Zmocnioną wczasem dłonią słone krajaj piany,
Otworem ci przestrzenne leżą oceany.
Niech umysłów nie chwieje burzliwość powodzi,
Towarzystwo nieliczne, kruchej słabość łodzi.
Wszak nie miał barki z dębu ni serca ze stali
Frygijczyk, co się pierwszy chytrej zwierzał fali,
A w zawody na złomnem puściwszy się drewnie,
Choć nań piekła i nieba dąsały się gniewnie,
W własnych dzielnościach ufny, śmiałych żądań pełny,
Nieba i piekła zwalczył, złotej dostał wełny[214].

Nas, kiedy w niższym stopniu śmiała chęć nie kładzie,
Gdy nowe tworzym gmachy na nowej posadzie,
Gdy nasz trud równie wielki, cel równie szlachetny,
Weźmijmyż z bohaterów greckich przykład świetny.
Im, pierwszy raz ojczyste rzucającym gniazda,
Nie stała się okropną tak daleka jazda.
Nam po wejściu do szranków można drżeć z obawy,
Gdy każdy trud zwalczony jest szczeblem do sławy.
Oni na wspólne dobro różne znieśli dary:
Ten siłę, ten wzrok ostry, ów dźwięki cytary.

My tak czyńmy, a wszystko torem pójdzie snadnym,
Wszak w niewielu brak darów, gorliwości w żadnym.
Wszyscy chciejmy dokonać; dokona, kto może,
Bo się nierówną miarą dzielą łaski boże.
Lecz gdy ku wielkim sprawom pole się odkrywa,
Sama teraz nierówność mniej szkodząca bywa.
Szczęśliwy, komu pierwsze wieńce się dostały,
Sam zyska chwałę, innych zachęci do chwały.
Lecz niech stąd marnej pychy blasków nie przywdziewa,
Wszakże owoc, nie liście, świadczą lepszość drzewa.
Więc nie z wzięcia przyklasków, ni zaszczytnej palmy,
Żeśmy pożyteczniejsi, z tego się pochwalmy.
Niech każdy, jak ów Greczyn, głosi dzielność swoję:
»Mocniejszy jestem, cięższą podajcie mi zbroję«.
Póki śpiesząc do mety, wytkniętej u brzegu,
Żaden gromad bieżących nie wyprzedzi w biegu,
Póty na zawodników patrzając z daleka,
Ktoby wart był nagrody, lud spokojnie czeka.
Lecz kiedy raz z biegących dobyłeś się tłoku,
Pod karą wiecznej hańby nie cofajże kroku,
Żeby siły w ostatniej wywarłszy potrzebie,
Tłumy, któreś przegonił, nie dognały ciebie.
Bo jeżeliś nad innych przymioty jaśniejszy,
Co innym zwiększa sławę, to tobie umniejszy.
Łamiąc męża szampierza[215] na publicznym piasku,
Czyliż zwycięzca nierad z gminnego oklasku?
Przecież w oczach pół-boga, co łamał centaury[216],
Nie miałyby ponęty zapaśnicze laury.
Tak im kto wyżej wstąpił, w większy trud się wprzęga
I tem się nawet zniża, że wyżej nie sięga.
Do was to mówię, których braćmi nazwać lubo,
Wy! przyszła towarzystwa podporo i chlubo,
Wy! którym była matką łaskawszą natura,
Im wyżej, tem silniej wytężajcie pióra,

Ażby sławy podniebne dosiągłszy opoki,
Innych tam braterskimi zachęcali wzroki;
Nam zaś, którzy w poziomym umieszczeni rzędzie,
Że waszym śladem idziem, i to chlubą będzie.
Gdzie Achil pozwał w szranki bogów polubieńce,
Wielkie miały wartości i dziesiąte wieńce.
Te weźmijmy, niech zawiść serc nam nie podbija,
Ni się czarnej niechęci wkrada do nich żmija.
Wszakże własne żądanie do związku nas wiodło,
Wszak praca — nasze bóstwo, przyjaźń — nasze godło.
Oby kiedyś świat cały, zgodne wiążąc dłonie,
Nasze wziął godło, naszym bóstwom sypał wonie.
Ale z takich początków wniósłby chyba tępy,
Że trzeba wszystkim wolne zrobić do nas wstępy.
Bo niedługo postoi gmach wolny od skazy,
Jeśli doń budowniczy kładł bez braku głazy.
I nam jeśli nie miło pracę podjąć marną,
Sprawmy, niechaj się tylko godni do nas garną.
Żeby tak pożyteczne dokonać zamysły,
Najpewniejszym sposobem będzie wybór ścisły.
Ów Samijczyk[217], w mądrościach natury ćwiczony,
Gdy prawdzie, długo nagiej, narzucał zasłony,
I tajne berło cnoty rozciągnął nad światem,
Nie każdemu z swych uczniów dozwolił być bratem.
Tak uczynił i Orfej[218], naród głaszcząc dziki,
Tak się i eleuzyńskie odbyły tajniki[219].
Nam choć liczne pragnących stawią się orszaki,
Nie jedna wrzystkich[220] żądza, zamiar nie jednaki.
A gdy chytrej obłudy zdejmiemy z nich płaszcze,
Nie pod jednem się runem wilcze znajdą paszcze.
Ten się chciwością pędzi ślepą, dumą drugi,
Co w licznych towarzyszach chce mieć liczne sługi.
A niech się im wykrętne nie zdadzą manowce,
Srodzy wraz z przyjaciela będą prześladowce.

Inny, by krótką chętkę lub ciekawość sycić,
Za najtrudniejsze sprawy nie waha się chwycić;
Ale jak go dziecinna uwiodła łakotka,
Dziecinna zrazi trudność, którą pierwszą spotka.
Tacy gdy do nas wstępu nie znajdą przychodnie,
Gdy, jakeśmy działali, będziem działać zgodnie,
Gdy osobne urazy topiąc w niepamięci,
Każdy na wspólne dobro wszystkie zwróci chęci,
Zgodną przyszłość przeszłości zmierzając rachubą,
Będziemy wzorem innym, sobie samym chlubą.
14 września, 1818.




Zima miejska.




Przeszły dżdże wiosny, zbiegło skwarne lato,
I przykre miastu jesienne potopy;
Już bruk ziębiącą obleczony szatą,
Od stalnej Fryzów niekrzesany stopy.

Więzieni słotą w domowej katuszy,
Dziś na swobodne gdy wyjrzym powietrze,
Londyński pojazd turkotem nie głuszy,
Ani nas kręgi zbrojnymi rozetrze.

Witaj, narodom miejskim poro błoga!
Już i Niemeńców i sąsiednich Lechów
Tu szuka ciżba tysiącami mnoga,
Zbiegłych Dryadom i Faunom uśmiechów.

Tu wszystko czerstwi, weseli, zachwyca,
Czy ciągnę tchnienie, co się zimnem czyści,
Czy na niebieskie zmysł podniosę lica,
Czyli się śnieżnej przypatruję kiści.

Jedna z nich pływa w niepewnym żywiole,
Druga, ciężarem sporsza, już osiadła;
Tą wiatr poleciał stwardniałe kryć role,
Albo pobielić Wiliji zwierciadła.

Lecz kogo sioło dzisiejsze uwięzi,
Zmuszony widzieć łyse gór wiszary,
Grunt dziki, knieję nagiemi gałęzi
Nie silną zimne podźwignąć ciężary:

Taki, gdy smutna ciągnie się minuta,
Wreszcie zmieniony kraj porzuca z żalem,
I dając chętnie Cererę za Pluta[221],
Pędzi wóz ku nam ciężarny metalem.

Tu go przyjmują gościnne podwoje,
Rzeźbą i farbą odziany przybytek,
Tutaj rolnicze przepomina znoje
W pieszczonem gronie czarownych Charytek[222].

Na wsi, zaledwie czarna noc rozrzednie,
Każe wraz Ceres[223] wczesny witać ranek;
Tu, chociaż słońce zajmie nieba średnie,
Pod atłasowych śpię cieniem firanek.

Lekkie nareszcie oblokłszy mankiny,
Modnej młodzieży przywoływam koło;
Strojem poranne zbywamy godziny,
Albo rozmową bawim się wesołą.

Ten w lśniący kryształ włożywszy oblicze,
Wschodnim balsamem złoty kędzior pieści;
Drugi stambulskie oddycha gorycze,
Lub pije z chińskich ziół ciągnione treści.

A gdy godzina dwunasta nadbieży,
Wraz do ślizkiego wstępuję powozu;
Sobol lub rosmak moje barki jeży,
I suto zdobiąc, nie dopuszcza mrozu.

Na sali orszak przywitam wybrany,
Wszyscy siadają za biesiadnym stołem,
W kolej ślą pełne smaków porcelany,
I sztucznym morzą apetyt żywiołem.

Pijemy węgrzyn mocny setnem latem,
Wrą po kryształach koniaki i poncze;
Płci piękna gasi pragnienie muszkatem,
Co dając rzeźwość, myśli nie zaplącze.

A gdy się trunkiem zaiskrzą źrenice,
Dowcipne, czułe, wszystkim płyną słowa
Niejeden uwdzięk zarumieni lice,
Niejedna wzrokiem zapala się głowa.

Nareszcie słońce zniżone zagasło,
Rozsiewa mroki dobroczynna zima;
Boginie dają do rozjazdu hasło,
Zagrzmiały schody i już gości niéma.

Którzy są z szczęściem poufali ślepem
Pod twój znak idą, królu Faraonie,
Lub zręczni lekkim wykręcać oszczepem,
Pędzą po suknach wytoczone słonie.

A gdy noc ciemne rozepnie zasłony,
I szklanem światłem błysną kamienice,
Młodzież, dzień kończąc wesoło spędzony,
Tysiączną sanią szlifuje ulice.
1818.




Powinszowania.




Kiedy ślesz bilet bogatym,
Niechaj ma brzegi złocone;
Fircyka obdarz pstrokatym,
A różowym mądrą żonę.

Mogiłę, albo gromnicę,
Niechaj mają baby stare;
Zdrajca kraju szubienicę;
Kokiet — kupidynków parę.

Aniołeczek dla dewotki;
Pijakowi flasza spora;
Oszustom figlarne kotki,
A śmierć maluj dla doktora.

Na szmacie gazety wreszcie
Poślij życzenia gadule;
Jurystom na manifeście,
A skąpemu na bibule.

Dla przyjaciół posyłaj na prostym papierze,
Byle szczerze.

1819.




Pieśń filarecka.




Hej, radością oczy błysną,
I wieniec czoło okrasi,
I wszyscy się mile ścisną,
Bo to wszystko bracia nasi.

Braterstwa ogniwem spięci,
Zdejmijmy z serca zasłonę;
Otwórzmy myśli i chęci;
Święte, co tu objawione!

Pochlebstwo, chytrość i zbytek,
Niech każdy przed progiem miota,
Bo tu święty ma przybytek,
Ojczyzna, nauka, cnota!

Ale kto w naszem jest gronie,
Pomnij na przysięgę swoją;
I w każdej chwili żywota,
Czy przy pługu, czy w koronie,
Niechaj ci w umyśle stoją:
Ojczyzna, nauka, cnota!




Pieśń Filaretów.[224]




Hej, użyjmy żywota!
Wszak żyjem tylko raz:
Niechaj ta czara złota
Nie próżno wabi nas.

Hejże, do niej wesoło!
Niechaj obiega wkoło;
Chwytaj i do dna chyl
Zwiastunkę słodkich chwil.

Po co tu obce mowy?
Polski pijemy miód:
Lepszy śpiew narodowy,
I lepszy bratni ród.

W ksiąg greckich, rzymskich steki
Wlazłeś, nie żebyś gnił;
Byś bawił się jak Greki,
A jak Rzymianin bił.

Ot tam siedzą prawnicy,
I dla nich puhar staw:
Dzisiaj trzeba prawicy,
A jutro trzeba praw.

Wymowa wznieść nie zdoła
Dziś na wolności szczyt;
Gdzie przyjaźń, miłość woła,
Tam bracia cyt, tam cyt!

Kto metal kwasi, pali,
Skwasi metal i czas:
My ze złotych metali
Bacha ciągnijmy kwas.

Ten się śród mędrców liczy,
Zna chemią, ma gust,
Kto pierwiastek słodyczy
Z lubych wyciągnął ust.

Mierzący świata drogi,
Gwiazdy i nieba strop,
Archimed[225] był ubogi,
Nie miał gdzie oprzeć stop.

Dziś, gdy chce ruszać światy
Jego Newtońska[226] mość,
Niechaj policzy braty
I niechaj powie dość!

Cyrkla, wagi i miary
Do martwych użyj brył:
Mierz siłę na zamiary,
Nie zamiar podług sił!...

Bo gdzie się serca palą,
Cyrklem uniesień duch,
Dobro powszechne skalą,
Jedność większa od dwóch.

Hej, użyjmy żywota!
Wszak żyjem tylko raz;
Tu stoi czara złota,
A wnet przeminie czas.

Krew stygnie, włos się bieli,
W wieczności wpadniem toń;
To oko zamknie Feli[227],
To filarecka dłoń.




Toasty.




Coby było wśród zakresu,
Na który ludzie rzuceni,
Bez światła, ciepła, magnesu
I elektrycznych promieni?

Coby było, zgadnąć łatwo:
Ciemno, zimno, chaos czyste.
Witaj więc, słoneczna dziatwo,
Wiwat światło promieniste!

Lecz cóż po światła iskierce,
Gdy wszystko dokoła skrzepło?
Zimny świat i zimne serce:
Ciepła trzeba. Wiwat ciepło!

Pełnych światła i zapału
Często silny wiatr rozniesie:
By ciało zbliżyć ku ciału,
Jest magnes. Wiwat magnesie!

Tak gdy zrośniem w okrąg wielki,
Przez magnesowaną styczność,
Wówczas z lejdejskiej butelki
Palniem: Wiwat elektryczność!

Kowno, 1822.



Oda do młodości.




Bez serc, bez ducha — to szkieletów ludy.
Młodości! podaj mi skrzydła!
Niech nad martwym wzlecę światem
W rajską dziedzinę ułudy,
Kędy zapał tworzy cudy,
Nowości potrząsa kwiatem
I obleka nadzieję w złote malowidła!...

Niechaj, kogo wiek zamroczy,
Chyląc ku ziemi poradlone czoło,
Takie widzi świata koło,
Jakie tępemi zakreśla oczy.

Młodości! ty nad poziomy
Wylatuj, a okiem słońca
Ludzkości całe ogromy
Przeniknij z końca do końca!

Patrz nadół, kędy wieczna mgła zaciemia
Obszar, gnuśności zalany odmętem:
To ziemia!...

Patrz, jak nad jej wody trupie
Wzbił się jakiś płaz w skorupie:
Sam sobie sterem, żeglarzem, okrętem;
Goniąc za żywiołkami drobniejszego płazu,
To się wzbija, to w głąb wali;
Nie lgnie do niego fala, ani on do fali,
A wtem jak bańka prysnął o szmat głazu!...
Nikt nie znał jego życia, nie zna jego zguby:
To samoluby!

Młodości! tobie nektar żywota
Natenczas słodki, gdy z innymi dzielę;
Serca niebieskie poi wesele,
Kiedy je razem nić powiąże złota.

Razem, młodzi przyjaciele!
W szczęściu wszystkiego są wszystkich cele.
Jednością silni, rozumni szałem,
Razem, młodzi przyjaciele!...
I ten szczęśliwy, kto padł wśród zawodu,
Jeżeli poległem ciałem
Dał innym szczebel do sławy grodu.
Razem, młodzi przyjaciele!
Choć droga stroma i ślizka,
Gwałt i słabość bronią wchodu,
Gwałt niech się gwałtem odciska,
A ze słabością łamać uczmy się za młodu!

Dzieckiem w kolebce kto łeb urwał hydrze,
Młodzieńcem zdusi centaury,
Piekłu ofiarę wydrze,
Do nieba pójdzie po laury!...
Tam sięgaj, gdzie wzrok nie sięga!
Łam, czego rozum nie złamie!
Młodości! orla twych lotów potęga,
A jako piorun twe ramię!

Hej! ramię do ramienia! Spólnymi łańcuchy
Opaszmy ziemskie kolisko!
Zestrzelmy myśli w jedno ognisko
I w jedno ognisko duchy!...
Dalej z posad, bryło świata!
Nowymi cię pchniemy tory,
Aż opleśniałej zbywszy się kory,
Zielone przypomnisz lata.

A jako w krajach zamętu i nocy,
Skłóconych żywiołów waśnią,
Jednem stań się z bożej mocy,
Świat rzeczy stanął na zrębie,
Szumią wichry, cieką głębie,
A gwiazdy błękit rozjaśnią:

W krajach ludzkości jeszcze noc głucha,
Żywioły chęci jeszcze są w wojnie...
Oto miłość ogniem zionie,
Wyjdzie z zamętu świat ducha,
Młodość go pocznie na swojem łonie,
A przyjaźń w wieczne skojarzy spojnie.

Pryskają nieczułe lody
I przesądy światło ćmiące.
Witaj, jutrzenko swobody,
Zbawienia za tobą słońce!...




Do Aleksandra Chodźki.
(Improwizacya).




Olesiu! Czemże tobie zapłacę,
Za twoje rymy odwdzięczę?
Ja duch mój wieszczy w obłędzie tracę,
Jakim cię kwiatem uwieńczę?

Ty, jako sokół nad piękną błonią,
Ujrzałeś orła w polocie;
Smutny cień skrzydła samotne ronią,
Lecz w oczach jego gwiazd krocie.

Tyle jest w ustach twoich łoskotu,
Tyle w twych oczach bystrości;
Tyś pojął tajnie orlego lotu,
Sam orzeł tobie zazdrości.

Orzeł z łabędziem raz już ostatni
Może swe pienia wywodzi;
Jeszcze go orszak otacza bratni,
Lecz straszna chwila nadchodzi...

Precz żal niemęski, precz żal niewieści!
Zmienność ja nucę żałosną.
Bracia! słuchajcie dzikiej powieści!
Zdarzenia same urosną.

Raz poszły w zakład powietrzne ptaki,
Który z nich w lotnym przegonie
Gdy się spróbują, obaczą, jaki
Ma usiąść na ptaszym tronie?

Orzeł wyleciał. Któż go doścignie?
Kto żagle takie ma pierza?
Kto kiedy orła w wiatrach wyścignie?
Gdzie orzeł znajdzie szermierza?

Lecz był kolibryk; on się rozczulił,
On królem ptaków chciał zostać;
On się pod orła skrzydło utulił,
Bo orła w locie nie dostać.

Orzeł wyleciał, aż się zmordował
I spadł ku ziemi i zginął;
Kolibryk w jego skrzydle się schował,
Skąd się ku niebu wywinął.

Orzeł upada, ty latać będziesz,
Adam gdy ginie, ty żyjesz;
Na jego tronie ty kiedyś siędziesz,
Jego się blaskiem okryjesz.

Tyś go zrozumiał, ty go wysławisz,
Ty piosnkę świętą zadzwonisz,
I duszę jego światu objawisz,
I łezkę po nim uronisz.

Tak, godną łezkę nad nim uronić
Tobie zostało, mój bracie!
Tobie i piosnkę świętą zadzwonić
Po przyjaciela utracie...

Wilno, 1824.



Chór strzelców.
Podług muzyki z opery Webera: »Wolny strzelec«.




Śród opok i jarów,
I plonów i głogów,
Przy dźwięku ogarów,
I rusznic i rogów;

Na koniu, co w cwale
Sokoli ma lot,
I z bronią, co w strzale
Huczniejsza nad grzmot:

Dalejże, dalejże z tropu w trop, dalejże dalejże
Z tropu w trop, hop! hop!

Wesoły jak dziecko,
Jak zbójca krwi chciwy,
Odważnie, zdradziecko,
Bój zaczął myśliwy.

Czy palnie na smugi,
Czy w górę do chmur;
Tam krwi płyną strugi,
Stąd leci grad piór.

Dalejże, dalejże i t. d.

Kto żubra wywiedzie
Z ostępu za rogi?
Kto kudły niedźwiedzie
Podesłał pod nogi?

Hej! lasy i niwy
Ozwijcie się w chór!...
Zatrąbił myśliwy,
Król lasów i gór.

Dalejże, dalejże i t. d.

Czyj dowcip gnał rojem
Latawców do sideł?
Kto wstępnym wziął bojem
Sztandary ich skrzydeł?

Hej, wiatry, w burzliwy
Ozwijcie się chór!...
Wystrzelił myśliwy,
Król wiatrów i chmur.

Dalejże, dalejże i t d.

1825.




Farys.[228]
Kasyda na cześć emira Tadż-ul-Fechra[229][230] ułożona.
(Janowi Kozłow na pamiątkę przypisana).




Jak łódź wesoła, gdy uciekłszy z ziemi,
Znowu po modrym zwija się krysztale,
I pierś morza objąwszy wiosły lubieżnemi,
Szyją łabędzią buja ponad fale:
Tak Arab, kiedy rumaka z opoki
Na obszar pustyni strąca,
Gdy kopyta utoną w piaszczyste potoki
Z głuchym szumem, jak w nurtach wody stal gorąca.

Już płynie w suchem morzu koń mój, i rozcina
Sypkie bałwany piersiami delfina.
Coraz chyżej, coraz chyżej,
Już po wierzchu żwir zamiata;
Coraz wyżej, coraz wyżej,
Już nad kłąb kurzu wylata.

Czarny mój rumak, jak burzliwa chmura,
Gwiazda na czole jego jak jutrzenka błyska,
Na wolę wiatrów puścił strusiej grzywy pióra,
A nóg białych polotem błyskawice ciska.[231]

Pędź, latawcze białonogi,
Góry z drogi, lasy z drogi!

Daremnie palma zielona
Z cieniem i owocem czeka:
Ja się wydzieram z jej łona;
Palma ze wstydem ucieka,
Kryje się w głębi oazy,
I szmerem liści z mojej dumy się uśmiecha.

Ówdzie, granic pustyni pilnujące głazy
Dziką na Beduina poglądają twarzą,
Kopyt końskich ostatnie podrzeźniając echa,
Taką za mną groźbą gwarzą:

»O szalony! gdzie on goni!
Tam od ostrych słońca grotów
Głowy jego nie ochroni
Ni palma zielonowłosa,
Ni białe łono namiotów.
Tam jeden namiot — niebiosa.
Tylko skały tam nocują,
Tylko gwiazdy tam koczują«.

Daremnie grożą, daremnie!
Pędzę i podwajam razy.
Spojrzałem... aż dumne głazy
Zostały zdala odemnie;
Uciekają rzędem długim,
Kryją się jeden za drugim.

Sęp usłyszał ich groźbę i ślepo uwierzył,
Że Beduina weźmie na pustyni jeńcem;
I w pogoń za mną skrzydłami uderzył,
Trzykroć czarnym obwinął głowę moją wieńcem[232].

»Czuję, krakał, zapach trupi,
Jeździec głupi, rumak głupi!

Jeździec w piaskach szuka drogi,
Szuka paszy białonogi;
Jeźdźcze, koniu, pusta praca,
Kto tu zaszedł, nie powraca!
Po tych drogach wiatr się błąka,
Unosząc z sobą swe ślady,
Nie dla koni jest ta łąka,
Ona tylko pasie gady.
Tylko trupy tu nocują,
Tylko sępy tu koczują«.

Kracząc, lśniącymi szpony w oczy mi urągał,
I spojrzeliśmy sobie trzykroć oko w oko:
Któż się uląkł? — Sęp uląkł i uciekł wysoko!...
Kiedym go chciał ukarać i majdan naciągał,
I gdym sępa oczyma poza sobą tropił:
Już on wisiał w powietrzu jako plamka szara,
Wielkości wróbla... motyla... komara,
Potem się całkiem w błękicie roztopił.

Pędź, latawcze białonogi,
Skały z drogi, sępy z drogi!

Wtenczas obłok zachodni wyrwał się z pod słońca
Gonił mię białem skrzydłem po błękitnym sklepie;
On w niebie chciał uchodzić za takiego gońca,
Jakim ja byłem na stepie!
Nad głową moją zawisnął,
Taką groźbą za mną cisnął:

»O szalony! gdzie on goni!
Tam pragnienie piersi stopi;
Obłok deszczem nie odkropi
Obsypanej kurzem skroni;
Strumień na błoniu jałowem
Nie ozwie się srebrnem słowem;
Rosa, nim na ziemię spadnie,
Wiatr ją głodny w lot rozkradnie«.

Daremnie grozi! Pędzę i podwajam razy...
Obłok strudzony zaczął po niebie się słaniać,
Coraz niżej głowę skłaniać,
Potem oparł się na głazy.
A gdym oczy raz jeszcze ze wzgardą obrócił:
Jużem o całe niebo w tyle go porzucił.
Widziałem z twarzy, co on w sercu knował:
Zaczerwienił się od złości,
Oblał się żółcią zazdrości,
Nakoniec jak trup zczerniał i w górach się schował!...

Pędź, latawcze białonogi,
Stepy z drogi, chmury z drogi!

Teraz oczy, kręgiem słońca,
Okręciłem koło siebie:
I na ziemi i na niebie
Już nie było za mną gońca...
Tu natura snem ujęta,
Nigdy ludzkich stóp nie słyszy:
Tu żywioły drzemią w ciszy
Jak niepłoszone zwierzęta,
Których stado nie ucieka,
Widząc pierwszą twarz człowieka.

Przebóg! ja tu nie pierwszy!... Śród piaszczystej kępy
Oszańcowane świecą się zastępy...
Czy błądzą, czy z zasadzki czatują na łupy?
Jeźdźce w bieli i konie straszliwej białości!...
Przybiegam — stoją; wołam — milczą... To są trupy!...
Starożytna karawana
Wiatrem z piasku wygrzebana!...
Na szkieletach wielblądów siedzą jeźdźców kości;
Przez jamy, gdzie były oczy,
Przez odarte z ciała szczęki,
Piasek strumieniem się toczy
I złowrogie szemrze jęki:

»Beduinie opętany!
Gdzie lecisz? tam huragany!«[233]

Ja pędzę, ja nie znam trwogi.
Pędź, latawcze białonogi,
Trupy, huragany z drogi!

Huragan, z afrykańskich pierwszy wichrzycieli,
Przechadzał się samotny po żwiru topieli.
Obaczył mię z daleka, wstrzymał się i zdumiał,
I kręcąc się na miejscu, tak do siebie szumiał:
»Co tam za jeden z wichrów, moich młodszych braci,
Tak poziomego lotu, nikczemnej postaci,
Śmie deptać lądy, którem w dziedzictwie osiągnął?«
Ryknął i ku mnie w kształcie piramidy ciągnął.
Widząc, żem był śmiertelny i nieustraszony,
Ze złości ląd nogą trącił,
Całą Arabią zmącił,
I jak gryf ptaka, porwał mię w swe szpony,
Oddechem ognistym palił,
Skrzydłami kurzawy walił,
Ciskał w górę, bił o ziemię,
Nasypywał żwiru brzemię...
Ja zrywam się, walczę śmiało,
Targam jego członków kłęby,
Ćwiertuję piaszczyste ciało,
Gryzę go wściekłymi zęby.
Huragan chciał z mych ramion w niebo uciec słupem:
Nie wydarł się! Wpół ciała zerwał się i runął,
Deszczem piasku z góry lunął.
I legł u nóg mych długim, jak wał miejski, trupem!

Odetchnąłem! Ku gwiazdom spoglądałem dumnie;
I wszystkie gwiazdy oczyma złotemi,
Wszystkie poglądały ku mnie:
Bo prócz mnie nie było nikogo na ziemi.

Jak tu mile oddychać piersiami całemi!
Oddycham pełno! szeroko!
Całe powietrze w Arabistanie
Ledwie mi na oddech stanie.
Jak tu mile poglądać oczyma całemi!
Wytężyło się me oko
Tak daleko, tak szeroko:
Że więcej świata zasięga
Niż jest w kole widnokręga.
Jak miło się wyciągnąć ramiony całemi!
Wyciągnąłem ku światu ramiona uprzejme,
Zda się, że go ze wschodu na zachód obejmę.
Myśl moja ostrzem leci w otchłanie błękitu,
Wyżej, wyżej i wyżej, aż do niebios szczytu.
Jak pszczoła topiąc żądło i serce z niem grzebie,
Tak ja za myślą duszę utopiłem w niebie!

