Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom II.djvu/196

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ponieważ skończyła z górą sześćdziesiąt lat żyda — i doczekała się licznych wnucząt na swoją pociechę...
Wiedziało o tem dobrze „całe Stare Miasto“, a wszyscy prawie jego mieszkańcy znali tę damę i jej pieska, żółtego, spasionego mopsa, który jej zawsze na targ towarzyszył
Osobiście miałem honor poznać „panią z pieskiem“ przed laty siedmioma mniej więcej, mając interes do pewnego artysty-malarza, który od niej pokoik odnajmował.
Gdy, wdrapawszy się z trudem po ciemnych żelaznych schodach na trzecie piętro, zadzwoniłem, z poza drzwi słyszeć się dało zawzięte ujadanie psa, oraz piskliwy głos kobiecy:
— Pójdziesz Miluś! a pójdziesz! leżeć!... Zaraz otwieram. Miluś! powtarzam ci po raz ostatni, że dostaniesz wnyki...
Poważna pani w popielatym szlafroczku, w wielkim czepcu i w okularach otworzyła mi drzwi.
— Przepraszam panią — rzekłem — czy tu mieszka pan Faustyn?
— Nie słyszę, dobrodzieju, nic a nic nie słyszę, nie dlatego, żebym była głucha, ale przez tego łotra psa! Niech pan pozwoli dalej, porozumiemy się, mam jeszcze jeden pokoik wolny... Bardzo cichy i ciepły, od podwórza... Będziesz ty raz nareszcie cicho! Niechże szanowny pan siada... Można pomieszania zmysłów dostać przy tym psie...
— Nie chciałbym zajmować pani czasu...
— Ależ, zaraz panie, zaraz... Cóż tak pilnego?