Pani z pieskiem

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Pani z pieskiem
Podtytuł Obrazek z bruku
Pochodzenie Wybór pism w X tomach
Tom II
Wydawca nakładem autora
Data wydania 1891
Druk Drukarnia „Wiek”
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Indeks stron
PANI Z PIESKIEM.
(OBRAZEK Z BRUKU).

І.

W najstarszej dzielnicy Warszawy, tam, gdzie, jak małe strumyki do jeziora, ciasne i ciemne uliczki wpadają do rynku Starego Miasta, w domu wązkim a wysokim niepomiernie, cztero czy nawet pięciopiętrowym, mieszkała i mieszka jeszcze zapewne dotychczas „pani z pieskiem“.
Nie trzeba sądzić, że ta dama nie ma nazwiska, — owszem, miała ich aż trzy. Panieńskie, później 1-o voto, wreszcie 2-0 voto, które nosi godnie i nosić będzie, oby jaknajdłużej, aż do końca dni swego poczciwego żywota.
Nazywano ją jednak nieinaczej — tylko „pani z pieskiem“. Pod tym pseudonymem znał ją sklepikarz, maglarka, stróż, wymowne straganiarki, zaludniające rynek staromiejski, tudzież kawalerowie, którzy z nią miewali bliższe relacye.
Tylko proszę tych ostatnich słów źle nie rozumieć, bo „pani z pieskiem“ jest wyższa nad wszelkie podejrzenia; raz jako dama silnej cnoty i nieposzlakowanych zasad, powtóre jako uczciwa wdowa, potrzecie ponieważ skończyła z górą sześćdziesiąt lat żyda — i doczekała się licznych wnucząt na swoją pociechę...
Wiedziało o tem dobrze „całe Stare Miasto“, a wszyscy prawie jego mieszkańcy znali tę damę i jej pieska, żółtego, spasionego mopsa, który jej zawsze na targ towarzyszył.
Osobiście miałem honor poznać „panią z pieskiem“ przed laty siedmioma mniej więcej, mając interes do pewnego artysty-malarza, który od niej pokoik odnajmował.
Gdy, wdrapawszy się z trudem po ciemnych żelaznych schodach na trzecie piętro, zadzwoniłem, z poza drzwi słyszeć się dało zawzięte ujadanie psa, oraz piskliwy głos kobiecy:
— Pójdziesz Miluś! a pójdziesz! leżeć!... Zaraz otwieram. Miluś! powtarzam ci po raz ostatni, że dostaniesz wnyki...
Poważna pani w popielatym szlafroczku, w wielkim czepcu i w okularach otworzyła mi drzwi.
— Przepraszam panią — rzekłem — czy tu mieszka pan Faustyn?
— Nie słyszę, dobrodzieju, nic a nic nie słyszę, nie dlatego, żebym była głucha, ale przez tego łotra psa! Niech pan pozwoli dalej, porozumiemy się, mam jeszcze jeden pokoik wolny... Bardzo cichy i ciepły, od podwórza... Będziesz ty raz nareszcie cicho! Niechże szanowny pan siada... Można pomieszania zmysłów dostać przy tym psie...
— Nie chciałbym zajmować pani czasu...
— Ależ, zaraz panie, zaraz... Cóż tak pilnego? Proszę spocząć; a na psa mam sposób. Chce szczekać?... niech gałgan szczeka. Zmęczy się i przestanie. Ja go znam. Nie zaprzeczy pan chyba, że swoją drogą jest to śliczny piesek...
— I głos ma bardzo przyjemny. Mops?
— Kajzer-mops, panie, z czarną mordką. To bardzo szlachetna rasa... Aha! już gardło boli, już się sprzykrzyło szczekanie? Widzi pan już nie ujada... Od czasu jak ostatnią córkę za mąż wydałam, a jest już temu blizko dwanaście lat, trzymam stale pieska. Gdy jeden zginie, staram się o drugiego, a zawsze o mopsa, bo to bardzo mądre psy. Niech się pan nie dziwi... gdyby nie Miluś, nie miałabym się do kogo odezwać. Teraz mogę zapytać co tu pana dobrodzieja sprowadza, bo jeżeli o pokoik, to mam akurat jeden wolny...