Petersburg, 1828.




Czyn.[234]
(Na nutę Beranżera: »Jeunes enfants«)[235].




Hej, dalej w pląs,
Podkręcaj wąs,
Tak nasi mawiali przodkowie.
Poczciwie bij,
A tęgo pij,
Hej, pijmy za ich zdrowie!

Gdy młody Polak »czynem« się zbłaźni,
Dopóki krzyża nie dopnie,
Pnie się na świecie, jak w ruskiej łaźni,
Na coraz wyższe stopnie.

Lecz darmo czady pije,
Próżno ćwiczy pieczenie:
Jeżeli zbrukał sumienie,
Dalibóg, że skręci szyję.

Tyś szlachty syn,
Nie dbaj o »czyn«,
Tak nasi mówili przodkowie.
Jeżeliś gracz,
Choć bieda, płacz,
Hej, pijmy za ich zdrowie!

Tamten astronom od nocy do rana,
Do gwiazd wyprawia połowy;
I sadzi krzyże na brzuch, na pierś, na kolana,
Świeci się, jak wóz Dawidowy.
Lecz wkrótce śmierć się zbliża,
A z nią piekielna męka:
Tego jednego krzyża
Belzebub się nie lęka.

Hej, dalej w pląs,
Podkręcaj wąs,
Tak nasi mówili przodkowie.
Tyś szlachty syn,
Nie dbaj o »czyn«.
Hej, pijmy za ich zdrowie!

Petersburg, 1829.



Do matki Polki.




O matko Polko! gdy u syna twego
W źrenicach błyszczy genijuszu świetność,
Jeśli mu patrzy z czoła dziecinnego
Dawnych Polaków duma i szlachetność;

Jeśli rzuciwszy rówienników grono,
Do starca bieży, co mu dumy pieje;
Jeżeli słucha z głową pochyloną,
Kiedy mu przodków powiadają dzieje;

O matko Polko! źle się twój syn bawi...
Klęknij przed Matki Bolesnej obrazem,
I na miecz patrzaj, co jej serce krwawi:
Takim wróg piersi twe przeszyje razem!

Bo choć w pokoju świat zakwitnie cały,
Choć się sprzymierzą rządy, ludy, zdania:
Syn twój wyzwany do boju bez chwały
I do męczeństwa... bez zmartwychpowstania.

Każże mu wcześnie w jaskinię samotną
Iść na dumanie... zalegać rohoże,
Oddychać parą zgniłą i wilgotną,
I z jadowitym gadem dzielić łoże!

Tam się nauczy pod ziemię kryć z gniewem,
I być jak otchłań w myśli niedościgły;
Mową truć z cicha, jak zgniłym wyziewem,
Postać mieć skromną, jako wąż wystygły...

Nasz Odkupiciel, dzieckiem w Nazarecie,
Piastował krzyżyk, na którym świat zbawił:
O matko Polko! jabym twoje dziecię,
Przyszłemi jego zabawkami bawił.

Wcześnie mu ręce okręcaj łańcuchem,
Do taczkowego każ zaprzęgać woza:
By przed katowskim nie zbladnął obuchem,
Ani się spłonił na widok powroza.

Bo on nie pójdzie, jak dawni rycerze,
Utkwić zwycięski krzyż w Jeruzalemie,
Albo jak świata nowego żołnierze
Na wolność orać... krwią polewać ziemię.

Wyzwanie przyśle mu szpieg nieznajomy,
Walkę z nim stoczy sąd krzywoprzysiężny;
A placem boju będzie dół kryjomy,
A wyrok o nim wyda wróg potężny.

Zwyciężonemu za pomnik grobowy
Zostaną suche drewna szubienicy,
Za całą sławę krótki płacz kobiécy
I długie, nocne rodaków rozmowy...

W drodze do Genui, 1830.




Reduta Ordona.[236]
(Opowiadanie adjutanta).




Nam strzelać nie kazano. Wstąpiłem na działo
I spojrzałem na pole — dwieście armat grzmiało.
Artyleryi ruskiej ciągną się szeregi,
Prosto, długo, daleko, jako morza brzegi.
I widziałem ich wodza; — przybiegł, mieczem skinął,
I jak ptak jedno skrzydło swego wojska zwinął.
Wylewa się z pod skrzydła ściśniona piechota
Długą, czarną kolumną, jako lawa błota,
Nasypana iskrami bagnetów. Jak sępy,
Czarne chorągwie na śmierć prowadzą zastępy.

Przeciw nim sterczy biała, wązka, zaostrzona,
Jak głaz bodzący morze, reduta Ordona.
Sześć tylko miała armat. Wciąż dymią i świecą!
I nie tyle prędkich słów gniewne usta miecą,
Nie tyle przejdzie uczuć przez duszę w rozpaczy;
Ile z tych dział leciało bomb, kul i kartaczy.

Patrz, tam granat w sam środek kolumny się nurza,
Jak w fale bryła lawy, pułk dymem zachmurza;
Pęka śród dymu [granat][237], szyk pod niebo leci
I ogromna łysina śród kolumny świeci.
Tam, kula lecąc zdala grozi, szumi, wyje,
Ryczy, jak byk przed bitwą, miota się, grunt ryje,
Już dopadła: jak boa śród kolumn się zwija,
Pali piersią, rwie zębem, oddechem zabija.
Najstraszniejszej nie widać, lecz słychać po dźwięku,
Po waleniu się trupów, po ranionych jęku:
Gdy kolumnę od końca do końca przewierci,
Jak gdyby środkiem wojska przeszedł anioł śmierci.

Gdzież jest król, co na rzezie tłumy te wyprawia?
Czy dzieli ich odwagę, czy pierś sam nadstawia?
Nie! On siedzi o pięćset mil na swej stolicy,
Król wielki, samowładnik świata połowicy.
Zmarszczył brwi: i tysiąc kibitek wnet leci;
Podpisał: tysiąc matek opłakuje dzieci;
Skinął: padają knuty od Niemna do Chiwy.
Mocarzu, jak Bóg silny, jak szatan złośliwy!
Gdy Turków za Bałkanem twoje straszą spiże,
Gdy poselstwo paryskie twoje stopy liże:
Warszawa jedna twojej mocy się urąga,
Podnosi na cię rękę i koronę ściąga,
Koronę Kazimierzów, Chrobrych, z twojej głowy
Boś ją ukradł i skrwawił, synu Wasilowy!

Car dziwi się: ze strachu drżą Petersburczany;
Car gniewa się: ze strachu mrą jego dworzany;

Ale sypią się wojska, których Bóg i wiara
Jest car, car gniewny: umrzem, rozweselim cara!
Posłany wódz kaukaski[238] z siłami pół świata,
Wierny, czynny i sprawny, jak knut w ręku kata.

Ura! ura! Patrz, blizko reduty, już w rowy,
Walą się, na faszynę kładąc swe tułowy;
Już czernią się na białych palisadach wałów.
Jeszcze reduta w środku jasna od wystrzałów,
Czerwieni się nad czernią; jak w środek mrowiska
Wrzucony motyl błyska; mrowie go naciska —
Zgasł: tak zgasła reduta... Czyż ostatnie działo,
Strącone z łoża, w piasku paszczę zagrzebało?
Czy zapał krwią ostatni bombardyer zalał?...
Zgasnął ogień. Już Moskal rogatki wywalał.
Gdzież ręczna broń?... Ach, dzisiaj pracowała więcej,
Niż na wszystkich przeglądach za władzy książęcej!
Zgadłem, dlaczego milczy — bo nieraz widziałem
Garstkę naszych walczącą z Moskali nawałem.
Gdy godzinę wołano dwa słowa: pal, nabij;
Gdy oddechy dym tłumi, trud ramiona słabi;
A wciąż grzmi rozkaz wodzów, wre żołnierza czynność;
Nakoniec bez rozkazu pełnią swą powinność,
Nakoniec bez rozwagi, bez czucia, pamięci,
Żołnierz, jako młyn palny, nabija, grzmi, kręci
Broń od oka do nogi, od nogi na oko:
Aż ręka w ładownicy długo i głęboko
Szukała, nie znalazła — i żołnierz pobladnął!...
Nie znalazłszy ładunku, już bronią nie władnął!...
I uczuł, że go pali strzelba rozogniona;
Upuścił ją i upadł; nim dobiją, skona!...
Takem myślił; a w szaniec nieprzyjaciół kupa
Już lazła, jak robactwo na świeżego trupa.

Pociemniało mi w oczach; a gdym łzy ocierał,
Słyszałem, że coś do mnie mówił mój jenerał,

On przez lunetę, wspartą na mojem ramieniu,
Długo na szturm i szaniec poglądał w milczeniu,
Nakoniec rzekł: »Stracona«. Z pod lunety jego
Wymknęło się łez kilka; rzekł do mnie: — »Kolego,
Wzrok młody od szkieł lepszy; patrzaj, tam na wale,
Znasz Ordona, czy widzisz, gdzie jest?« — »Jenerale,
Czy go znam?... Tam stał zawsze, to działo kierował.
Nie widzę... znajdę... dojrzę... śród dymu się schował:
Lecz śród najgęstszych kłębów dymu, ileż razy
Widziałem rękę jego dającą rozkazy...
Widzę go znowu... widzę rękę... błyskawicę,
Wywija, grozi wrogom, trzyma palną świécę,
Biorą go... zginął!... O nie! Skoczył w dół, do lochów...«
— »Dobrze, rzecze jenerał, nie odda im prochów«.

Tu blask... dym... chwila cicho... i huk jak stu gromów!

Zaćmiło się powietrze od ziemi wyłomów;
Harmaty podskoczyły i jak wystrzelone
Toczyły się na kołach; lonty zapalone
Nie trafiły do swoich panew. I dym wionął
Prosto ku nam, i w gęstej chmurze nas ochłonął.
I nie było nic widać, prócz granatów blasku,
I powoli dym rzedniał, opadał deszcz piasku.
Spojrzałem na redutę... Wały, palisady,
Działa, i naszych garstka i wrogów gromady,
Wszystko jako sen znikło! Tylko czarna bryła
Ziemi niekształtnej leży — rozjemcza mogiła:
Tam, i ci, co bronili, i ci, co się wdarli,
Pierwszy raz pokój szczery i wieczny zawarli;
Choćby cesarz Moskalom kazał wstać, już dusza
Moskiewska, tam raz pierwszy, cesarza nie słusza!
Tam zagrzebane tyluset ciała, imiona;
Dusze gdzie? nie wiem; lecz wiem, gdzie dusza Ordona.
On będzie patron szańców! Bo dzieło zniszczenia
W dobrej sprawie jest święte, jak dzieło tworzenia:

Bóg wyrzekł słowo stań się, Bóg i zgiń wyrzecze!
Kiedy od ludzi wiara i wolność uciecze,
Kiedy ziemię despotyzm i duma szalona
Obleją, jak Moskale redutę Ordona:
Karząc plemię zwycięzców zbrodniami zatrute,
Bóg wysadzi tę ziemię, jak on swą redutę.

1832.




Nocleg.




Nasz naczelnik nad Trockiem jeziorem,
Po kowgańskiej[239] potyczce nocuje.
Strzelcy leżą na kępie taborem:
Jeden rany swe mchem opatruje;

Drugi strzelbę przeczyszcza, nabija,
Kaptur z brzozy na zamek nasuwa;
Ten wpół senny pod głowę płaszcz zwija.
I usnęli. Straż stoi, wódz czuwa.

On pod drzewem coś duma w pomroce;
Drzewo suche — lecz miało owoce;
Najgłodniejszych ten owoc odstrasza:
Wiszą na niem dwie gruszki Judasza.

W górę szpiegi! Cesarskie to sługi:
Jeden Prusak, z nogami długiemi
W białych pończochach; a drugi
Żyd, pejsami zamiata po ziemi.

Nie śpi wódz. Na kolanach broń trzyma,
Wzrokiem szuka pagórka znanego,
Ten za wodą: na wzgórku dom jego,
Dom w ciemności on żegna oczyma.

Wtem błysnęło nad wzgórkiem... Czy piorun?
Piorun u nas nie bije w tę porę:
»O Najświętsza! o Maryjo z Borun!
Ratuj ich... ratuj dzieci... dom gore«.

»Gdzie jest patrol? Na konia! Do dworu!...«
Wtem słuchają... Łom trzeszczy, gwar ludzi,
I »kto idzie!« głos ozwał się z boru.
Patrol wraca i obóz się budzi.

Wodzu! wielka dla ciebie żałoba;
Wraca patrol z wieściami Hijoba.
Jeden mówi: zarżnęli twą żonę,
Drugi mówi: twe dzieci spalone.

Lecz pojmali dowódzcę Moskali.
»Kto on?...« »Francuz, niestary, przystojny,
I w moskiewskiej on służbie wsie pali,
Za pieniądze lud siecze niezbrojny!...«

Wódz, jak gdyby rażony od gromu,
Na dom patrzał i milczał i słuchał.
Z okien wszystkich żar sypał się z domu,
Z oczu wodza straszniejszy żar buchał.

I w obozie zbudzonym, zdumiałym,
Było głuche milczenie i zgroza.
Milczał wódz, jako broń przed wystrzałem;
Na dom patrzał i krzyknął: »powroza!...«

Przyskoczyły dwa katy rozkoły,
Stryczek mieli gotowy ze sznura,
Zakasali rękawy za poły,
I oddarli mu kołnierz z mundura.

Wtem ktoś leci... »Kto idzie?« »Lud z Bogiem!
Nasze hasło: poznajcie wiarusa!«
Zrzuca płaszcz... Ach! to mundur krakusa:
Biały surdut z czerwonym wyłogiem!

»Zbił Skrzynecki, zbił na łeb, na szyję,
Zbił pod Wawrem[240] Rosena, Gejsmara,
Nabrał jeńców i dział co niemiara,
Idzie w Litwę... Skrzynecki niech żyje!«

Krzyczał żołnierz i śmiał się i szlochał...
Ach! kto miłej ojczyzny nie kochał,
Biedny! łzami nie płakał takiemi...
A naczelnik?... On leży na ziemi...

Leżał krzyżem i długo się modlił.
Wstał, i rzekł do Francuza: »Idź wolny!
Precz od nóg mych — byś nóg mych nie podlił!
Jam dziś karać nikogo niezdolny...«

29 marca, 1832.




Śmierć pułkownika.




W głuchej puszczy, przed chatką leśnika,
Rota strzelców stanęła zielona;
A u wrót stoi straż pułkownika,
Tam w izdebce pułkownik ich kona.
Z wiosek zbiegły się tłumy wieśniacze.
Wódz to był wielkiej mocy i sławy,
Kiedy po nim lud prosty tak płacze
I o zdrowie tak pyta ciekawy.

Kazał konia pułkownik kulbaczyć,
Konia w każdej sławnego potrzebie;
Chce go jeszcze przed śmiercią obaczyć,
Kazał przywieść do izby do siebie.
Kazał przynieść swój mundur strzelecki,
Swój kordelas i pas i ładunki:
Stary żołnierz, on chce, jak Czarniecki,
Umierając swe żegnać rynsztunki.

A gdy konia już z izby wywiedli,
Potem do niej wszedł ksiądz z Panem Bogiem;
I żołnierze od żalu pobledli,
A lud modlił się, klęcząc przed progiem.
Nawet starzy Kościuszki żołnierze:
Tyle krwi swej i cudzej wylali,
Łzy ni jednej — a teraz płakali,
I mówili z księżami pacierze.

Z rannym świtem dzwoniono w kaplicy.
Już przed chatą nie było żołnierza,
Bo już Moskal był w tej okolicy.
Przyszedł lud widzieć zwłoki rycerza.
Na pastuszym tapczanie on leży;
W ręku krzyż, w głowach siodło i burka,
A u boku kordelas, dwururka.

Lecz ten wódz, choć w żołnierskiej odzieży,
Jakie piękne, dziewicze ma lica!
Jaką pierś!... Ach, to była dziewica,
To Litwinka, dziewica-bohater,
Wódz powstańców: Emilia Plater![241]




Pieśń żołnierza.




Ja w tej izbie spać nie mogę;
Inną izbę daj, sąsiedzie!
Bo stąd okna są na drogę,
Tędy często poczta jedzie.

A gdy w nocy trąbka dzwoni,
Tak mi mocno serce skacze,
Myślę, że trąbią do koni,
I potem aż do dnia płaczę.

Oczy zamknę: to się marzy
Nasze konie, chorągiewki,
Ognie nocne, krzyki straży
I wiarusów naszych śpiewki.

Ocykam się i w ocknieniu
Słyszę głos mego kaprala;
On mię klaszcze po ramieniu;
»Wstawaj! jedźwa na Moskala!«

Wstaję: aż ja w pruskiej ziemi!
Jak tam, lepiej leżeć w błocie,
W chłodzie, głodzie i na słocie...
Ale w Polsce, między swemi.

Jużbym tej nocy nie zasnął,
A czekałbym na kaprala,
Gdyby znowu w ramię klasnął:
»Wstawaj! pójdźwa na Moskala!«




Do Franciszka Grzymały.[242]




Franciszku! Ja na morze publicznej obrady,
Jak łódka za okrętem płynąłem w twe ślady;
Żagielek mój z papieru i liny z jedwabiu.
Spotkałem wroga. Weź mię do twego korabiu.
Schowaj mię z łódką w twoje szerokie zanadrze
Przeciw starozakonnej wojennej eskadrze.
Słyszysz, ile dział z Litwy przywiózł Krępowiecki
I rdzennym strzałem mierzy w cały stan szlachecki.
Choć nie mam prócz Parnasu innych posiadłości
I nadzieja dochodów moich w potomności,
Jestem pono szlachcicem, truchleję z obawy
Przed bohaterem sławnym z litewskiej wyprawy.

Jest sławiony w kantyczkach rabin z Świętogrodu,
Najmężniejszy przed wieki z Hebreów narodu,
Który, kiedy Chrystusa związali Rzymianie
I wystawili na śmiech i na biczowanie,
Śmiał w synagodze, zbrojną wdziawszy rękawicę,
Uderzyć bezbronnego Zbawiciela w lice.
Tego męża był praprawnukiem naturalnym
Żyd, który za mych czasów był w Mirze kahalnym;
Sławili go z niezwykłej odwagi niechrzczeni,
Iż śmiał Radziwiłłowi dać figę w kieszeni.
Od tego żyda idzie mąż sławny w tułactwie,
Który stanąwszy śmiało w paryskiem opactwie[243],
Związanej od Moskali, Polsce dał policzek
I związał na nią zdjęty ze swej szyi stryczek.

Przy nim stoi na deskach Puławski przeczysty
I wznosi rozczulony głos ewangelisty.
Woła: »Jam kapłan prawdy! Fałszujmy i łżyjmy!«
Woła: »Jam kapłan zgody! Kłóćmy się i bijmy!
Jam zrobił ślub czystości! Walajmy się w śmieciach!
Ja głoszę przebaczenie! Mścijmy się na dzieciach!«
Tu głos jego oklasków zagłuszyły krocie,
Lecz on: »krwi, krwi!«[244] kwiczał jak uwięzły w błocie.
Na ten kwik towarzysze z różnych dziur powstają,
Z nadstawionymi kłami: »krwi, krwi, krwi« — kwikają.




Franciszek Grzymała.




Raz Grzymała na Taranie[245]
Wniósł projekt pod kreskowanie
I rzekł wymownemi usty:
»Obywatele oszusty!
Obywatele łajdaki!
Chcę z was mieć pożytek jaki.

Z hrabiów, mędrków i popków,
Chcę porobić polskich chłopków«.
Polska cała poklask dała,
Wziął się do pracy Grzymała.
Dotąd się mąż wielki trudzi
Z rąk mozołem, w pocie czoła
I dotąd zrobić nie zdoła
Dobrych chłopków z kiepskich ludzi.




Wizyta pana Franciszka Grzymały.
Exegi monumentum.[246]




Świeci się pomnik mój nad szklany Puław dach,
Przetrwa Kościuszki grób i Paców w Wilnie gmach,
Ni go łotr Wirtemberg bombami mocen zbić,
Ni podły Austryak niemiecką sztuką zryć.
Bo od Ponarskich gór i bliźnich Kowna wód,
Szerzy się sławą mą aż za Prypeci bród;
Mnie w Nowogródku, mnie w Mińsku czytuje młódź,
I nie leniwa jest przepisać wielekroć.
W folwarkach łaskę mam u ochmistrzyni cór,
A w braku lepszych pism czyta mnie nawet dwór!
Stąd mimo carskich gróźb, na złość strażnikom ceł,
Przemyca w Litwę żyd tomiki moich dzieł.

Paryż, 1833.




Aleksander ks. Puławski.




Komar niewielkie licho, lecz bardzo czupurne,
Wyciągnąwszy pyszczek i skrzydła poczwórne
I żądełko krwi chciwe, latał ponad śpiącym
I krwi, krwi, krwi, wołał głosem bzykającym.

Drżyj, człowieku! wybiła ostatnia godzina,
Jestem Marat[247] owadów, lotna gilotyna!
Aż przebudził się człowiek, czatował po głosie
I za pierwszem ukłóciem, paf! zabił na nosie.
Szedł z nieboszczykiem w okno, nie mógł znaleść śladów
Tej lotnej gilotyny, Marata owadów.
Człowiek, gniotąc go w palcach: Nie budź śpiących, bracie,
Atomie terroryzmu, owadów Maracie.
Kiedyś tak małe licho, nie rób tyle krzyku,
A kiedy chcesz ukąsić, kąsajże bez bzyku,
Jeśli ci krwi potrza, gdzie chcesz nos mi wtykaj,
Tylko kiedyś tak mały, kąsaj, a nie bzykaj.




Adam hrabia Gurowski i ksiądz Puławski.




W domu bił się hrabia z popem,
Kto z nich jest poczciwszym chłopem.
Pies z wieprzem gryzł się pod gankiem,
Kto z nich jest lepszym barankiem.
Pies i wieprz gryzą się z sobą,
Kto z nich jest trzody ozdobą.
Gryzła się kotka ze świnią,
Kto z nich w domu gospodynią.




Jan Czyński.




Wpół jest żydem, wpół Polakiem,
Wpół jakobinem, wpół żakiem,
Wpół cywilnym, wpół żołdakiem,
Lecz zato całym łajdakiem.



Urywek z przekładu Zofijówki.[248]




Delectans oculos opibus, ditissima frugum,
Irrorata melle et rivis lactantibu', salve
Ukrainae tellus, te immensam pervolitantes
Quadrupedum volucres turbae hinnitu aëra complent,
Mixto cornigerum mugitui, quos inter vervex
Appensae rotis pinguis trahit pondera caudae.




Ad Napoleonem III Caesarem Augustum
Ode in Bomersurdum captum.[249]




Qualis fugacem quum Amphitryonius
Cacum insequutus, belluae in occiput
Rupes ruens, fumosque et ignes
Guttur in horrisonum retundens,

Auguste Caesar, te auspice, Gallicus
Ursam Bootae victor adordiens,
Spelaea lustrat, caedibus tot
Innumeralibusque furtis

Obscena; quo nunc advolant undique
Gentes latronis funere sospites,
Svecusque, Fennique et Polonus,
Quisque suas sibi res petundo;

Rati tuum illum, romulea manu,
Dirum superbis Caesarem avunculum,
Auguste, jam per te, secundo
Cum imperio miseris reduci.

Paryż, 1854.



POEZYE RELIGIJNO-GNOMICZNE.




Hymn
Na dzień Zwiastowania N. M. Panny.




Pokłon przeczystej Rodzicy!
Nad niebiosa Twoje skronie,
Gwiazdami Twój wieniec płonie
Jehowie na prawicy.

Ninie dzień Tobie uświęcamy wierni.
Śród Twego błyśnij kościoła!
Oto na ziemię złożone czoła,
Oto, śród niemej bojaźnią czerni,
Powstaje prorok i woła:
Uderzam organ Twej chwale,
Lecz z bóstwa idzie godne bóstwa pienie,
Śród Twego błyśnij kościoła
I spuść anielskie wejrzenie!
Duchy me bóstwem zapalę,
Głosu mi otwórz strumienie!
A zagrzmię pieśnią, jaką Cheruby
Zagrzmią światu na skonanie,
Gdy proch, zapadły w wieków otchłanie,
Ze snu nicości wybiją.
Takim grzmotem Twoje chluby,
Gdzie piekło, gdzie gwiazdy świecą,
Nieskończoność niech oblecą,
Wieczność przeżyją.

A któż to wschodzi? Wschodzi na Syon Dziewica.
Jak ranek z morskiej kąpieli
I jutrznia — Maryji lica,
Śnieży się obłok, słońce z ukosa
Smugiem złota po nim strzeli —
Taka na śniegu, co szaty bieli,
Powiewnego jasność włosa.
Pojrzał Jehowa i w niej upodobał sobie.
Pękły niebios zwierciadła,
Biała gołąbka spadła
I nad Syonem w równi trzyma skrzydła obie,
I srebrzystej pierzem tęczy
Niebianki skronie uwieńczy.
Grom, błyskawica!
Stań się, stało;
Matką Dziewica.
Bóg ciało!




Do Marceliny Łempickiej.
W dzień przyjęcia Komunii Świętej.




Dziś cię za stołem swym Chrystus ugościł,
Dziś anioł tobie niejeden zazdrościł.
Ty spuszczasz oczy, które Bóstwem gorą!
Jak ty mnie swoją przerażasz pokorą!
Święta i skromna!... Grzesznicy nieczuli,
Gdy my w spoczynku skroń ospałą złożym,
Tobie, klęczącej przed Barankiem bożym,
Jutrzenka usta modlące się stuli.
Wtenczas zlatuje anioł, twój obrońca,
Czysty i cichy, jak światło miesiąca,
Zasłonę marzeń powoli rozdziela,
A troskliwości pełen i wesela,

Z takiem nad tobą schyla się objęciem,
Jak matka nad swem sennem niemowlęciem.
Jeżeli promień nieśmiertelnej łaski
Zbyt żywo w oczach anioła jaśnieje,
I gdy się senna zbyt żywo rozśmieje,
Anioł łagodnie przygasza swe blaski,
Stula nad senną zasłonę marzenia
I odlatuje, biorąc twe westchnienia.
Lecz nim odleci, kładzie wdzięki nowe,
Jak nowe suknie dziecięciu pod głowę.
Tak się piastunka jego codzień budzi,
Z nową miłością u Boga i ludzi.
Ja bym dni wszystkich rozkosz za nic ważył,
Gdybym noc jedną tak jak ty przemarzył.

Rzym, 1830.




Rozmowa wieczorna.




I.

Z Tobą ja gadam, co królujesz w niebie,
A razem gościsz w domku mego ducha;
Gdy północ wszystko w ciemnościach zagrzebie,
I czuwa tylko zgryzota i skrucha:
Z Tobą ja gadam! Słów nie mam dla Ciebie:
Myśl Twoja każdej myśli mej wysłucha;
Najdalej władasz i służysz w pobliżu,
Król na niebiosach, w sercu mem, na krzyżu!

I każda dobra myśl jak promień wraca
Znowu do Ciebie, do źródła, do słońca,
I nazad płynąc znowu mię ozłaca,
Śle blask, blask biorę i blask mam za gońca.

I każda dobra chęć Ciebie wzbogaca,
I znowu za nią płacisz mi bez końca,
Jak Ty na niebie, Twój sługa, Twe dziecię,
Niech się tak cieszy, tak błyszczy na świecie.

Tyś Król, o cuda! Tyś i mój poddany!
Każda myśl podła, jako włócznia nowa,
Otwiera Twoje niezgojone rany;
I każda chęć zła, jak gąbka octowa,
Którą do ust Twych zbliżam zagniewany.
Póki Cię moja złość w grobie nie schowa,
Cierpisz, jak sługa panu zaprzedany:
Jak Ty na krzyżu, Twój pan, Twoje dziecię,
Niechaj tak cierpi i kocha na świecie.

II.

Kiedym bliźniemu odsłonił myśl chorą
I wątpliwości raka, co ją toczy:
Zły wnet ucieczką ratował się skorą,
Dobry zapłakał, lecz odwracał oczy.
Lekarzu wielki! Ty najlepiej widzisz
Chorobę moją, a mną się nie brzydzisz!

