Podróże Gulliwera/Część trzecia/Rozdział II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jonathan Swift
Tytuł Podróże Gulliwera
Data wydania 1842
Wydawnictwo J. Baumgaertner
Drukarz B. G. Teugner
Miejsce wyd. Lipsk
Tłumacz Jan Nepomucen Bobrowicz
Tytuł orygin. Gulliver’s Travels
Źródło Skany na commons
Inne Cała część trzecia
Indeks stron
Podróże Gulliwera T. 2 rozdział.png


ROZDZIAŁ II.


Podróże Gulliwera T. 1 ornament 1.png

Opis Laputyanów. — Ich wiadomości.
— Król i dwór jego. — Przyjęcie jakiego autor doznaje.
— Mieszkańcy są bojaźliwi i niespokojni. — Charakter kobiet.


Podróże Gulliwera T. 2 ornament 18.png

Z


Za mojem przybyciem, wielki tłum ludzi ze wszech stron mnie otoczył: najbliżej mnie stojący zdawali się być znakomitemi bardzo osobami. Wszyscy patrzali na mnie z oznakami największego zadziwienia; i ja nie mniej na ich widok zdumiewałem się, bo w całem życiu mojem nie widziałem ludzi tak dziwnych i osobliwych w postaci, ubiorze i obyczajach: głowy mieli na jedną lub drugą stronę schylone, jedne oko ku ziemi zwrócone, drugie na niebo. Ubiory ich ozdobione były niezliczonemi figurami słońca, księżyca, gwiazd, jako też różnych instrumentów muzycznych, fletów, harf, skrzypców, trąb, gitar i innych w Europie wcale nieznajomych.
Podróże Gulliwera T. 2 str 024.png

Przy niektórych osobach widziałem ludzi w ubiorze służących; mieli oni wręku laskę do której przywiązany był pęcherz suchym grochem lub kamykami napełniony: temi grzechotali niekiedy koło uszy lub ust swoich panów; przyczyny zaś tego wytłomaczyć sobie wtenczas żadnym sposobem nie mogłem.
Zdaje się, że ci ludzie są tak zatopieni w głębokich rozmyślaniach, że ani mówić nie mogą, ani słyszyć mówiących, jeżeli ich organy słuchu i mowy przez zewnętrzne wrażenie nie zostają obudzone. Przeto też majętniejsi trzymają sobie takich budzicieli, w ich języku Climenole zwanych, bez których nigdy z domu nie wychodzą.

Podróże Gulliwera T. 2 str 025.png

Obowiązkiem takiego budziciela jest, kiedy kilka osób w towarzystwo się schodzi, uderzać swoją grzechotką tego z nich który chce mówić po ustach, a tych co mają słyszeć po uszach. Nie mniej potrzebują tych budzicieli kiedy wychodzą, aby im dawali małe uderzenia na oczy, bo przez swoje roztargnienie mogą co moment wpaść w przepaść, strzaskać sobie głowę o słup, trącać chodzących na ulicy, lub przez tychże w rynsztok zostać wywróconemi.
Te uwagi były niezbędnie potrzebne, aby nie zostawić czytelnika w zdumieniu w jakiem ja się z przyczyny dziwnego postępowania tych ludzi znajdowałem, kiedy mnie na szczyt wyspy, do pałacu Królewskiego prowadzono. Podczas jakeśmy tam szli, przewodnicy moi zapominali często co mieli czynić, i zostawiali mnie samemu sobie aż budziciel ich obudził; ani postać moja, ani ubior cudzoziemski, ani krzyki mniej roztargnionego od nich ludu, nie sprawiały na nich najmniejszego wrażenia.
Nareszcie weszliśmy do pałacu i do sali audyencyonalnej. Król siedział na tronie otoczony najdostojniejszemi osobami. Przed tronem stał wielki stół, zastawiony globami ziemi i nieba i mnóstwem instrumentów matematycznych. Król nie spostrzegł nas wcale, chociaż wielki zrobił się hałas przez wejście ze mną wielu do dworu należących: był wtenczas mocno zagłębiony w jednym problemacie, i całą godzinę musieliśmy czekać aż go rozwiązał. Na każdej stronie stał koło niego paź z grzechotką, i gdy widzieli że już nie jest zajęty, uderzył go jeden łagodnie w usta drugi w prawe ucho. Porwał się wtedy jakby ze snu obudzony, patrzał długo na mnie i na całe otaczające mnie towarzystwo, aż sobie przypomniał przyczynę naszego przyjścia, o której go już przedtem uwiadomiono. Wyrzekł kilka słów, i natychmiast zbliżył się do mnie młody człowiek i uderzył mnie łagodnie w prawe ucho; lecz ja dałem mu przez znaki do zrozumienia, że wcale takiego instrumentu nie potrzebuję, przez co Król i cały dwór najgorsze o moim rozumie powzięli mniemanie. Król zadał mi kilka pytań na które odpowiedziałem we wszystkich jakie tylko umiałem językach; lecz gdy widziano, że ani zrozumieć ani zrozumiany być nie mogę, zaprowadzono mnie na rozkaz Króla do jednego pokoju w pałacu i dwóch służących dano mi do usługi, gdyż monarcha ten odznaczał się ze wszystkich swoich poprzedników wielką gościnnością.

