Przejdź do zawartości

Zima miejska (Mickiewicz, 1899)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki

 Przeszły dżdże wiosny, zbiegło skwarne lato,
I przykre miastu jesienne potopy;
Już bruk ziębiącą obleczony szatą,
Od stalnej Fryzów niekrzesany stopy.

 Więzieni słotą w domowej katuszy,
Dziś na swobodne gdy wyjrzym powietrze,
Londyński pojazd turkotem nie głuszy,
Ani nas kręgi zbrojnymi rozetrze.

 Witaj, narodom miejskim poro błoga!
Już i Niemeńców i sąsiednich Lechów
Tu szuka ciżba tysiącami mnoga,
Zbiegłych Dryadom i Faunom uśmiechów.

 Tu wszystko czerstwi, weseli, zachwyca,
Czy ciągnę tchnienie, co się zimnem czyści,
Czy na niebieskie zmysł podniosę lica,
Czyli się śnieżnej przypatruję kiści.

 Jedna z nich pływa w niepewnym żywiole,
Druga, ciężarem sporsza, już osiadła;
Tą wiatr poleciał stwardniałe kryć role,
Albo pobielić Wiliji zwierciadła.

 Lecz kogo sioło dzisiejsze uwięzi,
Zmuszony widzieć łyse gór wiszary,
Grunt dziki, knieję nagiemi gałęzi
Nie silną zimne podźwignąć ciężary:

 Taki, gdy smutna ciągnie się minuta,
Wreszcie zmieniony kraj porzuca z żalem,
I dając chętnie Cererę za Pluta[1],
Pędzi wóz ku nam ciężarny metalem.

 Tu go przyjmują gościnne podwoje,
Rzeźbą i farbą odziany przybytek,
Tutaj rolnicze przepomina znoje
W pieszczonem gronie czarownych Charytek[2].

 Na wsi, zaledwie czarna noc rozrzednie,
Każe wraz Ceres[3] wczesny witać ranek;
Tu, chociaż słońce zajmie nieba średnie,
Pod atłasowych śpię cieniem firanek.

 Lekkie nareszcie oblokłszy mankiny,
Modnej młodzieży przywoływam koło;
Strojem poranne zbywamy godziny,
Albo rozmową bawim się wesołą.

 Ten w lśniący kryształ włożywszy oblicze,
Wschodnim balsamem złoty kędzior pieści;
Drugi stambulskie oddycha gorycze,
Lub pije z chińskich ziół ciągnione treści.

 A gdy godzina dwunasta nadbieży,
Wraz do ślizkiego wstępuję powozu;
Sobol lub rosmak moje barki jeży,
I suto zdobiąc, nie dopuszcza mrozu.

 Na sali orszak przywitam wybrany,
Wszyscy siadają za biesiadnym stołem,
W kolej ślą pełne smaków porcelany,
I sztucznym morzą apetyt żywiołem.

 Pijemy węgrzyn mocny setnem latem,
Wrą po kryształach koniaki i poncze;
Płci piękna gasi pragnienie muszkatem,
Co dając rzeźwość, myśli nie zaplącze.

 A gdy się trunkiem zaiskrzą źrenice,
Dowcipne, czułe, wszystkim płyną słowa
Niejeden uwdzięk zarumieni lice,
Niejedna wzrokiem zapala się głowa.

 Nareszcie słońce zniżone zagasło,
Rozsiewa mroki dobroczynna zima;
Boginie dają do rozjazdu hasło,
Zagrzmiały schody i już gości niéma.

 Którzy są z szczęściem poufali ślepem
Pod twój znak idą, królu Faraonie,
Lub zręczni lekkim wykręcać oszczepem,
Pędzą po suknach wytoczone słonie.

 A gdy noc ciemne rozepnie zasłony,
I szklanem światłem błysną kamienice,
Młodzież, dzień kończąc wesoło spędzony,
Tysiączną sanią szlifuje ulice.
 1818.




  1. ↑ Dawać Cererę za Pluta — sprzedawać zboże za pieniądze.
  2. ↑ Charyty były to boginie wdzięku; charytkami nazywa tu poeta baletnice.
  3. ↑ Ceres — bogini rolnictwa.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Adam Mickiewicz.