Pamiątki JPana Seweryna Soplicy, cześnika parnawskiego/Palestra staropolska

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania


Zdaje mi się, że odkąd świat światem, nigdy nie było takich przemian we wszystkim jak przez przeciąg życia mojego. Wszystko się bowiem odmieniło: stan, obyczaje, religia, ludzie, tak że gdyby człowiek nie sięgający pamięcią naszych dawnych czasów mógł mieć przed oczyma, co było dawniej, nie poznałby swojej ojczyzny, a jeszcze mniej by ją poznał wskrzeszony starzec, co przeżywszy panowanie dwóch Sasów, w początkach Stanisława Augusta rozstał się z tym światem. Czy więcej było rozumu dawniej, czy teraz? I to jest wielka zagadka. A ja bym ją tak rozwiązał: więcej teraz rozumnych ludzi niż dawniej, i nierównie więcej; ale dawniej, kto był rozumnym, rozumniejszym był od takiego, co mu dziś największy rozum przyznają. Jakoś to dawniej nie było tych rozumnych ludzi ogólnie. Ten był teolog, ten prawnik, ten wierszopis, ten mówca. I swego pilnował, i w nim się kształcił. A większa część nie przywłaszczała sobie prawa do rozumu. Szlachcic bez wstydu powtarzał: "Ja sobie prosty człowiek, w tym objaśnienia dać nie umiem; ale mój sąsiad te rzeczy dobrze zna, i panu je opowie." A teraz pełno jest ludzi, o których mówią: "Oto rozumny człowiek." Ale zapytaj, czy prawnik: nie, czy teolog: nie, czy mówca: i to nie, czy nareszcie rolnik wykwintny: i o nie. Cóż on takiego? -Oto on rozumny człowiek, i kwita. Jakiś to rozum drążkowy, na kształt tych województw odpadłych, a których krzesła się zachowywały, a których urzędnicy jurysdykcji nie mieli. Sparzyłem się ja raz porządnie na jednym rozumnym człowieku, co miał z Wilna patent na rozumnego. On to był chemik wielki. Jak zaczął mnie tumanić jakimiś kwasorodami a wodorodami, dowodzić, jak sztuka browarna w kolebce u nas, tak mnie zbałamucił, żem go użył na przestrojenie mojego browaru w Litorowiczach. Wydawała mnie beczka żyta 27 garncy wódki - miał mnie podwoić wydatek i tym mnie złapał. Jak zaczął psuć a niszczyć, a przestrajać - kosztu mnie narobił co niemiara, a beczka ledwo 15 garncy wydawała. Ja mu się żalę, a on na to takie doskonałe tłomaczenie daje, że gębę zamyka innym: tak dobitnie przekonywa. Dawaj wznowu reperować i poprawiać, a wydatek coraz gorszy, mnie wódki potrzeba, a ten mnie argumenta i rozprawy sypie. Naprzykrzyło mi się na koniec; pozbyłem się mędrca i po dawnemu Żydek majster uregulował mnie browarek, że na nim wychodzę jak przedtem. A tyle straciwszy, to miałem w zysku, że wstydzić się trzeba było, że starzec, dałem się ułowić przez młokosa. A prawnicy teraźniejsi! Panie Boże, odpuść profesorom wileńskim, co ich uczą! Użyj którego z nich do interesu, to jak zacznie rozprawiać, nie tylko że całą historią polską przebiegnie, ale ledwo nie potopowych czasów sięga w tłomaczeniu prawa; a kiedy napisze, to jeszcze trzeba drugiego jurysty sprowadzić, aby wytłomaczył, czego on chce. A jakie tony, a jakie rozumienie o sobie, a jakie lekceważenie nas, dawnych jurystów, a jakich nadgród domaganie się! Dawniej połowę palestry łatwiej było zaspokoić niż teraźniejszego jednego prawnika. Dawniej to jurysta, kiedy nad interesami zęby zjadł i dobrze osiwiał, a miał wieś w dożywociu i kilkadziesiąt tysięcy na procencie, to miał siebie za szczęśliwego, a teraz popatronuje parę lat w ziemstwie lub trybunale teraźniejszym, potem pojedzie do Petersburga za czyimś interesem, tam równie parę lat posiedzi, powraca i już krocie rachuje. A Bóg świadek, że prawa naszego nie rozumie, tylko szczebiotliwością nas zaciera. A my, starzy, widząc, że nas za nic mają, ręce opuszczamy. I prawdę powiedziawszy, mają oni słuszność, bo na taki skład rzeczy, jaki po zaborze nastąpił, ich rozum lepszy od naszego. Szczerze się wyspowiadam, że ani jurysdykcjów, ani procedury teraźniejszej nie rozumiem. Ten sam sąd w tej samej sprawie raz powie czarno, raz biało, jak mu wypadnie. "Takie moje przekonanie" - oto cała odpowiedź sędziego. Krzyczą na niego, krzyczą, że to jest prewarykator, że bez sumienia, że sikorki lubi. Nadchodzi sejmik. Myślisz, że się ani pokaże przed ludźmi. Aż tu cudem jakimś prosi szlachta, aby na następne trygenium raczył się podjąć urzędowania. Kto teraźniejszy czas zrozumie?