Podróże Gulliwera T. 2 str 027.png
Podróże Gulliwera T. 2 str 028.png

Zastawiono do obiadu, i cztery znakomite osoby raczyły mnie zaszczycić swojem towarzystwem: mieliśmy dwa dania po trzy potrawy. Pierwsze składało się z łopatki baraniej w trójkąt przykrojonej, z pieczeni wołowej w formie romboidu, i budyniu w kształcie cykloidu: drugie z dwóch kaczek podobnych dwom skrzypcom, kiełbas i kiszek wyglądających jak flety i oboje, i mostka cielęcego przedstawiającego harfę. Służący pokrajali chleb w formy cylindrów, paralellogramów, i innych figur matematycznych.
Podczas obiadu pozwoliłem sobie spytać się o nazwiska wielu rzeczy w języku krajowym, i znakomici towarzysze moi byli łaskawi odpowiadać mi przy pomocy swoich budzicieli, w mniemaniu zapewne: że bedę podziwiał ich zdolności i talenta nadzwyczajne, jeżeli potrafię rozmawiać z nimi. Niezadługo byłem wstanie żądać chleba, wina i innych rzeczy potrzebnych.
Po obiedzie, oddalili się goście moi, i jeden człowiek z budzicielem przyszedł do mnie, mając ze sobą pióro, atrament, papier i kilka książek, w celu uczenia mnie — jak mi znakami dał do zrozumienia — języka krajowego. Byliśmy razem przez cztery godziny, i przez ten czas napisałem w dwóch przeciwległych kolumnach mnóstwo wyrazów z tłomaczeniem: nauczył mnie też na pamięć wielu krótkich peryodów, których sens dał mi poznać, czyniąc to, lub każąc czynić budzicielowi co znaczyły. Pokazał mi też w jednej książce figurę słońca, księżyca, gwiazd, zodyaka, zwrotników, i kół biegunowych, powiadając mi nazwiska tychże. Opisał mi także instrumenta muzyczne i pokazał mi sposób grania na nich. Po lekcyi ułożyłem sobie z tego wszystkiego mały słowniczek i w przeciągu kilku dni umiałem, dzięki dobrej pamięci mojej, dosyć dobrze po laputańsku.
Wyraz, który przez „latająca lub unosząca się wyspa“ tłomaczą, jest Laputa: prawdziwej etymologji tego wyrazu dojść nie mogłem. Lap znaczy w przestarzałym tym języku wysoko, a untuh rządzca, z tych dwóch więc wyrazów zrobiło się przez fałszywe wymawianie Laputa zamiast Lapuntuh. To wywodzenie jako zbyt naciągane niebardzo mi się podobało; ośmieliłem się więc przełożyć uczonym inne przezemnie wynalezione, to jest: że Laputa pochodzi z laputet; lap znaczy lśknienie się promieni słonecznych na morzu, utet skrzydło. Nie chcę nikomu, mojego wywodzenia narzucać, podaję je tylko pod sąd rozumnego czytelnika.
Ci którym mnie Król powierzył, widząc że bardzo źle jestem ubrany, przysłali mi krawca dla wzięcia miary do nowego ubioru.
Rzemieślnik ten wcale inaczej brał miarę niż nasi w Europie. Wysokość mojego ciała odmierzył kwadrantem, grubość moją i proporcyą wszystkich członków, linią i cyrklem, i to wszystko przeniósł na papier. Po sześciu dniach przyniósł mi ubiór, który wcale nie pasował; uniewinnił się jednak, że mały błąd wkradł się w jedną algebraiczną formę miary. Ku mojemu pocieszeniu, widziałem że takie przypadki często się zdarzały i że nikt na to nie uważał.
Dla braku przyzwoitej odzieży i z powodu małej słabości, nie mogłem przez kilka dni wychodzić: powiększył się przez to mój dykcyonarz i jakem znomu pierwszy raz udał się do dworu, potrafiłem już odpowiadać na niektóre zapytania królewskie.
Król dał rozkaz ażeby wyspę posunięto ku Lagado, stolicy całego Królestwa na stałym lądzie, i ażeby się w niektórych miastach i wsiach zatrzymała, dla przyjmowania próśb od swoich poddanych. W tym celu spuszczono z wyspy długie szpagaty z wiszącą na końcu ołowianką, i lud przywięzywał do nich swoje prośby, które gdy je ciągniono do góry, jak latawce wyglądały. Podobnym sposobem otrzymywaliśmy z dołu wino i żywność.
Znajomość moja matematyki i muzyki dopomagała mi wiele do zrozumienia ich sposobów mówienia i przenośni wziętych po większej części z tych dwóch umiejętności. Wszystkie swoje myśli wyrażają liniami lub figurami. Jeżeli np: chcą chwalić piękność kobiety lub innego stworzenia, opisują to figurami geometrycznemi, i tak mówią: że białe zęby jakiej pięknej dziewczyny są śliczne i doskonałe paralellogramy; jej brwi, miłym łukiem, albo piękną cząstką cyrkułu; jej oczy sprawują dziwne zaćmienie; jej piersi są ozdobione dwoma półglobami, i t. d.
