Złote jabłko (Junosza, 1891)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Złote jabłko
Podtytuł Obrazek z bruku
Pochodzenie Wybór pism w X tomach
Tom II
Wydawca nakładem autora
Data wydania 1891
Druk Drukarnia „Wiek”
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Indeks stron
ZŁOTE JABŁKO.
(OBRAZEK Z BRUKU).
I.

Nie w ogrodzie Hesperyd, nie w bajce, ale w Warszawie, na Świętokrzyzkiej, czy na Zielnej, a może na Marszałkowskiej, znajdowało się to „złote jabłko“. Później przeniesiono je, tak jak najpospolitszą ruchomość, na tragach do innej części miasta; później, po niejakich zatargach z panem komornikiem, znów do innej, tańszej i uboższej, i tak je kilkakrotnie toczono, toczono, aż zatoczono wreszcie na Pociejów, gdzie jest ostateczny wypoczynek wszelakiej „gloria mundi“.
Taki los, ale idźmy porządkiem.
Temu lat dziesięć lub dwanaście istniał na święcie człowiek, któremu losy dały piękny wzrost, ogromne wąsy i około dwudziestu włók ojcowizny, złożonej z piasczystego gruntu, kawałka lasu, łąki i zarośli. Ten grunt, gdy go było dobrze wymęczyć, wyprzewracać, wymordować, dawał w rezultacie żyto, jęczmień, owies, kartofle i tatarkę i pozwalał utrzymać jaki taki inwentarz roboczy i dochodowy... bo było przecież i ośmnaście krów dojnych, od których mleko dzierżawił niejaki Mendel Marcepan, człowiek poważny, kupiec, finansista, fabrykant chudych serów i znawca hebrajszczyzny. Owóż tedy żyto, tatarka, krowy i inteligencja Mendla kombinowały się w ten sposób, że pan Adam, właściciel piasczystej ojcowizny, miał kawałek, a nawet kawał chleba, któryby zwyczajnemu śmiertelnikowi najzupełniej wystarczał; ale pan Adam do zwyczajnych nie należał. Nie lubił ciszy wiejskiej, nie miał zamiłowania do uprawy tatarki, ciasno mu było i duszno we własnym domu, pragnął koniecznie szerszych horyzontów. Nie żenił się, pomimo że już za trzydziestkę przeszedł, pomimo że w okolicy była panienka, która mu się podobała, pomimo, że ciotki i kuzynki dokładały wszelkich starań, aby to małżeństwo skojarzyć.
Uparł się i nie chciał...
Ożenić się, myślał sobie, to związać się ze wsią na całe życie, nie ruszyć się z Wydmy aż do śmierci, ciągle tylko orać, siać, zbierać i znów orać, bez żadnego urozmaicenia, jednakowo... Jeszcze żeby panna, z którą mnie swatają, była bogata, to możnaby coś przedsięwziąć, ale oprócz pięknych oczu ma niewiele... a cóż oczy!
Nie pomogła wymowa ciotek.
Pan Adam pewnego dnia w świat się puścił, w ten świat nieznany a ponętny, w świat miejski... do Warszawy, która zdaleka wydaje się taka duża, bogata, szczodra, rozdająca fortuny i posady... Gdzież robić majątek, gdzie szukać złotych jabłek, jeżeli nie w takiem dużem mieście... Człowiek, co prawda, wszędzie musi pracować, ale skoro ta konieczność jest powszechnem prawem, to lepiej pracować w mieście z rozrywką, niż na wsi przy wiekuistych nudach; a przytem cóż na wsi? Kapitał, utkwiony w ziemi, obraca się powoli, jak koło ciężkiego wozu w piasku; w mieście, zaś przy interesach handlowych, miga się tylko i warczy...
Ruch jest...
Pojechał więc pan Adam, pożegnany przez ciotkę... pojechał rozpatrzyć się, grunt zbadać, stosunki zawiązać... Odrazu mu się powiodło; znalazł kilku nieoszacowanych i bardzo inteligentnych ludzi, którzy wielce mu przypadli do serca. Kilka dni zeszło na zwiedzaniu miasta i różnych jego osobliwości, jakoto: teatrów, zakładów gastronomicznych i różnych instytucyj, mających na celu przyjemność i rozweselenie ludzkie.
