Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom II.djvu/215

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


I.

Nie w ogrodzie Hesperyd, nie w bajce, ale w Warszawie, na Świętokrzyzkiej, czy na Zielnej, a może na Marszałkowskiej, znajdowało się to „złote jabłko“. Później przeniesiono je, tak jak najpospolitszą ruchomość, na tragach do innej części miasta; później, po niejakich zatargach z panem komornikiem, znów do innej, tańszej i uboższej, i tak je kilkakrotnie toczono, toczono, aż zatoczono wreszcie na Pociejów, gdzie jest ostateczny wypoczynek wszelakiej „gloria mundi“.
Taki los, ale idźmy porządkiem.
Temu lat dziesięć lub dwanaście istniał na święcie człowiek, któremu losy dały piękny wzrost, ogromne wąsy i około dwudziestu włók ojcowizny, złożonej z piasczystego gruntu, kawałka lasu, łąki i zarośli. Ten grunt, gdy go było dobrze wymęczyć, wyprzewracać, wymordować, dawał w rezultacie żyto, jęczmień, owies, kartofle i tatarkę i pozwalał utrzymać jaki taki inwentarz roboczy i dochodowy... bo było przecież i ośmnaście krów dojnych, od których mleko dzierżawił niejaki Mendel Marcepan, człowiek poważny, ku-