Pod blachą/Tom I/IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Pod blachą
Podtytuł Powieść z końca XVIII wieku
Wydawca Wydawnictwo M. Arcta
Data wydania 1930
Druk Drukarnia Zakładów Wydawniczych M. Arct
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Indeks stron


IV.

Szambelan właśnie się przed wiszącem u okna lusterkiem golił, gdy karetka majorowej stanęła przed kamienicą, a że zobaczywszy ją, przestraszony nie okaleczył się niebezpiecznie, istna była łaska Boża. Ręka mu się zatrzęsła i pojechała po brodzie aż pod gardło. Czuł, że ekwipaż ten nie mógł zajechać do nikogo, tylko do pierwszego piętra; uląkł się tych odwiedzin paradnych. Wyjrzał oknem i przeczucie się potwierdziło, gdy ujrzał Czeżewską wysiadającą z karetki z nieznajomą jakąś damą.
Powóz i konie wyglądające bardzo elegancko kazały się domyślać osoby dystyngowanej.
Z gorączkowym pośpiechem kończył rozpoczęte golenie i drżącą ręką zaciął się kilka razy. Szczęściem kawałek bibuły był pod ręką, pozalepiał na prędce rany i z pomocą Zybka, na którego krzyczał niemiłosiernie, jakgdyby on wszystkiemu był winien, wczas jeszcze potrafił przywdziać suknie, nim majorowa wyjechała, i stawił się na górę. Prawda, że niektóre szczegóły ubrania wiele pozostawiały do życzenia, ale szło mu o to wielce, aby się naocznie przekonać, kto mógł z Czeżewską przybyć do córki. Śpieszył się z młodzieńczą niecierpliwością.
Sylwja była już ubraną, a strój jej, choć dosyć skromny, dziewicze wdzięki podnosił. Suknię miała ciemną, odżywioną karmazynową przepaską; druga podobna wstęga przedzielała nawpół wysoko podpięte włosy bujne. Biały kołnierzyk na szyi i chusteczkę miała w ręku, ale jej w tem było tak pięknie, że wielka znawczyni niewieścich wdzięków, majorowa spojrzawszy na nią, stanęła zdumiona.
Przybrała zaraz ton poufały i przyjacielski, który był dobrej wróżby. Panna widocznie miała wielką przyszłość przed sobą.
Po pierwszem przywitaniu Habąkowska, jakby mimowolnie odezwała się półgłosem do przyjaciółki:
Mais elle est adorable!
Posłyszawszy to, Sylwja się zarumieniła. Od rana już była Warszawą, widzianą z okna, rozgorączkowaną.
— Cóż Warszawa? podoba ci się? — zapytała przybyła — nieprawdaż, że po Paryżu, to pierwsze miasto na świecie!
— A! czyż ja mogę powiedzieć, żem ją widziała? — poczęła Sylwja wesoło — mam tylko jej przeczucie i pragnienie. Po naszej wsi cichej, spokojnej, jak się to tu inaczej wydaje wszystko! Ile życia, nawet na ulicach, jaki ruch, jaka orzeźwiająca wrzawa!
— Gdy się temu zbliska przypatrzysz — zawołała Habąkowska, — jeszcze ci się to więcej podoba. Zobaczysz jak świetne mamy salony, jakie zabawy wytworne i dobrego tonu, co za stroje gustowne, jak miłe, uprzejme i doskonałe towarzystwo! A! ja to zawsze powiadam, kto nie może być w Paryżu, powinien żyć w Warszawie, gdzie indziej się wegetuje — nawet z Prusakami brudnymi, których bardzo nie widać, tu się żyje. A! Warszawa jest najmilszą w świecie!
— Niechże kochana pani nie rozłakamia mnie na nią, — odezwała się Sylwja, odniechcenia przyglądając się sobie w zwierciadle — bo, kto wie, jak malutką cząsteczkę jej poznać mi będzie wolno.
Allons donc! — przerwała z oburzeniem majorowa, — żartujesz sobie, pani moja, będziesz ją znała i miała całą, ona ci się pięknie u twych nóżek położy!
Zapłoniona znowu uśmiechnęła się Sylwja, gdy wtem hałaśliwie, nagle drzwi się otworzyły, i z twarzą pokiereszowaną od brzytwy, niepomiernie zaczerwienioną, zadyszany, z oczyma zaognionemi wpadł szambelan jak bomba.
