Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom II.djvu/198

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


delku, na Kępę, ufetuje, ugości... i pieniążki fiu! a potem kryje się przedemną i tuła Bóg wie gdzie, bo jest szlachetny i nie śmie się pokazać bez pieniędzy na stancyę. Co pierwszego powtarza się taka historya, aż muszę przez znajomych spraszać, żeby przyszedł. Toć nie jestem, panie, Herod, głowy mu nie urwę, po co ma się biedaczek tułać?... Nareszcie uda się go ściągnąć, przyjdzie i zaraz z miejsca przeprasza: — Ach, pani Jagodzińska kochana, bo ja się po drugim mężu Jagodzińska nazywam, ach, pani, powiada; ja jestem łotr, łobuz ostatniej próby, niegodzien pani zaufania. Tak sam na siebie! aż go muszę uspokajać i mitygować i nieraz popłaczę się nad nim. Komorne oddać, to on mi odda, wykapie po rubelku, po dwa złote — jak może, bo szlachetny, godna dusza! Ja go też żałuję i, choć to do mnie nie należy, obszyję, obłatam... Bo proszę pana łaskawego, kawaler, to nieraz gorzej niż cygan. Znam ja to dobrze, bo od lat trzynastu, od czasu jak ostatnią córkę za mąż wydałam, trzymam kawalerów na stancyi...
— Żałuję mocno, że pana Faustyna nie zastałem — rzekłem, zabierając się do odejścia — przepraszam panią, żem ją niepokoił...
— A niechże pan się nie śpieszy, on może nadejść, mam przeczucie, że nadejdzie... Pan dobrodziej pewnie krewny pana Faustyna?
— Daleki...
— I także kawaler?
— Od kilku lat już nie...
— A, to bardzo dobrze, bardzo porządnie z pań-