— Nie, pani, chciałbym się dowiedzieć o pana Faustyna...
— Pana Faustyna?... tak, to mój lokator, zacna dusza, szlachetny charakter... mieszka tu on, mieszka, ale już go od tygodnia nie widziałam....
— Czy wyjechał z Warszawy?
— Broń Boże, panie dobrodzieju. Gdzieżby miał wyjeżdżać? Ale nie przychodzi, tuła się biedaczek, nocuje na mieście, u kolegów, bez żadnej wygody...
— Dlaczegóż-to?
— Właśnie dlatego, że jest szlachetny... zanadto szlachetny, jak pana dobrodzieja poważam.
— Nie rozumiem...
— Widzi pan, jak ma pieniądze, to ich nie utrzyma. Koledzy znają jego charakter... Zaprosi do handelku, na Kępę, ufetuje, ugości... i pieniążki fiu! a potem kryje się przedemną i tuła Bóg wie gdzie, bo jest szlachetny i nie śmie się pokazać bez pieniędzy na stancyę. Co pierwszego powtarza się taka historya, aż muszę przez znajomych spraszać, żeby przyszedł. Toć nie jestem, panie, Herod, głowy mu nie urwę, po co ma się biedaczek tułać?... Nareszcie uda się go ściągnąć, przyjdzie i zaraz z miejsca przeprasza: — Ach, pani Jagodzińska kochana, bo ja się po drugim mężu Jagodzińska nazywam, ach, pani, powiada; ja jestem łotr, łobuz ostatniej próby, niegodzien pani zaufania. Tak sam na siebie! aż go muszę uspokajać i mitygować i nieraz popłaczę się nad nim. Komorne oddać, to on mi odda, wykapie po rubelku, po dwa złote — jak może, bo szlachetny, godna dusza! Ja go też żałuję i, choć to do mnie nie należy, obszyję, obłatam... Bo proszę pana łaskawego, kawaler, to nieraz gorzej niż cygan. Znam ja to dobrze, bo od lat trzynastu, od czasu jak ostatnią córkę za mąż wydałam, trzymam kawalerów na stancyi...
— Żałuję mocno, że pana Faustyna nie zastałem — rzekłem, zabierając się do odejścia — przepraszam panią, żem ją niepokoił...
— A niechże pan się nie śpieszy, on może nadejść, mam przeczucie, że nadejdzie... Pan dobrodziej pewnie krewny pana Faustyna?
— Daleki...
— I także kawaler?
— Od kilku lat już nie...
— A, to bardzo dobrze, bardzo porządnie z pańskiej strony, bo co warto kawalerskie życie?... Napatrzę ja się na nich dosyć... Powiadam panu, mam trzy córki zamężne, mogłabym przy której osiąść, bo zapraszają, bardzo nawet zapraszają, ale ja nie chcę. Nie lubię być ciężarem nikomu i z tego kąta nie myślę się ruszać. Najmłodsza córka bardzo mnie zapraszała do siebie, ale padam do nóg! Wyobraź pan sobie, mieszka niby to w Warszawie, ale gdzie, na Sosnowej ulicy! Kłaniam uniżenie. Czy to Warszawa? Niech pan sam powie... Tu co innego, tu mam wszystko. Chcę pójść do kościoła, to jest zaraz Katedra, Pijary, św. Duch, św. Marcin, Dominikanie, Sakramentki; chcę co kupić, targ tuż, wszystko tuż... Zresztą tyle lat tu przemieszkałam i było mi dobrze, gdzie więc mam czego szukać na starość?
— Pani dawno tu mieszka?
— O, dawno! Trzeba panu wiedzieć, że ja jestem wdowa i to podwójna. Dwóch mężów miałam... pomarli, wola Boska! Pierwszy był urzędnikiem i to dość znacznym, brał tysiąc dwieście złotych rocznie w komisyi skarbu, niby po potrąceniu na emeryturę półczternasta rubla na miesiąc. Ładny grosz! Porządny człowiek był, ale umarł i to, niech pan dobrodziej wyobrazi sobie, na tyfus! Majątku nie zostawił, bo był miody; zostałam tedy z córeczką, jak to mówią, na bruku...
— Wspominała pani o trzech córeczkach.