Widziałem w kuchniach królewskich różne gatunki instrumentów matematycznych i muzycznych, i podług ich figur krają mięsiwa na stół królewski przeznaczone.
Domy ich są najgorzej zbudowane, mury są krzywe i rzadko w pokojach znaleźć można prawdziwy kąt prosty. Pochodzi to z wielkiej wzgardy którą mają dla geometryi praktycznej, za rzecz prostą i mechaniczną przez nich uważanej. Przepisy które dawają swoim robotnikom, są dla nich zanadto zawiłe i niezrozumiałe, aby mogły być dokładnie uskutecznione: ztąd pochodzą niezliczone błędy. Lubo w używaniu linji, ołówka i cyrkla są bardzo biegli, nie widziałem jednak w mojem życiu niezręczniejszego i niezgrabniejszego narodu we wszystkich czynnościach najpospolitszych, wyjąwszy matematykę i muzykę. Są też bardzo złemi logikami i skłonni zawsze do sprzeciwiania się, lubo rzadko kiedy mają zdanie trafne. Fantazya i przemysł, są przymioty wcale u nich nieznajome, nawet język ich nie ma na to żadnego wyrażenia: wszystkie ich myśli ograniczają się wyżej wspomnianemi umiejętnościami.
Wielu z nich, osobliwie zatrudniający się astronomią, wierzy w astrologią, lubo się wstydzą wyznać to publicznie. Najbardziej się dziwowałem nad namiętną ich skłonnością do polityki i nowości: mówią bezustannie o sprawach krajowych i uporczywie bronią lub zbijają mniemania różnych partyi.
Tę skłonność znalazłem i u europejskich matematyków, lubo podobieństwa matematyki do polityki żadnym sposobem nie mogłem odkryć, może myślą: że ponieważ najmniejsze koło, ma tyle stopni ile i największe, można przeto z równą łatwością rządzić światem, jak kierować globem; lecz to jest podobno zwyczajną słabością wszystkich ludzi, mieszać się w rzeczy które ich bynajmniej nie obchodzą, i do których żadnych nie posiadają zdolności.
Naród ten żyje w bezustannej niespokojności i trwodze, a to z przyczyn, któreby najmniejszego wrażenia na innych nie sprawiły. Obawiają się zawsze pewnych odmian w ciałach niebieskich, tak np: myślą, że słońce musi na ostatku pochłonąć ziemię, ponieważ ta bezustannie się do niego zbliża; że słońce przez swoje ciągłe emanacye okryje się z czasem grubą skorupą i przestanie oświecać ziemię. Utrzymują: że jeżeli ziemia ledwo uszła szczęśliwie pierwszemu komecie, który ją niezawodnie mógł zniszczyć, nie ujdzie przed drugim, który za trzydzieści i jeden lat nieomylnie się zjawi i w zbliżeniu się swojem do słońca, przyjmie od niego gorącość dziesięć tysięcy razy większą, niżeli czerwonego żelaza, a oddalając się od słońca, rozpostrze płomienisty ogon 140,000 mil długości mający, przez który ziemia, nawet w odległości 100,000 mil od ciała komety, spaloną i w niwecz obróconą zostanie: że słońce rozsiewając ciągle swoje promienie, wyczerpnie się nareszcie i zginie, a zatem pociągnie za sobą zgubę naszego planety i wszystkich od słońca swiatło dostających.
Zostawają w ciągłej niespokojności i bojaźni z powodu tych niebezpieczeństw, ani snu ani najmniejszej przyjemności życia używać przez to nie mogą. Jeżeli rano spotykają się, pierwsze pytanie jest zawsze: jak się ma słońce, w jakim stanie wschodziło i zachodziło? —
Kobiety tej wyspy są niezmiernie żywe, gardzą swemi mężami i lubią bardzo cudzoziemców, których wielu zawsze jest u dworu dla załatwiania interesów własnych, jako też rożnych korporacyi i miast stałego lądu. Laputanie nie poważają ich wcale, bo nie posiadają żadnych znamienitych zdolności umysłowych. Z pomiędzy nich wybierają Laputanki swoich kochanków; lecz najgorsze w tem jest to, że mogą sobie pozwalać nawet największych poufałości ze swojemi kochankami w obec własnych swych mężow, którzy tak są zatopieni w rozmyślaniach, że jeżeli mają przed sobą papier i instrument w ręku, a budziciel przypadkiem się oddali, nic z tego wszystkiego nie widzą.