Gdym wobec bliźnich dobył z głębi duszy
Głos przeraźliwszy, niźli jęk cierpienia,
Głos wiecznie grzmiący w piekielnej katuszy,
Cichy na ziemi głos złego sumienia:
Sędzio straszliwy! Tyś ognie rozdmuchał
Sumieniu złemu — a Tyś mnie wysłuchał.

III.

Gdy mię spokojnym zowią dzieci świata,
Burzliwą duszę kryję przed ich okiem,
I obojętna duma, jak mgły szata,
Wnętrze piorunu pozłaca obłokiem;
I tylko w nocy, cicho, na Twe łono
Wylewam burzę we łzy roztopioną.

1830.



Mędrcy.




W nieczułej, ale niespokojnej dumie
Usnęli mędrcy. Wtem odgłos ich budzi:
Że Bóg widomie objawił się w tłumie,
I o wieczności przemawia do ludzi.
»Zabić go — rzekli — spokojność nam miesza!...
Lecz zabić we dnie? obroni go rzesza«.

Więc mędrcy w nocy lampy zapalali,
I na swych księgach ostrzyli rozumy
Zimne i twarde, jak miecze ze stali,
I wziąwszy z sobą uczniów ślepych tłumy,
Szli łowić Boga. A zdrada na przedzie,
Prostą ich drogą, ale zgubną wiedzie.

»Tyś to?« — krzyknęli na Maryi Syna;
»Jam« — odpowiedział — i mędrcy pobladli;
»Ty jesteś?« — »Jam jest«. — Służalców drużyna
Uciekła w trwodze, mędrcy na twarz padli;
Lecz widząc, że Bóg straszy a nie karze,
Wstali przelękli, więc srożsi zbrodniarze.

I tajemnicze szaty z Boga zwlekli,
I szyderstwami ciało jego siekli,
I rozumami serce mu przebodli:
A Bóg ich kocha i za nich się modli!
Aż gdy do grobu duma Go złożyła,
Wyszedł z ich duszy, ciemnej jak mogiła.

Spełnili mędrcy na Boga pogrzebie
Kielich swej pychy. Natura w rozruchu
Drżała o Boga. Lecz pokój był w niebie:
Bóg żyje, tylko umarł w mędrców duchu.

1830.



Arcy-Mistrz.




Jest Mistrz, co wszystkie duchy wziął do chóru
I wszystkie serca nastroił do wtóru,
Wszystkie żywioły naciągnął jak struny,
A wodząc po nich wichry i pioruny,
Jedną pieśń śpiewa i gra od początku:
A świat dotychczas nie pojął jej wątku.
Mistrz, co malował na niebios błękicie,
I malowidła odbił na tle fali,
Kolosów wzory rzezał na gór szczycie,
I w głębi ziemi odlał je z metali:
A świat przez tyle wieków, z dzieł tak wiela,
Nie pojął jednej myśli tworzyciela.
Jest Mistrz wymowy, co bożą potęgę
W niewielu słowach objawił przed ludem,
I całą swoich myśli i dzieł księgę
Sam wytłomaczył głosem, czynem, cudem.
Dotąd Mistrz nazbyt wielkim był dla świata;
Dziś świat nim gardzi — poznawszy w nim brata.
Sztukmistrzu ziemski, czem są twe obrazy,
Czem są twe rzeźby i twoje wyrazy?
A ty się skarżysz, że ktoś w braci tłumie
Twych myśli i mów i dzieł nie rozumie?
Spojrzyj na Mistrza, i cierp, boży synu,
Nieznany, albo wzgardzony od gminu.

1830.




Rozum i Wiara.




Kiedy rozumne, gromowładne czoło
Zgiąłem przed Panem, jak chmurę przed słońcem:
Pan je wzniósł w niebo jako tęczy koło,
I umalował promieni tysiącem.

I będzie błyszczeć na świadectwo wierze,
Gdy luną klęski z niebieskiego stropu;
I gdy mój naród zlęknie się potopu,
Spojrzy na tęczę — i wspomni przymierze.

Panie! Mą pychę duch pokory wzniecił;
Choć górnie błyszczę na niebios błękicie,
Panie! jam blaskiem nie swoim zaświecił:
Mój blask jest słabe twych ogniów odbicie!

Przejrzałem nizkie ludzkości obszary,
Z różnych jej mniemań i barwą i szumem:
Wielkie i mętne, gdym patrzył rozumem,
Małe i jasne — przed oczyma wiary.

I was dostrzegam, o dumni badacze!
Gdy wami burza jak śmieciem pomiata,
Zamknięci w sobie, jak w konchy ślimacze,
Chcieliście mali obejrzeć krąg świata.

Konieczność, rzekli, wedle ślepej woli
Panuje światu, jako księżyc morzu.
A drudzy rzekli: przypadek swawoli
W ludziach, jak wiatry w nadziemskiem przestworzu.

Jest Pan, co objął oceanu fale,
I ziemię wiecznie kazał mu zamącać;
Ale granicę wykował na skale,
O którą wiecznie będzie się roztrącać.

Darmo chce powstać z ziemnego pogrzebu;
Ruchomy wiecznie, ruchem swym nie władnie:
Im wyżej buchnął, tym głębiej upadnie,
Wznosząc się wiecznie, nie wzniesie ku niebu.

A promień światła, który słońce rzuci,
Na szumnej morza igrając topieli,
Nie tonie, tylko w tęczę się rozdzieli,
I znowu w niebo, skąd wyszedł, powróci.

Rozumie ludzki! tyś mały przed Panem,
Tyś kroplą w jego wszechmogącej dłoni.
Świat cię niezmiernym zowie oceanem,
I chce ku niemu na twej wzlecieć toni.

Zdajesz się tykać brzegów widnokręga:
Daremnie z żaglem nawa leci chyża,
Opływa ziemię, niebios nie dosięga;
Twa fala nigdy ku niebu nie zbliża.

Wzdymasz się, płaszczysz, czernisz się i błyskasz,
Otchłanie ryjesz i w górę się ciskasz,
Powietrze ciemnisz chmurami mokremi,
I spadasz z gradem — tyś zawsze na ziemi!

A promień Wiary, którą niebo wznieca,
Topi twe krople, zapala twe gromy,
I twe pogodne zwierciadła oświeca;
Ach! ty bez wiary byłbyś niewidomy.
1830.




Aryman i Oromaz.[250]
(Z Zenda-Westy)[251].




W samym przepaści niezgłębionej środku,
W samym ciemności najgrubszej zarodku,
Osiadł Aryman, jak złodziej ukryty,
Gniewny jako lew, jak wąż jadowity.
Onego czasu nadął się i dźwignął,
I wielką ciemność piersiami wyrzygnął,
I po ciemności, jak pająk po sieci,
Szczeblował w górę, tam gdzie bóstwo świeci.
Oparł się o dnia i nocy granice,
Wynurzył głowę i podniósł źrenice

A skoro ujrzał w samym niebios środku,
W samym jasności najczystszej zarodku,
Oromadesa, co śród tworów świeci,
Jak śród gwiazd słońce, jak ojciec śród dzieci;
Skoro na widok przedwiecznego słońca
Zły duch pomyślił o szczęściu bez końca —
Ta myśl, ogromna jako świata brzemię,
Z takim ciężarem padła mu na ciemię,
Że stracił siłę, runął nadół głową
Przez wieki wieków — i osiadł nanowo
W samym przepaści niezgłębionej środku,
W samym ciemności najgrubszej zarodku.
1830.




Zdania i uwagi
z dzieł Jakóba Boehme[252], Anioła Szlązaka i Saint-Martina[253].




RZECZ ZANIEDBANA.

Jedna jest rzecz na świecie godna ludzkiej pieczy;
Ludzie o wszystkiem myślą, prócz tej jednej rzeczy.

PAX DOMINI[254].

Pokój jest przyszłem dobrem, przyszłem szczęściem mojem:
Nie chciałbym Boga, gdyby Bóg nie był pokojem.

STOPNIE PRAWD.

Są prawdy, które mędrzec wszystkim ludziom mówi;
Są takie, które szepce swemu narodowi;
Są takie, które zwierza przyjaciołom domu;
Są takie, których odkryć nie może nikomu.

VENI CREATOR SPIRITUS[255].
Niech się twa dusza jako dolina położy,
A wnet po niej, jak rzeka, popłynie duch boży.

ŚRODEK.

Bóg nie nad głową mieszka, lecz w środku człowieka:
Więc kto w głowę zachodzi, od Boga ucieka.

KIERUNEK.

Gdzie kto będzie po śmierci, za życia odgadnie:
Gdzie chylił się za życia, tam po śmierci wpadnie.

FILOZOF I BÓG EMIGRANT.

Wygnaliśmy z serc Boga, weźmiem dobra po nim,
Gadać o nim i pisać do niego zabronim;
Mamy nań sto gąb brzmiących i piór ostrych krocie:
A ten zbrodniarz emigrant myśli o powrocie!

SŁOWO I CZYN.

W słowach tylko chęć widzim, w działaniu potęgę;
Trudniej dzień dobrze przeżyć, niż napisać księgę.

CUR?[256]

Pierwsza mowa szatana do rodu ludzkiego
Zaczęła się najskromniej od słowa: »Dlaczego?«

WŁASNOŚĆ JEST NĘDZĄ.

Czemu szatan jak nędzarz wszystkim dóbr zazdrości?
Bo sam nic nie posiada, prócz swojej własności.

RUSZTOWANIE.

Duch jest budowlą, ciało jako rusztowanie:
Musi być rozebrane, gdy budowla stanie.

BŁOGOSŁAWIENI CISI.

O kawał ziemi ludzkie dobija się plemię;
Zostań cichym, a możesz posiąść całą ziemię.

DROGA DO WIECZNOŚCI.
Ci, co nad czas i miejsce ducha swego wzbili,
Mogą czucia wieczności doznać w każdej chwili.

CZŁOWIEK WIECZNOŚCIĄ.

Sam człowiek jest wiecznością, kiedy na świat zdąży,
I Boga w sobie, a sam w Bogu się pogrąży.

BOGACTWO ŚWIĘTEGO.

Człowiek święty jest równie jak Stwórca bogaty,
Bo Stwórca z nim podziela wszystkie swoje światy.

NIC DARMO.

Bóg nic darmo nie daje, lecz wszystko otwiera,
I każdy z Boga tyle, ile chce, zabiera.

MIARA BÓSTWA.

Bóg wznosi się tak górnie, tak wysoko leży,
Że granic bóstwa swego sam nigdy nie zmierzy.

CNOTA

Gdy pełnisz cnotę, cierpisz trudy i kłopoty,
Jeszcześ nie jest cnotliwym, tylko szukasz cnoty.

PRÓBA.

Wtenczas powiesz, człowieku, żeś godzien zbawienia,
Jeśli zdołasz wnijść w piekło i nie czuć płomienia.

NIEUFNOŚĆ.

Obraża niebo podła i nieufna tłuszcza,
Co wzywa Boga, lecz się na Boga nie spuszcza.

SKĄD MĘKA?

Cierpi człowiek, bo służy sam sobie za kata;
Sam sobie robi koło i sam się w nie wplata.

BOŻE NARODZENIE.

Wierzysz, że się Bóg zrodził w Betlejemskim żłobie,
Lecz biada ci, jeżeli nie zrodził się w tobie.

FIGURA NIE ZBAWI.
Krzyż, wbity na Golgocie, tego nie wybawi,
Kto sam na sercu swojem krzyża nie wystawi.

ROZMOWA.

Duch ze swej bezdeni woła: Bóg ze swej bezdeni
Odpowiada: obadwa równo niezgłębieni.

GDZIE NIEBO?

Do nieba patrzysz w górę, a nie spojrzysz w siebie;
Nie znajdzie Boga, kto go szuka tylko w niebie.

JAK SŁUCHAĆ?

Kto pragnie wieczne słowo w głębi własnej duszy
Sam wyraźnie usłyszeć, niech wprzód zamknie uszy.

SŁOWO I CIAŁO.

Słowo stało się ciałem, ażeby nanowo
Ciało twoje, człowieku, powróciło w słowo.

CEL STWORZENIA.

Czego szuka stworzenie od wieków tak wiela?
Szuka tylko spoczynku, swego stworzyciela.

WARUNEK WŁADZY.

Gdybym tyle jak Chrystus mógł wziąć bóstwa w siebie,
Zaraz stałbym się władcą na ziemi i niebie.

DO RAJU PRZEBOJEM.

Do raju drzwi otwarte, ale rzadki zdoła
Przebić się przez ogniste miecze archanioła.

RÓŻNICE.

Czemu jest pierś anielska więcej Bogu droga
Niż pierś muchy? bo więcej bierze w siebie Boga.

WZAJEMNOŚĆ.

Ile się dusza wzruszy, tyle Boga wzruszy;
O ile dusza w Bogu, o tyle Bóg w duszy.

JA.
Gdyby szatan na chwilę mógł wynijść sam z siebie,
Toby w tej samej chwili już ujrzał się w niebie.

NIZKIE DRZWI.

Pomiędzy dzieci boże próżno ten wnijść pragnie,
Kto się u drzwi tak nizko, jak dziecię, nie nagnie.

OSZUKAŃSTWO.

Wołasz do Boga: Ojcze! Ojciec wnet przychodzi:
Aż zamiast dziecka, chłopa dużego znachodzi.

DAR NIE BOGIEM.

Kto modli się o dary, złe pacierze mówi:
Bo modli się stworzeniu, nie stworzycielowi.

SKĄD WOJNA?

Za co człowiek na bliźnich tak często uderza,
Jak na dzikie zwierzęta? Bo ma w sobie zwierza.

WOJNA TYLKO MIĘDZY RÓWNYMI.

Zwierz walczy ze zwierzęciem, boi się człowieka;
Człowiek walczy z człowiekiem, od ducha ucieka.

WARUNEK BEZPIECZEŃSTWA.

Ten może deptać węże, głaskać lwy i tury,
Kto wyrwał z siebie żądło, rogi i pazury.

WARUNEK NIETYKALNOŚCI.

Chcesz cało przejść pomiędzy światowym rozruchem?
Bądź dla zwierząt człowiekiem, a dla ludzi duchem.

POWOŁANIE CHYBIONE.

Smutni! chorzy! wy, zamiast cieszyć się i leczyć,
Wolicie wzajem siebie smucić i kaleczyć.

SKĄD ZŁO?

Bóg jest dobrem: więc wszystko, na co duch narzeka,
Zło, śmierć i potępienie, pochodzą z człowieka.

UWAGA CHROMEGO.
Kiedy pierwszy raz wnijdę w jakie zgromadzenie,
By poznać ludzi, zważam pierwsze ich spojrzenie;
Rozsądni naprzód spojrzą na mą nogę prawą,
Głupi naprzód na lewą, którą mam kulawą.
RÓŻNICA.

Dobry i zły zarówno chodzą za bliźnimi,
Jeden — żeby ich żywił, drugi — by żył nimi.

KRÓL I KAT.

Dobry człowiek, jako król, szuka kogo wieńczyć;
Zły podobny do kata: szuka kogo męczyć.

BŁOGOSŁAWIENI CISI.

Wszyscy walczą dla dobra, któż używać będzie?
Błogosławiony cichy, ten ziemię posiędzie.

NARÓD CICHY.

Żaden naród prac swoich nie cieszył się płodem,
Bo żaden nie był ludu cichego narodem.

WIECZNA RZECZPOSPOLITA.

Pewna rzeczpospolita jest zawsze i wszędzie,
Chociaż państwem na ziemi nie była, ni będzie.

ZEGAR.

Niepokój jest zegarem, on czas ludziom stwarza:
Kto umorzył niepokój, wnet i czas umarza.

KRÓLESTWO BOŻE GWAŁT CIERPI.

Niebo samo nie spadnie, trzeba je osiągnąć:
I Pan Bóg sam nie zstąpi, potrzeba go ściągnąć.

NADZIEJA.

Trzymaj ten sznur, choć fala nad głową szaleje;
Wybrnąłby szatan, gdyby mógł chwycić nadzieję.

ZAPOMNIENIE SIĘ SZATANA.
Szatan wie, że Bóg wieczny i w sile niezmierny;
Ale o tem zapomniał, że Bóg miłosierny.

JEGO PRZECZUCIE.

Szatan przeczuwa dobrze wieczność swej katuszy,
Ale rozumowaniem to przeczucie głuszy.

O CO KŁÓTNIA?

Od chwili, gdy zaczęli czarci z nieba spadać,
Kłócą się dotąd, kto z nich ma niebo posiadać.

JAKI ŻAL.

Powiadasz, że żal zbawia: wszak czarty się żalą?
Żalą, lecz na drugich, a sami się chwalą.

KARA BOŻA.

Największego grzesznika Bóg sił nie pozbawia,
Tylko na karę własnym siłom go zostawia.

CZAS DZIAŁANIA.

Kto na wieczność pracuje, drogo czas szacuje:
Bo kiedy czas ustanie, kończy się działanie.

WIECZNOŚĆ NIE MA CHWIL.

Czy wiecie, żeśmy dłużej, niżeli Bóg żyli?
Bóg jest wieczny, a przecież nie żył ani chwili.

CZAS.

Czas jest łańcuch; im dalej od Boga ucieczesz,
Tem dłużej i cięższy łańcuch z sobą wleczesz.

MILCZENIE.

Zaiste, miłe Bogu jest aniołów pienie:
Ale daleko milsze człowieka milczenie.

CICHOŚĆ.

Głośniej niźli w rozmowach, Bóg przemawia w ciszy,
I kto w sercu ucichnie, zaraz go usłyszy.

ŹRÓDŁA.
Mówisz: niech sobie ludzie nie kochają Boga,
Byle im była cnota i ojczyzna droga.
Głupiec mówi: niech sobie źródło wyschnie w górach,
Byleby mi płynęła woda w miejskich rurach.
ODLEGŁOŚĆ.

Że do nieba daleko, niejeden narzeka:
Ziemia dalej, niżeli niebo od człowieka.

GOŚĆ.

Wołasz Boga: on często schodzi pokryjomu
I puka do drzwi twoich; aleś rzadko w domu.

TRWOGA SZATANA.

Czemu sąd ostateczny tak szatana trwoży?
Czyli mu niewiadomy dotąd wyrok boży?
Czy on żałuje świata, który się ma złamać?
Żałuje, bo bez świata gdzież on będzie kłamać?

DLACZEGO KŁAMIE?

Szatan, choć sobie mądrość i siłę przyznaje,
Wie, że kłamie i wiary sam sobie nie daje;
Dlatego rad śród ludzi zdania swoje szerzyć,
By je słysząc z ust cudzych, mógł im sam uwierzyć.

ŻĄDZA NIEŚMIERTELNOŚCI.

Chcesz zyskać nieśmiertelność przez jaki czyn dzielny?
Głupiś! czy chcesz, czy nie chcesz, będziesz nieśmiertelny.

>TRÓJCA.

Bóg jest w Trójcy jedyny, ma pokój w radości:
Radość pochodzi z Trójcy, a pokój z jedności.

WESELE I CIERPIENIE.

Bóg w duchu swym wiecznego doznaje wesela,
A w nas cierpi o tyle, o ile się wciela.

ZGODNOŚĆ.
Dobry mistrz w takim tylko chórze śpiewać lubi,
Gdzie czuje, że głos własny w harmonii gubi.

JA.

Muzyk zmiesza orkiestrę najlepiej dobraną,
Jeśli grając stara się, żeby »go« słyszano.

BANK.

Dziwisz się, że po śmierci mała nasza cnota
Ma rosnąć w szczęście przez ciąg wiecznego żywota.
Nie dziwisz się, że jeden grosz, w banku złożony,
Za kilka wieków może uróść w milijony.

GRZECH.

Grzech jest palnym żywiołem: więc kto grzechu niéma,
Może stać w środku piekła, ogień go nie ima.

APOSTOLSTWO I FILOZOFIA.

Filozof uczniom własnej nauki udziela:
Apostoł tylko świadkiem jest nauczyciela.

ŚWIADEK I OSKARŻYCIEL.

Straszniejsze jest dla zbrodni świadectwo, niż skarga:
Łotr lży oskarżyciela, na świadków się targa.
Skarżących mędrków czasem pospólstwo łajało,
Lecz świadczących o prawdzie zawsze mordowało.

URZĄD.

Człowiek jest urzędnikiem wysokiego stanu:
Cały świat służy jemu, a on tylko Panu.

WŁASNOŚĆ OSOBISTA.

Skarżysz się, że ktoś z twojej własności korzysta:
Grzech jest to jedna twoja własność osobista.

SKARGA.
»Uszło szczęście, i próżno dotąd za niem chodzę!...«
Nie uszło: czeka ciebie na krzyżowej drodze.

UPÓR.

Pan dotąd miłosiernie patrzy na szatana,
Lecz szatan odwraca się, by nie widział Pana.

MĄDROŚĆ.

Nauką i pieniędzmi drudzy cię zbogacą;
Mądrość musisz sam z siebie własną dobyć pracą.

MĄDROŚĆ I UMIEJĘTNOŚĆ.

Aby mądrości nabyć, nie dość mieć pojętność,
Nie dość uczyć się; mądrość nie jest umiejętność.
Ta pragnie z teoryi praktykę wyciągnąć,
A tamta — teoryę praktyką osiągnąć.

NAUKA BEZBOŻNYCH.

Kiedy nad naukami bezbożnik pracuje,
Strzeż się, jest to zbójca, który broń kupuje.

PRAKTYKA.

Na co będą potrzebne — pytało pacholę —
Trójkąty, czworoboki, koła, parabole?
Że potrzebne — rzekł mędrzec — musisz teraz wierzyć;
Na co potrzebne? zgadniesz, gdy zaczniesz świat mierzyć.

CZAS.

Czas jako powróz wiąże ducha do natury;
Póty męczyć się musim, aż zużyjem sznury.

ATOM.

»Świat widzialny jest atom«. Prawda, astronomie!
Za cóż ty chcesz żyć cały tylko w tym atomie?...

ROZPRAWA.
O czemkolwiek rozprawa, im dłużej się wiodła,
Tem dalsza jest od prawdy, jak woda od źródła.

RADA GŁUPCÓW.

Poco się ten gmin głupi na radę zgromadził?
Chce, żeby mu radzono to, co już uradził.

DOBRA RADA.

W jednym tylko przypadku rada nie zawadzi:
W jakim? Gdy się Pokora u Mądrości radzi.

TŁUM.

Szatan jest tchórz, boi się zostać w samotności,
I dlatego najczęściej między tłumem gości.

ZNAK.

Bóg pomazańcom swoim znak na czole kładnie;
Naród, który tych znaków nie widzi, upadnie.

WIERZCHOŁEK I PODSTAWA.

Na głębszych fundamentach wyższy mur stać może:
I wyższy rozum tylko na głębszej pokorze.

ODDYCHANIE BOGA (Z PERSKIEGO).

Kiedy tchnie, całą przyszłość z piersi swych wyzionie;
Gdy westchnie, całą przeszłość w piersiach swych pochłonie.

LICZBA GWIAZD.

Prawd w piśmie bożem, równie jako gwiazd w błękicie:
Im lepsze macie oczy, tem więcej ujrzycie.

WALKA ZE SMOKIEM.

Ilekroć złą myśl w duszy dobra przezwycięża,
Tylekroć święty Michał strąca z niebios węża.

MIKROKOSMOS, MIKROBIBLIA.[257]

Ciało jest małym światem, książka duszą małą,
W której spisano wszystko, co się w świecie stało.

FAŁSZYWA MONETA.
Kłamca jest zły moneciarz; pozwól mu fałsz mnożyć,
To on sam jeden zdoła cały kraj zubożyć.

RUCH GŁUPI.

Głupiec, jak muł we młynie, związane ma oczy,
I ciągle ruszając się, ciągle w miejscu kroczy.

RUCH MĄDRY.

Mędrcy prawdziwie wielcy, jak niebieskie ciała,
Zdają się stać, gdy każde z nich leci i działa.

PRAWDZIWA WIELKOŚĆ.

Dobrzeby w życiu świeckiem, jak niegdyś w Kościele,
Tego tylko zwać wielkim, co wycierpiał wiele.

BAJKA.

»Świat ten jest czysta bajka!« Zgoda, przyjacielu:
Lecz każda bajka ma sens moralny na celu.

ZGODA.

Wtenczas tylko rzetelnie pogodzisz się z wrogiem,
Jeśli ty i wróg pierwej zgodzicie się z Bogiem.

DZIAŁANIE I CIERPIENIE.

»Czy mam działać, czy cierpieć?« Bądź Stwórcy obrazem
I jak On w każdej chwili działaj i cierp razem.

HISTORIA I PROPHETIA[258].

Czas przeszły równie od nas jak przyszły daleki;
Ten tylko pojmie przeszłe, kto zgadł przyszłe wieki.

POKUSY.

Nawała pokus, równie jako morska burza,
Dzielnych pływaczów wznosi, a słabych zanurza.

EGOIZM.

Nie ten jest egoistą, kto od ludzi stroni,
Ale ten, kto za bliźnim jak za łupem goni.

POTWARZ I POCHLEBSTWO.
Pochlebca i potwarca za zasługą łażą;
Brzydź się więcej pochlebstwem niżeli potwarzą.
W potwarzy dla dobrego jest zawżdy nauka,
Pochlebstwo złych zatwardzi, a dobrych oszuka.
NOCNY PTAK.

Szatan w ciemnościach łowi; jest to nocne zwierzę:
Chowaj się przed nim w światło, tam cię nie dostrzeże.

KRZYWDA CZASEM PRZYDA SIĘ.

Często grzesznik przed śmiercią na bliźnich się żali,
Iż mu nie dosyć w życiu krzywd nawyrządzali.

NIE ŹLE BYĆ ŚMIESZNYM.

Nie źle to jest być śmiesznym. Żartowano z panów,
Z mędrców, z wodzów, z poetów, z lekarzy, z kapłanów;
Wszystkich na śmiech wystawił dowcipek ucieszny,
Prócz jednego szatana. On jeden nie śmieszny.

SFERA OWOCÓW.

Musi drzewo, ażeby rozkwitać i rodzić,
Po liściach, jak po szczeblach, na powietrze wchodzić;
Chociaż soki pożywne z łona ziemi bierze,
Owocu dać nie może, tylko w wyższej sferze.

OGNIK.

Mądrość świecka jest nakształt błędnego ognika:
Błyszcząc zwodzi cię z drogi; gdy z niej zejdziesz, znika.

ISKRY.

Jaka tam będzie siła wiecznego płomienia,
Wnoś tu z jego iskierek, ze zgryzot sumienia.

CZERW.
Mędrek świecki wymaga od małych i wielkich,
By wszyscy byli zawsze przykładem cnót wszelkich,
Choć sam co chwila cnotę myślami kaleczy,
Słowami podkopuje i czynem niweczy;
Obrzydliwszy od czerwia, co roztacza drzewa:
Bo tocząc klnie drzewu, czemu nie dojrzewa.

JEDNA WOLA.

Jednej woli jednemu trzeba przedsięwzięciu;
Lepszy jeden wódz głupi, niż mądrych dziesięciu.

CECHA WYŻSZYCH.

Po tem wyższego męża możesz poznać w tłumie,
Że on zawsze to tylko zwykł robić, co umie.

POMAGAĆ BOGU.

Bóg sam może świat zniszczyć i drugi wystawić,
A bez naszej pomocy nie może nas zbawić.

PRÓBY.

Mędrzec zwyczajnych ludzi z rozmowy ocenia,
A nadzwyczajnych mężów poznaje z milczenia.

SEN.

Jak bezsenny źle czyni, gdy oczy zamruża
I kładzie się na łożu, bo tem noc przedłuża;
Tak namiętny źle czyni, gdy śmierć zada sobie:
Wylecz się z bezsenności, nim pójdziesz spać w grobie.

DWA ŚWIATY.

Dobrzy ludzie nie mogą mieć nic na tym świecie,
A za to, źli, na tamtym mieć nic nie będziecie.

MAJESTAT DUSZ NASZYCH.

Sam Bóg bez wiedzy naszej nie może nas rzucić,
A choć rzuci, gdy zechcem, musi do nas wrócić.

RESZTA PRAWD.
Jest i więcej prawd w Piśmie; lecz kto o nie pyta,
Niech sam zostanie pismem: w sobie je wyczyta.




STWÓRCA[259].

Czemu Bóg na wzór siebie stworzył naszą postać?
Bo sam lepszego wzoru nie mógł nigdzie dostać.