Pan Adam nie krył celu swego przybycia, owszem przyznał się z całą otwartością, że mu na wsi ciasno, że mu gospodarstwo do smaku nie przypada, że wolałby handel, przemysł, słowem coś dającego więcej pola do zużytkowania energii i siły, aniżeli bezmyślne dreptanie po zagonach i oczekiwanie żniwa, które może się udać lub nie udać, stosownie do tego, czy pogoda będzie miała dobre, czy złe kaprysy...
Najsłuszniejsza racya. Przyjaciele przyznali ją mówiącemu, twierdząc chórem, że pan Adam mówi ślicznie i że gdyby było więcej ludzi podobnie myślących, to Warszawa byłaby pierwszorzędnem miastem w Europie. Tu jest jeszcze tyle do zrobienia! Złote jabłka rosną na bruku, tylko trzeba je znaleźć, a kto chce znaleźć, ten prosta rzecz, musi szukać...
Jak?
Nad tem pytaniem przeprowadzona była długa dyskusya, której ostatecznym rezultatem było zdanie, że przedewszystkiem trzeba Wydmę sprzedać. Zanim to się da uskutecznić, upłynie jakieś parę miesięcy, a przez ten czas złote jabłko się znajdzie...
Sprzedaż nie była trudna. Od kilku lat był na Wydmę amator, ex-oficyalista, ex dzierżawca, który ciężką pracą uzbierał sobie trochę pieniędzy i pragnął na starość własny kawałek ziemi posiąść. W kilku słowach interes skończono, ex-dzierżawca pieniądze swoje z banku podniósł, trochę sobie jeszcze od przyjaciela pożyczył, spisano kontrakt i pan Adam nareszcie stał się wolnym jak ptak, nieskrępowanym, swobodnym. Z ciotką była awantura; płakała, spazmowała, nazwała pana Adama utracyuszem i marnotrawcą i bez pożegnania opuściła Wydmę... Nowo-nabywca zaraz gospodarstwo objął.
— Bywaj zdrów, panie Adamie! rzekł — gdy już przyszły przemysłowiec na bryczkę miał siadać — bywaj zdrów i niech ci się dobrze dzieje. Słyszę, że handlować masz zamiar... a znasz się też na tem?
— To jest ogólnie, niby mam pojęcie...
— Ogólnie! hm... niewiele to... pilnujże się mój bracie, bo to w takich geszefcikach rozmaicie bywa...
— Ba — odrzekł pan Adam z uśmiechem — czy dlatego, że wilk jest, nie należy chodzić do lasu.
— Zapewne, ale pamiętaj, że ostrożność nie wadzi...
— Głupstwo, kochany panie, nie święci garnki lepią...
— Ano, jak uważasz, życzę ci jaknajlepiej...
Pan Adam, przyjechawszy do Warszawy, natychmiast do przyjaciół swoich się udał, przyjęli go serdecznie, z otwartemi rękami, znowu zwiedzali przez kilka dni osobliwości miasta, wreszcie po dłuższej konferencyi znaleźli złote jabłko.
Miał to być dom komisowy, taki jakiego jeszcze Warszawa nie widziała; pan Adam dał firmę i stanął na czele jako szef interesu, a o współpracowników kłopotu nie było. Owi przyjaciele byli tak uprzejmi, że pomimo licznych zajęć poświęcili się i przyjęli posady w nowo-otworzonem biurze, zastrzegłszy sobie niezależnie od pensy i, gratyfikacye na później a zaliczenia zaraz. Wynajęto lokal bardzo ładny, sprawiono meble, utensylia biurowe, kasę ogniotrwałą, księgi imponującej wielkości... i kasyer zasiadł za kratką, dwaj buchalterowie i korespondent nad księgami, a pan Adam w oddzielnym gabinecie, przy wspaniałem biurku, przeglądał kursa giełdy z tem większą ciekawością, że ich nic a nic nie rozumiał.
Zawsze to zupełnie co innego niż w Wydmie, myślał, tu człowiek czuje, że jest panem, ma do czynienia z porządnymi ludźmi, mało go obchodzi deszcz lub grad, a wieczorem może sobie pójść do teatru, na partyjkę, wogóle przyjemnie czas przepędzić, nie irytując się na Maćka za to, że wóz złamał, lub że konia okaleczył.
Jedwabne życie, gdyby tylko publiczność...