Spojrzał na majorową, ale jej nie poznał, nie mógł sobie przypomnieć; z przesadzonem więc uszanowaniem zbliżać się począł do figlarnie uśmiechającej się jejmości, która mu dygała zdaleka.
— Panie szambelanie, czyż to być może, ażebyś pan dawnej swej przyjaciółki nie poznał? Czyż lata ubiegłe takie „raważe“ na twarzy mej by zostawić miały?
Zakłopotany niezmiernie szambelan spoglądał błagająco ku wojskiej, aby go poratowała, nie miał bowiem wyobrażenia, kto być mogła ta przyjaciółka! Czeżewska śpiesznie na ucho podszepnęła mu jej nazwisko, ale to wprawiło go w jeszcze większe zakłopotanie. Znaczenia tego nazwiska, stanowiska majorowej w społeczeństwie nie mógł na żaden żywy sposób sobie przypomnieć... Była dla niego zagadką.
W nadziei, że dalsza rozmowa objaśnić go może, przysunął się starym obyczajem do ucałowania pulchnej rączki, śmiejąc się niby wesoło, ażeby ukryć pomieszanie.
W duszy mówił sobie:
— Niech pęknę, jeśli wiem, co to za majorowa! Nigdy w życiu podobnej majorowej nie spotkałem! Przyjaciółka moja! — Nigdym takich przyjaciółek nie miał.
Habąkowska już z nieprzebranego zapasu gotowych frazesów, który zawsze miała na posługi, zaczęła żywo sypać na osłupiałego szambelana.
— Jaki to z kochanego szambelana ojciec przykładny! Prawdziwie za wzór drugim! Na karnawał z pode Lwowa do Warszawy! To się nazywa znać świat i kochać swe dziecię! Czyżby się godziło tak śliczny kwiatek trzymać w ukryciu i dać mu smutnie więdnąć w cieniu, między parafjanami!
Wskazała, śmiejąc się, na Sylwję, która wdzięcznie, czule spoglądała czarnemi oczkami na majorową.
Burzymowski coraz w trudniejszem był położeniu, czuł, że na te pochwały nie zasługiwał, nie wiedział, co miał odpowiadać. Śmiał się już tylko tym właściwym sobie rodzajem rubasznego śmiechu, hałaśliwego, który tak samo jak śmiech majorowej był dlań wygodną wstawką w rozmowie, gdy wyrazów brakło, odpowiedź była trudną, a odezwanie się koniecznem.
Śmiali się teraz tak właśnie oboje, sami nie wiedząc z czego, a Burzymowski w duchu sobie ciągle powtarzał:
— Co za majorowa? jaka u licha majorowa? quo titulo ona się tu zjawiła nimeśmy się rozpakowali? Boże mnie skarż, o kobiecie tej wyobrażenia nie mam! Majorowa! Co za majorowa! Bąkowska? Bąkowska? nie rozumiem!
Habąkowska ze zwykłą swą gadatliwością trzepała dalej, niezmieszana wcale wejrzeniami szambelana, w których się jego osłupienie malowało.
— Bardzoście państwo szczęśliwie trafili, Warszawę znajdujecie niezmiernie ożywioną, domów otwartych mnóstwo, wszelkich stopni i rodzaju, do wyboru dla każdego smaku.
Premier choix, qualiié superfine, Blacha, pani hetmanowa, Na górze, jenerałowa Grabowska, Kicka, Potoccy, Chreptowicz, dalej ciche i spokojne ustronie starościny krakowskiej, kasztelanowej połanieckiej, Małachowskiego, Czackich...
Szambelan roztargniony, wciąż pod naciskiem tej myśli, jaka to była majorowa, z nogi na nogę przestępując, niekiedy przebąkiwał półgłosem:
— Tak! tak!
W duchu jednak zaprzątnięty był zadaniem. Jaka u licha majorowa?
— Co za familjantka? Kto ją rodzi? Na śmierć zapomniałem! Musiała chyba męża i tytuł odmienić.
Posłyszawszy wyliczenie tylu domów, Burzymowski się wkońcu nastraszył i odezwał, jąkając nieśmiało.
— My bo pani majorowo dobrodziejko — my bo — jesteśmy cichej wsi mieszkańcy, domatorowie, do wielkiego świata nie nawykliśmy i nie piszemy się.