USTA.

W ustach jest otwór duszy, a drogie balsamy
Wietrzeją prędko, gdy je często otwieramy.

PRZESTROGA.

Choć z tobą w drogę idzie towarzyszy wielu,
Nie powierzaj im łatwo twej podróży celu,
Ni kierunku, ni środków, bo często się dzieje,
Że obok podróżnego wędrują złodzieje,
I ciekawi są wiedzieć, w jaką idziesz stronę,
Gdzie chowasz grosz na życie i miecz na obronę.

WSZECHWŁADZTWO LUDU.

Ludu! głosuj i zrób mi ze słoty dzień ładny,
Bo ja sceptyk szkaradny, wątpię, żeś wszechwładny.

WYBORY.

Mówią, że Lapończycy na zimy miesiące
Zwykli sobie z gwiazd jedną obierać za słońce.
Gdy widzą, że obrana źle grzeje i świeci,
Idą od tej do drugiej, od drugiej do trzeciéj;
A tak ciągnąc sejmiki aż do zimy końca,
Nie mogą się pogodzić na obranie słońca.

WYBORY.

Mamy wodza wybierać, więc się, bracia, śpieszmy,
Lecz wprzód sobie pułkową muzykę obierzmy;
Na pierwszego trębacza podaję sapera,
Niech trąbi, choć nie umie, wszak go lud wybiera.

JEŹDZIEC.
Szkapa najdzielniejszego rumaka wyprzedzi,
Jeśli zamiast człowieka duch na szkapie siedzi.

BROŃ.

Kij bardziej niźli lanca rani i zabija,
Jeśli żołnierz swe serce wbił na koniec kija.
Szabla jest dla zabawy, lanca dla obawy,
Karabiny dla wrzawy, kosa do rozprawy.
Kosa wiosny narzędziem, cep jesiennej pory,
A zimą gospodarze biorą za topory;
Kościuszko zaczął kosić, teraz młócić pora,
A w końcu na Moskali bierz się do topora.

MĘDRZEC.

Mędrzec dmie się jak pająk, gdy w swej norze spocznie,
Lecz gdy się spuszczać zacznie, chudnie już widocznie;
A im dłuższą nić snuje, tem się bardziej chwieje:
Oto są dogmatyków i sceptyków dzieje.

ŚWIADECTWO.

Prawnicy swe świadectwa podpisują sami,
Chłop zwykle je oznacza trzema krzyżykami;
Częściej sędzia za ważne to świadectwo przyjmie,
Gdzie zobaczy krzyżyki, niż gdzie własne imię.

BÓG W DUSZY.

Duszo! gdy poczniesz Boga, masz go w sercu chować,
Bo Herod już śle katów, by go zamordować,
I póki twoje dziecię nie urośnie w lata,
Uciekaj do Egiptu przed oczyma świata.

PRACA.

Jeśli masz się do dzieła ważnego sposobić,
Pomyśl, czy je chcesz najpierw i czy umiesz robić;
Ja choćbym chciał i umiał, jeszcze się nie ważę,
Jeżeli mi powinność działać nie nakaże.

DZIEŁO.
Jeśli dzieło wymaga namyślań się długich,
Jeśli go nie dokończysz bez pomocy drugich,
Jeśli się wielu głupców już do niego wzięło,
Chcesz mieć czyste sumienie, porzuć takie dzieło.
ZŁE.

Dobrze, że znamy węża i że przed nim stronim,
Lecz lepiej go nie spotkać i nie wiedzieć o nim.

MĘDRZEC.

Prawy mędrzec się cieszy, jak pielgrzym ubogi,
Gdy spotka na pustyni towarzysza drogi;
Lecz półmędrek jak złodziej manowcami zmyka,
Bo w każdym widzi świadka lub współzawodnika.

NAUKI.

Nauki są lekarstwem, chlebem słowo boże;
Kto ma zdrowy żołądek, bez lekarstw żyć może.

OKLASKI.

I ty się z tego cieszysz, o mądrości synu!
Żeś został z oklaskami przyjęty od gminu?
Wszak prawda w oczy kole; jeśli ci gmin klaskał,
To dowód, filozofie, żeś nie kłół, lecz głaskał.

MĘDREK.

Mędrek dmie przed swym uczniem, przed równym się chlubi,
Lecz zarówno współmędrka jak ucznia nie lubi:
Współmędrka, żeby jego bogactw nie obliczył,
Ucznia, aby ich nie skradł, lub nie odziedziczył.

BARANEK.

Nazwałeś się Barankiem, więc musiałeś, Panie,
Rodzić się wśród pasterzy, w stajence, na sianie.

GOTOWOŚĆ.
Grzesznik leży, pokutnik dźwiga się na nogi,
A święty stoi prosto, gotowy do drogi.

BÓG.

Nie jest punkt geometrów długi i szeroki,
A przecież tworzy wszystkie linije i boki;
Bóg czasu nie zabiera, ani w miejscu leży,
Choć z niego miejsce wyszło i czas z niego bieży.

CIERPIENIE.

I szczęście jest nie w miejscu, ale w sobie leży;
Cierpienie tylko wiecznie ciągnie się i szerzy.

ATOM.

Świat jest tylko atomem, lecz oślepi snadnie
Najbystrzejszego mędrca, gdy mu w oko wpadnie.

DUSZA ŚWIĘTEGO.

Za co nigdy nie wstąpi anioł w duszę świętą?
Bo ona przez samego Boga jest zajętą.

ŚWIĘCI.

Święci bezpiecznie chodzą wśród piekieł płomieni,
Ale goreją dyabli grzechem napełnieni.

DZIAŁANIE.

Kiedy mowa popłynie, już uczucie ginie,
A gdy potrzebna rada, już dzieło upada.

KRZYŻ.

Odtąd przed znakiem krzyża nie pierzchną szatany,
Lecz je łatwo rozpędzi duch ukrzyżowany.

DZIEWICA I DZIECKO.

Dwie istoty szczęśliwe nawet na tym świecie,
Bo zawsze blizkie Boga: kobieta i dziecię.

SKARB.

Gdybyś szedł nocą ciemną i oczy zamrużył,
Znajdziesz skarb, któryś rano czuwając wysłużył.

BÓG.
Jakiego Boga do ducha weźmiesz,
Na tego podobieństwo stworzony będziesz.



Sen w Dreźnie.[260]




Śniła się zima; ja biegłem w szeregu,
Za procesyją pod niebem, po śniegu.
Nie wiem, skąd wiemy, że na brzeg Jordanu
Idziem i w górze odgłos: »Chwała Panu,
Pokój trzem królom, ludy! do Jordanu!«
Ludzie obok mnie szli dwoma rzędami,
Kobiety, starce i dzieci parami,
W bieli ubrani ci, co z prawej strony,
Ci, co na lewo — w żałobne opony,
Szli ze świecami w dół obróconemi;
Świece gorzały płomieniem do ziemi,
Jak złote strzały.
A ci bez światła szli, co po prawicy,
Każdy z nich w ręku niósł kwiat, zamiast świécy.
Spojrzałem w twarze: są i mnie znajome;
Zląkłem się, wszystkie jak głaz nieruchome.
Wtem jedna osoba wyszła z prawej strony:
Kobieta świeci okiem przez zasłony,
Stanęła przy mnie; wtem wybiegł chłopczyna
I o jałmużnę dla ojca zaklina.
Dałem grosz, ona dała tyle dwoje.
Znowu sześć dałem, ona znów we dwoje.
Zbiegli się widze; po złoto sięgamy,
Kto z nas da więcej, dajemy, szukamy,
Wstyd nam! już wszystko daliśmy, co mamy.
Lud łajał chłopcu: — »Oddaj im!« — żartują.
— »Oddam — rzekł chłopiec — jeżeli żałują«.
Lecz nazad przyjąć już mi się nie chciało,
Postać[261] mnie ręką przeżegnała białą.
Wtem weszło słońce — lato — śnieg nie spłynął,
Lecz jak ptak biały dwa skrzydła rozwinął

I skacząc, leciał; niebo się odkryło
I wkoło ciepło i błękitno było!
Uczułem zapach Włoch, róż i jaśminu,
Różą pachnęły góry Palatynu[262].
Ujrzałem Ewę[263],
Jaką widziałem na Albańskiej górze[264],
W białej sukience i ubraną w róże;
Motyle wkoło, ona między niemi
Zdała się wznosić i nie tykać ziemi.
Twarz piękna, jako Przemienienie Pańskie,
Wzrok utopiła w jezioro Albańskie,
Ciekawie patrzy, nie ruszy powieki,
Jakby w tej głębi modrej i dalekiéj
Odbite swoje oblicze widziała
I przed jeziorem róże poprawiała.
Chciałem przywitać, lecz siły nie miałem,
Z gwałtownej chęci mówić — oniemiałem;
Lecz rozkosz moja, ach! ta rozkosz senna,
Któż ją opowie? — mocniejsza niż dzienna,
Lżejsza i milsza; jawa ma żar słońca,
A sen łagodność i ciszę miesiąca.
Za ręce wreszcie jak siostrę ująłem;
Spojrzała ku mnie okiem niewesołem[265].
»O siostro moja! patrząc w to twe oko,
Czuję me szczęście tak dziwnie głęboko,
Że mi się zdaje, że jestem w kościele«.
Ona mi rzekła z uśmiechem dziecięcia:
— »Rodzice moi chcą mnie z innym swatać,
Lecz ja jaskółka chcę daleko latać;
Mam skrzydła dobre, patrz, jaki ptak ze mnie,
Lecę popłókać pióra moje w Niemnie.
Wiem ja o twoich wszystkich przyjaciołach,
Znajdę ich, leżą w grobach, po kościołach.
Muszę i w lasy, w jeziora przepadać,
I drzew popytać, i z ziółkami gadać,

One o tobie dziwne rzeczy wiedzą,
Wszystko, gdzieś chodził, coś robił, powiedzą«.
Słuchałem — i mnie nie zdała się ciemna
Jej mowa, choć tak dziwna i tajemna.
I mnie się zdało, że sam lecieć mogę,
I prosiłem ją, by mnie wzięła w drogę.
Zląkłem się tylko, że chce na doliny
Iść, pytać o mnie drzewa i krzewiny,
I przypomniałem nagle wszystkie biedy,
Chwile pustoty, szaleństwa zapędy,
I czułem serce tak mocno rozdarte,
Tak jej i szczęścia i nieba niewarte...
Wtem obaczyłem jaskółkę; z powrotem
Już leci; za nią jakby wojsko czarne:
Sosny i lipy, piołuny i cząbry,
Świadczyć przeciwko mnie.
Przebudziłem się z obliczem ku niebu,
Z rękami na krzyż, jakby do pogrzebu.
Sen mój był cichy. Łzy jeszcze płynęły
Gęsto po licach, i jeszcze wionęły
Świeżym zapachem i Włoch i jaśminu,
I gór Albańskich i róż Palatynu.




Widzenie.




Dźwięk mię uderzył... Nagle moje ciało,
Jak ów kwiat polny, otoczony puchem,
Prysło, zerwane anioła podmuchem,
I ziarno duszy nagie pozostało...
I zdaje mi się, żem się nagle zbudził
Ze snu strasznego, co mnie długo trudził.

I jak zbudzony ociera pot z czoła,
Tak ocierałem moje przeszłe czyny,
Które wisiały przy mnie jak łupiny
Wokoło świeżo rozkwitłego zioła.
Ziemia i cały świat, co mię otaczał,
Gdzie dawniej dla mnie tyle było ciemnic,
Tyle zagadek i tyle tajemnic,
I nad któremi jam dawniej rozpaczał:
Już w nim ujrzałem wszystko w głębi, na dnie,
Jak w ciemnej wodzie, na którą blask padnie.
Teraz widziałem całe wielkie morze,
Płynące z środka, jak ze źródła, z Boga.
A w niem rozlana była światłość błoga
I mogłem latać po całym przestworze,
Biegać jak promień przy boskim promieniu
Mądrości bożej; i w dziwnem widzeniu
I światłem byłem i źrenicą razem.
I w pierwszym, jednym rozlałem się błysku,
Nad przyrodzenia całego obrazem:
W każdy punkt moje rzuciłem promienie,
A w środku siebie, jakoby w ognisku,
Czułem od razu całe przyrodzenie.
Stałem się osią w nieskończonem kole:
Sam nieruchomy, czułem jego ruchy;
Byłem w pierwotnych żywiołów żywiole,
W miejscu, skąd wszystkie rozchodzą się duchy
Świat ruszające, same nieruchome,
Jako promienie, co ze środka słońca
Leją potoki blasku i gorąca,
A słońce w środku stoi niewidome.
I byłem razem na okręgu koła,
Które się wiecznie rozszerza bez końca
I nigdy bóstwa ogarnąć nie zdoła.
I dusza moja, krąg napełniająca,

Czułem, że wiecznie będzie się rozżarzać,
I wiecznie będzie ognia jej przybywać;
Będzie się wiecznie rozwijać, rozpływać,
Rosnąć, rozjaśniać, rozlewać się, stwarzać,
I coraz mocniej kochać swe stworzenie
I tem powiększać coraz swe zbawienie.

Przeszedłem ludzkie ciała, jak przebiega
Promień przez wodę, ale nie przylega
Do żadnej kropli: wszystkie nawskroś zmaca
I wiecznie czysty przybywa i wraca,
I uczy wodę, skąd się światło leje,
I słońcu mówi, co się w wodzie dzieje.

Stały otworem ludzkich serc podwoje.
Patrzyłem w czaszki, jak alchemik w słoje.
Widziałem, jakie człek żądze zapalał,
Jakie i kiedy myśli sobie nalał,
Jakie lekarstwa, jakie trucizn wary
Gotował skrycie. A dokoła stali
Duchowie czarni, aniołowie biali,
Nieprzyjaciele i obrońcy duszni,
Skrzydłami studząc albo niecąc żary,
Śmiejąc się, płacząc, a zawsze posłuszni
Temu, którego trzymali w objęciu,
Jak jest posłuszna piastunka dziecięciu,
Które jej ojciec, pan wielki, poruczy,
Choć ta na dobre, a ta na złe uczy.
...............



Do Bohdana Zaleskiego.




Słowiczku mój! a leć! a piej!
Na pożegnanie piej
Wylanym łzom, spełnionym snom,
Skończonej piosnce twej!

Słowiczku mój! twe pióra zzuj,
Sokole skrzydła weź
I w ostrzu szpon, zołoto-stron
Dawidzki hymn tu nieś!

Bo wyszedł głos i padł już los,
I tajne brzemię lat
Wydało płód, i stał się cud!
I rozraduje świat.
Paryż, w sierpniu, 1841 r.




Drzewo (urywek).[266]




I z drzewa wysłużyło już zostać robakiem,
Już świeci się po wierzchu liściem niejednakim,
Barwistą wróżbą liszki, wierzchołki jak różki
Bodzie w górę i liśćmi przebiera jak nóżki,
Gdy wiatr wionie, że nie wiesz, czy dziecko w kolebce,
Czy gąsienica szybko mącąca nogami.
Wsłuchać w szum wód głuchy, zimny i jednaki
I przez fale rozszerzać myśl wód jak przez znaki,
Dać się unosić wiatrom nie wiedzieć gdzie lotnym
I zliczyć każdy dźwięk na ich ruchu kołowtotnym[267],
Wnurzyć się w łono rzeki z rybami,
Ich okiem niewzruszonem jak gwiazda
Nie wyczytasz...



Urywki bez napisów.[268]




I.

Broń mię przed sobą samym — muszę dojść potęgi!
Są chwile, w których nawskroś widzę Twoje księgi,
Jak słońce mgłę przeziera, która ludziom złotą,
Brylantową zdaje się — a słońcu ciemnotą...
Człowiek większy nad słońce, wie, że ta powłoka
Złota — ciemna jest tylko tworem jego oka.
Zwracam na cię słoneczne, ludzkie me źrenice,
Chwytam Ciebie rękami za obie prawice
I krzyczę na głos cały: »Wydaj tajemnicę!«
Dowiedź, żeś jest mocniejszy, lub wyznaj, że tyle
Tylko, ile ja, możesz w mądrości i sile...
Nie znasz początku Twego, a czyż ludzkie plemię
Wie, od jakiego czasu upadło na ziemię?
Bawisz się tylko ciągle, badając sam siebie —
Cóż robi rodzaj ludzki? w swych dziejach się grzebie.
Twoja mądrość samego siebie nie dociecze,
A czyliż samo siebie zna plemię człowiecze?
Jeden masz nieśmiertelność — my czy jej nie mamy?
Znasz siebie i nie znasz — my czy siebie znamy?
Końca Twojego nie znasz — my kiedyż się skończym?
Dzielisz się, łączysz — i my dzielim się i łączym.
Tyś różny i my zawsze myślą rozróżnieni;
Tyś jeden — i my zawsze sercem połączeni.
Tyś potężny w niebiosach — my tam gwiazdy śledzim;
Wielkiś w morzach — my po nich jeździm, głąb ich zwiedzim.
O Ty, co świecąc nie znasz wschodu i zachodu,
Powiedz, czem Ty się różnisz od ludzkiego rodu?
Toczysz walkę z szatanem w niebie i na ziemi —
My walczym w sobie, w świecie, z chęciami własnemi.
Ty sam na siebie wdziałeś raz postać człowieka.
Powiedz, czyś wziął na chwilę, czyś ją miał od wieka?


II.

...Ręce za lud walczące, sam lud poobcina,
Imion miłych ludowi — lud pozapomina...
Wszystko przejdzie. Po szumie, po huku, po trudzie,
Wezmą dziedzictwo cisi, ciemni, mali ludzie.



III.

Pytasz, za co Bóg trochą sławy mię ozdobił?
Za to, com myślił i chciał — nie za to, com zrobił.
Myśli i chęci — jest to poezyja w świecie:
Wykwita i opada, jak kwiat w jednem lecie;
Lecz uczynki, jak ziarna, w głąb ziemi zaryte,
Aż na przyszły rok ziarna wydadzą obfite.
Przyjdzie czas, gdy błyszczące imiona pogniją,
Z cichych ziaren wywite kłosy świat okryją...
Huk jest przemijający, a Chrystus powiedział:
»Błogosławiony cichy, on wszystkich przesiedział«.
Niech prawdy nie zapomni, kto Chrystusa słyszy,
Kto pragnie ziemię posiąść, niechaj siedzi w ciszy.




Słowa Chrystusa.




1. Wierz, iż obejmowałem duchem moim świat słoneczny cały (jako płaz nosi w sobie jaje swoje), napełniałem świat, jako gospodarz napełnia duchem swoim dom cały i trzyma go i skinieniem w nim włada.
2. A jeżeli Pan sam zacznie dziecko swoje uczyć, nie przez najętych mistrzów, ale sam, siedząc nad niem dzień i noc, zapominając niejako o mądrości swojej i potępiając się na rozmowy dziecinne, a cóż to za miłość!
3. Tak ja gadałem z ludem-dzieckiem przez proroki moje starozakonne, a cóż kiedy Pan dorosłego chłopca narowy i namiętności chce powściągnąć, pokazując złe ich skutki nie na zwierzęciu domowem, lub na niewolniku, ale sam na swojej osobie, dając się głodzić i katować, mówiąc: dziecię, widzisz, jak mię to boli. Pamiętaj o łzach tych i o krwi tej, jak przyjdziesz do rozumu.
4. Ja tak uczyłem brata mojego. Bo dzieckiem Boga jest człowiek zbiorowy — ludzkość; hodowałem ją, jak wy dzieci wasze, tylko z większą miłością.
5. Teraz młodzieńcem jest człowiek zbiorowy i pójdzie na wojnę ze złem.
6. A Duch Pański, duch mój, staje się człowiekiem, a nie poznajecie go, bo uczy was jako wolne dzieci.
7. Ojciec miłujący stanie z tobą, człowiecze, w postaci kolegi, towarzysza broni, owszem luzaka wiernego, przypasze tobie miecz, konia tobie poda, usadzi ciebie, a sam stary wojak, bezbronny, iść przed tobą będzie, mówiąc: Synu, idź tu za mną, prosto. Złe jest mądre, a widzisz, że ja prostszy, a mędrszy od niego; obszedłem je, zdybaliśmy je, wydane jest w ręce nasze. Złe jest zbrojne, a ja nie boję się go bezbronny. Patrz! blednieje i ucieka.
8. Zwyciężaj i ciesz się, dziecię me; ale jak postarzejesz, nie zapominaj i drugim powiedz, gdzie szukać mądrości i co jest waleczność. Widzisz, synu, dlaczego teraz żołnierzem być muszę; a życie młodzieńca jeszcze długie, praca Ojca twojego długa, a ty kochaj go i noś go w duchu.
9. A kiedy znowu przyjdzie do ciebie, znowu z innem obliczem, poznasz głos Jego i oblicze Jego objaśni się tym, którzy go miłują i noszą w sercu.



POEZYE RELIGIJNO-GNOMICZNE.




Hymn
Na dzień Zwiastowania N. M. Panny.




Pokłon przeczystej Rodzicy!
Nad niebiosa Twoje skronie,
Gwiazdami Twój wieniec płonie
Jehowie na prawicy.

Ninie dzień Tobie uświęcamy wierni.
Śród Twego błyśnij kościoła!
Oto na ziemię złożone czoła,
Oto, śród niemej bojaźnią czerni,
Powstaje prorok i woła:
Uderzam organ Twej chwale,
Lecz z bóstwa idzie godne bóstwa pienie,
Śród Twego błyśnij kościoła
I spuść anielskie wejrzenie!
Duchy me bóstwem zapalę,
Głosu mi otwórz strumienie!
A zagrzmię pieśnią, jaką Cheruby
Zagrzmią światu na skonanie,
Gdy proch, zapadły w wieków otchłanie,
Ze snu nicości wybiją.
Takim grzmotem Twoje chluby,
Gdzie piekło, gdzie gwiazdy świecą,
Nieskończoność niech oblecą,
Wieczność przeżyją.

A któż to wschodzi? Wschodzi na Syon Dziewica.
Jak ranek z morskiej kąpieli
I jutrznia — Maryji lica,
Śnieży się obłok, słońce z ukosa
Smugiem złota po nim strzeli —
Taka na śniegu, co szaty bieli,
Powiewnego jasność włosa.
Pojrzał Jehowa i w niej upodobał sobie.
Pękły niebios zwierciadła,
Biała gołąbka spadła
I nad Syonem w równi trzyma skrzydła obie,
I srebrzystej pierzem tęczy
Niebianki skronie uwieńczy.
Grom, błyskawica!
Stań się, stało;
Matką Dziewica.
Bóg ciało!




Do Marceliny Łempickiej.
W dzień przyjęcia Komunii Świętej.




Dziś cię za stołem swym Chrystus ugościł,
Dziś anioł tobie niejeden zazdrościł.
Ty spuszczasz oczy, które Bóstwem gorą!
Jak ty mnie swoją przerażasz pokorą!
Święta i skromna!... Grzesznicy nieczuli,
Gdy my w spoczynku skroń ospałą złożym,
Tobie, klęczącej przed Barankiem bożym,
Jutrzenka usta modlące się stuli.
Wtenczas zlatuje anioł, twój obrońca,
Czysty i cichy, jak światło miesiąca,
Zasłonę marzeń powoli rozdziela,
A troskliwości pełen i wesela,

Z takiem nad tobą schyla się objęciem,
Jak matka nad swem sennem niemowlęciem.
Jeżeli promień nieśmiertelnej łaski
Zbyt żywo w oczach anioła jaśnieje,
I gdy się senna zbyt żywo rozśmieje,
Anioł łagodnie przygasza swe blaski,
Stula nad senną zasłonę marzenia
I odlatuje, biorąc twe westchnienia.
Lecz nim odleci, kładzie wdzięki nowe,
Jak nowe suknie dziecięciu pod głowę.
Tak się piastunka jego codzień budzi,
Z nową miłością u Boga i ludzi.
Ja bym dni wszystkich rozkosz za nic ważył,
Gdybym noc jedną tak jak ty przemarzył.

Rzym, 1830.




Rozmowa wieczorna.




I.

Z Tobą ja gadam, co królujesz w niebie,
A razem gościsz w domku mego ducha;
Gdy północ wszystko w ciemnościach zagrzebie,
I czuwa tylko zgryzota i skrucha:
Z Tobą ja gadam! Słów nie mam dla Ciebie:
Myśl Twoja każdej myśli mej wysłucha;
Najdalej władasz i służysz w pobliżu,
Król na niebiosach, w sercu mem, na krzyżu!

I każda dobra myśl jak promień wraca
Znowu do Ciebie, do źródła, do słońca,
I nazad płynąc znowu mię ozłaca,
Śle blask, blask biorę i blask mam za gońca.

I każda dobra chęć Ciebie wzbogaca,
I znowu za nią płacisz mi bez końca,
Jak Ty na niebie, Twój sługa, Twe dziecię,
Niech się tak cieszy, tak błyszczy na świecie.

Tyś Król, o cuda! Tyś i mój poddany!
Każda myśl podła, jako włócznia nowa,
Otwiera Twoje niezgojone rany;
I każda chęć zła, jak gąbka octowa,
Którą do ust Twych zbliżam zagniewany.
Póki Cię moja złość w grobie nie schowa,
Cierpisz, jak sługa panu zaprzedany:
Jak Ty na krzyżu, Twój pan, Twoje dziecię,
Niechaj tak cierpi i kocha na świecie.

II.

Kiedym bliźniemu odsłonił myśl chorą
I wątpliwości raka, co ją toczy:
Zły wnet ucieczką ratował się skorą,
Dobry zapłakał, lecz odwracał oczy.
Lekarzu wielki! Ty najlepiej widzisz
Chorobę moją, a mną się nie brzydzisz!

Gdym wobec bliźnich dobył z głębi duszy
Głos przeraźliwszy, niźli jęk cierpienia,
Głos wiecznie grzmiący w piekielnej katuszy,
Cichy na ziemi głos złego sumienia:
Sędzio straszliwy! Tyś ognie rozdmuchał
Sumieniu złemu — a Tyś mnie wysłuchał.

III.

Gdy mię spokojnym zowią dzieci świata,
Burzliwą duszę kryję przed ich okiem,
I obojętna duma, jak mgły szata,
Wnętrze piorunu pozłaca obłokiem;
I tylko w nocy, cicho, na Twe łono
Wylewam burzę we łzy roztopioną.

1830.



Mędrcy.




W nieczułej, ale niespokojnej dumie
Usnęli mędrcy. Wtem odgłos ich budzi:
Że Bóg widomie objawił się w tłumie,
I o wieczności przemawia do ludzi.
»Zabić go — rzekli — spokojność nam miesza!...
Lecz zabić we dnie? obroni go rzesza«.

Więc mędrcy w nocy lampy zapalali,
I na swych księgach ostrzyli rozumy
Zimne i twarde, jak miecze ze stali,
I wziąwszy z sobą uczniów ślepych tłumy,
Szli łowić Boga. A zdrada na przedzie,
Prostą ich drogą, ale zgubną wiedzie.

»Tyś to?« — krzyknęli na Maryi Syna;
»Jam« — odpowiedział — i mędrcy pobladli;
»Ty jesteś?« — »Jam jest«. — Służalców drużyna
Uciekła w trwodze, mędrcy na twarz padli;
Lecz widząc, że Bóg straszy a nie karze,
Wstali przelękli, więc srożsi zbrodniarze.

I tajemnicze szaty z Boga zwlekli,
I szyderstwami ciało jego siekli,
I rozumami serce mu przebodli:
A Bóg ich kocha i za nich się modli!
Aż gdy do grobu duma Go złożyła,
Wyszedł z ich duszy, ciemnej jak mogiła.

Spełnili mędrcy na Boga pogrzebie
Kielich swej pychy. Natura w rozruchu
Drżała o Boga. Lecz pokój był w niebie:
Bóg żyje, tylko umarł w mędrców duchu.

1830.



Arcy-Mistrz.




