Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom II.djvu/218

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


rosną na bruku, tylko trzeba je znaleźć, a kto chce znaleźć, ten prosta rzecz, musi szukać...
Jak?
Nad tem pytaniem przeprowadzona była długa dyskusya, której ostatecznym rezultatem było zdanie, że przedewszystkiem trzeba Wydmę sprzedać. Zanim to się da uskutecznić, upłynie jakieś parę miesięcy, a przez ten czas złote jabłko się znajdzie...
Sprzedaż nie była trudna. Od kilku lat był na Wydmę amator, ex-oficyalista, ex dzierżawca, który ciężką pracą uzbierał sobie trochę pieniędzy i pragnął na starość własny kawałek ziemi posiąść. W kilku słowach interes skończono, ex-dzierżawca pieniądze swoje z banku podniósł, trochę sobie jeszcze od przyjaciela pożyczył, spisano kontrakt i pan Adam nareszcie stał się wolnym jak ptak, nieskrępowanym, swobodnym. Z ciotką była awantura; płakała, spazmowała, nazwała pana Adama utracyuszem i marnotrawcą i bez pożegnania opuściła Wydmę... Nowo-nabywca zaraz gospodarstwo objął.
— Bywaj zdrów, panie Adamie! rzekł — gdy już przyszły przemysłowiec na bryczkę miał siadać — bywaj zdrów i niech ci się dobrze dzieje. Słyszę, że handlować masz zamiar... a znasz się też na tem?
— To jest ogólnie, niby mam pojęcie...
— Ogólnie! hm... niewiele to... pilnujże się mój bracie, bo to w takich geszefcikach rozmaicie bywa...
— Ba — odrzekł pan Adam z uśmiechem — czy dlatego, że wilk jest, nie należy chodzić do lasu.