Otóż z tą, publicznością dzieje się coś dziwnego. Przecież powiedziano jej wyraźnie w cyrkularzach firmy, że ma dom komisowy, jakiego jeszcze nie widziała, że za pośrednictwem tej instytucyi może, za bardzo małą prowizyą sprzedawać zboże, wełnę, okowitę, sprowadzać z zagranicy wyborne wina francuzkie, cygara hawańskie, przepyszne likiery z Amsterdamu... obiecano jej to, przyrzeczono... a ona nic... Raz wszedł jakiś jegomość, aby się dowiedzieć, ile kosztować będzie setka cygar, a gdy mu powiedziano cenę, oświadczył że za parę dni się zgłosi — i nie widziano go więcej. To znowu wpadł jakiś zadyszany żydek, zamówił się o okowitę, przejrzał kąty i czmychnął... ale publiczności, tej publiczności, która przynosi pieniądze, która płaci — ani na lekarstwo.
Intrygi współzawodników, konkurencya!
Nie można powiedzieć, żeby w tem wielkiem biurze komisowem było smutno. Przeciwnie, przychodzili goście. Byli to dobrzy znajomi kasyera, buchalterów, korenspondenta, weseli i przyjemni ludzie. Opowiadali oni nowinki, znosili plotki z miasta, a taką mieli właściwość szczególną, że gdy ich pan Adam zobaczył, to mu się zaraz pić chciało i zapraszał cały personel na śniadanie. W początkach podczas takich wycieczek, jeden z członków biura zostawał na miejscu jako dyżurny, na przypadek, gdyby się interesant trafił, praktyka wszakże wykazała, że taka ostrożność była zbyteczną, tembardziej, że śniadania odbywały się w handlu naprzeciwko. Zostawiano więc na czas nieobecności personelu chłopaka, który miał nakazane surowo, ażeby, w razie przybycia interesantów, lotem strzały biegł po panów do sklepu... Że chłopak, pomimo tak wyraźnego zalecenia, nigdy nie przerwał śniadania pracownikom biura, to przypisać trzeba nie innym względom, tylko publiczności, która potrzeby swoje załatwiała w innych instytucyach komisowych.
Po upływie pół roku pan Adam stracił humor, spochmurniał, zredukował personel do połowy, a biuro przeniósł na inną ulicę. Zmiana miejsca, według żydowskiego przysłowia, przynosi zmianę szczęścia, a jak w tym razie — nieszczęścia.
Ponieważ po zredukowaniu personelu, pan Adam miał do rozporządzeniu dwie posady a czterech przyjaciół, przeto zyskał na czysto dwóch wrogów i dwa procesy o odszkodowanie, które zakończył polubownie, zapłaciwszy swoim byłym współpracownikom trzymiesięczną pensyę, jako wynagrodzenie za zawód.
Po roku wegetacyi ta sama historya powtórzyła się z trzecim przyjacielem. Pozostał więc tylko jeden, poczciwy kasyer, który do końca umiał zachować uczucia przyjaźni — a nawet chciał, aby ten węzeł zacieśnił się jeszcze silniej i w tym celu zapoznał pana Adama ze swoją cioteczną siostrą, i przystojną wdówką, o której mówiono, że, niezależnie od przymiotów serca i duszy, posiada jakąś gotowiznę i sperandę, że gdy kiedyś ktoś umrze, to jej coś zapisze. Konjunktura ponętna... a że pan Adam za wygraną interesom komisowym dać nie chciał i bądźcobądź postawił biuro swoje prowadzić i rozszerzyć — więc, idąc za radą przyjaciela, zaczął się starać o wdówkę...
Pani Julja straciła pierwszego męża przed pięcioma laty — przez tak długi czas może wyschnąć rzeczka, a cóż dopiero maleńki strumyczek łez niewieścich, a że pan Adam był mężczyzną w sile wieku i przystojnym, więc wdówka nie broniła się jak lwica, ale z przyjemnym uśmiechem na twarzy dała się zaprowadzić do ołtarza i została panią Adamową.
Gdy po weselu przyszło do obliczenia kapitałów, pokazało się, że poczciwy kasyer nie będzie miał czego pilnować i że bez narażenia złodziei na wielką pokusę, można kasę ogniotrwałą, jako mebel zupełnie zbyteczny, sprzedać — co też niezwłocznie uczyniono...
Tamten ktoś, co to kiedyś miał umrzeć i coś pani Adamowej zapisać, nietylko że nie umarł, ale ożenił się i ma syna...