— Ho! ho! — przerwała mu Habąkowska. — Cóż to szambelan zbytnią skromnością tak się deprecjujesz! Znałam przecież nieboszczkę żonę jego, pamiętam jej stosunki, domatorką wcale nie była!
Burzymowski zdumiał się jeszcze bardziej, posłyszawszy o żonie swej wzmiankę.
— Cóż to jest u kata? — mówił w duchu — i żonę moją znała? Co to jest? Jaka to może być majorowa?
— Sylwja moja — wtrącił nieśmiało — jeszcze jest tak młodą!
— A panbyś ją dopiero podstarzałą chciał pokazać światu? — roześmiała się wesoło, przybliżając ku niem u natarczywie, majorowa. — Wstydźże się pan tej zazdrości rodzicielskiej! Choćbyś pan jej nam nie chciał dać, my ją gwałtem porwiemy! Ona należy do tego świata, którego będzie najpiękniejszą ozdobą!
W tej chwili zegar na kominie stojący syknął i zaczął wybijać dwunastą, Habąkowska skoczyła jak oparzona.
— A! co ja słyszę! dwunasta! już dwunasta — zawołała z przestrachem. — Dałam słowo pani hetmanowej i Anecie, że o południu, juste, będę Na górze! A! pardon, śpieszyć muszę!
Zaczęła się prędko kłaniać, dygać, ściskać, Czeżewskiej coś szepnęła do ucha i zabrała się do wyjścia. Burzymowski, choć dotąd na żaden sposób przypomnieć sobie nie mógł, ani kto ona była, ani kto ją rodził, ze staroświecką galanterją zaokrągloną podał jej rękę, postanawiając odprowadzić do powozu, bo tak mu grzeczność, której nigdy nie chybiał, nakazywała.
Gdy sam na sam znaleźli się na wschodach, Habąkowska zwróciła się ku niemu:
— Bez pochlebstwa, kochany szambelanie, — rzekła cicho — córkę masz tak śliczną, tak śliczną, iż równej jej, nawet tu u nas, gdzie wszystkie gwiazdy się zbiegają, znaleźć trudno.
Ma w sobie coś tak uroczego, niewysłowienie miłego, naiwnego, że nam tu wszystkim naszym kawalerom pozawraca głowy, bodaj tylko starszym pardonowała!
Szambelan, przyciśnięty do ściany, bo wschody były wąskie, śmiał się, choć pochwały te brzmiały mu jak groźby, truchlał strwożony.
— A, pani dobrodziejko — rzekł, dławiąc się — dla ojca sukcesy takie, to większa troska niż pociecha.
Habąkowska, odpowiedziawszy mu raz jeszcze tym samym swym zdawkowym śmiechem, którym się często posługiwała, wsiadła nareszcie do karetki, szambelan skłonił się drzwiczkom i stanął zadumany.
— Cóż to za licho ta utrapiona majorowa, taka fertyczna? Przyjaciółka domu, której ja ani znam, ani wiem, ani się domyśleć mogę? Język jak na kołowrotku! sama jak fryga, a pachnie aż śmierdzi! i wystrojona! ki djabeł! — Znała mnie i nieboszczkę żonę! majorowa? W życiu żadnej takiej nie znałem! Skąd data! przyjaciółka?
Poszedł co prędzej na górę dla wyjaśnienia tajemnicy. Córka i wojska Czeżewska, spodziewając się go, oczekiwały.
W progu zaledwie stanąwszy, odezwał się niespokojnie do Czeżewskiej.
— Toś mnie waćpani, moja dobrodziejko, ułowieniem tej ryby nabawiła kłopotu. Boże mnie skarz, nie znałem nigdy, nie znam żadnej majorowej, a ta mi się wpiera jako przyjaciółka! Gdzie? co? Skądże się tu wzięła?
Przeżegnał się.
— Klnę się asińdźce, głowa mi pęka, nic sobie przypomnieć nie mogę. Habąkowska powiadasz? — Nazwisko osobliwszego autoramentu. — Jakże z domu? może ją panną znałem? kto ją rodzi
— A! mój Boże! — przerwała obrażona Czeżewska — jak bo pan szambelan masz krótką pamięć? — majorową zna przecież cały świat! To jest ta, którą zwano piękną Jutką.
Szambelan stał zapatrzywszy się w podłogę i dumał.