Przed dwoma laty JW. Zabiełło, którego ojca na ręku kiedyś nosiłem, i szczególną mnie zaszczyca przyjaźnią, na kontraktach nowogródzkich widząc się ze mną, mówi mnie:

- Mój cześniku, byłeś przyjacielem ojca mojego: oto mam sprawę, bądź łaskaw należeć do konferencji. A ja mu na to:

- A na co ja się zdam panu z moim starym doświadczeniem i co panu pomoże konferencja, kiedy teraz ani żadna sprawa tak dobra, aby ją nie można przegrać, ani tak zła, aby jej nie wygrać. Najlepsza konferencja rzucić na stół kilka brzęczączek: jeżeli cet, to wygra się, jeżeli liszka, to się przegra. Oto cały rozum teraźniejszych prawników.

- A i dawniej bywała po sądach prepotencja magnatów - powtarza do sytości pokolenie teraźniejsze.

Ja na to tak odpowiem: Była czasem forsa mieszająca bieg sprawiedliwości; ale i w tym złym było jakieś sumienie. Słaby sędzia, dogadzając panu, czasem zwlekał, jak mógł, nękał szlachcica przewłokami, niszczył go tym, ale go nie zarzynał jak dziś. Exspecta cadaver - było to źle zapewne, ale krzywego dekretu nie podpisał. A dziś -może za śmiało się odezwę - ale gdyby przed jakim teraźniejszym -trybunałem lub ziemstwem wytoczyła się ta sprawa, od której Piłat ręce umywał, a Żydzi położyli jeden i drugi pakiecik bomażek, a gubernator, nieżyczliwy Chrystusowi Panu, zrobił sędziemu nadzieję, że mu wyrobi ćwierć łokcia wstążki czerwonej z czarnymi lub żółtymi brzegami - przekonany jestem, że nasz Zbawiciel drugi raz byłby umęczony. Jakoż go nie przestają krzyżować u nas rozpustą, oszukaństwem, obojętnością dla Jego praw, sobkostwem, zażyłością z nieprzyjaciółmi wiary i ojczyzny - i tak dalej, A że jednak, pomimo tych niegodziwości, nie można przeczyć, iżby miłość ojczyzny nie przeważała we wszystkich sercach, skarżą się na Boga i szemrzą, że już jej nie wraca, co by mógł uskutecznić jednym skinieniem swojej wszechwładnej woli. Abo my zasługujemy na to? Panowie bracia, kto chce gmach wystawić, powinien najprzód się opatrzyć w cegły i wapno! Ojczyzna jest gmachem, a my cegłami. Jeżeli cegły są kruche, że aż pod ręką się rozsypują, możeż być gmach? Wypalmy siebie w cegielni wiary i cnoty, a potem weźmiemy się do budowy, i w samej budowie nie będą ściany się walić. Zapewnię, że to niesmaczne! Łatwiej być męczennikiem niż pokutnikiem, łatwiej walczyć za ojczyznę i ginąć za nią niż całe życie mieć siebie w straży, chronić się od sprośnych zysków, kiełznać swoje chuci i zamiast uciskania poddanych, podnosić ich do godności człowieka. Ale męczeństwem po rozbrykanym żywocie można duszę zbawić, a ojczyznę męczeństwo samo jedno nie zbawi. Trzeba być dla niej jeszcze pokutnikiem, wyznawcą, pustelnikiem, dziewicą, a dopiero się ona zbawi. Bo tak droga rzecz lada czym się nie okupi, a każdy grzech zapłatę swoje weźmie. Niech no kto przepatrzy wszystkie domy pańskie i szlacheckie; jeżeli który z nich upadł, zawsze się znajduje gotowa temu przyczyna w postępowaniu jakiegoś przodka; bo jeżeli kto od jakiegoś (wedle swojego wyobrażenia) złego chroni się grzechem, to pewnie większe złe nastąpi niżeli to, które chciał uniknąć. Był wielki bohater w dziejach naszych, ale tyle dumny, że nie mógł znieść spadkowego pana nad sobą. Zniweczył zamiar króla chcącego sukcesją