Pan Adam widząc taki obrót rzeczy chciał się gniewać, ale że pani Julja posiadała szczególną umiejętność głaskania swego mężulka pod brodę, więc uspokoił się prędko i pogodził z losem. Z żoną dobrze żył, bo była kobiecina poczciwa i przywiązana do niego.
Ona zdołała nareszcie, wyperswadować mu wielkie biuro komisowe — i skłonić, aby się wziął do czegoś, coby było mniejsze, lecz pewniejsze. Próbowano rozmaitych przedsięwzięć, ale jakoś nie szło. Szerokie horyzonty, o jakich marzył swego czasu pan Adam, zwężały się coraz bardziej, interesa szły kulawo brał się do coraz mniejszych, aż nareszcie opuścił głowę i przyszedł do przekonania, że odkrył właściwą przyczynę niepowodzeń swoich...
Nie ma szczęścia do handlu... Kto wie, czy do tego wniosku doszedłszy, nie byłby się rozpił z rozpaczy, ale pani Julja i szwagier kasyer, bo nawet po sprzedaniu kasy ten tytuł zachował, nie dali mu upaść. Pocieszyli, zachęcili do wytrwania, wieli w serce otuchę. Pan Adam się rozczulił, pocałował żonę w pulchną rączkę, szwagra w chude policzki — i pojechał do Wydmy. Miał jeszcze u właściciela parę tysięcy i postanowił je odebrać.
Gdy dojeżdżał do dawnej swojej siedziby, poznać jej nie mógł. Domek czyściutki, zabudowania porządne, a zboża na podziw... Co za zboża! na takim lekkim gruncie...
Odebrawszy fundusik swój, powrócił do Warszawy i po naradzie z żoną i szwagrem kupił cztery dorożki. Sam wybrał klekoty conajmniej zdezelowane, konie co najzdrowsze i pcha biedę. Zna się na koniach, na furażu, nie da się oszukać, pracuje, zabiega od rana do nocy, a czasem dla kontroli, ubiera się w liberyę, siada na kozieł i wozi tę publiczność, która do kantoru komisowego na żaden sposób ściągnąć się nie dała. Nie wstydzi się pracy, nie szuka horyzontów szerokich, na których radzić sobie nie umiał — żyje. Nawet nieźle żyje, mieszka w dwóch pokoikach, przyjmuje gości co sobota. Przychodzi kasyer, jeszcze dwaj znajomi, grają w preferansa, a pani Julja urządza przyjęcie świetne, z herbatą, z wędlinami, z piwem... Podobno mają zamiar jeszcze jedną dryndę i parę koni dokupić, pan Adam już od kilku piątków upatruje odpowiednich rumaków na Pradze.
Naprzeciwko także jakiś jegomość utrzymuje dorożki, ale nic z nich nie ma, traci i narzeka.
— Dlaczego narzeka? — tłumaczy pan Adam — bo się nie zna... pojęcia nie ma o koniach.
Nie wiem, czy gdy to mówi, przychodzi mu na myśl dom komisowy do eksportu zboża i wełny, oraz importu win і суgar...
Raz, wieczorem, w święto, wyprawiwszy wszystkie dryndy na miasto, zasiadł do herbaty z żoną i z kasyerem. Rozgadali się o tem, o owem, jak zwyczajnie w kółku zaufanych.
— Eh! — mówił pan Adam — śmiejecie się z moich złotych jabłek, a przecież to nie fikcya, miałem jedno...
— Gdzie, kiedy? — zapytała żona.
— Chyba nie mówisz o naszym byłym domu komisowym? — dorzucił kasyer.
— Niech go tam! Miałem ja coś lepszego...
— No?
— Dwadzieścia włók, jak obszył, w jednym kawale... piaszczysty gruncik... ale rodziło się żyto, kartofle, tatarka!... i jaka tatarka!
— Mówisz o Wydmie... — Piękny to był mająteczek. Ten, kto go nabył, nacieszyć się nim nie może...
— A jednak sprzedałeś go?
— Ha, trudno... stało się... Szukamy złotych jabłek daleko, a nie widzimy tych, które mamy w ręku.
Pan Adam westchnął... Żona pogłaskała go po twarzy.
— No, nie martw się — szepnęła — jeszcze nam nienajgorzej na świecie.
— Masz racyę, Julciu — odrzekł całując ją w rękę. — Tyś także złote jabłuszko... ale tego już z rąk nie wypuszczę.


KONIEC.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.