Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom II.djvu/224

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Podobno mają zamiar jeszcze jedną dryndę i parę koni dokupić, pan Adam już od kilku piątków upatruje odpowiednich rumaków na Pradze.
Naprzeciwko także jakiś jegomość utrzymuje dorożki, ale nic z nich nie ma, traci i narzeka.
— Dlaczego narzeka? — tłumaczy pan Adam — bo się nie zna... pojęcia nie ma o koniach.
Nie wiem, czy gdy to mówi, przychodzi mu na myśl dom komisowy do eksportu zboża i wełny, oraz importu win і суgar...
Raz, wieczorem, w święto, wyprawiwszy wszystkie dryndy na miasto, zasiadł do herbaby z żoną i z kasyerem. Rozgadali się o tem, o owem, jak zwyczajnie w kółku zaufanych.
— Eh! — mówił pan Adam — śmiejecie się z moich złotych jabłek, a przecież to nie fikcya, miałem jedno...
— Gdzie, kiedy? — zapytała żona.
— Chyba nie mówisz o naszym byłym domu komisowym? — dorzucił kasyer.
— Niech go tam! Miałem ja coś lepszego...
— No?
— Dwadzieścia włók, jak obszył, w jednym kawale... piaszczysty gruncik... ale rodziło się żyto, kartofle, tatarka!... i jaka tatarka!
— Mówisz o Wydmie... — Piękny to był mająteczek. Ten, kto go nabył, nacieszyć się nim nie może...
— A jednak sprzedałeś go?
— Ha, trudno... stało się... Szukamy złotych jabłek daleko, a nie widzimy tych, które mamy w ręku.