Jest Mistrz, co wszystkie duchy wziął do chóru
I wszystkie serca nastroił do wtóru,
Wszystkie żywioły naciągnął jak struny,
A wodząc po nich wichry i pioruny,
Jedną pieśń śpiewa i gra od początku:
A świat dotychczas nie pojął jej wątku.
Mistrz, co malował na niebios błękicie,
I malowidła odbił na tle fali,
Kolosów wzory rzezał na gór szczycie,
I w głębi ziemi odlał je z metali:
A świat przez tyle wieków, z dzieł tak wiela,
Nie pojął jednej myśli tworzyciela.
Jest Mistrz wymowy, co bożą potęgę
W niewielu słowach objawił przed ludem,
I całą swoich myśli i dzieł księgę
Sam wytłomaczył głosem, czynem, cudem.
Dotąd Mistrz nazbyt wielkim był dla świata;
Dziś świat nim gardzi — poznawszy w nim brata.
Sztukmistrzu ziemski, czem są twe obrazy,
Czem są twe rzeźby i twoje wyrazy?
A ty się skarżysz, że ktoś w braci tłumie
Twych myśli i mów i dzieł nie rozumie?
Spojrzyj na Mistrza, i cierp, boży synu,
Nieznany, albo wzgardzony od gminu.

1830.




Rozum i Wiara.




Kiedy rozumne, gromowładne czoło
Zgiąłem przed Panem, jak chmurę przed słońcem:
Pan je wzniósł w niebo jako tęczy koło,
I umalował promieni tysiącem.

I będzie błyszczeć na świadectwo wierze,
Gdy luną klęski z niebieskiego stropu;
I gdy mój naród zlęknie się potopu,
Spojrzy na tęczę — i wspomni przymierze.

Panie! Mą pychę duch pokory wzniecił;
Choć górnie błyszczę na niebios błękicie,
Panie! jam blaskiem nie swoim zaświecił:
Mój blask jest słabe twych ogniów odbicie!

Przejrzałem nizkie ludzkości obszary,
Z różnych jej mniemań i barwą i szumem:
Wielkie i mętne, gdym patrzył rozumem,
Małe i jasne — przed oczyma wiary.

I was dostrzegam, o dumni badacze!
Gdy wami burza jak śmieciem pomiata,
Zamknięci w sobie, jak w konchy ślimacze,
Chcieliście mali obejrzeć krąg świata.

Konieczność, rzekli, wedle ślepej woli
Panuje światu, jako księżyc morzu.
A drudzy rzekli: przypadek swawoli
W ludziach, jak wiatry w nadziemskiem przestworzu.

Jest Pan, co objął oceanu fale,
I ziemię wiecznie kazał mu zamącać;
Ale granicę wykował na skale,
O którą wiecznie będzie się roztrącać.

Darmo chce powstać z ziemnego pogrzebu;
Ruchomy wiecznie, ruchem swym nie władnie:
Im wyżej buchnął, tym głębiej upadnie,
Wznosząc się wiecznie, nie wzniesie ku niebu.

A promień światła, który słońce rzuci,
Na szumnej morza igrając topieli,
Nie tonie, tylko w tęczę się rozdzieli,
I znowu w niebo, skąd wyszedł, powróci.

Rozumie ludzki! tyś mały przed Panem,
Tyś kroplą w jego wszechmogącej dłoni.
Świat cię niezmiernym zowie oceanem,
I chce ku niemu na twej wzlecieć toni.

Zdajesz się tykać brzegów widnokręga:
Daremnie z żaglem nawa leci chyża,
Opływa ziemię, niebios nie dosięga;
Twa fala nigdy ku niebu nie zbliża.

Wzdymasz się, płaszczysz, czernisz się i błyskasz,
Otchłanie ryjesz i w górę się ciskasz,
Powietrze ciemnisz chmurami mokremi,
I spadasz z gradem — tyś zawsze na ziemi!

A promień Wiary, którą niebo wznieca,
Topi twe krople, zapala twe gromy,
I twe pogodne zwierciadła oświeca;
Ach! ty bez wiary byłbyś niewidomy.
1830.




Aryman i Oromaz.[269]
(Z Zenda-Westy)[270].




W samym przepaści niezgłębionej środku,
W samym ciemności najgrubszej zarodku,
Osiadł Aryman, jak złodziej ukryty,
Gniewny jako lew, jak wąż jadowity.
Onego czasu nadął się i dźwignął,
I wielką ciemność piersiami wyrzygnął,
I po ciemności, jak pająk po sieci,
Szczeblował w górę, tam gdzie bóstwo świeci.
Oparł się o dnia i nocy granice,
Wynurzył głowę i podniósł źrenice

A skoro ujrzał w samym niebios środku,
W samym jasności najczystszej zarodku,
Oromadesa, co śród tworów świeci,
Jak śród gwiazd słońce, jak ojciec śród dzieci;
Skoro na widok przedwiecznego słońca
Zły duch pomyślił o szczęściu bez końca —
Ta myśl, ogromna jako świata brzemię,
Z takim ciężarem padła mu na ciemię,
Że stracił siłę, runął nadół głową
Przez wieki wieków — i osiadł nanowo
W samym przepaści niezgłębionej środku,
W samym ciemności najgrubszej zarodku.
1830.




Zdania i uwagi
z dzieł Jakóba Boehme[271], Anioła Szlązaka i Saint-Martina[272].




RZECZ ZANIEDBANA.

Jedna jest rzecz na świecie godna ludzkiej pieczy;
Ludzie o wszystkiem myślą, prócz tej jednej rzeczy.

PAX DOMINI[273].

Pokój jest przyszłem dobrem, przyszłem szczęściem mojem:
Nie chciałbym Boga, gdyby Bóg nie był pokojem.

STOPNIE PRAWD.

Są prawdy, które mędrzec wszystkim ludziom mówi;
Są takie, które szepce swemu narodowi;
Są takie, które zwierza przyjaciołom domu;
Są takie, których odkryć nie może nikomu.

VENI CREATOR SPIRITUS[274].
Niech się twa dusza jako dolina położy,
A wnet po niej, jak rzeka, popłynie duch boży.

ŚRODEK.

Bóg nie nad głową mieszka, lecz w środku człowieka:
Więc kto w głowę zachodzi, od Boga ucieka.

KIERUNEK.

Gdzie kto będzie po śmierci, za życia odgadnie:
Gdzie chylił się za życia, tam po śmierci wpadnie.

FILOZOF I BÓG EMIGRANT.

Wygnaliśmy z serc Boga, weźmiem dobra po nim,
Gadać o nim i pisać do niego zabronim;
Mamy nań sto gąb brzmiących i piór ostrych krocie:
A ten zbrodniarz emigrant myśli o powrocie!

SŁOWO I CZYN.

W słowach tylko chęć widzim, w działaniu potęgę;
Trudniej dzień dobrze przeżyć, niż napisać księgę.

CUR?[275]

Pierwsza mowa szatana do rodu ludzkiego
Zaczęła się najskromniej od słowa: »Dlaczego?«

WŁASNOŚĆ JEST NĘDZĄ.

Czemu szatan jak nędzarz wszystkim dóbr zazdrości?
Bo sam nic nie posiada, prócz swojej własności.

RUSZTOWANIE.

Duch jest budowlą, ciało jako rusztowanie:
Musi być rozebrane, gdy budowla stanie.

BŁOGOSŁAWIENI CISI.

O kawał ziemi ludzkie dobija się plemię;
Zostań cichym, a możesz posiąść całą ziemię.

DROGA DO WIECZNOŚCI.
Ci, co nad czas i miejsce ducha swego wzbili,
Mogą czucia wieczności doznać w każdej chwili.

CZŁOWIEK WIECZNOŚCIĄ.

Sam człowiek jest wiecznością, kiedy na świat zdąży,
I Boga w sobie, a sam w Bogu się pogrąży.

BOGACTWO ŚWIĘTEGO.

Człowiek święty jest równie jak Stwórca bogaty,
Bo Stwórca z nim podziela wszystkie swoje światy.

NIC DARMO.

Bóg nic darmo nie daje, lecz wszystko otwiera,
I każdy z Boga tyle, ile chce, zabiera.

MIARA BÓSTWA.

Bóg wznosi się tak górnie, tak wysoko leży,
Że granic bóstwa swego sam nigdy nie zmierzy.

CNOTA

Gdy pełnisz cnotę, cierpisz trudy i kłopoty,
Jeszcześ nie jest cnotliwym, tylko szukasz cnoty.

PRÓBA.

Wtenczas powiesz, człowieku, żeś godzien zbawienia,
Jeśli zdołasz wnijść w piekło i nie czuć płomienia.

NIEUFNOŚĆ.

Obraża niebo podła i nieufna tłuszcza,
Co wzywa Boga, lecz się na Boga nie spuszcza.

SKĄD MĘKA?

Cierpi człowiek, bo służy sam sobie za kata;
Sam sobie robi koło i sam się w nie wplata.

BOŻE NARODZENIE.

Wierzysz, że się Bóg zrodził w Betlejemskim żłobie,
Lecz biada ci, jeżeli nie zrodził się w tobie.

FIGURA NIE ZBAWI.
Krzyż, wbity na Golgocie, tego nie wybawi,
Kto sam na sercu swojem krzyża nie wystawi.

ROZMOWA.

Duch ze swej bezdeni woła: Bóg ze swej bezdeni
Odpowiada: obadwa równo niezgłębieni.

GDZIE NIEBO?

Do nieba patrzysz w górę, a nie spojrzysz w siebie;
Nie znajdzie Boga, kto go szuka tylko w niebie.

JAK SŁUCHAĆ?

Kto pragnie wieczne słowo w głębi własnej duszy
Sam wyraźnie usłyszeć, niech wprzód zamknie uszy.

SŁOWO I CIAŁO.

Słowo stało się ciałem, ażeby nanowo
Ciało twoje, człowieku, powróciło w słowo.

CEL STWORZENIA.

Czego szuka stworzenie od wieków tak wiela?
Szuka tylko spoczynku, swego stworzyciela.

WARUNEK WŁADZY.

Gdybym tyle jak Chrystus mógł wziąć bóstwa w siebie,
Zaraz stałbym się władcą na ziemi i niebie.

DO RAJU PRZEBOJEM.

Do raju drzwi otwarte, ale rzadki zdoła
Przebić się przez ogniste miecze archanioła.

RÓŻNICE.

Czemu jest pierś anielska więcej Bogu droga
Niż pierś muchy? bo więcej bierze w siebie Boga.

WZAJEMNOŚĆ.

Ile się dusza wzruszy, tyle Boga wzruszy;
O ile dusza w Bogu, o tyle Bóg w duszy.

JA.
Gdyby szatan na chwilę mógł wynijść sam z siebie,
Toby w tej samej chwili już ujrzał się w niebie.

NIZKIE DRZWI.

Pomiędzy dzieci boże próżno ten wnijść pragnie,
Kto się u drzwi tak nizko, jak dziecię, nie nagnie.

OSZUKAŃSTWO.

Wołasz do Boga: Ojcze! Ojciec wnet przychodzi:
Aż zamiast dziecka, chłopa dużego znachodzi.

DAR NIE BOGIEM.

Kto modli się o dary, złe pacierze mówi:
Bo modli się stworzeniu, nie stworzycielowi.

SKĄD WOJNA?

Za co człowiek na bliźnich tak często uderza,
Jak na dzikie zwierzęta? Bo ma w sobie zwierza.

WOJNA TYLKO MIĘDZY RÓWNYMI.

Zwierz walczy ze zwierzęciem, boi się człowieka;
Człowiek walczy z człowiekiem, od ducha ucieka.

WARUNEK BEZPIECZEŃSTWA.

Ten może deptać węże, głaskać lwy i tury,
Kto wyrwał z siebie żądło, rogi i pazury.

WARUNEK NIETYKALNOŚCI.

Chcesz cało przejść pomiędzy światowym rozruchem?
Bądź dla zwierząt człowiekiem, a dla ludzi duchem.

POWOŁANIE CHYBIONE.

Smutni! chorzy! wy, zamiast cieszyć się i leczyć,
Wolicie wzajem siebie smucić i kaleczyć.

SKĄD ZŁO?

Bóg jest dobrem: więc wszystko, na co duch narzeka,
Zło, śmierć i potępienie, pochodzą z człowieka.

UWAGA CHROMEGO.
Kiedy pierwszy raz wnijdę w jakie zgromadzenie,
By poznać ludzi, zważam pierwsze ich spojrzenie;
Rozsądni naprzód spojrzą na mą nogę prawą,
Głupi naprzód na lewą, którą mam kulawą.
RÓŻNICA.

Dobry i zły zarówno chodzą za bliźnimi,
Jeden — żeby ich żywił, drugi — by żył nimi.

KRÓL I KAT.

Dobry człowiek, jako król, szuka kogo wieńczyć;
Zły podobny do kata: szuka kogo męczyć.

BŁOGOSŁAWIENI CISI.

Wszyscy walczą dla dobra, któż używać będzie?
Błogosławiony cichy, ten ziemię posiędzie.

NARÓD CICHY.

Żaden naród prac swoich nie cieszył się płodem,
Bo żaden nie był ludu cichego narodem.

WIECZNA RZECZPOSPOLITA.

Pewna rzeczpospolita jest zawsze i wszędzie,
Chociaż państwem na ziemi nie była, ni będzie.

ZEGAR.

Niepokój jest zegarem, on czas ludziom stwarza:
Kto umorzył niepokój, wnet i czas umarza.

KRÓLESTWO BOŻE GWAŁT CIERPI.

Niebo samo nie spadnie, trzeba je osiągnąć:
I Pan Bóg sam nie zstąpi, potrzeba go ściągnąć.

NADZIEJA.

Trzymaj ten sznur, choć fala nad głową szaleje;
Wybrnąłby szatan, gdyby mógł chwycić nadzieję.

ZAPOMNIENIE SIĘ SZATANA.
Szatan wie, że Bóg wieczny i w sile niezmierny;
Ale o tem zapomniał, że Bóg miłosierny.

JEGO PRZECZUCIE.

Szatan przeczuwa dobrze wieczność swej katuszy,
Ale rozumowaniem to przeczucie głuszy.

O CO KŁÓTNIA?

Od chwili, gdy zaczęli czarci z nieba spadać,
Kłócą się dotąd, kto z nich ma niebo posiadać.

JAKI ŻAL.

Powiadasz, że żal zbawia: wszak czarty się żalą?
Żalą, lecz na drugich, a sami się chwalą.

KARA BOŻA.

Największego grzesznika Bóg sił nie pozbawia,
Tylko na karę własnym siłom go zostawia.

CZAS DZIAŁANIA.

Kto na wieczność pracuje, drogo czas szacuje:
Bo kiedy czas ustanie, kończy się działanie.

WIECZNOŚĆ NIE MA CHWIL.

Czy wiecie, żeśmy dłużej, niżeli Bóg żyli?
Bóg jest wieczny, a przecież nie żył ani chwili.

CZAS.

Czas jest łańcuch; im dalej od Boga ucieczesz,
Tem dłużej i cięższy łańcuch z sobą wleczesz.

MILCZENIE.

Zaiste, miłe Bogu jest aniołów pienie:
Ale daleko milsze człowieka milczenie.

CICHOŚĆ.

Głośniej niźli w rozmowach, Bóg przemawia w ciszy,
I kto w sercu ucichnie, zaraz go usłyszy.

ŹRÓDŁA.
Mówisz: niech sobie ludzie nie kochają Boga,
Byle im była cnota i ojczyzna droga.
Głupiec mówi: niech sobie źródło wyschnie w górach,
Byleby mi płynęła woda w miejskich rurach.
ODLEGŁOŚĆ.

Że do nieba daleko, niejeden narzeka:
Ziemia dalej, niżeli niebo od człowieka.

GOŚĆ.

Wołasz Boga: on często schodzi pokryjomu
I puka do drzwi twoich; aleś rzadko w domu.

TRWOGA SZATANA.

Czemu sąd ostateczny tak szatana trwoży?
Czyli mu niewiadomy dotąd wyrok boży?
Czy on żałuje świata, który się ma złamać?
Żałuje, bo bez świata gdzież on będzie kłamać?

DLACZEGO KŁAMIE?

Szatan, choć sobie mądrość i siłę przyznaje,
Wie, że kłamie i wiary sam sobie nie daje;
Dlatego rad śród ludzi zdania swoje szerzyć,
By je słysząc z ust cudzych, mógł im sam uwierzyć.

ŻĄDZA NIEŚMIERTELNOŚCI.

Chcesz zyskać nieśmiertelność przez jaki czyn dzielny?
Głupiś! czy chcesz, czy nie chcesz, będziesz nieśmiertelny.

>TRÓJCA.

Bóg jest w Trójcy jedyny, ma pokój w radości:
Radość pochodzi z Trójcy, a pokój z jedności.

WESELE I CIERPIENIE.

Bóg w duchu swym wiecznego doznaje wesela,
A w nas cierpi o tyle, o ile się wciela.

ZGODNOŚĆ.
Dobry mistrz w takim tylko chórze śpiewać lubi,
Gdzie czuje, że głos własny w harmonii gubi.

JA.

Muzyk zmiesza orkiestrę najlepiej dobraną,
Jeśli grając stara się, żeby »go« słyszano.

BANK.

Dziwisz się, że po śmierci mała nasza cnota
Ma rosnąć w szczęście przez ciąg wiecznego żywota.
Nie dziwisz się, że jeden grosz, w banku złożony,
Za kilka wieków może uróść w milijony.

GRZECH.

Grzech jest palnym żywiołem: więc kto grzechu niéma,
Może stać w środku piekła, ogień go nie ima.

APOSTOLSTWO I FILOZOFIA.

Filozof uczniom własnej nauki udziela:
Apostoł tylko świadkiem jest nauczyciela.

ŚWIADEK I OSKARŻYCIEL.

Straszniejsze jest dla zbrodni świadectwo, niż skarga:
Łotr lży oskarżyciela, na świadków się targa.
Skarżących mędrków czasem pospólstwo łajało,
Lecz świadczących o prawdzie zawsze mordowało.

URZĄD.

Człowiek jest urzędnikiem wysokiego stanu:
Cały świat służy jemu, a on tylko Panu.

WŁASNOŚĆ OSOBISTA.

Skarżysz się, że ktoś z twojej własności korzysta:
Grzech jest to jedna twoja własność osobista.

SKARGA.
»Uszło szczęście, i próżno dotąd za niem chodzę!...«
Nie uszło: czeka ciebie na krzyżowej drodze.

UPÓR.

Pan dotąd miłosiernie patrzy na szatana,
Lecz szatan odwraca się, by nie widział Pana.

MĄDROŚĆ.

Nauką i pieniędzmi drudzy cię zbogacą;
Mądrość musisz sam z siebie własną dobyć pracą.

MĄDROŚĆ I UMIEJĘTNOŚĆ.

Aby mądrości nabyć, nie dość mieć pojętność,
Nie dość uczyć się; mądrość nie jest umiejętność.
Ta pragnie z teoryi praktykę wyciągnąć,
A tamta — teoryę praktyką osiągnąć.

NAUKA BEZBOŻNYCH.

Kiedy nad naukami bezbożnik pracuje,
Strzeż się, jest to zbójca, który broń kupuje.

PRAKTYKA.

Na co będą potrzebne — pytało pacholę —
Trójkąty, czworoboki, koła, parabole?
Że potrzebne — rzekł mędrzec — musisz teraz wierzyć;
Na co potrzebne? zgadniesz, gdy zaczniesz świat mierzyć.

CZAS.

Czas jako powróz wiąże ducha do natury;
Póty męczyć się musim, aż zużyjem sznury.

ATOM.

»Świat widzialny jest atom«. Prawda, astronomie!
Za cóż ty chcesz żyć cały tylko w tym atomie?...

ROZPRAWA.
O czemkolwiek rozprawa, im dłużej się wiodła,
Tem dalsza jest od prawdy, jak woda od źródła.

RADA GŁUPCÓW.

Poco się ten gmin głupi na radę zgromadził?
Chce, żeby mu radzono to, co już uradził.

DOBRA RADA.

W jednym tylko przypadku rada nie zawadzi:
W jakim? Gdy się Pokora u Mądrości radzi.

TŁUM.

Szatan jest tchórz, boi się zostać w samotności,
I dlatego najczęściej między tłumem gości.

ZNAK.

Bóg pomazańcom swoim znak na czole kładnie;
Naród, który tych znaków nie widzi, upadnie.

WIERZCHOŁEK I PODSTAWA.

Na głębszych fundamentach wyższy mur stać może:
I wyższy rozum tylko na głębszej pokorze.

ODDYCHANIE BOGA (Z PERSKIEGO).

Kiedy tchnie, całą przyszłość z piersi swych wyzionie;
Gdy westchnie, całą przeszłość w piersiach swych pochłonie.

LICZBA GWIAZD.

Prawd w piśmie bożem, równie jako gwiazd w błękicie:
Im lepsze macie oczy, tem więcej ujrzycie.

WALKA ZE SMOKIEM.

Ilekroć złą myśl w duszy dobra przezwycięża,
Tylekroć święty Michał strąca z niebios węża.

MIKROKOSMOS, MIKROBIBLIA.[276]

Ciało jest małym światem, książka duszą małą,
W której spisano wszystko, co się w świecie stało.

FAŁSZYWA MONETA.
Kłamca jest zły moneciarz; pozwól mu fałsz mnożyć,
To on sam jeden zdoła cały kraj zubożyć.

RUCH GŁUPI.

Głupiec, jak muł we młynie, związane ma oczy,
I ciągle ruszając się, ciągle w miejscu kroczy.

RUCH MĄDRY.

Mędrcy prawdziwie wielcy, jak niebieskie ciała,
Zdają się stać, gdy każde z nich leci i działa.

PRAWDZIWA WIELKOŚĆ.

Dobrzeby w życiu świeckiem, jak niegdyś w Kościele,
Tego tylko zwać wielkim, co wycierpiał wiele.

BAJKA.

»Świat ten jest czysta bajka!« Zgoda, przyjacielu:
Lecz każda bajka ma sens moralny na celu.

ZGODA.

Wtenczas tylko rzetelnie pogodzisz się z wrogiem,
Jeśli ty i wróg pierwej zgodzicie się z Bogiem.

DZIAŁANIE I CIERPIENIE.

»Czy mam działać, czy cierpieć?« Bądź Stwórcy obrazem
I jak On w każdej chwili działaj i cierp razem.

HISTORIA I PROPHETIA[277].

Czas przeszły równie od nas jak przyszły daleki;
Ten tylko pojmie przeszłe, kto zgadł przyszłe wieki.

POKUSY.

Nawała pokus, równie jako morska burza,
Dzielnych pływaczów wznosi, a słabych zanurza.

EGOIZM.

Nie ten jest egoistą, kto od ludzi stroni,
Ale ten, kto za bliźnim jak za łupem goni.

POTWARZ I POCHLEBSTWO.
Pochlebca i potwarca za zasługą łażą;
Brzydź się więcej pochlebstwem niżeli potwarzą.
W potwarzy dla dobrego jest zawżdy nauka,
Pochlebstwo złych zatwardzi, a dobrych oszuka.
NOCNY PTAK.

Szatan w ciemnościach łowi; jest to nocne zwierzę:
Chowaj się przed nim w światło, tam cię nie dostrzeże.

KRZYWDA CZASEM PRZYDA SIĘ.

Często grzesznik przed śmiercią na bliźnich się żali,
Iż mu nie dosyć w życiu krzywd nawyrządzali.

NIE ŹLE BYĆ ŚMIESZNYM.

Nie źle to jest być śmiesznym. Żartowano z panów,
Z mędrców, z wodzów, z poetów, z lekarzy, z kapłanów;
Wszystkich na śmiech wystawił dowcipek ucieszny,
Prócz jednego szatana. On jeden nie śmieszny.

SFERA OWOCÓW.

Musi drzewo, ażeby rozkwitać i rodzić,
Po liściach, jak po szczeblach, na powietrze wchodzić;
Chociaż soki pożywne z łona ziemi bierze,
Owocu dać nie może, tylko w wyższej sferze.

OGNIK.

Mądrość świecka jest nakształt błędnego ognika:
Błyszcząc zwodzi cię z drogi; gdy z niej zejdziesz, znika.

ISKRY.

Jaka tam będzie siła wiecznego płomienia,
Wnoś tu z jego iskierek, ze zgryzot sumienia.

CZERW.
Mędrek świecki wymaga od małych i wielkich,
By wszyscy byli zawsze przykładem cnót wszelkich,
Choć sam co chwila cnotę myślami kaleczy,
Słowami podkopuje i czynem niweczy;
Obrzydliwszy od czerwia, co roztacza drzewa:
Bo tocząc klnie drzewu, czemu nie dojrzewa.

JEDNA WOLA.

Jednej woli jednemu trzeba przedsięwzięciu;
Lepszy jeden wódz głupi, niż mądrych dziesięciu.

CECHA WYŻSZYCH.

Po tem wyższego męża możesz poznać w tłumie,
Że on zawsze to tylko zwykł robić, co umie.

POMAGAĆ BOGU.

Bóg sam może świat zniszczyć i drugi wystawić,
A bez naszej pomocy nie może nas zbawić.

PRÓBY.

Mędrzec zwyczajnych ludzi z rozmowy ocenia,
A nadzwyczajnych mężów poznaje z milczenia.

SEN.

Jak bezsenny źle czyni, gdy oczy zamruża
I kładzie się na łożu, bo tem noc przedłuża;
Tak namiętny źle czyni, gdy śmierć zada sobie:
Wylecz się z bezsenności, nim pójdziesz spać w grobie.

DWA ŚWIATY.

Dobrzy ludzie nie mogą mieć nic na tym świecie,
A za to, źli, na tamtym mieć nic nie będziecie.

MAJESTAT DUSZ NASZYCH.

Sam Bóg bez wiedzy naszej nie może nas rzucić,
A choć rzuci, gdy zechcem, musi do nas wrócić.

RESZTA PRAWD.
Jest i więcej prawd w Piśmie; lecz kto o nie pyta,
Niech sam zostanie pismem: w sobie je wyczyta.




STWÓRCA[278].

Czemu Bóg na wzór siebie stworzył naszą postać?
Bo sam lepszego wzoru nie mógł nigdzie dostać.

USTA.

W ustach jest otwór duszy, a drogie balsamy
Wietrzeją prędko, gdy je często otwieramy.

PRZESTROGA.

Choć z tobą w drogę idzie towarzyszy wielu,
Nie powierzaj im łatwo twej podróży celu,
Ni kierunku, ni środków, bo często się dzieje,
Że obok podróżnego wędrują złodzieje,
I ciekawi są wiedzieć, w jaką idziesz stronę,
Gdzie chowasz grosz na życie i miecz na obronę.

WSZECHWŁADZTWO LUDU.

Ludu! głosuj i zrób mi ze słoty dzień ładny,
Bo ja sceptyk szkaradny, wątpię, żeś wszechwładny.

WYBORY.

Mówią, że Lapończycy na zimy miesiące
Zwykli sobie z gwiazd jedną obierać za słońce.
Gdy widzą, że obrana źle grzeje i świeci,
Idą od tej do drugiej, od drugiej do trzeciéj;
A tak ciągnąc sejmiki aż do zimy końca,
Nie mogą się pogodzić na obranie słońca.

WYBORY.

Mamy wodza wybierać, więc się, bracia, śpieszmy,
Lecz wprzód sobie pułkową muzykę obierzmy;
Na pierwszego trębacza podaję sapera,
Niech trąbi, choć nie umie, wszak go lud wybiera.

JEŹDZIEC.
Szkapa najdzielniejszego rumaka wyprzedzi,
Jeśli zamiast człowieka duch na szkapie siedzi.

BROŃ.

Kij bardziej niźli lanca rani i zabija,
Jeśli żołnierz swe serce wbił na koniec kija.
Szabla jest dla zabawy, lanca dla obawy,
Karabiny dla wrzawy, kosa do rozprawy.
Kosa wiosny narzędziem, cep jesiennej pory,
A zimą gospodarze biorą za topory;
Kościuszko zaczął kosić, teraz młócić pora,
A w końcu na Moskali bierz się do topora.

MĘDRZEC.

Mędrzec dmie się jak pająk, gdy w swej norze spocznie,
Lecz gdy się spuszczać zacznie, chudnie już widocznie;
A im dłuższą nić snuje, tem się bardziej chwieje:
Oto są dogmatyków i sceptyków dzieje.

ŚWIADECTWO.

Prawnicy swe świadectwa podpisują sami,
Chłop zwykle je oznacza trzema krzyżykami;
Częściej sędzia za ważne to świadectwo przyjmie,
Gdzie zobaczy krzyżyki, niż gdzie własne imię.