— Jutka! No — zabij mnie jejmość, nie pamiętam. Jestem jak w rogu... O żadnej pięknej ani brzydkiej Jutce nic nie wiem.
— Z domu Mydłowska, — zniecierpliwiona i z przyciskiem odezwała się Czeżewska. — Mydłow — ska!
— Boże mnie skarz, o tem mydle nigdym nie słyszał! — ramionami ruszając, rzekł stary. — Mydłowskich szlachty niema na świecie...
— Ależ to przecie osoba całej Warszawie znana, — poważnie i dydaktycznie poczęła wojska, okazując, jak była dotknięta tem lekceważeniem przyjaciółki. — Słyszał pan szambelan, że wprost stąd pojechała do pani hetmanowej, a tam przecie lada kogo nie przyjmują! Jest to moja przyjaciółka od młodości!
Szambelan głową potrząsał i odezwał się, cedząc przez zęby:
— Wszystko to być może, ale żeby ona, jak afirmuje, moją kiedy przyjaciółką była, albo nieboszczki, o tem się nam ani śniło!
Sylwja zaczęła się śmiać wesoło.
— Tatuś bo kochany pamięć stracił, — odezwała się, zbliżając doń i rękę mu kładąc na ramieniu. — Majorowa niezmiernie miła, żywa, serdeczna osóbka, podobała mi się bardzo! Taka jestem szczęśliwa, że ją poznałam! Tak z nią jakoś łatwo, przyjacielska — uprzejma...
Burzymowski potarł głowę.
— Hm! ja tam tego — tak dalece nie znajduję... szepnął cicho — bo... bo...
— Bo co, kochany tatku? — zapytała córka, przymilając mu się.
Czeżewska zarumieniona, urażona widocznie, nadąsana, w okno patrzyła.
— Bo... bo — odezwał się stary, zbierając na odwagę — bo — w tej tu Warszawie, jaka ona tam jest, należy być wielce oględnym, grunt rozpatrywać, badać, namyślać się dobrze niżeli się krok postawi.
Otóż ta pani majorowa, której ja nie ujmuję, choć z domu Mydłowska — zaraz stąd wyjechawszy, roztrąbi i rozbębni o pięknej panience przybyłej z prowincji, ludzi zaciekawi, zechcą nas dla swej satysfakcji ciągnąć tam i sam, gdzie ja (otwarcie powiedziawszy) — tu głos podniósł i ręce uroczyście rozstawił — otwarcie powiedziawszy, możebym sobie mojej panny wprowadzać nie życzył.
— Ależ, mój ty surowy tatku — napół śmiejąc się, wpół strwożona i podrażniona, poczęła panna Sylwja, której też wystąpienie ojca wobec Czeżewskiej było niemiłem — dlaczegóżbym ja, panna szambelanówna, nie miała czy nie mogła tam bywać, gdzie cały tutejszy świat i najlepsze towarzystwo uczęszcza?
— Hm! dlatego — odparł stary, poprawiając włosy i budząc w sobie męstwo, którego nie miał — dlatego, że ja, ojciec asińdźki — (tu się zatrzymał i dokończył żywo), że ja mam ku temu słuszne powody!!
Odchrząknął.
— I — basta!
— A te powody są? — spytała Sylwja łagodnie, gdyż nadto była pewna wygranej, aby ją bardzo ustraszać miało co ojciec postanowił.
— Moja kochana — odezwał się Burzymowski, — są powody, z których ja ci się na teraz tłumaczyć nie mogę.
— Dlaczego? — cierpliwie, ale nie ustępując, nalegała córka.
Burzymowski patrzał na nią długo i — dumał. Zebrał się wreszcie na odpowiedź.
— Dlatego, moje dziecko, — rzekł — że w twoich latach lepiej jest wielu rzeczy nie znać i o nich nie wiedzieć...
Argument był słaby...
— Przepraszam tatkę, — odezwała się Sylwja — mnie się to wydaje inaczej. Ja właśnie przez niewiadomość tych rzeczy zatajonych mogłabym pobłądzić, zatem zdaje mi się lepiej, żebym o wszystkiem wiedziała zawczasu.
Wojska, nie chcąc się mieszać do tej rozmowy, stała na uboczu, patrząc to w okno, to na swą wychowankę. Sylwja, uśmiechając się łagodnie do ojca, męczyła go, piekąc na wolnym ogniu swemi pytaniami. Burzymowski zamilkł, tarł wąsy.