— A tak, mam trzy, Bogu dziękować, a czwarta umarła dzieckiem, bo widzi pan, poszłam za mąż powtórnie. Byłam jeszcze młoda, zaczęli ludzie swatać, namawiać, no i namówili; wyszłam, i także za urzędnika, ale z poczty. Nieosobliwy urząd, lakiem pachnie zdaleka, ale człowiek był niezgorszy. Żyłam z nim przez lat pięć, i wyobraź sobie pan dobrodziej: także umarł, z zaziębienia! Została po nim garderoba i trzy córeczki... Musiałam dobrze głową kręcić, żeby wyżyć z czworgiem dzieci... no, ale jakoś...
Zaciekawiony, w jaki sposób poczciwa pani z pieskiem rozwiązała tę trudną zagadkę, odezwałem się:
— Musiało pani być jednak ciężko na świecie... Uśmiechnęła się...
— Zapewne — odrzekła — ale przecież wiadomo, że kogo Pan Bóg stworzył, tego nie umorzył... bo gdyby miał umarzać, to pocóżby stwarzał. Nieprawdaż?
— Zdaje się...
— Radziłam sobie jak mogłam. Trochę ludzie przyszli z pomocą, a trochę też i szczęście sprzyjało...
— A, szczęście?...
— A, tak... cóż też pan tak dziwnie patrzy, alboż to ludzie nie miewają szczęścia?
— Chce pani mówić o sukcesyach niespodziewanych, wygranej na loteryi...
— Jaki pan domyślny... Było, panie, i jedno i drugie. Po bracie spadła na mnie sukcesya i ładna, siedmdziesiąt pięć rubli, jak lodu, w trzech papierkach, pamiętam, jak dziś... Na loteryi też wygrałam, nawet dwa razy. Trzymało nas pięć wdów ćwiartkę do współki i jak panu powiadam, dwa razy wyszła nam stawka, ale ani z sukcesyi, ani z loteryi wyżyć nie mogłam. Zarabiałam głównie igiełką, szyciem. Młodość, miałam oczy dobre, ludzie dawali robotę, magazynów tyle nie było co dziś, dzieci się chowały, tylko jedna córeczka najmłodsza zachorowała i umarła... Leży na Powązkach, przy ojcu, trzecia brama, niedaleko muru... w nocy bym trafiła...
Westchnęła kobiecina na wspomnienie owej trzeciej bramy Powązek i mówiła dalej:
— Szycie, proszę pana, to dobra rzecz, ma się rozumieć, jak idzie, a mnie szło, nie mogę narzekać, nawet pannę do pomocy trzymałam, póki najstarsza córka nie podrosła. Posyłałam dziewczyny na pensyę, tu, na Stare Miasto. Porządna pensya była; utrzymywała ją moja dobra znajoma, dziś już nie żyje, niejaka pani Dziembielińska, zapewne słyszałeś pan kiedy o niej?
— Nie pani.
— To dziwne, cała Warszawa ją znała.
— Ja nie jestem warszawiak.
— A, to co innego. Pensya to była, co się zowie, dwie klasy, na fortepianie i po francuzku uczyli. Kosztowało rubla na miesiąc. Drogo, bo drogo, ale zato dobrze. Mnie nieboszczka pani Dziembielińska opuszczała cokolwiek, trochę po znajomości, a trochę za to, że jej stare suknie przerabiałam... Nie ma co mówić, znała swoją godność, przecież przełożona, panienki mówiły na nią: „madame“. Otóż, panie dobrodzieju, jak tylko najstarsza skończyła pensyę, zaraz ją oddałam do magazynu na praktykę, a gdy się uzdolniła, pannę oddaliłam i szyłyśmy we dwie... O tej pannie miałabym dużo do powiedzenia, ale wolę zamilczeć, bo lepiej o kim nic nie mówić niż źle, a to, z przeproszeniem pana dobrodzieja, latawiec był! a próżniak... Zresztą, co mi po pannie, skoro miałam córkę do roboty zdolną. Wszystkie trzy pokierowałam w ten sposób. Ja zajmowałam się gospodarstwem, a one szyły, ale jak szyły! jaką miały zdolność! Po całem Starem Mieście rozniosło się, że nigdzie tak porządnie sukni nie zrobią, tak gustownie kapelusza nie ustroją, jak u nas... Czy da pan dobrodziej wiarę, że miałyśmy robotę z Podwala, z Długiej, z Zakroczymskiej ulicy, a raz nawet jedna pani z Krakowskiego Przedmieścia dała do przerobienia jedwabną suknię. Jak pana dobrodzieja poważam!