BÓG W DUSZY.

Duszo! gdy poczniesz Boga, masz go w sercu chować,
Bo Herod już śle katów, by go zamordować,
I póki twoje dziecię nie urośnie w lata,
Uciekaj do Egiptu przed oczyma świata.

PRACA.

Jeśli masz się do dzieła ważnego sposobić,
Pomyśl, czy je chcesz najpierw i czy umiesz robić;
Ja choćbym chciał i umiał, jeszcze się nie ważę,
Jeżeli mi powinność działać nie nakaże.

DZIEŁO.
Jeśli dzieło wymaga namyślań się długich,
Jeśli go nie dokończysz bez pomocy drugich,
Jeśli się wielu głupców już do niego wzięło,
Chcesz mieć czyste sumienie, porzuć takie dzieło.
ZŁE.

Dobrze, że znamy węża i że przed nim stronim,
Lecz lepiej go nie spotkać i nie wiedzieć o nim.

MĘDRZEC.

Prawy mędrzec się cieszy, jak pielgrzym ubogi,
Gdy spotka na pustyni towarzysza drogi;
Lecz półmędrek jak złodziej manowcami zmyka,
Bo w każdym widzi świadka lub współzawodnika.

NAUKI.

Nauki są lekarstwem, chlebem słowo boże;
Kto ma zdrowy żołądek, bez lekarstw żyć może.

OKLASKI.

I ty się z tego cieszysz, o mądrości synu!
Żeś został z oklaskami przyjęty od gminu?
Wszak prawda w oczy kole; jeśli ci gmin klaskał,
To dowód, filozofie, żeś nie kłół, lecz głaskał.

MĘDREK.

Mędrek dmie przed swym uczniem, przed równym się chlubi,
Lecz zarówno współmędrka jak ucznia nie lubi:
Współmędrka, żeby jego bogactw nie obliczył,
Ucznia, aby ich nie skradł, lub nie odziedziczył.

BARANEK.

Nazwałeś się Barankiem, więc musiałeś, Panie,
Rodzić się wśród pasterzy, w stajence, na sianie.

GOTOWOŚĆ.
Grzesznik leży, pokutnik dźwiga się na nogi,
A święty stoi prosto, gotowy do drogi.

BÓG.

Nie jest punkt geometrów długi i szeroki,
A przecież tworzy wszystkie linije i boki;
Bóg czasu nie zabiera, ani w miejscu leży,
Choć z niego miejsce wyszło i czas z niego bieży.

CIERPIENIE.

I szczęście jest nie w miejscu, ale w sobie leży;
Cierpienie tylko wiecznie ciągnie się i szerzy.

ATOM.

Świat jest tylko atomem, lecz oślepi snadnie
Najbystrzejszego mędrca, gdy mu w oko wpadnie.

DUSZA ŚWIĘTEGO.

Za co nigdy nie wstąpi anioł w duszę świętą?
Bo ona przez samego Boga jest zajętą.

ŚWIĘCI.

Święci bezpiecznie chodzą wśród piekieł płomieni,
Ale goreją dyabli grzechem napełnieni.

DZIAŁANIE.

Kiedy mowa popłynie, już uczucie ginie,
A gdy potrzebna rada, już dzieło upada.

KRZYŻ.

Odtąd przed znakiem krzyża nie pierzchną szatany,
Lecz je łatwo rozpędzi duch ukrzyżowany.

DZIEWICA I DZIECKO.

Dwie istoty szczęśliwe nawet na tym świecie,
Bo zawsze blizkie Boga: kobieta i dziecię.

SKARB.

Gdybyś szedł nocą ciemną i oczy zamrużył,
Znajdziesz skarb, któryś rano czuwając wysłużył.

BÓG.
Jakiego Boga do ducha weźmiesz,
Na tego podobieństwo stworzony będziesz.



Sen w Dreźnie.[279]




Śniła się zima; ja biegłem w szeregu,
Za procesyją pod niebem, po śniegu.
Nie wiem, skąd wiemy, że na brzeg Jordanu
Idziem i w górze odgłos: »Chwała Panu,
Pokój trzem królom, ludy! do Jordanu!«
Ludzie obok mnie szli dwoma rzędami,
Kobiety, starce i dzieci parami,
W bieli ubrani ci, co z prawej strony,
Ci, co na lewo — w żałobne opony,
Szli ze świecami w dół obróconemi;
Świece gorzały płomieniem do ziemi,
Jak złote strzały.
A ci bez światła szli, co po prawicy,
Każdy z nich w ręku niósł kwiat, zamiast świécy.
Spojrzałem w twarze: są i mnie znajome;
Zląkłem się, wszystkie jak głaz nieruchome.
Wtem jedna osoba wyszła z prawej strony:
Kobieta świeci okiem przez zasłony,
Stanęła przy mnie; wtem wybiegł chłopczyna
I o jałmużnę dla ojca zaklina.
Dałem grosz, ona dała tyle dwoje.
Znowu sześć dałem, ona znów we dwoje.
Zbiegli się widze; po złoto sięgamy,
Kto z nas da więcej, dajemy, szukamy,
Wstyd nam! już wszystko daliśmy, co mamy.
Lud łajał chłopcu: — »Oddaj im!« — żartują.
— »Oddam — rzekł chłopiec — jeżeli żałują«.
Lecz nazad przyjąć już mi się nie chciało,
Postać[280] mnie ręką przeżegnała białą.
Wtem weszło słońce — lato — śnieg nie spłynął,
Lecz jak ptak biały dwa skrzydła rozwinął

I skacząc, leciał; niebo się odkryło
I wkoło ciepło i błękitno było!
Uczułem zapach Włoch, róż i jaśminu,
Różą pachnęły góry Palatynu[281].
Ujrzałem Ewę[282],
Jaką widziałem na Albańskiej górze[283],
W białej sukience i ubraną w róże;
Motyle wkoło, ona między niemi
Zdała się wznosić i nie tykać ziemi.
Twarz piękna, jako Przemienienie Pańskie,
Wzrok utopiła w jezioro Albańskie,
Ciekawie patrzy, nie ruszy powieki,
Jakby w tej głębi modrej i dalekiéj
Odbite swoje oblicze widziała
I przed jeziorem róże poprawiała.
Chciałem przywitać, lecz siły nie miałem,
Z gwałtownej chęci mówić — oniemiałem;
Lecz rozkosz moja, ach! ta rozkosz senna,
Któż ją opowie? — mocniejsza niż dzienna,
Lżejsza i milsza; jawa ma żar słońca,
A sen łagodność i ciszę miesiąca.
Za ręce wreszcie jak siostrę ująłem;
Spojrzała ku mnie okiem niewesołem[284].
»O siostro moja! patrząc w to twe oko,
Czuję me szczęście tak dziwnie głęboko,
Że mi się zdaje, że jestem w kościele«.
Ona mi rzekła z uśmiechem dziecięcia:
— »Rodzice moi chcą mnie z innym swatać,
Lecz ja jaskółka chcę daleko latać;
Mam skrzydła dobre, patrz, jaki ptak ze mnie,
Lecę popłókać pióra moje w Niemnie.
Wiem ja o twoich wszystkich przyjaciołach,
Znajdę ich, leżą w grobach, po kościołach.
Muszę i w lasy, w jeziora przepadać,
I drzew popytać, i z ziółkami gadać,

One o tobie dziwne rzeczy wiedzą,
Wszystko, gdzieś chodził, coś robił, powiedzą«.
Słuchałem — i mnie nie zdała się ciemna
Jej mowa, choć tak dziwna i tajemna.
I mnie się zdało, że sam lecieć mogę,
I prosiłem ją, by mnie wzięła w drogę.
Zląkłem się tylko, że chce na doliny
Iść, pytać o mnie drzewa i krzewiny,
I przypomniałem nagle wszystkie biedy,
Chwile pustoty, szaleństwa zapędy,
I czułem serce tak mocno rozdarte,
Tak jej i szczęścia i nieba niewarte...
Wtem obaczyłem jaskółkę; z powrotem
Już leci; za nią jakby wojsko czarne:
Sosny i lipy, piołuny i cząbry,
Świadczyć przeciwko mnie.
Przebudziłem się z obliczem ku niebu,
Z rękami na krzyż, jakby do pogrzebu.
Sen mój był cichy. Łzy jeszcze płynęły
Gęsto po licach, i jeszcze wionęły
Świeżym zapachem i Włoch i jaśminu,
I gór Albańskich i róż Palatynu.




Widzenie.




Dźwięk mię uderzył... Nagle moje ciało,
Jak ów kwiat polny, otoczony puchem,
Prysło, zerwane anioła podmuchem,
I ziarno duszy nagie pozostało...
I zdaje mi się, żem się nagle zbudził
Ze snu strasznego, co mnie długo trudził.

I jak zbudzony ociera pot z czoła,
Tak ocierałem moje przeszłe czyny,
Które wisiały przy mnie jak łupiny
Wokoło świeżo rozkwitłego zioła.
Ziemia i cały świat, co mię otaczał,
Gdzie dawniej dla mnie tyle było ciemnic,
Tyle zagadek i tyle tajemnic,
I nad któremi jam dawniej rozpaczał:
Już w nim ujrzałem wszystko w głębi, na dnie,
Jak w ciemnej wodzie, na którą blask padnie.
Teraz widziałem całe wielkie morze,
Płynące z środka, jak ze źródła, z Boga.
A w niem rozlana była światłość błoga
I mogłem latać po całym przestworze,
Biegać jak promień przy boskim promieniu
Mądrości bożej; i w dziwnem widzeniu
I światłem byłem i źrenicą razem.
I w pierwszym, jednym rozlałem się błysku,
Nad przyrodzenia całego obrazem:
W każdy punkt moje rzuciłem promienie,
A w środku siebie, jakoby w ognisku,
Czułem od razu całe przyrodzenie.
Stałem się osią w nieskończonem kole:
Sam nieruchomy, czułem jego ruchy;
Byłem w pierwotnych żywiołów żywiole,
W miejscu, skąd wszystkie rozchodzą się duchy
Świat ruszające, same nieruchome,
Jako promienie, co ze środka słońca
Leją potoki blasku i gorąca,
A słońce w środku stoi niewidome.
I byłem razem na okręgu koła,
Które się wiecznie rozszerza bez końca
I nigdy bóstwa ogarnąć nie zdoła.
I dusza moja, krąg napełniająca,

Czułem, że wiecznie będzie się rozżarzać,
I wiecznie będzie ognia jej przybywać;
Będzie się wiecznie rozwijać, rozpływać,
Rosnąć, rozjaśniać, rozlewać się, stwarzać,
I coraz mocniej kochać swe stworzenie
I tem powiększać coraz swe zbawienie.

Przeszedłem ludzkie ciała, jak przebiega
Promień przez wodę, ale nie przylega
Do żadnej kropli: wszystkie nawskroś zmaca
I wiecznie czysty przybywa i wraca,
I uczy wodę, skąd się światło leje,
I słońcu mówi, co się w wodzie dzieje.

Stały otworem ludzkich serc podwoje.
Patrzyłem w czaszki, jak alchemik w słoje.
Widziałem, jakie człek żądze zapalał,
Jakie i kiedy myśli sobie nalał,
Jakie lekarstwa, jakie trucizn wary
Gotował skrycie. A dokoła stali
Duchowie czarni, aniołowie biali,
Nieprzyjaciele i obrońcy duszni,
Skrzydłami studząc albo niecąc żary,
Śmiejąc się, płacząc, a zawsze posłuszni
Temu, którego trzymali w objęciu,
Jak jest posłuszna piastunka dziecięciu,
Które jej ojciec, pan wielki, poruczy,
Choć ta na dobre, a ta na złe uczy.
...............



Do Bohdana Zaleskiego.




Słowiczku mój! a leć! a piej!
Na pożegnanie piej
Wylanym łzom, spełnionym snom,
Skończonej piosnce twej!

Słowiczku mój! twe pióra zzuj,
Sokole skrzydła weź
I w ostrzu szpon, zołoto-stron
Dawidzki hymn tu nieś!

Bo wyszedł głos i padł już los,
I tajne brzemię lat
Wydało płód, i stał się cud!
I rozraduje świat.
Paryż, w sierpniu, 1841 r.




Drzewo (urywek).[285]




I z drzewa wysłużyło już zostać robakiem,
Już świeci się po wierzchu liściem niejednakim,
Barwistą wróżbą liszki, wierzchołki jak różki
Bodzie w górę i liśćmi przebiera jak nóżki,
Gdy wiatr wionie, że nie wiesz, czy dziecko w kolebce,
Czy gąsienica szybko mącąca nogami.
Wsłuchać w szum wód głuchy, zimny i jednaki
I przez fale rozszerzać myśl wód jak przez znaki,
Dać się unosić wiatrom nie wiedzieć gdzie lotnym
I zliczyć każdy dźwięk na ich ruchu kołowtotnym[286],
Wnurzyć się w łono rzeki z rybami,
Ich okiem niewzruszonem jak gwiazda
Nie wyczytasz...



Urywki bez napisów.[287]




I.

Broń mię przed sobą samym — muszę dojść potęgi!
Są chwile, w których nawskroś widzę Twoje księgi,
Jak słońce mgłę przeziera, która ludziom złotą,
Brylantową zdaje się — a słońcu ciemnotą...
Człowiek większy nad słońce, wie, że ta powłoka
Złota — ciemna jest tylko tworem jego oka.
Zwracam na cię słoneczne, ludzkie me źrenice,
Chwytam Ciebie rękami za obie prawice
I krzyczę na głos cały: »Wydaj tajemnicę!«
Dowiedź, żeś jest mocniejszy, lub wyznaj, że tyle
Tylko, ile ja, możesz w mądrości i sile...
Nie znasz początku Twego, a czyż ludzkie plemię
Wie, od jakiego czasu upadło na ziemię?
Bawisz się tylko ciągle, badając sam siebie —
Cóż robi rodzaj ludzki? w swych dziejach się grzebie.
Twoja mądrość samego siebie nie dociecze,
A czyliż samo siebie zna plemię człowiecze?
Jeden masz nieśmiertelność — my czy jej nie mamy?
Znasz siebie i nie znasz — my czy siebie znamy?
Końca Twojego nie znasz — my kiedyż się skończym?
Dzielisz się, łączysz — i my dzielim się i łączym.
Tyś różny i my zawsze myślą rozróżnieni;
Tyś jeden — i my zawsze sercem połączeni.
Tyś potężny w niebiosach — my tam gwiazdy śledzim;
Wielkiś w morzach — my po nich jeździm, głąb ich zwiedzim.
O Ty, co świecąc nie znasz wschodu i zachodu,
Powiedz, czem Ty się różnisz od ludzkiego rodu?
Toczysz walkę z szatanem w niebie i na ziemi —
My walczym w sobie, w świecie, z chęciami własnemi.
Ty sam na siebie wdziałeś raz postać człowieka.
Powiedz, czyś wziął na chwilę, czyś ją miał od wieka?


II.

...Ręce za lud walczące, sam lud poobcina,
Imion miłych ludowi — lud pozapomina...
Wszystko przejdzie. Po szumie, po huku, po trudzie,
Wezmą dziedzictwo cisi, ciemni, mali ludzie.



III.

Pytasz, za co Bóg trochą sławy mię ozdobił?
Za to, com myślił i chciał — nie za to, com zrobił.
Myśli i chęci — jest to poezyja w świecie:
Wykwita i opada, jak kwiat w jednem lecie;
Lecz uczynki, jak ziarna, w głąb ziemi zaryte,
Aż na przyszły rok ziarna wydadzą obfite.
Przyjdzie czas, gdy błyszczące imiona pogniją,
Z cichych ziaren wywite kłosy świat okryją...
Huk jest przemijający, a Chrystus powiedział:
»Błogosławiony cichy, on wszystkich przesiedział«.
Niech prawdy nie zapomni, kto Chrystusa słyszy,
Kto pragnie ziemię posiąść, niechaj siedzi w ciszy.




Słowa Chrystusa.




1. Wierz, iż obejmowałem duchem moim świat słoneczny cały (jako płaz nosi w sobie jaje swoje), napełniałem świat, jako gospodarz napełnia duchem swoim dom cały i trzyma go i skinieniem w nim włada.
2. A jeżeli Pan sam zacznie dziecko swoje uczyć, nie przez najętych mistrzów, ale sam, siedząc nad niem dzień i noc, zapominając niejako o mądrości swojej i potępiając się na rozmowy dziecinne, a cóż to za miłość!
3. Tak ja gadałem z ludem-dzieckiem przez proroki moje starozakonne, a cóż kiedy Pan dorosłego chłopca narowy i namiętności chce powściągnąć, pokazując złe ich skutki nie na zwierzęciu domowem, lub na niewolniku, ale sam na swojej osobie, dając się głodzić i katować, mówiąc: dziecię, widzisz, jak mię to boli. Pamiętaj o łzach tych i o krwi tej, jak przyjdziesz do rozumu.
4. Ja tak uczyłem brata mojego. Bo dzieckiem Boga jest człowiek zbiorowy — ludzkość; hodowałem ją, jak wy dzieci wasze, tylko z większą miłością.
5. Teraz młodzieńcem jest człowiek zbiorowy i pójdzie na wojnę ze złem.
6. A Duch Pański, duch mój, staje się człowiekiem, a nie poznajecie go, bo uczy was jako wolne dzieci.
7. Ojciec miłujący stanie z tobą, człowiecze, w postaci kolegi, towarzysza broni, owszem luzaka wiernego, przypasze tobie miecz, konia tobie poda, usadzi ciebie, a sam stary wojak, bezbronny, iść przed tobą będzie, mówiąc: Synu, idź tu za mną, prosto. Złe jest mądre, a widzisz, że ja prostszy, a mędrszy od niego; obszedłem je, zdybaliśmy je, wydane jest w ręce nasze. Złe jest zbrojne, a ja nie boję się go bezbronny. Patrz! blednieje i ucieka.
8. Zwyciężaj i ciesz się, dziecię me; ale jak postarzejesz, nie zapominaj i drugim powiedz, gdzie szukać mądrości i co jest waleczność. Widzisz, synu, dlaczego teraz żołnierzem być muszę; a życie młodzieńca jeszcze długie, praca Ojca twojego długa, a ty kochaj go i noś go w duchu.
9. A kiedy znowu przyjdzie do ciebie, znowu z innem obliczem, poznasz głos Jego i oblicze Jego objaśni się tym, którzy go miłują i noszą w sercu.



DODATEK.




Poezye przypisywane Mickiewiczowi.




Panicz i dziewczyna[288]


I.

W gaiku zielonym
Dziewczę rwie jagody;
Na koniku wronym
Jedzie panicz młody.

I grzecznie się skłoni,
I z konia zeskoczy,
Dziewczę się zapłoni,
Na dół spuści oczy.

»Dziewczyno kochana!
Dziś na te dąbrowy
Z kolegami z rana
Przybyłem na łowy.

»I trafić nie mogę,
Gdzie leży miasteczko;
Wskaż mi, proszę, drogę,
Piękna pastereczko.

»Czy prędko już z lasu
Ta ścieżka wywiedzie?«
— »Jeszcze pan zawczasu
Do domu zajedzie.

»Na polu wnet drzewo,
Koło drzewa brzozki.
Stąd droga na lewo,
Tam około wioski.

»W górę przez zarostek,
W prawo ponad rzeczką,
Tam młynek i mostek
I widać miasteczko«.

Panicz podziękował,
Czule rączkę ścisnął,
W usta pocałował,
Na konika świsnął.

Siadł, ostrogą spina:
Nie widać młodego...
Westchnęła dziewczyna!
Ja nie wiem dlaczego.

II.

W gaiku zielonym
Dziewczę rwie jagody:
Na koniku wronym
Jedzie panicz młody.

I woła zdaleka:
»Pokaż inną drogę!
Za wioską jest rzeka;
Przejechać nie mogę!

»Ni mostu żadnego,
Ni brodu wytropić,
Chciałażbyś młodego
Chłopczyka utopić?«

— »To jedź pan drożyną,
Na prawo kurhanu«.
— »Bóg zapłać, dziewczyno!«
— »Dziękuję waćpanu!«

W las poszła drożyna,
Nie widać młodego...
Westchnęła dziewczyna!
Oj! wiem ja dlaczego.

III.

W gaiku zielonym
Dziewczę rwie jagody;
Na koniku wronym
Jedzie panicz młody.

I zawoła znowu:
»Dziewczyno, dla Boga!
Wjechałem do rowu,
Jakaż twoja droga!

»Nie jeździł w te szlaki
Nikt z dawnego czasu,
Chyba wieśniak jaki
Po drzewo do lasu!

»Poluję dzień cały,
Koniam nie popasał;
Jeździec zadyszały,
Konik się zahasał.

»Zsiędę i z konika
Pragnienie ugaszę;
Okiełznam konika
I puszczę na paszę«.

I grzecznie się skłoni,
I z konia zeskoczy,
Dziewczę się zapłoni,
Na dół spuści oczy.

Ten milczy, ta wzdycha,
Po niedługiej chwili,
Ten głośno, ta z cicha
Coś z sobą mówili.

Lecz że wietrzyk dmuchał
W tę stronę dąbrowy,
Przetom nie dosłuchał
Panicza rozmowy.

Lecz z oczu i z miny
Tom pewnie wyczytał:
Że więcej dziewczyny
O drogę nie pytał...




Sonet.[289]




Gdzie dawniej źrenicami oświecane twemi,
Kwiaty wschodziły, godne archanielskiej skroni,
Potem rwałem ci bukiet na tej samej błoni,
Pomieszany z piołunem, z wierzby płaczącemi.

Kiedy ją chwast i blekot na zawsze zaciemi,
Za cóż się czysty kwiatek na tej niwie płoni?
I ten za bukiet przyjmij; niegodzien twej dłoni,
Lecz wzrósł na poświęconej twym pobytem ziemi.

Ach! podobne me serce do owej krainy;
Niegdyś — blizkie twych piersi — w młodzieńczej ozdobie
Niosło ci piękne czucia i szlachetne czyny;

Dziś występne, niestety, nie ze swojej winy.
Choć dla drugich w szalonej cierpiało chorobie,
Nie gardź niem! Było kiedyś poświęcone tobie.




Ułamek z improwizacyi.[290]




O lube siostry, co z tego będzie,
Co to ma znaczyć? o zgrozo!
Po wszystkich drogach, zewsząd i wszędzie,
Młodzieńców jakichś tu wiozą?
.................

Będą tam oni kosili kwiaty,
Będą tam robili cegły;
Ale co zrobią takie warsztaty,
To czas odgadnie odległy.

Komu z tych cegieł będzie budowa,
Komu z nich będzie mogiła:
To moja muza sobie zachowa,
Nadto już długo głosiła.

Wilno, 1824.




Drugi ułamek z improwizacyi.




Jeszcze ma muza tego wspomina,
Co dotąd był zapomniany:
Wszyscy, o bracia, piejmy Suzina,
Niech żyje Suzin kochany!
U kogo zawsze i myśl ta sama,
I czyj się umysł nie zgina,
Mamy tu, bracia, portret Adama,
Mamy tu portret Suzina.
On się poświęcił i na okowy,
I wieloletnie zamknięcie:
Wszystko był Suzin znosić gotowy,
By prawa zachować święcie.
Było odważnych w powszechnej grozie,
I śmiałków więcej niż tuzin:
Lecz cierpieć śmiało, lecz milczeć w kozie,
Potrafił tylko sam Suzin.

Wilno, 1824.



Trzeci ułamek z improwizacyi.




Ja rymów nie dobieram, ja zgłosek nie składam,
Tak wszystko napisałem, jak tu do was gadam.
W piersi tylko uderzę, wnet zdrój słów wytryśnie,
A jeśli na tym prądzie iskra boża błyśnie,
Nie wynik to rozumu, ani płód marzenia:
Od Boga ją przyjąłem, na skrzydłach natchnienia;
Niem widzę przyszłość, chwytam myśli, czuciem rządzę,
Niem silny, grzechy nasze i przyszłość osądzę.
..........................
Wiedzcie, że dla poety jedna tylko droga:
W sercu szukać natchnienia i dążyć do Boga!
1840.




Do.....[291]




Gdybym się zmienił w wstęgę złocistą,
Co na twem czole połyska,
Gdybym się zmienił w tę szatę mglistą,
Co piersi twoje przyciska —

Drżeniabym serca twojego badał,
Czy nie odpowie mojemu,
Z twojem się łonem wznosił i spadał,
Posłuszny tchnieniu twojemu.

Gdybym się zmienił w wietrzyk skrzydlaty,
Co dysze w pogodnem niebie,
W drodzebym mijał najświeższe kwiaty,
A pieścił różę i ciebie.

Może nakoniec Bóg litościwy
Pracęby moją ocenił,
Może nakoniec byłbym szczęśliwy,
I w twe się serce zamienił.




Dziewica na rozdrożu.[292]
Improwizacya do H. S.




DZIEWICA.
Dwie drogi mam przed sobą, nie wiem, kędy wiodą:
Wychodzę na świat z domu, od ojca, od matki,
Szukać i zbierać życia doczesnego kwiatki,
Co mi będą pociechą, rodzicom nagrodą.
Lecz jakie są, gdzie rosną, nic wiedzieć nie mogę...
O mój dobry pielgrzymie! opowiedz mi drogę.

PIELGRZYM.
Nie błądzi, kto się pytać ma ufność, pokorę,
Bo błądząc szukać drogi — śmiertelnych udziałem.
Na usłudze podróżnych już się zestarzałem;
Wielu pyta, lecz późno; ty się pytasz w porę.
Dwa są życia ogrody i dwie do nich drogi,
Jedna idzie od wschodu, druga od zachodu:

Ta jest stroma, skalista i przybrana w głogi,
Do tego, kędy wiedzie, podobna ogrodu.
Twarda ziemia w ogrodzie i twarde są płody;
Przedniejszą tam ozdobą są dęby i skały;
Długo rośnie tam owoc, nim będzie dojrzały.
Na wysokich zbyt drzewach rwać trzeba jagody;
Niema tam chwil i godzin, same tylko lata,
Niema pór, jedna wiecznie panuje pogoda,
Niema farb, wszystko kryje jednobarwna szata,
Niema nowych zwyczajów, wiecznie jedna moda;

Nie znają tam, co różność, rozmaitość, mnóstwo,
Mieszkańcy tam jednacy, jako jedno bóstwo,
I myśl ich zawsze jedna, jako jedna wieczność,
Łączy przeszłość, obecność i przyszłą konieczność.
Na cierniach i opokach spoczywa wygoda,
Wpośród trudów błogiego zażywając stanu,
Ich użycia żywota godłem zdrowa woda,
A ich duszy obrazem — cisza oceanu.
Ten ogród jest ogrodem Cnoty-czarownicy,
Niepowabny i groźni tam siedzą strażnicy;
Lecz kto ufa, że Boga, że siebie nie zdradzi,
Lew mu bramę otworzy, słoń go zaprowadzi.
Na prawo widzisz drugą, druga idzie ścieżka,
I gładka i pochyła, kwiatami ozdobna,
Do tego, kędy wiedzie, ogrodu podobna.
Tam druga czarownica, zwodna Rozkosz mieszka.
Widziałaś w piękne lato przy zachodzie słońca,
Na powietrzu krąg drobnych, niezliczonych muszek?
To jest obraz mieszkańców, ich myśli, serduszek,
Ich żywota w ogrodzie i obraz ich końca.
Murawa tam posłaniem, lecz wpośród uśpienia
Nie odświeża mieszkańców balsam ukrzepienia;
Różnobarwnym czarują tam kwiaty kolorem,
Lecz które kwitły z rana, więdnieją wieczorem.
Tam mieszkańcy tak różni, jak różne owadki,
Ich myśli tak odmienne, jak odmienne kwiatki.
Używają ogrodu, nie syci ogrodu;
Piją miód, i wypiwszy, niekontenci z miodu.
Nie myślą tam, co było, co będzie za długo,
Chcą samą, coraz inną obecnością władać,
Jedną czaszą słodycze, gorycz piją drugą,
Śmieją się, aby płakać, latają, by spadać;
Ich jestestwo tak lekkie, jak puszek i cienie,
Tron ich sławy dźwigają zefirów ramiona,

Obrazem ich żywota jest senne marzenie,
Ich szczęście błyskawica, oślepi i kona.
Kto w próżnym między ziemią a niebem zakresie
Chciałby mieć rydwan szczęścia, ciągnion przez powiewy,
Niech tu idzie z ufnością i nadzieją Ewy,
Wąż mu bramę otworzy, motyl go zaniesie.
Masz ogrody i drogi, masz otwarte pole,
Lecz wybór chciej, dziewico, na twej zważyć szali;
Bo żeby woleć jedno, na to Bóg dał wolę,
A rozum, byśmy z woli przed nim sprawę zdali.