— Tatku — ciągnęła dalej córka. — Ile ja mam lat, wiesz tak dobrze jak i ja, tybyś mi rad ich ująć, jabym ich chciała sobie dodać. Dla kobiety, proszę tatka, to jest już wcale piękny wiek, jak tatka kocham. Mogę więc już wiedzieć niektóre życia tajemnice, daję ci słowo, jak mi powiesz, zrozumiem, a jak pojmę, posłucham.
Stary westchnął, oczy podnosząc ku niebiosom, jakby w nich zmuszony był szukać ratunku.
— Dajże ty mi pokój ze swoim rozumkiem — odezwał się błagająco. I wnet zmieniając głos, dodał:
— Powiem ci tylko, że nie wyłuszczając powodów, dla których wybór zrobię tych a nie innych domów, w jakich bywać mamy — mogę zaręczyć, iż ten wybór mój będzie najlepszy, a domy najpierwsze i najdystyngowańsze... Mogę ci i za to zaręczyć, że ani przez skąpstwo, ani dla osobistej niechęci nie wyłączę nikogo...
— Domy najdystyngowańsze — podchwyciła Sylwja — to będą dla tatka pewnie te, w których odmawiają pacierze, pończochę robią i wzdychają do niepowrotnej przeszłości, nieprawdaż, tatku? Domy, w których bywają księża biskupi, staruszkowie łysi i siwi? a jak najmniej młodzieży i nigdy śmiechu?
Ale w takim razie, tatku, pocóżeśmy do Warszawy jechali? Ja, przyznam ci się, chciałabym się trochę zabawić...
Zniecierpliwiony, nieszczęśliwy szambelan darł czuprynę.
— Bądźże spokojna, — zawołał — wszystko się znajdzie, i przyzwoita zabawa i trochę skoków i śmiechu, — ale...
— Ale — podchwyciła córka.
Burzymowski, nie mogąc już dłużej egzaminu wytrzymać, ruszył ramionami i miał się ku drzwiom. Córka drogę mu zastąpiła, rozstawiając szeroko ręce.
— Mój tatku, — rzekła pieszczotliwie — ty zwykle dla mnie taki dobry, dziś jesteś prawdziwie nie do ugryzienia. Chyba już swojej Sylwki nie kochasz. Nie chcesz być ze mną otwartym, traktujesz mnie jak małe dziecko... Fe!
Czyżby te nieszczęśliwe buty tak ci humor popsuły?
Na wspomnienie o butach drgnął szambelan.
— No, no — odezwał się, łagodząc — zobaczysz, bądź cierpliwa, wszystko się dobrze ułoży, będziesz kontenta. Z niczem tylko zbytnio się nie trzeba śpieszyć.
— Mnie bo się zdaje, tatku, — sprzeciwiła się Sylwja — że z niczem nie potrzeba się opóźniać.
Burzymowski nie widział już innego ratunku jak odwrócić rozmowę.
— Cóż to za teraźniejsza młodzież? — rzekł. — Micio u ciebie, no i u mnie dotąd nie był?
Sylwja obojętnie główką potrząsnęła.
— A pisałem do niego wcześnie, kiedy przybyć mamy, — mówił szambelan — ażeby się tu zaraz stawił na twe usługi. Poczciwy, dobry z kościami chłopak, a mimo przywiązania do nas pobałamucił i niema go do tej pory. Chyba listu nie odebrał?
— Zapewne, że musi nie wiedzieć o przyjeździe naszym — odpowiedziała Sylwja, lekko się zarumieniwszy — inaczej ręczę, że byłby się przystawił.
— Od niegobym był mógł zasięgnąć wiele potrzebnych informacyj, — ciągnął dalej stary — wiem, że Micio tu jest bardzo dobrze położony, że bywa u Sołtyków, u Chreptowicza, jeździ do Skierniewic do księcia prymasa, zna tu wszystkich, wie o wszystkiem.
Czeżewska uznała właściwem wtrącić swoje trzy grosze, i rzekła z przekąsem:
— Ale w wielkim świecie wątpię, żeby bywał!
— A gdzież większy świat być może, jak u księcia prymasa? — spytał złośliwie szambelan.
— Elegancki świat przecież gdzie indziej, to wszystkim wiadomo! — odcięła się Czeżewska.