— Więc się pani wiodło?
— I jak jeszcze, szanowny panie, i jak! Na komorne miałam; w sklepiku kredyt, żeby nawet na kilkanaście rubli. Wiodło się, ludzie zazdrościli, a najbardziej jedna wdowa, co miała szwalnię na Kanonii. O! ta, proszę pana, ujadała, co wlazło... ale znalazłam i na nią sposób.
— Ciekawym, jaki?
— Stary, ale dobry. Naprzeciwko mieszkał malarz, zdolny artysta, taki co pokoje maluje, więc go poprosiłam i zapłaciłam, ma się rozumieć, żeby mi na deszczułce wymalował Opatrzność i wypisał te słowa: „Dałeś mi Wszechmocny Panie z Twojej Opatrzności — daj i tej babie z Kanonii, która mi zazdrości.“ Tę deseczkę kazałam przybić nadedrzwiami. Panie dobrodzieju, co to było gadania!... Całe Stare Miasto trzęsło się; powiadam, że się trzęsło, jak mnie oto pan żywą widzi. Śmieli się... nie ze mnie, ma się rozumieć, ale z tamtej, bo Pan Bóg nie rychliwy ale sprawiedliwy i złość ludzka musi być zawsze ukaraną... Z tamtej się śmieli, a mnie robota szła, nawet zaczęli ludzie bąkać, że i pieniądze mam...
— A w rzeczywistości jakże było? — zapytałem.
— W rzeczywistości?... Cóż mam się zapierać? Było, bo musiało być; oszczędzałyśmy, pracowały, więc się tam i pieniądz zawiązał.
— Może będę niedyskretny, ale radbym wiedzieć, jak też dużo pani uzbierała?
— O! sporo! Trzy listy zastawne po sto rubli i papierkami kilkaset złotych. Piękny grosz? Nieprawdaż, panie?
— Spodziewam się.
— Nie chwaliłam się z tem, bo cóż to za chluba? Lada żydziak potrafi złożyć pieniądze, jak ma z czego; ale ludzie podpatrują, a gdy co zobaczą, to dołożą dziesięć razy tyle i puszczają w kurs. Zaczęli opowiadać: „baba ma pieniądze, siedzi na pieniądzach. “ Mówili przez zazdrość, a mnie się to na dobre obróciło, bo jak o pieniądzach słuch poszedł, zaraz się do moich dziewczyn konkurenci znaleźli. Ale niech pan nie myśli, że się dla pieniędzy pożenili. Dziewczęta były, nie chwaląc się, śliczne. Niech pan dobrodziej się przekona...
To mówiąc, babina pobiegła do stolika i wydobyła z szufladki fotografje.
— Oto, panie, Michalinka — mówiła, pokazując wypłowiałą już fotografje — najstarsza. Jak malowana, powiadam panu. Ta miała ogromne szczęście, kilku ubiegało się o nią, ale... komornik ją złapał...
— Komornik!
— A tak, tak, jakby pan wiedział, że komornik. Zabrał jak swoją i ożenił się z nią. Mieszkają teraz na prowincji, mają czworo dzieci, bardzo im się dobrze powodzi. Co to, panie, komornik! Śliczna posada, chleba po uszy. Innym bieda, a komornikowi zawsze dobrze. A to znowuż, panie łaskawy, jest Józia, bardzo dobre, bardzo poczciwe dziecko, średnia moja córka. Także mieszka na prowincji, jest za leśniczym. Byłam raz u nich; mieszkają, proszę pana, w lesie jak słowiki i dziateczek jest ośmioro. Pieniądze się tam nie przelewają, ale głodu niema; jest troszkę zboża, są trzy krówki, a grzybów! panie dobrodzieju, co tam grzybów! jak życie moje, nic podobnego nie widziałem. Ta znowuż, to najmłodsza, Andzia, dwanaście lat temu, jak wyszła za mąż. Jej mąż był wtedy ślusarzem na kolei, ale teraz pan! Maszynistą go zrobili, węgle wozi. Takiemu dobrze: pensyę ma, węgle ma, buty mu dadzą, kożuch dadzą. To też żyją sobie jak państwo, ale ja rzadko ich odwiedzam.