tronu do nas wprowadzić, zbrojnie na niego najechawszy. Otóż za to potomkowie jego walają się po sieniach gubernatorów Rosji i Austrii. Był na Litwie dom nienasycony w domaganiu się starostw; ciągle burzył się, pokąd nowym udziałem skarbu Rzeczypospolitej królowie go nie zaspokoili, pokąd na nowo łakomstwo nowego nie wznieciło zaburzenia: za to jego potomkowie do ubóstwa przyszli. Był jeden wojewoda, co czuł swój dom być poniżonym, że syn jego do niego wprowadził pannę z starożytnego domu, ale którego wówczas blask z jego się nie równał. Kazał ją porwać, aby ją zmusić do rozwodu, bo taka była myśl jego; jeno słudzy, chcąc lepiej usłużyć swojemu panu, utopili niebogę. I to się działo w królestwie chrześcijańskim! Ale co z tego wynikło? Oto pan wojewoda nie mógł znieść, że jedynak jego skojarzył się z ubogą szlachcianką, a później tenże syn ożenił się z nierządnicą, którą wydobyli spomiędzy jatek carogrodzkich i która goryczą i hańbą jego żywota schyłek napiętnowała. A wiele to mamy przed oczyma przypadków, że dziad nie pozwalał na sejmach, aby ustanawiano podatki i pomnażano wojsko, aby się oprzeć Moskwie; a teraz taż sama Morkwa cały majątek zabrała, z którego małej cząstki nie chciał poświęcić; a wnuki na całe życie są wskazani flintę dźwigać w szeregach moskiewskich za to, że dziad nie chciał pozwolić, aby kilku jego poddanych lat kilka służyli Rzeczypospolitej. Tak to za zbrodnie dziadów i ojców niewinne syny i wnuki pokutują. To, co szczególne domy, to i ogólna ojczyzna doświadcza. Kiedy opiekując się naszą ojczyzną Pan Bóg tyle narodów ruskich nam poddał, jakże my się z nimi obchodzili! Wstyd wspomnieć! Toteż Pan Bóg i nas samych poddał pod jarzmo ruskie; a jakkolwiek ono jest ciążące, nie tyle, ile nasze nad nimi kiedyś było, bo my się opamiętali na koniec i za polskich czasów poddaństwo ruskie bardzo łagodnie było rządzone; ale po zaborze, jak ogarnęło łakomstwo serca obywatelskie, takiej nieludzkości zaczęto się dopuszczać z poddaństwem ruskim, o jakiej nasi przodkowie najtwardsi wyobrażenia nawet nie mieli. Bo nie tylko, że całkowitą pracę poddanego przywłaszczyli sobie, ale cokolwiek czy kieszeni, czy zmysłom idzie na korzyść, samolubny i bezbożny obywatel nie waha się pożerać. I to złe coraz się powiększa, a chcą, aby Pan Bóg, wszelkie prawa sprawiedliwości krusząc, pozwolił, aby uciskający bez litości sam ucisku nie doświadczał. Za moich czasów wielkie były cnoty, a jeżeli winy naddziadów trzeba było odpłacić, dawno bylibyśmy się oczyścili i wrócili do nieodżałowanej szkody, gdyby teraźniejsze pokolenie nowymi zdrożnościami nie przedłużyło gniew boski. Tac to historia świadczy, że wielkie występki poprzedzają zawsze upadek narodów. Nie chcieli Grecy uznawać zwierzchności duchownej chrześcijańskich papieżów i woleli jedność kościelną rozerwać niż ofiarę z dumy uczynić, za to wpadli nie w zwierzchność, ale w kajdany bisurmańskiego papieża. A Rzym, pokąd był cnotliwy, jak jemu los dopisywał, że aż jeden wielki i uczony święty napisał, że Pan Bóg nie mógł tak wielkich cnót nie nadgrodzić zwierzchnością nad światem. Największe, najpotężniejsze narody oddały się w poddaństwo rzymskie. Horacy zachowując wiarę, iż świat jest Rzymu udziałem, pisał:

Horrenda late nomen in ultimas,
Extendat oras.

A trochę niżej:

Quicumque mundo terminus obstitit,
Hunc tangat armis, visere gestiens
Qua parte debacchentur ignes,
Qua nebulae, pluviique rores.

A potem, jak zaczęli Rzymianie zapominać o wstrzemięźliwości przodków i wodze puszczać wszelkiemu wszeteczeństwu, najprzód wolność utracili, później sami wpadli w poddaństwo ludów barbarzyńskich, nieokrzesanych i których mieli w pogardzie. A potem, jak przyjęli wiarę chrześcijańską i cnoty przez nią nakazane w sobie rozwinęli, powtórnie uzyskali przewagę na świecie. Jak pierwej przez senatorów i żołnierzy swoich, tak później przez biskupów i kapłanów swoich panowali nad światem, pokąd łakomstwo, sobkostwo i rozpusta nie przynęciły się do nich na nowo i nie obkroiły im panowania, którego jednak w zupełności utracić już nie mogą.

I ja patrzałem na upadek obyczajów, nim nastąpił upadek ojczyzny. Już od dawna magnaci psować się zaczęli, idąc za dworem, ale szlachta jakoś się trzymała. Pamiętam, że po wojewódzkich naszych miastach o domach nierządnych nie było słychu; a gdy jaka zwodnica próbowała frymarczyć dziewczętami, niedługa jej była pociecha: byle się gród o niej dowiedział, rozdział XIV artykuł XXXI zaraz temu dał radę. Jeszcze w szkołach będąc, pamiętam, jak pan Obuchowicz, podwojewodzy nowogródzki, osądził na oberżnięcie nosa i wargi jedną starą szlachciankę, która otworzywszy traktiernię w Nowogródku, panienkami wabiła młodzież do siebie. A chociaż w tym czasie królewicz Karol, książę kurlandzki, przejeżdżając przez Nowogródek, pobudzony litością, instancję wnosił do pana podwojewodzego, aby ułagodził karę, nie dał się zmiękczyć; klęcząc i płacząc przepraszał najjaśniejszego królewicza, że sumieniowi swojemu szwanku zadać nie może, a dekret na rynku egzekwowany został. Kilka lat przed zaborem kraju książę Radziwiłł, wojewoda trocki, będąc w Nowogródku na sprawie z JW. Niesiołowskim, wojewodą nowogródzkim, wpadła mu była w oko córka niejakiej Niklewiczowej, wdowy, co ją wszyscy pamiętają w Nowogródku, jak pod farnym kościołem kiełbasy i bryndzy przedawała. Ale była szlachcianką, i poczciwą, a jej córka była jak pączek róży. A że książę wojewoda trocki nie był skrupulat, użył swojego kamerdynera, Niemca czy Francuza. by mu koło dziewczyny patronował: jakoż on miał być majstrem do tego, w czym go w Warszawie i w Wilnie nieraz książę doświadczył. Ale że Nowogródek nie stolica, poszkapił się fircyk, bo stara, nasadziwszy ukrytych świadków, zapozwała kusiciela do grodu, gdzie wówczas prezydował pan Dominik Wierzejski, sędzia grodzki, którego brat rodzony był regentem sądów zadwornych i jednym z filarów bandy albeńskiej, a on sam był urzędnikiem nieskażonej sprawiedliwości i gorliwości w dopełnieniu najściślejszym prawa. To, choć książę był wielkim panem, takiego mu strachu napędzili, że dwadzieścia tysięcy musiał dać Niklewiczowej na posag córki, aby go z pozwu wypuściła. A pomimo próśb i gróźb pan Wierzejski kamerdynera na dwanaście tygodni do turmy zaparł; a spodziewam się, że po takiej rekolekcji poznał, że co stolica, to nie prowincja. Nasza młodzież, widząc, że i panom nie uchodzi broić wszeteczeństwa, w wielkiej obyczajności się chowała, bo i Boga się bała obrażać, i taki urzęda były straszne. Ale powoli zaczęło złe od panów i do szlachty przychodzić, ale bardzo powoli. Za moich czasów byli w Nowogródku juryści, starzy kawalerowie z białym wąsem, a skromni i niewinni jak panienki. To my, młodsi, nie mówię z innych powodów, ale z samej obawy oburzenia ich na siebie, dobrze musieliśmy się wiarować od złego. A rzadki był przykład widzieć młodzika nie szanującego starego jak ojca.