— I o tym eleganckim, jak go asińdźka zowiesz, wie on pewnie co wiedzieć potrzeba — odparł Burzymowski.
— Micio Grabski, chybaby był chory, inaczej będzie z pewnością nie dziś to jutro — dodała Sylwja.
— Niech Bóg uchowa, żeby chory miał być — zawołał szambelan — ja go kocham jak syna.
Tu, przerwawszy mowę, przeszedł się stary po pokoju i na pociechę paniom dodał jeszcze.
— Ja tymczasem nie próżnuję, i spełniam moje obowiązki. Zamówiłem już powóz, gdyby go było potrzeba, bardzo przyzwoity, danglowski, ale świeży...
— Co tu są za śliczne zaprzęgi — zawołała Sylwja, ożywiona nagle. — Ja już, siedząc w oknie, dwa widziałam, o jakich mi się w życiu nie śniło. Służąca mi mówiła, że pierwszy z nich, cug tarantów jest księcia prymasa, a druga gniada czwórka z postrojonymi postyljonami ma być księcia Józefa.
Stary się rzucił.
— I ty go już widziałaś?
— A! nie tylko ja go widziałam. — odpowiedziała Sylwja z naiwnością dziecięcą — ale i on mnie zobaczył. Tak mi się przypatrywał, żem się aż do okna cofnąć musiała zażenowana...
Wyobrażałam go sobie daleko starszym, — szczebiotała dalej — wygląda wcale młodo i bardzo, bardzo dystyngowany. Ma w rysach coś tak szlachetnego, twarz tak miłą, tak smutną, oczy tak wyraziste.
W czasie, gdy Sylwja z wielkiem zajęciem opowiadała o księciu Józefie, Burzymowski stał z głową spuszczoną, posępniejszy coraz.
Długo nie mógł odezwać się ani słowa.
— Ph! — rzekł wkońcu — stary bałamut, ma już lat około czterdziestu... Ale tak! Pamiętam go młodym i pięknym w czasie sejmu czteroletniego i po kampanji 1792 r., ale to już temu latek kupka, a żyło się żwawo i z niejednego roku dwa zrobiło!
Zachmurzył się mocniej jeszcze i dodał;
— Ale, moja Sylwko Sylfido! — ciekawość ciekawością, hm! czyż godzi się tak oknem wyglądać, żeby się aż dać widzieć? To mi się zdaje — nieprzyzwoicie!
Sylwja się rozśmiała wesoło.
— Oknem wyglądać, nieprzyzwoicie? tatku?
— A tak, oknem wyglądać, — potwierdził Burzymowski — zwłaszcza gdy przejeżdża taki bałamut, któremu lada młode oczki zawracają głowę.
— Tylko nie moje! — przerwała Sylwja.
— Jeszczeby tego chyba brakło na moją biedę! — odezwał się szambelan. — Niech nas Bóg uchowa i strzeże.
Czeżewska, ztyłu stojąca, słuchając rozmowy, ramionami ruszała. Sylwja śmiała się z nieopatrznością dziecięcia, szambelan burczał.
Pani wojskiej wreszcie to co nazywała prześladowaniem ojca, uprzykrzyło się — i wtrąciła głosem słodziuchnym, ale stanowczo.
— Pan szambelan ma czasem jakąś przyjemność tę biedną Sylwkę morałami udręczać! Słowo daję! Widzi pan, że ją to irytuje.
Burzymowski zmiękł zaraz, trochę się nastraszywszy.
— To się tak gada, aby się coś gadało, — zawołał — nic znowu jej tak bardzo przykrego nie powiedziałem.
Przystąpił do Sylwji.
— Przepraszam cię, rybko moja, starzy jak ja zwyczajnie gderać muszą, ale z przywiązania i dobrego serca.
Córka pośpieszyła go uściskać.
— Kochany tatku, — rzekła — ja ani się nie dziwuję, ani przykrzę tem, co tatko mówi, my się wkońcu zawsze z sobą zgodzimy.
— Bóg widzi! prawda! tak! słowo daję! — zawołał rozczulony uściskiem dziecka, całując w głowę córkę szambelan — ty, poczciwa, dobra jesteś jak anioł.
Czeżewska, zdala za nimi stojąca, nie kryła złego humoru, w jaki ją ta czuła scena wprawiała, było w tem trochę jej winy, że się Burzymowski posprzeczał, darować mu więc tego nie mogła.