— Dlaczego?
— Mieszkają aż na Sosnowej ulicy. Istne przedpiekle i ktoby chodził kawał drogi! Niechże pan sam podług fotografii osądzi, czy takie śliczne dziewczyny miały koniecznie wyjść za mąż tylko dla pieniędzy? Plotki tyle dobrego zrobiły, że jeden i drugi, usłyszawszy o pieniądzach, starał się zapoznać; a gdy się zapoznał, to, chociaż uczciwie powiedziałam wszystko, tak jak jest, już się nie zlisił, tylko upodobał sobie panienkę i marsz do ołtarza! Tak panie, powydawałam wszystkie za maż, a choć zięciów mam dobrych i każdy mnie zaprasza, jednak osiadać przy dzieciach nie chcę. Na co mam być komu ciężarem? Póki człowiek może, powinien na siebie pracować. Oczy mi już nie dopisują, okulary noszę, więc też postarałam się o inny sposób zarobku. Najęłam trochę większe mieszkanie i trzymam kawalerów na stancyi. Dla nich są dwa pokoiki, a dla mnie ten oto salonik i kuchenka.
— Czy się to pani opłaca?
— A, proszę pana, dlaczego nie? Żyję. Albo to mi dużo potrzeba, komorne płacę, długów nie mam, czasem dla wnuczków prezencik jaki kupię. Czasem są kłopoty z lokatorami, ale cóż jest na świecie bez kłopotów...
— Zapewne późno przychodzą, hałasują po nocy...
— Rozmaicie. Czasem przychodzą późno, czasem wcześnie, a czasem wcale nie przychodzą, jak któremu wypadnie... Przyzwyczaiłam się już do tego... Miluś, jak usłyszy dzwonek, zaraz zaczyna szczekać, więc wstaję i otwieram. Różni to już przez te dwanaście lat mieszkali, a najwięcej malarze i aptekarze... Płacą, jak mogą, zdarza się także, że który i nie zapłacił, ale to więcej przez wypadek, albo dlatego, że sam nie ma, albo znów, jak pan Faustyn, przez szlachetność...
— Jakoś go jednak nie widać, a ja pani czas zajmuję.
— Cóż tam czas! mam go dosyć... Ot, niech pan dobrodziej posiedzi... może pan Faustyn nadejdzie... Czekał już pan tak długo, można jeszcze momencik... Pan Faustyn to piękna dusza! ja mam szczęście do takich. Znają mnie oni dobrze. Malarz bez obstalunków, aptekarz bez kondycyi, czasem urzędnik jaki, spadłszy z etatu, do mnie jak w dym! Wiedzą, że za lokal poczekam, a jak którego bardzo bieda przyciśnie, to i pożywię i obłatam...
— To pani musi dużo należności przepadać...
— E, nie; jak który ma, to oddaje... Jeden malarz mieszkał tu u mnie przez sześć miesięcy, rzadko w domu bywał, bo miał zatrudnienie na mieście, malował portret lorda...
— Zkądże on lorda wyrwał?
— Albo ja wiem, zkąd taki co wyrwie? Me wiem. Dość, że przyjechał do Warszawy lord i to nie byle jaki, podobno, za pozwoleniem pańskiem, niby trzodą chlewną handlował.
— Trzodą?
— Tak mi malarz opowiadał... Bywało, mówi do mnie tak: „niech się mama Jagodzińska (bo oni mnie tu wszyscy mamą nazywają) nic nie boi; tylko tę małpę angielską wymaluję, zapłacę zaraz co do grosza... dobrze zapłacę, bo lord bogaty: ma dziesięć mil samych pastwisk w Ameryce, co roku pięćdziesiąt tysięcy wieprzów sprzedaje, a samą szczecinę pełnemi okrętami wysyła...
— Ten lord?
— Ano lord, panie dobrodzieju, jużciż, że lord, skoro taki bogacz...
— Musiał hojnie zapłacić za portret?...
— Byłby zapłacił, ale wyjechał. Miał podobno familijne przykrości... przyszła depesza z Ameryki i nawet się nie pożegnał z malarzem...