Był pan Andrzej Jelec, urodzony z rodzonej siostry JW. Żaby, wojewody połockiego, którego JW. wuj jako opiekun oddał był do palestry nowogródzkiej, chcąc, aby doświadczeniem nabywszy nauk prawnych, mógł kiedyś tą drogą i do wyższych przyjść dostojeństw. Jakoż wkrótce, lubo młody, zjednał sobie - i nie bez słuszności - odgłos jednego z pierwszych prawników i nawykł do tego chleba, że przestając na jurysterii, z którą mu się dobrze działo, nie piął się do urzędów, lubo i te go nie omijały, bo wziętością wuja swojego, który wyprosił u księcia wojewody wileńskiego, pana mojego, iż mu wyrobił Order Złotego Lwa, został patronem królewskim i szambelanem JKMości, i tak jedynym był w palestrze nowogródzkiej między nami, co go tytułowano jaśnie wielmożnym, jako orderowego. A że i w rozum własny, i w pokrewieństwie swoim z senatorami, i w przeszło tysiąca czerwonych złotych, co mu rokrocznie przynajmniej jurysteria wnosiła, był zaufany, wiele sobie pozwalał i choć młody, na żadnego starszego się nie oglądał. On to i po francusku trochę mówił, i z wielkim światem stolicy był obeznamy, i z królem kilka razy rozmawiał, i nachwytał też pańskich narowów. On to by rad był i po niemiecku się przebrać i tyle tylko mu nie dostawało. Ale jakoś to u nas nie uchodziło i taki, rad nierad, musiał się trzpiotać w długiej naszej sukni. Otóż razu jednego, że lubił figle płatać, zastawszy mnie u pana Fabiana Wojniłowicza, regenta ziemskiego, sędziwego starca, ale kawalera, u którego ja kiedyś dependowałem, a który między skrupulatami mógłby za skrupulata uchodzić, zaczął obydwóch nas prosić, abyśmy go wyręczyli, że przyjechała jakaś obywatelka z dwoma córkami, wcale dorzecznymi, że ma jakąś ważną sprawę rozpocząć w Nowogródku i że jego prosiła, by raczył się jej interesu podjąć. Jeno że w natłoku spraw, jaki się na barkach jego opiera, nie może już nowego ciężaru przyjąć, więc tedy nas prosi, byśmy raczyli naszych usług jej nie odmawiać, ile że pomagać wdowom i sierotom wielkie za to odpusta, i dodał:

- A kto wie, może, szperając dokumenta matki, córki doszperają się do waszych serc; wszakżeście oba kawalerowie. Ja was do niej zaprowadzę i do konferencji chętnie należeć będę.

