Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom II.djvu/197

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Proszę spocząć; a na psa mam sposób. Chce szczekać?... niech gałgan szczeka. Zmęczy się i przestanie. Ja go znam. Nie zaprzeczy pan chyba, że swoją drogą jest to śliczny piesek...
— I głos ma bardzo przyjemny. Mops?
— Kajzer-mops, panie, z czarną mordką. To bardzo szlachetna rasa... Aha! już gardło boli, już się sprzykrzyło szczekanie? Widzi pan już nie ujada... Od czasu jak ostatnią córkę za mąż wydałam, a jest już temu blizko dwanaście lat, trzymam stale pieska. Gdy jeden zginie, staram się o drugiego, a zawsze o mopsa, bo to bardzo mądre psy. Niech się pan nie dziwi... gdyby nie Miluś, nie miałabym się do kogo odezwać. Teraz mogę zapytać co tu pana dobrodzieja sprowadza, bo jeżeli o pokoik, to mam akurat jeden wolny...
— Nie, pani, chciałbym się dowiedzieć o pana Faustyna...
— Pana Faustyna?... tak, to mój lokator, zacna dusza, szlachetny charakter... mieszka tu on, mieszka, ale już go od tygodnia nie widziałam....
— Czy wyjechał z Warszawy?
— Broń Boże, panie dobrodzieju. Gdzieżby miał wyjeżdżać? Ale nie przychodzi, tuła się biedaczek, nocuje na mieście, u kolegów, bez żadnej wygody...
— Dlaczegóż-to?
— Właśnie dlatego, że jest szlachetny... zanadto sżlachetny, jak pana dobrodzieja poważam.
— Nie rozumiem...
— Widzi pan, jak ma pieniądze, to ich nie utrzyma. Koledzy znają jego charakter... Zaprosi do han-