— Więc pani należność przepadła?
— Uchowaj Boże! Wyobraź sobie pan łaskawy, nie widziałam mojego malarza z półtora roku, nawet się po manatki swoje nie zgłaszał. Myślałam, że istotnie moje przepadło, aż jednego dnia wpada jak bomba, wesoły, śmiejący się i woła:,,Mamo Jagodzińska, błogosław marnotrawnego syna: żenię się... panna, powiada, istna Venus! — słyszał pan dobrodziej? powiada Venus, wyraźnie tak powiedział; — a papa, mówi, stary Wulkan...“ — Jaki Wulkan, pytam, czy niemiec, że się tak głupio nazywa? Powiada: „Jeszcze gorzej... ma odlewnię żelaza...“ — Chryste Jezu! mówię, to pewnie bogacz?! „A, powiada, bogacz, bogacz, ma i swoją kamienicę...“ Wyraźnie powiedział kamienicę... i niech pan dobrodziej sobie wyobrazi, ten poczciwy malarz, bo, że poczciwy to poczciwy, nietylko, że mi zapłacił, ale jeszcze nazajutrz przysłał torcik z cukierni, orzechowy, cukrami ubierany i bilecik z prośbą, żebym była na ślubie... I byłam... Ha, ha, panie szanowny, z jaką wystawą! z jaką pompą!... u Wizytek, kościół cały w kwiatach... a stroje, karety, aż się w oczach ćmiło... Niech mu Pan Bóg da wszystko dobre... ten poczciwy człowiek... zawsze mi się i teraz grzecznie kłania, choć powozem jeździ... Godna dusza!
— A teraz dużo pani ma lokatorów?
— Tylko pana Faustyna i dwóch aptekarzy; jeden egzamin zdaje i chodzi do kogoś się uczyć, więc czasem i po trzy dni w domu nie bywa, a drugi znów szuka kondycyi i w dzień i w nocy... szuka, jak może... Chciałby do jakiej wdowy na prowincyi, ho aptekarz skończony... ale przecież, jak panu łaskawemu wiadomo, wdowy na obstalunek nie znajdzie... trzeba czekać okazyi, aż się trafi. To znów go namawiają, żeby się żenił z córką materyalisty, wie pan dobrodziej, takiego, co skład apteczny ma; jakoś mu się panna niebardzo podoba, bo ma na nosie gulkę. Ja mówię: cóż to szkodzi? chociaż z gulką, może być najzacniejsza kobieta... a on się uparł; powiada: nie, jak już mam, powiada, spaść, to niech spadnę z dobrego konia, albo wdowa na prowincyi, albo jak nie: to założę fabrykę kapsułek! Ha, mówię, niech pan założy, kapsułki też ludziom potrzebne... Tymczasem, tak to wszystko wisi, dopóki się nie wyklaruje... Jabym mu życzyła brać tę z gulką, ale on nie chce słuchać. Ciekawam coby mu gulka przeszkadzała? Inny nie będzie grymasił; weźmie i będzie miał i żonę i skład. A to dobry interes, bardzo dobry... ja się na tem znam...
— Pani?
— Ma się rozumieć... Widzi pan dobrodziej tę szafkę żółtą?
— Widzę.
— No, to w niej też jest skład...
— Jaki?
— Materyałów, panie szanowny, materyałów, Mam dosyć, od czasu do czasu córkom przesyłam... to pudełeczko troistego proszku, to fijołkowy korzeń, to tego, to owego; wiadomo, że wszystko się przyda przy dzieciach... Pomadę też miewam, trociczki, różne rzeczy...
— Zkądże pani do tego przyszła?
— Ha, proszę pana, tak się jakoś samo złożyło. Taki kawaler nieraz nie ma pieniędzy, ja się coprawda nigdy nie upominam, ale on sam poczuwa się, więc powiada: „mamo Jagodzińska, nie mam gotówki, ale niech pani przyjmie ten słoiczek, albo tę paczuszkę, to się przyda“. Cóż mam robić, biorę... A jak raz zasłabłam na kaszel, to mi, proszę pana, doktora sprowadzili... niby nie takiego, żeby był już całkiem prawdziwy, ale studenta... Taki też leczyć umie, po szpitalach chodzi... Zupełnie jak doktor, w okularach, pukał, patrzył na zegarek, receptę pisał... Chciałam płacić, bo mam ten zwyczaj, że zawsze płacę, ale powiedział: — a, przepraszam, od pani Jagodzińskiej nie wezmę — pani Jagodzińska powinna mieć darmo kuracyę. I tak było, moi lokatorowie przynieśli lekarstwa, sami robili własnemi rękami i nie kosztowało nic i pomogło... Poczciwe chłopaki! niech im Pan Jezus da zdrowie...
