Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom II.djvu/219

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Zapewne, ale pamiętaj, że ostrożność nie wadzi...
— Głupstwo, kochany panie, nie święci garnki lepią...
— Ano, jak uważasz, życzę ci jaknajlepiej...
Pan Adam, przyjechawszy do Warszawy, natychmiast do przyjaciół swoich się udał, przyjęli go serdecznie, z otwartemi rękami, znowu zwiedzali przez kilka dni osobliwości miasta, wreszcie po dłuższej konferencyi znaleźli złote jabłko.
Miał to być dom komisowy, taki jakiego jeszcze Warszawa nie widziała; pan Adam dał firmę i stanął na czele jako szef interesu, a o współpracowników kłopotu nie było. Owi przyjaciele byli tak uprzejmi, że pomimo licznych zajęć poświęcili się i przyjęli posady w nowo-otworzonem biurze, zastrzegłszy sobie niezależnie od pensy i, gratyfikacye na później a zaliczenia zaraz. Wynajęto lokal bardzo ładny, sprawiono meble, utensylia biurowe, kasę ogniotrwałą, księgi imponującej wielkości... i kasyer zasiadł za kratką, dwaj buchalterowie i korespondent nad księgami, a pan Adam w oddzielnym gabinecie, przy wspaniałem biurku, przeglądał kursa giełdy z tem większą ciekawością, że ich nic a nic nie rozumiał.
Zawsze to zupełnie co innego niż w Wydmie, myślał, tu człowiek czuje, że jest panem, ma do czynienia z porządnymi ludźmi, mało go obchodzi deszcz lub grad, a wieczorem może sobie pójść do teatru, na partyjkę, wogóle przyjemnie czas przepędzić, nie irytując