My, jakby przeczuwali, co z tego wyniknie, długośmy się wypraszali; ale jak zaczął nas prosić a zaklinać, raz, że był z nami w zażyłości, po wtóre, że taki nie bardzo się godzi odmawiać fatygi swojej wdowom, więc pan regent zezwolił i za panem szambelanem poszliśmy - już to było pod wieczór. Wiedzie nas, wiedzie aż na przedmieście. Tam dopiero do jakiegoś dworeczku zaprowadził i przedstawił nas jakiejś pani w podeszłym wieku i jej jakoby dwom córkom, urodziwym pannom, mówiąc, że my jego przyjaciele, patronowie tutejsi, i że bierzemy na siebie kierunek jej procedury. Na to jejmość, uprzejmie nas przywitawszy i dziękując nam za naszego czasu poświęcenie, my czekamy, by o interesie zaczęto; a jejmość nagli nas, bysmy pozwolili się traktować ponczem, a pan Andrzej w naszym imieniu oświadcza, że chętnie pić będziemy i że po szklaneczce lepsze koncepta na konferencji się udadzą. Pan Fabian - świeć mu, Panie, na duszy! -lubił szklaneczką się bawić; jakoż ani pan Jelec, ani ja nie byliśmy od tego, aby w towarzystwie się nie pobawić. Przynieś! i owoż tedy wazę ponczu, a jak się potem odkryło, zamiast wody czysty arak był kipiący, ale tak osłodzony, żeśmy się nie spostrzegli i jedna szklanka spełniona wszelką przytomność nam odjęła; a pan Jelec, co całą tę zdradę wymyślił, umknął, nas zostawiwszy na boską opiekę. Już świtać zaczęło, kiedyśmy się rozpoznali, że ani mniej, ani więcej, tylko żeśmy w podejrzanym domu noc przepędzili. W ponurym i gorzkim milczeniu wyszliśmy z tej Sodomy, złorzecząc panu Jelcowi za jego nieuczciwy żart, i poszliśmy do dworku pana regenta. Tam usiadłszy zaczęliśmy rzewnie płakać. Serce by się rozkroiło samemu panu Jelcowi, gdyby na to patrzał, zwłaszcza na frasunek sędziwego regenta. Ten przerwał milczenie, odzywając się:

- Panie Sewerynie, a gdzie to nas ten łotr zaprowadził? Siedmdziesiąt lat i kilka żyję, a nigdy przed dniem wczorajszym moja noga nie postała, tylko w takim miejscu, z którego publicznie szczycić się mogłem; a już dziś moja starość zhańbiona. Co my za to zasłużyli?

A ja mu:

- Jużci, gdzie nie ma woli, tam nie ma grzechu. Niech się pan Andrzej kruszy, co z nami tak podłego żartu się dopuścił, a nie my, na których niewinność Bóg patrzy.

- Nie, panie Sewerynie! My winni. Wszak to nas w szkołach uczono: Cum bonis bonus eris, cum malis perverteris. A po co my z tym farmazonem, co się Pana Boga nie boi, przystawali, a nawet zaprzyjaźnili się? Skarżmy siebie, aby nas Pan Bóg nie skarał!

Dopiero kazał mi się położyć i pięćdziesiąt batogów mnie odliczył; a potem sam się położył, oddawszy mnie batog, i musiałem jemu takąż samą liczbą batogów wy-wzajemnić się, ile że mnie na rany Chrystusowe zaklął, abym go szczerze bił, równie jakom doświadczył był, że i on mojej nie oszczędzał skóry. Potem pobiegł do sędziego Wierzejskiego z doniesieniem, że na przedmieściu osiadły ladaszczyce. Szukano ich tam, ale złap wiatra w polu! Tak się ta śmieć prędko po tym kawałku wyniosła, że śladu nie można było dopytać. Dopiero pan regent na pana Jelca! Ledwo go ludzie odwiedli, że go nie zapozwał do grodu; ale jednak tak cała palestra uczuła krzywdę swojego regenta, że pan Jelec musiał się wynieść z Nowogródka i w Wilnie szukać nowego szczęścia, ze starym rozbratawszy się przez pustotę. Jakoż go ono tam nie ominęło; bo z taką wymową i praw znajomością, jaką miał, wszędzie mu w Polsce nietrudno by było o kawałek chleba. A potem wkrótce ożenił się i zupełnie ustatkował, że potem z przyjemnością widywałem go nieraz. Ale pan regent do śmierci mu nie odpuścił i raz przypadkiem w Wilnie spotkawszy go na obiedzie proszonym u pana Jana Wierzejskiego, regenta sądów zadwornych, wysunął się gładko, ażeby z panem Jelcem za stołem nie siedzieć, z czego się nazajutrz przed gospodarzem wytłomaczył. Tak to za naszych czasów umieli czuć, co jest godność i powaga chrześcijańskiego szlachectwa, nim zaczęto puszczać w pośmiewisko starożytne obyczaje, mianując je fanatyzmem i ciemnotą. Bo łatwiej szydzić i potwarzać cnoty niż je naśladować.