Spojrzałem na zegarek... toż ja u tej „pani z pieskiem” przesiedziałem więcej, niż godzinę!
— Nie doczekam się pana Faustyna — rzekłem, biorąc za kapelusz...
— I mnie się tak zdaje; widocznie jeszcze biedakowi, jak to oni mówią, flota nie przypłynęła i wstydzi się przyjść. Szlachetny człowiek, zacna dusza! chociaż Bóg mi świadkiem, że nie powiedziałabym marnego słowa. Mam jeszcze parę groszy na życie... Może pan dobrodziej jutro przyjdzie... albo niech pan zostawi bilecik... ja oddam, jak go tylko zobaczę...
— Może go na mieście spotkam, a jeżeli nie, to przyjdę pojutrze.
— Owszem, panie dobrodzieju, powiem mu, a o której godzinie?
— O szóstej.
— Poproszę, żeby czekał...
— Dziękuję pani.
Gdym się podniósł, żeby się z panią, Jagodzińską pożegnać i wyjść, mops wyskoczył z pod kanapy i zaczął przeraźliwie ujadać...
— Cicho, Miluś, cicho... a to utrapienie! Najpoczciwszy w świecie pies, ale krzykliwy strasznie. Każdego musi po swojemu przywitać i pożegnać... Nieraz wypędziłabym go na cztery wiatry, ale muszę go trzymać.
— Dlaczego?
— Bo mam, proszę pana jedno zmartwienie.
— Zmartwienie? — zapytałem — a cóż to pani dolega?
— Niby nic, a przecież ciężko... Moi kawalerowie rzadko kiedy w domu, sługi nie trzymam, tylko stróżka mi rano wodę przynosi... i nie mam do kogo słowa przemówić...
— Więc?
— A no, więc trzymam pieska... Zawszeć to żywe stworzenie, choć nieme, przecież co nieco rozumie. Czasem go popieszczę, czasem mu co powiem, czasem krzyknę na niego... i jakoś mi raźniej, proszę pana. Więc pojutrze pan szanowny przyjdzie?
— Pojutrze... żegnam panią.
— Padam do nóg, a niech pan uważa, schody spadziste...
Zamknęła za mną drzwi... Na schodach jeszcze słyszałem jej głos:
— A, ty niegodziwcze! ty łotrze! ty obwiesiu! ty psi portrecie! tyle razy ci mówię, żebyś nie szczekał, a ty zawsze swoje...
Babina krzyczała na mopsa i... było jej raźniej.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Koło teatru, pod filarami, spotkałem dobrego znajomego. Był to człowiek lat trzydziestu, mający przyzwoite stanowisko, końskie zdrowie i około sześciu tysięcy rocznego dochodu na swoją osobę, gdyż obowiązków żadnych nie miał.
— Dobry wieczór!
— Dobry wieczór...
— Cóż porabiasz? — spytałem.
— Ha, wegetuję — odrzekł — wlokę to marne życie z dnia na dzień... Wróciłem dopiero ze wsi, tam nudy wściekłe; przyjechałem napowrót do Warszawy, ale i tu nie lepiej, same zmartwienia... Powiadam ci, że tylko sobie w łeb strzelić...
— Cóż ci się stało?
— Pytaj raczej, co mi się nie stało!... Obiad miałem bezecny, wino liche, choć drogie, w resursie porządnej partyi nie zbierze... Jednem słowem, gdzie się obrócisz, gdzie stąpisz, tylko zmartwienia, zmartwienia i zmartwienia!
Odszedł, nasunąwszy kapelusz na uszy...

W tej chwili przyszła mi na myśl moja nowa znajoma, „pani z pieskiem“, która miała tylko jedno zmartwienie...


KONIEC.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.