Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom II.djvu/211

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Czasem go popieszczę, czasem mu co powiem, czasem krzyknę na niego... i jakoś mi raźniej, proszę pana. Więc pojutrze pan szanowny przyjdzie?
— Pojutrze... żegnam panią.
— Padam do nóg, a niech pan uważa, schody spadziste...
Zamknęła za mną drzwi... Na schodach jeszcze słyszałem jej głos:
— A, ty niegodziwcze! ty łotrze! ty obwiesiu! ty psi portrecie! tyle razy ci mówię, żebyś nie szczekał, a ty zawsze swoje...
Babina krzyczała na mopsa i... było jej raźniej.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Koło teatru, pod filarami, spotkałem dobrego znajomego. Był to człowiek lat trzydziestu, mający przyzwoite stanowisko, końskie zdrowie i około sześciu tysięcy rocznego dochodu na swoją osobę, gdyż obowiązków żadnych nie miał.
— Dobry wieczór!
— Dobry wieczór...
— Cóż porabiasz? — spytałem.
— Ha, wegetuję — odrzekł — wlokę to marne życie z dnia na dzień... Wróciłem dopiero ze wsi, tam nudy wściekłe; przyjechałem napowrót do Warszawy, ale i tu nie lepiej, same zmartwienia... Powiadam ci, że tylko sobie w łeb strzelić...
— Cóż ci się stało?
— Pytaj raczej, co mi się nie stało!... Obiad miałem bezecny, wino liche, choć drogie, w resursie porządnej partyi nie zbierze... Jednem słowem, gdzie się