KONIEC TOMU I.





SPIS RZECZY.

 
Str.
POEZYE. 
 
Ballady i romanse. 
 
 87
 98
 111
 129
 140
 146
 152
 154
Sonety (sonety erotyczne). 
 
 161
II. Do Laury 
 162
 162
IV. 
 163
VI. 
 164
 164
VIII. Do Niemna 
 165
IX. Strzelec 
 165
 166
XI. Do... 
166 
 167
 167
 168
 168
XVI. Dobranoc 
 169
 169
 170
 170
XXI. Danaidy 
 171
XXII. Ekskuza 
 172
(SONETY KRYMSKIE). 
 
II. Cisza morska. (Na wysokości Tarkankut) 
 174
III. Żegluga 
 174
IV. Burza 
 175
 176
 176
 177
 177
X. Bajdary 
 178
 179
XIII. Czatyrdah 
 179
XIV. Pielgrzym 
 180
 181
XVIII. Ajudah 
 182
Poezye miłosne i elegie. 
 
 189
 191
 192
 195
 196
 202
 203
 206
Sen 
 206
 217
Obrazki, ody i pieśni. 
 
 236
 242
 247
 254
Poezye religijno-gnomiczne. 
 
 271
 272
 295
Dodatek. (Poezye przypisywane Mickiewiczowi). 
 
 308
separator poziomy

Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – poetów.
  2. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – charakter.
  3. Najdokładniej przedstawił »Żywot Adama Mickiewicza« syn jego Władysław w czterotomowem dziele, wydanem w Poznaniu r. 1890—1895. Życiorys z rozbiorem twórczości łączą: Dr Józef Kallenbach: »A. Mickiewicz« (Kraków, 1897, dwa tomy); Piotr Chmielowski: »A. Mickiewicz, zarys biograficzno-literacki« (Kraków — Warszawa, 1898, dwa tomy).
  4. Życie to starałem się zobrazować w dziełku p. t. »Liberalizm i obskurantyzm na Litwie i Rusi« (Warszawa, 1898).
  5. Wiekiem Ptolemeuszów albo epoką aleksandryjską nazywają czasy panowania macedońsko-aleksandryjskich władców Egiptu, ze stolicą Aleksandryą, mianowicie zaś III-cie i II-gie stulecie przed Chrystusem. Ptolemeuszów panujących liczą ogółem 16 z różnymi przydomkami.
  6. Minnesaengerami albo minnesingerami nazywają się poeci niemieccy w XII i XIII wieku, głównie w części Niemiec zwanej Szwabią. Trubadurami zaś nazywają się poeci francuscy, mianowicie prowansalscy (z Francyi południowej) tychże stuleci.
  7. Jan Jerzy Trissino ur. 1478, zm. 1550 r.
  8. Ludwik Ariosto (Aryost), autor »Orlanda Szalonego«, ur. 1474, zm. 1533.
  9. Torkwato Tasso, autor »Jerozolimy Wyzwolonej«, ur. 1544, zm. 1595.
  10. Katonowie i Flaminiusze, nazwy sławnych ludzi w dziejach rzymskich.
  11. Perykles, najznakomitszy polityk ateński i wyborny mówca, zm. r. 429 przed Chr.
  12. Demostenes, najznakomitszy mówca grecki, ur. 384, zm. 322 r. przed Chr.
  13. Kornel w walkach ze Scuderim i w rozprawach z tego powodu nigdy nie cytuje Sofokla i Eurypidesa, ale Poetyka tak często jest na placu, że zniecierpliwiony Wolter woła w komentarzach: »ach! jakże mnie nudzicie swoim Arystotelesem«.
  14. Kornel (Corneille) Piotr, twórca tragedyi francuskiej, ur. 1606 zm. 1684.
  15. Jerzy Scudéry, poeta epiczny, ur. 1601 zm. 1667 r.
  16. Sofokles i Eurypides, wielcy tragicy greccy z V wieku przed Chr.
  17. »Poetykę« napisał największy filozof grecki, Arystoteles, rówieśnik Demostenesa, ur. 384, zm. 322 r. przed Chr.
  18. Wolter (Voltaire), najgłośniejszy pisarz francuski XVIII w., ur. 1694 zm. 1778 r.
  19. Druidowie byli to kapłani u narodów celtyckich w starożytnej Galii i Bretanii, zajmujący się także nauką.
  20. Bardowie to śpiewacy wojenni i wróżbici u Celtów irlandzkich i szkockich.
  21. Chaucer (wym. Czoser) żył w wieku XIV-tym.
  22. Szekspir (Shakespeare), największy autor dramatyczny angielski, ur. 1564, zm. 1616 r.
  23. Aleksander Pope, ur. 1688 zm. 1744 r.
  24. Józef Addison, ur. 1672 zm. 1719.
  25. Jonatan Swift, autor »Podróży Guliwera«, ur. 1667 zm. 1745.
  26. Walter Scott, ur. 1771, zm. 1832 r.
  27. Jerzy lord Byron, ur. 1778. zm. 1824 r.
  28. Fryderyk Szyller (Schiller), ur. 1759, zm. 1805 r.
  29. Henryada jest to poemat bohaterski (słaby) Woltera.
  30. Heldenbuch jest to nazwa zbioru pieśni osnutych na dawnych podaniach, głównie o olbrzymach i smokach.
  31. Nibelungen, to wielka epopeja niemiecka (z XII w.).
  32. Dante Alighieri ur. 1265, zm. 1321), najznakomitszy poeta włoski, autor »Boskiej Komedyi«.
  33. Messyada, poemat Klopstocka (ur. 1724, zm. 1803 r.), opiewający tajemnicę odkupienia.
  34. Franciszek Petrarka, najsławniejszy autor sonetów, ur. 1304, zm. 1374 r.
  35. Jan Wolfgang Goethe, największy poeta niemiecki, ur. 1749, zm. 1832 r.
  36. Dziel tłumy na narody (Iliada).
  37. Gotthold Efraim Lessing, krytyk i poeta, ur. 1729, zm. 1781 r.
  38. Krzysztof Wieland, poeta i powieściopisarz, ur. 1733, zm. 1813 r.
  39. Fryderyk Hagedorn, ur. 1708 zm. 1754 r.
  40. Gotfryd August Bürger, twórca ballad niemieckich, ur. 1748, zm. 1794 r.
  41. Tros Italusve fuat = czy Trojańczyk czy Italczyk; jest to wyrażenie poety rzymskiego Wergiliusza w Eneidzie (księga X, w. 108), tylko że tam jest nie Italus, ale Rutulus, jak to Mickiewicz sam w powiastce: »Popas w Upicie« przytoczył.
  42. August Wilhelm Schlegel, ur. 1767, zm. 1845; brat jego młodszy Fryderyk, ur. 1772, zm. 1829.
  43. Fryderyk Boutewek, historyk literatury, ur. 1776, zm. 1828 r.
  44. Jan August Eberhard, estetyk, ur. 1739, zm. 1809 r.
  45. Nie tylko w poezyi, ale i w sztukach obrazowych, krytyka odróżnia rodzaj romantyczny. W malarstwie naprzykład szkoły włoskiej, Madonna i wyobrażenia aniołów są wzięte ze świata romantycznego i do ideału podniesione.
  46. Klemens Marot, poeta francuski, ur. 1495, zm. 1544 r.
  47. Mikołaj Boileau-Despréaux, poeta i krytyk, ur. 1636, zm. 1711 r.
  48. Abraham Cowley, liryk, ur. 1618, zm. 1667 r.
  49. Mateusz Prior, ur. 1664, zm. 1721.
  50. Mikołaj Rowe, ur. 1673, zm. 1718.
  51. Jan Gay, ur. 1688, zm. 1732.
  52. Dawid Mallet albo Malloch, ur. 1700, zm. 1765.
  53. Tomasz Percy, ur. 1728, zm. 1811 r.
  54. Chrystyan Stolberg, ur. 1748, zm. 1821 r.; brat jego młodszy, Fryderyk Leopold, ur. 1750, zm. 1819.
  55. Ludwig Kosegarten, ur. 1758, zm. 1818.
  56. Ludwig Henryk Hoelty, ur. 1748, zm. 1776.
  57. Robert Burns, znakomity liryk szkocki, ur. 1759, zm. 1796 r.
  58. Jan Gotfryd Herder, według Mickiewicza jeden z najznakomitszych ludzi, jakich Niemcy wydały, entuzyastyczny wielbiciel pieśni ludowych, krytyk i poeta niemiecki, ur. 1744 † 1803 r.
  59. Pan J. K., jest to Jan Kazimierz Ordyniec, redaktor »Dziennika Warszawskiego«, ur. 1797, zm. 1863 r.
  60. M. M., jest to Maurycy Mochnacki, znakomity krytyk w duchu romantycznym, ur. 1804, zm. 1834.
  61. Poema o Ziemiaństwie napisał Kajetan Koźmian (* 1771 † 1856), wykończył je i wydrukował dopiero w r. 1839.
  62. Horacyusz, najznakomitszy poeta rzymski, żył w pierwszym wieku przed Chr.
  63. Tomasz Moore, poeta irlandzki, ur. 1780 † 1852 r.
  64. Sarbiewski nie pisał po polsku; Śniadeccy nie pisali poezyi: a w dziełach Twardowskiego więcej cudzoziemskich wyrazów niż we wszystkich sonetach.
  65. Robert Southey, ur. 1774, um. 1843 r.
  66. Alfons de Lamartine, ur. 1770, um. 1869 r.
  67. Ustęp, przytoczony po francusku, znaczy: »Najgłośniejsi u nas poeci angielscy, Walter Scott, Southey, Moore, nie raczą poprawiać swych wierszy; wykraczają nie tylko przeciwko prawidłom rytmiczności, ale nawet przeciw gramatyce; robią oni z języka angielskiego jakąś wielojęzyczność, gdzie dopuszczane są wyrazy wszystkich narzeczy. Byron byle jak rzuca swe stenograficzne natchnienia na papier, nie racząc następnie zwracać na nie uwagi, poczytując zaniedbanie za to samo, co swoboda poetycka; system to pewnie prawdziwego poety; boć z takiem to lekceważeniem u nas (Francuzów) Lamartine wyśpiewał swoje Rozmyślania, które muszą przeglądać jego przyjaciele i p. Tastu, jego księgarz«.
  68. Szkołą poetów szląskich nazywa się grupa wierszopisów niemieckich XVIII w. ze Szlązka rodem. Odróżniają dwa jej okresy; pierwszego naczelnikiem był Marcin Opitz, drugiego Andrzej Gryphius.
  69. Pan S., jest to Teodozy Sierociński, gramatyk i autor stylistyki, ur. 1789, um. 1857 r.
  70. List do Pizonów, jest to poemat Horacyusza o sztuce rymotwórczej.
  71. Jan Franciszek de Laharpe, profesor literatury (* 1739 † 1803), wydał swój kurs literatury starożytnej i nowożytnej p. t. »Lycée«.
  72. już Mroziński... Ma tu Mickiewicz na myśli znakomitą krytykę, napisaną przez Józefa Mrozińskiego (* 1784 † 1839), p. t. »Odpowiedź na recenzyę« (Warszawa, 1824).
  73. Na początku XVI wieku, a może i wcześniej, przedstawiano u nas dyalogi, misterye, to jest historye z Pisma św. i mitologii. Była więc gotowa popularna forma dramatu. Gdyby wówczas który poeta z talentem wziął się za podobne przedmioty, wybrał z nich dramatyczniejsze, formę przedstawienia udoskonalił i styl uszlachetnił, utworzyłaby się może sztuka dramatyczna narodowa, jaką szczycą się Hiszpanie i Anglicy. Jan Kochanowski, ukształcony we Włoszech, wzgardził widowiskiem tak niekształtnem, i drama podług wzoru greckiego napisał, dla narodu nieinteresujące, a przez zły wybór formy dla poezyi nawet niewdzięczne. Przecież Kochanowski ma tę wielką zaletę, że znając starożytność grecką lepiej niż późniejsi klasycy, starał się ją wiernie oddawać. Grecy Kochanowskiego przypominają bohaterów Homera; Grecy naszych klasyków są istotami urojonemi. Żaden z krajowych krytyków nie zwrócił na to uwagi. Cieszono się tylko, że Odprawa posłów jest sztuką regularną. Po odrodzeniu się nauk w samej tylko Warszawie kwitnęła literatura, a tam już nie czas było wskrzeszać dyalogi. Julian Niemcewicz, czy to głębokiem nad sztuką rozmyślaniem, czy instynktem właściwym talentowi, przeczuł potrzebę wieku i wpadł na szczęśliwą myśl wystawiania osób historycznych, zachowując im koloryt miejscowy i rysy epoki, w której żyli, mowie nawet dla powiększenia iluzyi, starożytnej Zygmuntowskiej epoki nadał charakter (drama Kazimierz Wielki). W podobnej myśli, lubo znacznie przedtem, napisał Goethe drama Goetz von Berlichingen, i sprawił epokę w literaturze. Teraz we Francyi sceny historyczne wróżą nowy dla Europy rodzaj dramatyczny od formy greckiej, Szekspirowskiej i Kalderonowskiej różny. Niemcewicz nie mógł ani tak szczęśliwie idei swojej rozwinąć, ani takich sprawić skutków, bo Goethemu już Herder i Lessing utorowali drogę, a do Francyi wpływ Niemców, podniesione historyczne nauki, wpływ romansów Walter Scotta i ogromna liczba memoarów, ułatwiły wstęp temu nowemu dramatycznemu rodzajowi. U nas teraz, nawet po pracach samego Niemcewicza, Czackiego, Lelewela, Bandtków, jeszcze wielka kompozycya historyczna, epopeja lub drama na długie czasy zostanie przedsięwzięciem nad siły poetów, kiedy jeszcze tak mało pomniejszych narodowej poezyi rodzajów rozwiniono. O tych rodzajach niektórzy teoretycy i czytelnicy dotąd jeszcze dziwne mają wyobrażenie. Myślą naprzykład, że miejsca pospolite, maksymy i morały, z równą emfazą od Greków, Rzymian, Turków i Amerykanów na teatrze francuskim deklamowane, potłomaczone na polskie gładkim wierszem, jeśli się zaczynają od słów: Jakiż mię zapał porywa — Muzo, wspieraj mój lot i t. d., robi się z tego narodowa oda: jeżeli zaś pokrajane w dyalog, włożą się w usta Samborom, Jaksom, robi się narodowe drama; jeżeli nakoniec wychodzą na świat w kształcie poematu, noszącego tytuł na ada, zaczynającego się od »ja śpiewam«, z przydaniem potrzebnych alegoryj i tak zwanych machin, tworzą wtenczas narodową epopeję.
  74. Dekoloniusz jest to Dominik de Colonia (Decolonia), ur. 1660 w Akwizgranie, zm. 1741 r. w Lyonie. Był jezuitą, pisał tragedye, mowy, rozprawy naukowe, oraz dzieło o sztuce wymowy (De arte rhetorica), wielokrotnie przedrukowywane i u nas.
  75. Ustęp, po łacinie przytoczony, znaczy: »ci ludzie, doprawdy mają talent, ale nie są uczeni, retoryki się nie wyuczyli, nie zdobią mowy figurami; gdzież jest żywe obrazowanie, zamilczenie, uosobienie, powstrzymanie myśli, opuszczenie?«
  76. Henryk Home (* 1696 † 1782), filozof angielski, wydał trzytomowe dzieło p. t. »Zasady krytyki« (1762-65).
  77. Franciszek Hutcheson (* 1694 † 1747), moralista, napisał rozprawę »O początku pojęć o piękności i cnocie« (1745).
  78. Edmund Burke, wielki mówca i publicysta (* 1730 † 1797), jest autorem rozprawy »O początku pojęć o wzniosłości i piękności« (1757).
  79. Adam Smith, słynny ekonomista (* 1723 † 1790), w swojej »Teoryi uczuć moralnych« zastanawiał się także nad znaczeniem piękna.
  80. Piotr Calderon, znakomity dramatyk hiszpański, ur. 1600, um. 1681 r. Lope de Vega, wcześniejszy od niego, ur. 1562, um. 1635 r.
  81. Franciszek Dmochowski. Mowa tu jest o Franciszku Ksawerym (* 1762 † 1808), ojcu Franciszka Salezego, o którym Mickiewicz rozwodził się poprzednio.
  82. Kwintylian, znakomity nauczyciel wymowy w Rzymie w pierwszym wieku naszej ery.
  83. Karol Franciszek Lhomond, filolog francuski, ur. 1727, um. 1774 r.
  84. Zdania własne Laharpa o literaturze starożytnej nigdy żadnej u uczonych nie miały powagi; zdania jego o literaturze francuskiej, powierzchowne i częstokroć fałszywe, wytykają sami Francuzi, mianowicie Villemain.
  85. Euzebiusz Słowacki (* 1772 † 1814), ojciec Juliusza, profesor wymowy w Krzemieńcu, a potem w Wilnie.
  86. Ulemowie są to prawnicy i duchowni u Turków; zajmują się wykładem księgi świętej mahometanów, zwanej Koranem lub Al-koranem.
  87. Styl poezyj Homerycznych, tok opowiadania właściwy Iliadzie, zniknął albo się zupełnie odmienił w tłomaczeniu. Dmochowski ani historycznie ani krytycznie poezyj Homerycznych nie rozumiał.
  88. Fryderyk August Wolf (* 1759 † 1824) pierwszy zrobił przypuszczenie, że epopeje Greków, »Iliada« i »Odyseja«, powstały częściowo, ciągle się rozwijając.
  89. Podróż Anacharsysa po Grecyi, napisał uczony francuski Jan Jakób Barthélemy (* 1716 † 1795).
  90. Benjamin Constant (* 1767 † 1830), głośny publicysta i literat.
  91. Jakób Delille (* 1738 † 1813), słynny swojego czasu poeta opisowy.
  92. Gabryel Lagouvé (* 1764 † 1812), wsławił się poematem: »Zasługi kobiet«.
  93. Karol Piotr Calardeau (* 1732 † 1774), małego talentu.
  94. Epitry = listy poetyckie.
  95. Rasyn (Racine Jan Chrzciciel), najznakomitszy tragedyopisarz francuski, ur. 1639, um. 1699 r.
  96. Jan Chapelain, mierny poeta francuski, ur. 1595, um. 1674 r.
  97. Ixami nazywało się towarzystwo, złożone z literatów i światowców, które kilka lat pomieszczało w pismach warszawskich (1817 — 1820) krytyki teatralne.
  98. Zob. w Gazecie Polskiej 1827 r. siedm artykułów o przekładzie jednej zwrotki z Lefranc de Pompignan. Lefranc de Pompignan ze wszystkiemi swemi dziełami ledwie zasługuje na wspomnienie w literaturze francuskiej.
  99. Autor Historyi Literatury nie poważa się dzieł oceniać. »Miałemże, powiada, dla osób zwłaszcza żyjących, o wszelkich zapomnieć względach? Przez słuszność i związki towarzyskiego pożycia uczynić tego nie śmiałem. Natomiast zdania obce, zwłaszcza tak przyzwoitych sędziów, jakimi są Ludwik Osiński, Stanisław Potocki, Franciszek Dmochowski, wiernie przytaczam«. Wybierzmy losem niektóre: Stanisław Potocki o tłomaczeniu Iliady mówił: »Dmochowski przelał myśli autora (Homera!) z wielką gładkością na język ojczysty. Jeszcze mi się nie trafiło wciąż przeczytać dwie lub trzy pieśni z dawniejszych tłomaczeń (więc nie czytał przedtem Iliady!) bez jakiejś tęsknoty (?). Przeczytałem Dmochowskiego wciąż i z upodobaniem«. Czytałże kto podobne zdanie w jakiejkolwiek historyi literatury? Jest to właśnie jeden ze szczególnych charakterystycznych przymiotów Iliady, że w niej nigdzie autor nie wychodzi na scenę i myśli własnych nie objawia. Możnaż powiedzieć, że pieśni tej cudownej epopei są to myśli autora (Homera) o wojnie Trojańskiej? — Ksiądz Baka pisał wierszem Uwagi o śmierci niechybnej: jego biograf twierdzi żartobliwie, że Milton pisał równie wierszem uwagi nad Rajem utraconym... Nie obrażę tą uwagą szanownych cieniów Stanisława Potockiego. Wielki mówca i zasłużony mąż ojczyźnie nie traci przez to sławy, że się niepotrzebnie wdawał w retorykę. Szanowalibyśmy słabość męża i okrylibyśmy milczeniem jego uchybienia; ale mógłże profesor literatury w Warszawie, Osiński, przytaczać owo zdanie, jako nader ważne, a profesor historyi powtarzać je, jako nader poważne? — Str. 308. »Trembecki prawdziwy okazał talent rymotwórczy: łączy bowiem w poezyach swoich śmiałość Pindara z gustem Horaczego a słodyczą Safony«. Gdyby kto powiedział o kompozytorze muzycznym, że jest Mozartem, Rossinim, Humlem i Orfeuszem! albo o malarzu, że ma styl Rafaela, Rembrandta, Davida i Apellesa! O charakterze poezyj Safony wiemy tylko z podania, bo dzieł jej ledwo drobne zostały ułomki. (Odaria duo integriora et caetera carminum frustula: Groddeck). Wyjaśniać zalety Trembeckiego, porównywając charakter jego poezyj do charakteru pieśni Safony, jest to objaśniać przez rzecz dość ciemną. Dodajmy, że słodycz nie była szczególnym i głównym przymiotem dzieł Safony: przyznawano jej vim, gratiam i nakoniec dulcedinem. Zdanie o Trembeckim zasługuje na uwagę: trudno jest w mniejszej liczbie wyrazów zawrzeć więcej niedorzeczności. — Str. 303. »Kniaźnin w pieśniopisarstwie niepoślednie trzyma miejsce; imaginacya żywa, obrazy dowcipne (?) i bardziej przez swą łachotliwość niż śmiałość wymuszające na czytelniku pewien rodzaj zadziwienia, tudzież drażliwe schlebianie zmyślności znamionują pieśni Kniaźnina«. Nie wymienił Bentkowski, który to z przyzwoitych sędziów ferował tak głęboko pomyślany wyrok. O Józefie Lipińskim słowa S. Potockiego: »Mało wierszy swoich powierzył publiczności, ale to, co powierzył, jest tak dobrze wyrobione, że małem być przestaje«. »Nie znamy dobrze języka matematycznego; ale zdaje się nam, że to, co przestaje być małem, przechodzi w mniejszość lub nicość. Józef Lipiński nieszczęśliwie wyrabiał tłomaczenia Wirgiliusza i Tassa. Dawniej Szymonowicz naśladował i częściami tłomaczył Bukoliki, a Piotr Kochanowski Jerozolimę. Porównywając dawne tłomaczenia mniej poprawne, lecz pełne życia, śmiałe i bogate w wyrażenia, z Lipińskiego suchym prozaicznym wierszem, najlepiej możnaby pokazać manierę nowej szkoły i dowieść, jak wiele nasi tłomacze, na francuszczyźnie tylko zaprawieni, przynieśli szkody mowie ojczystej. Odarto ją rzeczywiście ze wszelkich ozdób stylu, zdjęto, że tak powiem, szatę i nawet ciało z myśli i uczuć, a wiersze zamieniono na ciąg syllogizmów. — Inne zdania są lakoniczniejsze: np. str. 312. »Osiński Ludwik prawdziwym okazał się lirykiem (?)«. Tamże: »Koźmian prawdziwym okazał się poetą lirycznym«.
  100. Autorem Historyi literatury polskiej (1814) był Feliks Bentkowski (* 1781 † 1852).
  101. Ksiądz Filip Neryusz Golański (* 1753 † 1824), z zakonu Pijarów, profesor wymowy i poezyi w uniwersytecie wileńskim, był między innemi autorem książki szkolnej »O wymowie i poezyi«.
  102. Ludwik Tieck, twórca szkoły romantycznej niemieckiej, ur. 1773, um. 1853 r.
  103. Jan Karol Sismondi, historyk i publicysta francuski, ur. 1773, um. 1842 r. Mickiewicz ma tu na myśli jego dzieło »O literaturach Europy południowej«.
  104. Wiliam Hazlitt, publicysta i krytyk angielski, ur. 1778, um. 1830 r., pisał dużo o scenie angielskiej i poetach angielskich.
  105. Franciszek Guizot, polityk, historyk i publicysta, ur. 1787, um. 1874.
  106. Abel Franciszek Villemain, historyk literatury, ur. 1790, um. 1870 r.
  107. Globe była to nazwa dziennika, założonego w Paryżu r. 1824 przez Piotra Leroux, a rozpowszechniającego poglądy postępowe, czerpane z odczytów Guizot'a, Villemain'a, Cousin'a. Wywierał on wpływ duży aż do rewolucyi lipcowej. Wszyscy co zdolniejsi wówczas pisarze tu pomieszczali swoje artykuły.
  108. Cyryn, wieś kościelna niedaleko Zaosia.
  109. Mendog, albo Mindowe, w. książę litewski, który się koronował na króla w XIII w.
  110. Jest wieść, że na brzegach Świtezi pokazują się Ondyny czyli Nimfy wodne, które gmin nazywa Świteziankami.
  111. Wicina jest to rodzaj statku przykrytego do przewożenia zboża.
  112. Przystać do Moskali znaczy na Litwie: wstąpić do wojska.
  113. Ruta — wieś w pobliżu Zaosia.
  114. Ta ballada jest tłomaczeniem wiejskiej pieśni; jakkolwiek zawiera opinie fałszywe i z nauką o czyscu niezgodne, nie śmieliśmy nic odmieniać, aby tem wyraźniej zachować charakter gminny i dać poznać zabobonne mniemania ludu naszego. Najbłędniejsze zaś jest zakończenie tej pieśni przez śpiewanie Anioł Pański.
  115. Pokłady — zwłoki umarłych, trupy.
  116. Mefistofeles — nazwa szatana, wsławiona przez Goethego w »Fauście«.
  117. Dictum acerbum — przykre, dotkliwe słowo.
  118. Nobile verbum — słowo szlacheckie.
  119. Krępak — jeden ze szczytów tatrzańskich, dawniej poczytywany za najwyższy.
  120. Przypis własny Wikiźródeł bratnal, bretnal, z niem. Brettnagel, gwóźdź (zob. Aleksander Brückner, Słownik etymologiczny języka polskiego, Kraków, Krakowska Spółka Wydawnicza, 1927, s. 39)
  121. Za te bluźnierstwa znajdzie czytelnik ukaranie w następnych balladach.
  122. Hnilica — rzeczka w powiecie nowogrodzkim.
  123. Kołdyczew — nazwisko jeziora.
  124. Góra Żarnowa w Zaosiu.
  125. Ereb — świat podziemny, tu znaczy piekło.
  126. Hadramelach albo Adrammelech — jedna z licznych nazw szatana.
  127. Syllogizm jest to nazwa pewnej formy rozumowania, złożonej z trzech zdań.
  128. Mickiewicz nie napisał dalszych dwu części »Tukaja«; zrobił to za niego Antoni Edward Odyniec i pomieścił w zbiorze swoich Poezyj.
  129. Te tryolety są wyjęte z poezyj Tomasza Zana.
  130. Struga albo strug — wielka łódź.
  131. Ta powieść znajoma jest ludom wszystkich krajów chrześcijańskich. Poeci rozmaicie ją przerabiali; Bürger ułożył z niej sławną swoją Lenorę. Nie znając piosnki gminnej niemieckiej, nie można wiedzieć, o ile Bürger rzecz i styl odmienił. Niniejszą balladę ułożyłem podług piosnki, którą niegdyś słyszałem na Litwie śpiewaną po polsku. Treść i układ zachowałem wiernie, ale wierszy gminnych ledwie kilka zostało mi się w pamięci, i te służyły mi za wzór stylu.
  132. Ma kwiat-paproć i car-ziele. — Zioła używane do gusłów na Litwie.
  133. Góra Mendoga pod Nowogródkiem, obrócona na cmentarz; stąd w tamtych okolicach Litwy »pójść na Mendogową górę«, znaczy umrzeć.
  134. Iran nazwa Persyi.
  135. Eblis — szatan.
  136. Kizlar-aga — dozorca haremu u Turków.
  137. Effendy — tytuł honorowy, mniej więcej znaczy tyle, co jaśnie wielmożny.
  138. Aldebaran — nazwa gwiazdy w konstelacyi Byka.
  139. Gwiazdo dywanu; tu dywan, w znaczeniu tureckiem wzięty, znaczy ministeryum, radę sułtana.
  140. Lechistan — Polska.
  141. Cały dwór klasnął — wyrażenie europejskie. W duchu wschodnim należałoby powiedzieć: cały dwór włożył do ust otwartych milczenia palec podziwu.
  142. Nazaretka znaczy: chrześcijanka.
  143. Dżurdżystan pewna prowincya na Kaukazie.
  144. Hurysa jest niebianką cudnej piękności w raju mahometańskim; przenośnie znaczy piękną kobietę wogóle.
  145. Hagan to samo, co han (chan) — władca.
  146. Odaliska — kobieta należąca do haremu u muzułmanów.
  147. Kady — sędzia turecki.
  148. Olgierd i Kiejstut byli synami W. księcia litewskiego, Giedymina; Skirgiełło zaś synem Olgierda. Żyli i działali w XIV w.
  149. Ksiądz — po staremu zamiast książę.
  150. Ilmen — duże jezioro na południu od Petersburga, nad niem położony jest Nowogród (wielki).
  151. W tak zwanym albumie Piotra Moszyńskieego (Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; winno być: Moszyńskiego.) znajduje się między innemi i ballada »Trzech Budrysów«. Prócz drobnych odmianek jest tam cała jedna strofa, którą tu podajemy:

    Piersi twarde jak gruszki, a tak małe ich nóżki,
    Że za trzewik dziewczynie swawolnej
    Często służy kwiat pewny, zwany trepkiem królewny,
    Kwiat nie większy od lilii polnej.