Podróże Gulliwera T. 2 str 034.png

Mężatki i panny uskarżają się ciągle że są odosobnione na tej wyspie, i lubo uważają ją jako najprzyjemniejsze miejsce na świecie, pragną jednakże niezmiernie widzieć swiat i żyć w stolicy. Lecz nie wolno im tam się udawać bez pozwolenia Króla, które tylko z największą trudnością dostać można, bo mężowie ich przekonali się nie raz, że ciężko nakłonić je do powrotu.

Podróże Gulliwera T. 2 str 035.png
Opowiadano mi że jedna dworska dama, żona pierwszego ministra, człowieka bardzo przystojnego i bogatego, który ją niezmiernie kochał: udała się pod pozorem polepszenia zdrowia do Lagado, i została tam przez długi czas, aż Król dał rozkaz, ażeby ją wyszukano i napowrót odesłano. Znaleźli ją w podłej szynkowni, cale obdartą, bo sprzedała wszystką swą odzież i rzeczy dla wyżywienia brzydkiego lokaja który ją co dzień batem okładał. Z największem tylko usiłowaniem można było oderwać ją od niego, i chociaż mąż jej przyjął ją jak najgrzeczniej, nie czyniąc najmniejszych wyrzutów, uciekła jednak znowu po niejakim czasie do swego kochanka, zabrawszy ze sobą wszystkie co tylko mogła klejnoty, i nic o niej więcej nie słyszano.

Czytelnik będzie może myślał, że ta historya zdarzyła się w Europie lub w Anglji; lecz niech raczy mieć wzgląd na to, że kaprysy kobiet nie ograniczają się na pewien klimat lub naród, przeciwnie, są one powszechniejsze niż sobie wyobrazić można.
Po upłynieniu jednego miesiąca, znaczne zrobiłem postępy w języku krajowym i mogłem odpowiadać na pytania Króla, kiedy przypuszczony zostałem do audyencyi. Jego Królewska mość nie był wcale ciekawy poznać prawa, historyą, formę rządu, religią i obyczaje tych krajów które widziałem: wszystkie jego pytania ściągały się wyłącznie do matematyki, muzyki, i moich odpowiedzi słuchał z największą obojętnością i wzgardą, lubo budziciele ciągle byli w czynności.

Podróże Gulliwera T. 2 str 037.png




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Jonathan Swift i tłumacza: Jan Nepomucen Bobrowicz.