Jesteśmy tak wszyscy, gdy się czujemy winnymi, część winy radzibyśmy złożyć na kogo innego.
Rada była co najprędzej pozbyć się, wyprawiając na dół, szambelana, gdyż sprawy toaletowe, nie cierpiące zwłoki czekały na nie, a Burzymowski nie kwapił się z pożegnaniem.
Widząc wreszcie, iż heroicznego użyć potrzeba środka, aby się go pozbyć, Czeżewska wśród najczulszych oświadczeń, któremi ojciec z córką pocieszali się wzajemnie, odezwała się głosem dyktatorskim:
— Dziś jeszcze tysiące rzeczy jest do załatwienia, a my aniśmy nawet poczęły.
Ja muszę iść i proszę panny Sylwji, aby przybyła co najrychlej. Krawiec czeka, modniarka nad karkiem stoi, szewc przyszedł brać miarę.
Burzymowski, posłyszawszy to, natychmiast ku drzwiom ruszył, Czeżewska trochę szyderczą i litującą się minkę zrobiwszy, powiodła za nim oczyma.
Taki był początek pierwszego dnia pobytu w Warszawie pana szambelana Stanisława Kostki Burzymowskiego, a jeśli kto to on wcale nie był uszczęśliwiony wypadkami dnia tego, w którym mu się wszystko na przekorę składało, począwszy od butów, aż do spojrzenia córki na księcia Józefa, którego sława don-żuańska dla ojców i mężów strasznym czyniła.
Z głową zwieszoną, powoli zsunął się po wschodach stary ku swoim izdebkom.
Tu Zybek, znający się na swych obowiązkach, przyniósł mu na długim cybuchu nałożoną z czubem fajkę tytuniu tureckiego, z której zwolna pykać zaczął, smutny jak noc, przybity i wzdychający szambelan.
Sądził, że wieczór cały przejdzie mu samotnie przepędzić, bo się nie spodziewał nikogo, nikomu nie dawszy swojego adresu, gdy w sieni usłyszał znajomy głos szambelana Pokutyńskiego, który Zybka, stojącego cały dzień we drzwiach, dla gapienia się na ulicę, pytał:
— Jest pan w domu?
W tej samej chwili drzwi się otwarły i wyelegantowany zjawił się dawny kolega.
Bystre spojrzenie na twarz Burzymowskiego mogło go nauczyć, iż stary pierwszem wrażeniem Warszawy był znękany i wystraszony. Wczoraj na gościńcu widział go wesołym, uśmiechniętym, dziś znalazł zmęczonym, milczącym, posępnym.
Humor mu się popsuł bardziej jeszcze, gdy posłyszał od progu wołającego Pokutyńskiego.
— Powinszowania niosę! To się nazywa: Veni, vidi, vici. Cała już Warszawa brzmi imieniem córki waszej i sławą jej wdzięków! Wieść o jej piękności przebiega wszystkie salony, we wszystkich jest ustach... Ciekawość rozbudzona do najwyższego stopnia.
— A! Jezus! Marja! — krzyknął, cybuch wypuszczając z rąk, Burzymowski. — Skąd? co? jakże? krokiem nie wychodziła! Nikt jej nie widział jeszcze.
— Ba! ale majorowa, która już tu była na oględzinach, zawiozła pierwszą wiadomość do pałacu Na górce, do pani hetmanowej. Wczorajsza młodzież także w kołach swoich rozgadała o cudnem zjawisku; naostatek książę nasz, zdaje się, że waszą pannę musiał w oknie zobaczyć; uderzyła go jej nadzwyczajna uroda, zachwycony nią musiał się posłać dowiedzieć kto to był taki.
Burzymowski, zamiast się ucieszyć, uderzył w szerokie dłonie i załamał je z wyrazem rozpaczy.
Pokutyński śmiał się.
— Teraz — dodał — nie masz się już co taić i ukrywać z córką, ani przemyślać, gdzie ona bywać ma... Złapią was i pociągną gwałtem.
Szambelan tak był tem zmieszany, tak odurzony swem nieszczęściem, że nie umiał wyrazić inaczej utrapienia, jak niezrozumiałym wykrzykiem:
— Pocóż się już było śpieszyć z butami!
Pokutyński szczęściem nie posłyszał tego westchnienia, ciekawy zawsze, rozglądał się tymczasem po niepozornych izdebkach, w których go kolega przyjmował.