  152. Wiersz przytoczony z poety włoskiego, Franciszka Petrarki (* 1304 † 1374), znaczy: »Kiedym był innym niejako człowiekiem, niźli jestem teraz«.
  153. W t. zw. »Albumie Piotra Moszyńskiego« sonet IV-ty z dopiskiem »Do M...« ma formę następną:

    Nieszukany twój ubiór, nieuczone słowa,
    Ani lice, ni oko nad inne nie błyska,
    A każdy rad cię ujrzeć, rad posłyszeć zblizka,
    Zdaniem wszystkich, ty jesteś biesiady królowa.

    Słyszałem, jaka była młodzieży rozmowa,
    Pytano się o twoich rówiennic nazwiska;
    Ten im pochwały sypie, inny żarty ciska,
    O tobie każdy święte milczenie zachowa.

    Nie wielbią cię okrzyki, ni głośne oklaski,
    Słodycz postaci, twarzy i ubioru skromność
    Podobała się wszystkim, nie dziwna nikomu.

    Jak anioł gdy przeleci, pokrywszy swe blaski,
    Czują wszyscy w milczeniu niebieską przytomność,
    Ile cieszą się z gościa, nie widząc go w domu.

  154. W tak zwanym »Albumie Piotra Moszyńskiego« znajdujemy następną odmianę sonetu »Ranek i wieczór«:

    Para.
    Weszło na niebo słońce w promienistym wianku,
    Już księżyc na zachodzie blade lica mroczy,
    Królowa kwiatów, róża, jasny krąg roztoczy,
    A przy niej klęczą zwiędłe gałązki tymianku.

    Marya wyszła patrzeć na wdzięki poranku,
    Jasny wzrok jej przeświecał śród złotych warkoczy;
    A ja blady, schyliwszy łzą zamglone oczy,
    U jej podnóża siadłem na cichym krużganku.

    W wieczór przyszedłem nowym bawić się widokiem:
    Księżyc wraca, twarz jego pełna i rumiana,
    Tymianek podniósł listki orzeźwione mrokiem.

    I znowu wyszła ku mnie moja ukochana
    W piękniejszym jeszcze stroju i z weselszem okiem;
    Znowu u nóg jej siadłem, tak smutny jak zrana.

  155. Dyana była u Greków i Rzymian boginią łowów, myślistwa.
  156. Stygowa tama od wyrazu Styks, rzeki, która według mitologii płynęła w kraju zmarłych w państwie podziemnem.
  157. Danaidy, córki Danausa, za zamordowanie swych narzeczonych, w kraju zmarłych (Erebie) musiały bezustannie nalewać wodę do beczek dziurawych.
  158. Bardon, czyli lutnia alcejska, tak nazwana od sławnego liryka greckiego Alceusza, który urodzony w Mitylenie, żył około r. 604 przed Chr.
  159. Ursyn, przydomek Juliana Niemcewicza.
  160. Lete, rzeka zapomnienia w Elizyum, z której piły dusze zmarłych, aby zapomnieć doznanych na ziemi cierpień, a kiedy po kilku wiekach w inne wracały ciała, znowu z niej pić miały, aby wygluzować z pamięci tajemnice tamtego świata.
  161. Wiersze Goethego, znajdujące się w zbiorze jego poezyj p. t. »Dywan wschodnio-zachodni«, w księdze: Chuld Nameh, znaczą: »Kto chce zrozumieć poetę, musi pójść do kraju poety«.
  162. Na Ukrainie i Pobereżu nazywają burzanami wielkie krzaki ziela, które w czasie lata, kwiatem okryte, nadają przyjemną rozmaitość płaszczyznom.
  163. Akerman (Białogród), miasto portowe w Bessarabii przy ujściu Dniestru o dwie mile od morza Czarnego.
  164. Tarkankut, przylądek na zachodniej stronie półwyspu Krymskiego.
  165. Pawilon znaczy tu: flaga, bandera.
  166. Kozłów — to samo, co Eupatorya, miasto na zachodnim brzegu Krymu.
  167. Diwy, podług starożytnej mitologii Persów, złośliwe geniusze, które niegdyś panowały na ziemi, potem wygnane przez aniołów, mieszkają teraz na końcu świata za górą Kaf.
  168. Wierzchołki Czatyrdahu po zachodzie słońca, skutkiem odbijających się promieni, przez czas jakiś zdają się być w ogniu.
  169. Chylat, suknia honorowa, którą sułtan obdarza wielkich urzędników państwa.
  170. Najwyższa w paśmie gór krymskich na brzegu południowym; daje się widzieć zdaleka, niemal na 200 wiorst, z różnych stron, w postaci olbrzymiej chmury sinawego koloru.
  171. W dolinie, otoczonej ze wszech stron górami, leży miasto Bakczysaraj, niegdyś stolica Girajów, hanów krymskich.
  172. »Tejże godziny wyszły palce ręki człowieczej, które pisały przeciwko świecznikowi na ścienie pałacu królewskiego, a król (Baltazar) widział część ręki, która pisała«. Proroctwo Danielowe V, 5. 25-28.
  173. Mesdżid lub dżiami, są to zwyczajne meczety. Zewnątrz, po rogach świątyni, wznoszą się cienkie, wystrzelone w niebo wieżyczki, które minaretami (menare) zowią; są one w połowie swej wysokości otoczone galeryą, szurfe, z której muezzinowie, czyli oznajmiciele, zwołują lud na modlitwę. To zwoływanie, wyśpiewane z galeryi, zowie się izanem. Pięć razy na dzień, w oznaczonych godzinach, daje się słyszeć izan ze wszystkich minaretów, a czysty i donośny głos muezzinów przyjemnie rozlega się w powietrzokręgu miast muzułmańskich, w których, z powodu nieużywania kołowych pojazdów, szczególniejsza cichość panuje. (Sękowski, Collectanea, t. I str. 66).
  174. Eblis albo Iblis lub Garazel, jest to Lucyper u mahometanów.
  175. Farys, rycerz u Arabów Beduinów.
  176. Niedaleko pałacu hanów wznosi się mogiła, w guście wschodnim zbudowana z okrągłą kopułą. Jest powieść między pospólstwem w Krymie, że ten pomnik wystawiony był przez Kerym Giraja dla niewolnicy, którą nadzwyczajnie kochał. Niewolnica miała być Polka z domu Potockich. Autor uczenie i pięknie napisanej Podróży po Krymie, Murawjew-Apostoł, utrzymuje, że powieść ta jest bez zasady, i że grobowiec kryje zwłoki jakiejś Gruzinki. Nie wiemy, na czem opiera swoje mniemanie; bo zarzut, iż Tatarowie w połowie ośmnastego wieku tak łatwo niewolnic z domu Potockich uprowadzać nie mogli, nie jest dostateczny. Wiadome są ostatnie zaburzenia kozackie na Ukrainie, skąd niemało ludu uprowadzono i przedano sąsiednim Tatarom. W Polsce liczne są familie szlacheckie imienia Potockich i wspomniana branka nie koniecznie mogła należeć do możnego domu dziedziców Humania, który najazdom tatarskim lub rozruchom kozackim mniej był dostępny. Z powieści gminnej o grobowcu bakczysarajskim, poeta rosyjski, Aleksander Puszkin, z właściwym sobie talentem napisał powieść: Fontanna Bakczysarajska.
  177. (Mogiły haremu). W rozkosznym ogrodzie, śród wysmukłych topoli i drzew morwowych, stoją grobowce z białego marmuru hanów i sułtanów, ich żon i krewnych; w poblizkich dwóch budowlach leżą trumny zwalone bez ładu: były one niegdyś bogato wybite; dziś sterczą nagie deski i szmaty całunu.
  178. Muzułmanie nad grobami mężczyzn i niewiast stawią kamienne zawoje innego dla obu płci kształtu.
  179. Giaur, poprawniej kiafir, znaczy niewierny. Tak muzułmanie nazywają chrześcijan.
  180. Bajdary, piękna dolina, przez którą zwykle wjeżdża się na południowy brzeg Krymu.
  181. (Ałuszta w dzień). Jedno z miejsc najrozkoszniejszych Krymu. Tam już wiatry północne nigdy nie dochodzą i podróżny w listopadzie szuka częstokroć chłodu pod cieniem ogromnych orzechów włoskich, jeszcze zielonych.
  182. Namaz, modlitwa muzułmańska, którą odprawiają siedząc i bijąc pokłony.
  183. Muzułmanie używają w czasie modłów różańca, który u znakomitych osób z kosztownych bywa kamieni. Granatowe i morwowe drzewa, czerwieniejące się rozkosznym owocem, są pospolite na całym brzegu południowym Krymu.
  184. Odaliski — żony sułtana (prócz pierwszej), wogóle piękne, pociągające kobiety.
  185. Muślemin = muzułmanin, wyznawca Mahometa.
  186. Padyszach, tytuł sułtana tureckiego.
  187. Zostawiam imię Gabryela, jako powszechniej znajome; ale właściwym strażnikiem niebios podług mitologii wschodniej, jest Rameh (konstelacya Arcturus), jedna z dwóch wielkich gwiazd zwanych as semekein.
  188. Drogman — tłomacz przy poselstwach wschodnich.
  189. Salhir, rzeka w Krymie, wypływa z podnóża Czatyrdachu.
  190. (Czufut-Kale). Miasteczko na wyniosłej skale; domy na brzegu stojące mają podobieństwo do gniazd jaskółczych; ścieżka, wiodąca na górę, jest przykra i nad przepaścią wisząca. W samem mieście, ściany domów łączą się prawie ze zrębem skały; spojrzawszy przez okno, wzrok gubi się w głębi niezmiernej.
  191. Koń krymski w trudnych i niebezpiecznych przeprawach zdaje się posiadać szczególniejszy instynkt ostrożności i pewności; nim krok postawi, trzymając w powietrzu nogę, szuka kamienia i probuje, czy bezpiecznie stąpić i ostać się może.
  192. Ptak-góra, znajomy z »Tysiąca nocy«. Jest to sławny w mitologii perskiej, po wielekroć od poetów wschodnich opisywany, ptak Simurg. »Wielki on (powiada Firdusi w Szach-Nameh), jak góra, a mocny jak twierdza, słonia unosi w szponach swoich«, i dalej: »ujrzawszy rycerzy, (Simurg) zerwał się jak chmura ze skały, na której mieszka i ciągnął przez powietrze jak huragan, rzucając cień na wojska jeźdźców«. Obacz Hammera, Geschichte der Redekünste Persiens. Wien, 1818, str. 65.
  193. Z wierzchołka gór wyniesionych nad krainę obłoków, jeżeli spojrzymy na chmury płynące ponad morzem, zdaje się, że leżą na wodzie w kształcie wielkich wysp białych. Ciekawy ten fenomen oglądałem z Czatyrdahu.
  194. (Ruiny zamku w Bałakławie). Nad zatoką tego imienia stoją gruzy zamku, zbudowanego niegdyś przez Greków, przychodniów z Miletu. Później Genueńczycy wznieśli na tem miejscu twierdzę Cembalo.
  195. Balsam rzymski — męstwo, odwaga.
  196. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – ściągnęliśmy.
  197. Akadema hołdownik Minerwie — kto się poświęca naukom, bo Minerwa była boginią mądrości, a ogród Akadema, w którym filozof grecki, Platon, nauczał, dał nazwisko szkołom wyższym.
  198. Wiersz włoski, przytoczony z »Boskiej komedyi« Dantego, znaczy: »Niema większych boleści, niż przypominać sobie czasy szczęśliwe wśród nędzy«.
  199. Jean Paul Richter, humorysta niemiecki, ur. 1763, zm. 1825 r.
  200. Feniks — ptak bajeczny, który miał na starość płonąć w ogniu i nanowo się odradzać.
  201. Armida — czarodziejka w poemacie Tassa »Jerozolima wyzwolona«, zamieniała ludzi w drzewa.
  202. Matka z sercem Spartanki — jest to Apolonia Pągowska, żona jenerała wojsk polskich.
  203. Córkę w kształcie niebianki — tj. Ludwikę z Pągowskich Kostrowicką.
  204. Ludwika Mackiewiczówna była w r. 1824 narzeczoną Ignacego Chodźki, wsławionego później powieściopisarza
  205. Salomea Becu była matką Juliusza Słowackiego.
  206. Iksyon w mitologii za obrazę najwyższej bogini, Hery, żony Zeusa (Jowisza), przywiązany był w kraju zmarłych do koła, z którem za powiewem wiatru wciąż się obracał.
  207. Apollon Skalkowski, rodem Małorusin, napisał po rosyjsku historyą Nowej Siczy, czyli ostatniego kosza zaporoskiego.
  208. Kraj Mizraima — Egipt.
  209. Afrodyta czyli Wenus, bogini piękności; synem jej był Amor (Eros) czyli Kupido.
  210. Laska Merkurego (posła bogów), zwana kaduceuszem, z wężami i skrzydłami, uspakajała wzburzenie wśród narad.
  211. Gwebry — czciciele słońca w Persyi.
  212. Nieznajomej siostrze tj. Paulinie z Rybickich Maszewskiej.
  213. Cicerone (wym. czyczerone) — przewodnik, objaśniacz.
  214. Mowa tu o słynnej wyprawie Argonautów do Kolchidy po złote runo, strzeżone przez smoka.
  215. Szampierz (sampierz) — zapaśnik, rycerz z drugim walczący.
  216. Półbogiem, co łamał centaury (pół-człowieka, pół-konia) był Herkules.
  217. Samijczykiem (t. j. z wyspy Samos pochodzącym), o którym mówi poeta, był filozof Pitagoras, twórca związku pitagorejczyków.
  218. Orfej (Orfeusz), mityczny poeta grecki.
  219. Eleuzyńskie tajemnice (misterya), tak nazwane od miasteczka Eleuzys, niedaleko od Aten, otoczone były wielu ostrożnościami; dzieliły się na małe i wielkie.
  220. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – wszystkich.
  221. Dawać Cererę za Pluta — sprzedawać zboże za pieniądze.
  222. Charyty były to boginie wdzięku; charytkami nazywa tu poeta baletnice.
  223. Ceres — bogini rolnictwa.
  224. »Pieśń Filaretów«. Pierwsza strofa jest naśladowaniem burszowskiej pieśni niemieckiej, jak to zaznaczył sam Mickiewicz.
  225. Archimed (Archimedes), najznakomitszy matematyk grecki, żył w III-cim w. przed Chr.
  226. Izaak Newton (wym. Niuton), wielki fizyk i matematyk angielski, ur. 1642, zm. 1727 roku.
  227. Feli, sławiona przez Filaretów panna Felicya Przeciszewska, czy też Micewiczówna.
  228. Farys — jest to zaszczytne nazwanie u Arabów-Beduinów, znaczące to samo, co chevalier, rycerz, w wiekach średnich.
  229. TADŻ-UL-FECHR, pod tem imieniem znany był na Wschodzie Wacław hr. Rzewuski: tadż znaczy wieniec, fechr sława.
  230. Wacław hr. Rzewuski, głośny na Ukrainie magnat, »Złotą brodą« wśród ludu przezwany, odbywszy liczne podróże na Wschód, gdzie doznał przygód najrozmaitszych, za powrotem do kraju, zatrzymał przyzwyczajenia wschodnie. Wziął udział w powstaniu r. 1831 i zginął pod Daszowem na Podolu.
  231. Czarny mój rumak, jak burzliwa chmura,
    Gwiazda na czole jego jak jutrzenka błyska,
    Na wolę wiatrów puścił strusiej grzywy pióra,
    A nóg białych polotem błyskawice ciska.
    Te cztery wiersze, zawierające opisanie konia, są tłomaczone z arabskiego czterowiersza, umieszczonego w notach do Antologii arabskiej pana de Lagrange.
  232. Powszechny na Wschodzie przesąd, że sępy czują śmierć zdaleka i krążą za człowiekiem mającym umrzeć. Jakoż zaledwie skona podróżny, wnet kilka ich zjawia się w okolicy, chociaż pierwej nie były widziane.
  233. Huragan. Jest to wyraz amerykański urikan, i oznacza straszliwą burzę tropikową. Ponieważ znajomy powszechnie w Europie, użyliśmy go zamiast wyrazów arabskich Semum, Serser, Asyf i t. p. w znaczeniu wichru albo trąby powietrznej, zasypującej niekiedy całe karawany. — Persowie nazywają go Girdebad.
  234. »Czyn« w Rosyi znaczy klasę albo rangę — jak objaśnił sam poeta.
  235. Jan Piotr Béranger, słynny piosenkarz francuski, ur. 1780, zm. 1857 r.
  236. »Redutę Ordona«, epizod z walki o niepodległość w r. 1831, dedykował poeta jenerałowi Umińskiemu i wydrukował najprzód przy poezyach Stefana Garczyńskiego, dając taki przypisek: »Wiersz ten, pisany pod wpływem opowiadań Garczyńskiego, umieszczam między dziełami przyjaciela, jako wspólną naszą własność. Poświęciłem go ostatniemu wodzowi polskiemu, który o sprawie naszej nie rozpaczał i do końca chciał walczyć«. — Ordon w rzeczywistości nie zginął i żył jeszcze długie lata.
  237. Przypis własny Wikiźródeł Uzupełniono na podstawie wydania Poezji z 1929 roku.
  238. Wódz kaukaski, książę Paskiewicz z przydomkiem Erywański.
  239. Kowgany jest to miasteczko w gubernii kowieńskiej na Litwie. Wodzem dzielnym, o którym tu mowa, był Wincenty Matuszewicz.
  240. Zwycięstwo pod Wawrem odniósł Skrzynecki dnia 31 marca 1831 r.
  241. Emilia Plater na czele oddziału złożonego z 400 ludzi, walczyła w czasie rewolucyi przeciw wrogom, zmarła 23 grudnia 1831 r.
  242. Pierwsze dwa utwory z tytułem Franciszek Grzymała, oraz dalsze satyryczne ucinki, po raz pierwszy wydrukował syn poety w »Żywocie« ojca swego (t. II, str. 198—204). O Grzymale była już wzmianka w objaśnieniach do rozprawy Mickiewicza o recenzentach warszawskich.
  243. W paryskiem opactwie. Jest to napomknienie o mowie Krępowieckiego, mianej w drugą rocznicę powstania listopadowego (29 list. 1832) w gmachu niegdyś Opactwa przy ulicy de l'Abbaye. Mówca plwał na przeszłość Polski.
  244. Krwi! krwi! Ksiądz Puławski rzeczywiście odznaczał się krwiożerczymi popędami.
  245. Na Taranie. Przy ulicy Taranne w Paryżu odbywały się krzykliwe posiedzenia demokratów polskich w r. 1832-33.
  246. Exegi monumentum. Jest to wiersz poety rzymskiego, Horacyusza; znaczy: »wzniosłem pomnik«.
  247. Marat za wielkiej rewolucyi francuskiej (w końcu XVIII w.) był najbardziej krańcowym demagogiem, żądnym krwawych egzekucyj; był prezesem klubu Jakobinów, zaciętych terrorystów, działających za pośrednictwem środków gwałtownych na rozpowszechnienie idei rewolucyjnych.
  248. »Urywek«. Jest to przekład początkowych wierszy poematu Trembeckiego »Zofijówka«:

    Miła oku, a licznym ożywiona płodem,
    Witaj, kraino, mlekiem płynąca i miodem.
    W twych łąkach wiatronogów rżące mnóstwo hasa,
    Rozroślejsze czabany twe błonie wypasa,
    Baran, którego twoje utuczyły zioła,
    Ciężary chwostu jego muszą nosić koła.

  249. Załączam przekład tej ody przez Karola Sienkiewicza:

    Do Napoleona III Oda na wzięcie Bomarsundu.

    Alcyd na nowe gonitwy wychodzi,
    Łotra Kakusa, pod Ursą Boota
    Goni... dogania. W łeb mu głazem godzi,
    W pysk mu wrzeszczący dym z ogniem wciąż miota.

    Nie, to nie Alcyd. — To, Auguście, twoi,
    Twoi Francuzi, Herkuleskich cudów,
    Trzęsą jaskinią, skąd bezprawie broi
    Bluźnierca Boga i gwałciciel ludów.

    Już w orłach Gallów kraje okoliczne
    Zbawienie czują i rwą się na boje,
    Szwed, Fin i Polak zemsty swe dziedziczne
    Wywrzeć goreją — a odebrać swoje.

    Świat w tobie wielbi wskrzeszonego z trumny
    Wielkiego stryja, Romulowej siły.
    Wielkiego stryja bratanku rozumny,
    On strącał z tronów, Ty wskrzeszaj z mogiły!

    Bomarsund — forteca na wyspie Alandzie w odnodze botnickiej morza Bałtyckiego.
  250. Aryman — bóg ciemności u Persów; Oromaz (Ormuzd Oromades) — bóg światła.
  251. Zenda-Westa jest księgą świętą u Persów, rodzajem biblii.
  252. Jakób Boehme, szewc-filozof niemiecki, ur. 1575, zm. 1624 r.
  253. Anioł Szlązak (właściwie Jan Scheffler), mistyczny poeta niemiecki, ur. 1624, zm. 1677 r. Ludwik Klaudyusz Saint-Martin, mistyk francuski, wielbiciel i tłomacz pism Jakóba Boehmego, ur. 1743, zm. 1804 r.
  254. Pax Domini — pokój Pański, Boży.
  255. Veni cretor spiritus — przyjdź, stwórco duchu.
  256. Cur? — dlaczego?
  257. Mikrokosmos — mały światek; mikrobiblia — mała książeczka.
  258. Prophetia — prorokowanie.
  259. Poczynając od »Stwórcy« wszystkie dalsze »Zdania i uwagi« wyszły dopiero po śmierci Mickiewicza.
  260. Miałem sen w Dreźnie 1832 r. 23 marca, który ciemny i dla mnie niezrozumiały. Wstawszy, zapisałem go wierszem. Teraz, w roku 1840, przepisuję dla pamięci.
  261. Postać — owa kobieta.
  262. Palatyn — jedno ze wzgórz, na których zbudowany Rzym.
  263. Ewa tu wspomniana — to Henryka Ankwiczówna.
  264. Albańska góra niedaleko od Rzymu.
  265. Wiersze te były pisane, jak przychodziły, bez namysłu i poprawek.
  266. Drzewo. Urywek ten ogłosił syn poety w Żywocie ojca (t. III, 168).
  267. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – kołowrotnym.
  268. Urywki bez napisów ogłosił z autografów Józef Kallenbach w »Niwie« 1889 r. Nr 2.
  269. Aryman — bóg ciemności u Persów; Oromaz (Ormuzd Oromades) — bóg światła.
  270. Zenda-Westa jest księgą świętą u Persów, rodzajem biblii.
  271. Jakób Boehme, szewc-filozof niemiecki, ur. 1575, zm. 1624 r.
  272. Anioł Szlązak (właściwie Jan Scheffler), mistyczny poeta niemiecki, ur. 1624, zm. 1677 r. Ludwik Klaudyusz Saint-Martin, mistyk francuski, wielbiciel i tłomacz pism Jakóba Boehmego, ur. 1743, zm. 1804 r.
  273. Pax Domini — pokój Pański, Boży.
  274. Veni cretor spiritus — przyjdź, stwórco duchu.
  275. Cur? — dlaczego?
  276. Mikrokosmos — mały światek; mikrobiblia — mała książeczka.
  277. Prophetia — prorokowanie.
  278. Poczynając od »Stwórcy« wszystkie dalsze »Zdania i uwagi« wyszły dopiero po śmierci Mickiewicza.
  279. Miałem sen w Dreźnie 1832 r. 23 marca, który ciemny i dla mnie niezrozumiały. Wstawszy, zapisałem go wierszem. Teraz, w roku 1840, przepisuję dla pamięci.
  280. Postać — owa kobieta.
  281. Palatyn — jedno ze wzgórz, na których zbudowany Rzym.
  282. Ewa tu wspomniana — to Henryka Ankwiczówna.
  283. Albańska góra niedaleko od Rzymu.
  284. Wiersze te były pisane, jak przychodziły, bez namysłu i poprawek.
  285. Drzewo. Urywek ten ogłosił syn poety w Żywocie ojca (t. III, 168).
  286. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – kołowrotnym.
  287. Urywki bez napisów ogłosił z autografów Józef Kallenbach w »Niwie« 1889 r. Nr 2.
  288. Wiersz Panicz i dziewczyna pomieścił A. E. Odyniec w zbiorze swoich Poezyj (t. II. 108 — 113) z takim przypiskiem: »Ostatnie dwie strofy są pióra p. Adama Mickiewicza«. Dopiero F. S. Dmochowski, drukując ten utwór w swojej »Bibliotece polskiej« powiedział w przypisku, że ostatnie dwie części są pióra Mickiewicza. Tę uwagę Dmochowskiego, który pewnie chciał dodać większej wartości wierszowi, przyznając go w znacznej części wielkiemu poecie, powtórzyli wydawcy poezyj Mickiewicza i tak to zostało do dziś dnia.
  289. Sonet tu pomieszczony ukazał się w druku w »Dzienniku wileńskim« r. 1827 (w oddziale »Literatury nadobnej« t. II, str. 320), który w spisie pomieszczony został między utworami niewątpliwie Mickiewiczowskimi. Za jego autentycznością przemówił p. Stanisław Estreicher w artykule p. t. »Nieznany sonet do Maryli« (w »Świecie« 1892), Słaby on jest; więc go w tem miejscu podaję, ponieważ zupełnej pewności, że jest pióra Mickiewicza, nie posiadamy, chociaż dużo za tem przemawia.
  290. Dwa ułamki z Improwizacyi spisane zostały z pamięci po wielu latach; choć więc nie można zaprzeczyć, że istniały, niema pewności, czy posiadały tę formę, w jakiej do nas doszły. Toż samo powiedzieć trzeba i o ułamku improwizacyi z r. 1840, podanym do druku dopiero w r. 1885.
  291. Do... (Gdybym się zmienił) — wątpliwy to wielce utwór; są tacy, co twierdzą napewno, iż napisał go Wołynianin, Mikołaj Wąż około r. 1818.
  292. Dziewica na rozdrożu ma tylko to za sobą, że ją redakcya »Noworocznika litewskiego« na r. 1831 przypisała Mickiewiczowi.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autorów: Piotr Chmielowski, Adam Mickiewicz.