— Spodziewam się, — bąknął po chwili — że córkę chyba lepiej musiałeś ulokować niż siebie. Przepraszam cię, ale twoje mieszkanie na zabrukaną celę kapucyńską wygląda, a dziś i twarz twoja, akomodując się do niego, ściągnięta coś jak po rekolekcjach!
— A! ja tam dla siebie wiele nie potrzebuję! — westchnął Burzymowski cały zadumany i pogrążony w sobie.
Pokutyński, widząc go tak znękanym, rozbawić się starał.
— Pojutrze — rzekł — nasz teatr amatorski, śliczna rzecz! Jeżeli gdzie to na nim cały nasz świat zobaczyć można i wszystkim się pokazać. Niesposób, ażebyście na nim nie byli. O zaproszenie dla was postaramy się, odbierzecie je niezawodnie. Przygotujcie się więc do tego.
Osowiałym wzrokiem spojrzał Burzymowski na mówiącego i swoim zwyczajem włosy trzeć zaczął.
— Nie wiem prawdziwie, — rzekł — czy my tam pojutrze będziemy mogli być! Tylko co jesteśmy z drogi, babom pewnie jeszcze mnóstwa gałganków brak, kto je tam wie! a guzdrają się...
— O! o! dadzą one sobie radę, — przerwał gość — ciekawość, ręczę ci, przyśpieszy przygotowania. Córka twoja pewnie zechce widzieć reprezentację tę, ty zaś nadto jesteś dobrym ojcem, żebyś miał dziecko swe przyjemności tej pozbawić!
Zdaje się, że szambelan domyślił się przyczyny frasobliwego usposobienia kolegi i miał złośliwą przyjemność go drażnić, gdyż mimo coraz bardziej zasępiającej się twarzy Burzymowskiego, kończył:
— Tak! tak, kochanku! kiedyś grzyb, to leź w kosz, ojcem jesteś, trzeba dziecku być posłusznym — takie teraz prawo. Długo bardzo dzieci rodziców słuchały, teraz kolej przyszła na starych, że młodym się muszą akomodować. Panienka się zabawi, ty się rozruszasz i złe humory odejdą.
Kto wie? tyle młodzieży mamy? zakocha się w niej kilku, a przynajmniej jeden o rękę zgłosi. Pannie szambelanównie sprawimy weselisko, a ja na niem — wiesz co? no! ofiaruję się mazura z hołubcem! Zobaczysz, że się zwijam, jak potrzeba!
Klepał po kolanie Burzymowskiego, który siedział smutny i milczący, nie odpowiadając już nic, aby nie wywoływać drażliwych kwestyj.
Niewiadomo, jakby się była rozmowa skończyła, gdyby w tej chwili nie wpadł naprzód Zybek, wołając:
— Pan Mieczysław!
A za nim tuż wpadł młody mężczyzna, pięknej postawy, przeciw któremu szambelan z rozstawionemi pośpieszył rękami i do piersi go przycisnął.
— Micio! a, przecież! Jużem, słowo daję, nie wiedział co myśleć — wołał mocno poruszony Burzymowski.
Wtem postrzegłszy, że przybyły zdala się kłania Pokutyńskiemu, pośpieszył go zaprezentować przyjacielowi.
— Mieczysław Grabski, mój bliski krewny, najmilszy sercu mojemu młodzieniec, którego łasce twej, kochany szambelanie, gorąco mam honor polecić. Ale, jakże to być może, ażebyście się nie znali?
Pokutyński i Grabski zimno się jakoś powitali, w taki sposób, iż należało się domyślać, że o sobie wiedzieli, znali się może zdaleka, a nie życzyli poufalszej zabierać z sobą znajomości. Takie przynajmniej wrażenie zrobiło to na szambelanie.
— Zdaje mi się, — odezwał się zimno a grzecznie Pokutyński — żem parę razy miał przyjemność spotykać pana dobrodzieja.
— Tak jest, — pośpieszył z równie ceremonjalną odpowiedzią Grabski — ale nie miałem szczęścia być mu przedstawionym.
Wyrazy te pan Mieczysław wymówił chłodno też, nie przysuwając się bliżej, a Pokutyński skłoniwszy się elegancko, po młodemu, sięgnął zaraz po kapelusz i uściskawszy Burzymowskiego, który go do progu przeprowadzał, oddalił się śpiesznie.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.