Orlica/Rozdział IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Orlica
Podtytuł Powieść z życia górali wysokiego Atlasu
Redaktor Feliks Gadomski
Wydawca Wydawnictwo Bibljoteki Dzieł Wyborowych
Data wydania 1925
Druk Warszawskie Zakłady Graficzne i Wydawnicze
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


ROZDZIAŁ IV.
Orlica“.

Czar Aziza, pożegnawszy męża prawie nie wychodziła z domu. Czyniła to nie dlatego, żeby się kogoś bała, lecz każdym nerwem swoim czuła, że ukochany człowiek znajduje się gdzieś w pobliżu. Instyktownie czekała na niego, gotowa każdej chwili zerwać się i biec mu z pomocą.
Nie było jednak żadnych wieści o Rasie. Kobieta wiedziała, że wielki kaid pchnął swych spahisów[1] na wszystkie drogi i w głąb gór dla schwytania przewódcy napadu na karawanę, więc drżała o los męża. Aziza dowiedziała się w kilka dni później, że pościg powrócił, nikogo nie znalazłszy. Wtedy kobieta zrozumiała, że mąż jej jest już daleko i że pozostała sama na świecie, bezbronna i bez opieki. Długo i gorzko płakała Aziza, spędziła kilka nocy bezsennych, gdy dopiero przed świtem zapadała w stan półprzytomny, a wtedy z półmroku wypełzały jakieś potworne, złowrogie widma i straszne obrazy płynęły przed jej oczyma. Widziała Rasa, leżącego na ziemi, i ogromną panterę, tak wielką, jak góra. Potwór siedział nad nim i ryczał głuchym głosem. Chwilami słyszała łoskot ciała, toczącego się do przepaści i widziała krwawy ślad, którym Ras znaczył urwiste spadki gór. Krzyczała wtedy przerażona, zimnym potem zlana, i gorąco modlić się zaczęła do Allaha-Pocieszyciela. Dzień i zgiełk, panujący w kasbie, gawędy i plotki sąsiadek nie przynosiły jej ukojenia. Zbladła, miała oczy, podkrążone od bezsennych nocy i czerwone od łez, drżące usta i nie znikający wyraz lęku na pięknej twarzy.
Nagle przybiegł do niej od „kadi“[2] stary kulawy czausz[3] i pełnym służbowej tajemniczości i surowości głosem oznajmił:
— Czar Aziza, żono Rasa ben Hoggara! Na rozkaz naszego kadi masz się stawić przed jego obliczem na sąd.
— Zaczyna się moja męka! — pomyślała kobieta, a serce ścisnęło się jej boleśnie. Trwało to jednak chwilę tylko. Wyprostowała się dumnie i odparła:
— Sidi! Kadi może wezwać mnie przed siebie, lecz nie na sąd, bom nie zbrodniarka i przepisów „Świętej Księgi“ przestrzegam surowo... Poczekaj chwilkę przed domem. Muszę się przebrać, aby godnie stanąć przed tym, który powinien być obrońcą Koranu[4].
Tymczasem wieść o zjawieniu się czausza przed domem Rasa lotem błyskawicy obiegła całą kasbą. Tłum kobiet i starców zgromadził się przed domem; wypytywano czausza o przyczynę wezwania żony Rasa do kadi i o tem, co z nią uczyni sędzia.
Czausz milczał zagadkowo, jak na urzędową figurę przystało, i cierpliwie czekał.
Nareszcie Aziza wyszła z domu. Od stóp do głowy była zawinięta w biały czysty burnus, cienki „haik“[5] opuszczał się jej na twarz, kryjąc rysy i pozostawiając tylko oczy, ponuro i groźno połyskujące. Szła spokojna, dumnie wyprostowana, stanowcza i śmiała.
— Idziemy, Sidi, — rzekła donośnym głosem. — Rada jestem, że wzywa mnie kadi, gdyż chcę upomnieć się o męża swego.
— Jakto o męża? — wyrwało się pytanie zdumionemu przedstawicielowi władzy.
— Tak! chcę się upomnieć o męża, — powtórzyła z naciskiem. — Chcę zapytać kadi, czy już nie istnieje w Mahrebie stara tradycja Hadith, która nie ścigała górali Szleu, gdy czynili śmiałe wyprawy na kupców, prowadzących karawany. To była wojna, i każdy tam mógł bronić swego mienia i życia, lecz prawo milczało, gdyż taka istniała tradycja. Czyż nie dobrze mówię, sąsiedzie?
— Słowa twoje są prawdziwe, kobieto! — odezwał się jeden ze starców.
— Dlaczegóż teraz za śmiałe czyny Szleu dostają się do więzienia w Tarudancie, w ręce kata, lub zmuszeni są gasić ognisko rodzinne, porzucać żony, dom, i kryć się po górach i lasach, niby szakale lub psy zdziczałe?
Głuchym pomrukiem wtórował tłum słowom kobiety.
— Prawda!... prawda!... — wołało kilka głosów naraz. — Tego dawniej nie było!
— Czyżby Koran i Hadith nic nie znaczyły wobec żądań „berrania“,[6] cudzoziemców, tych „rumani“[7] „nezrani“,[8] którzy chcą się rządzić w całym Mahrebie?
— Hańba! — wołano w tłumie. — Wielki Kaid i sam Sułtan zdradzają Koran i stare tradycje![9] Hańba!
— Jeżeli dla cudzoziemców ścigają walecznych górali, dlaczego wielki kaid nie zażąda od cudzoziemców wynagrodzenia za zabitych w ostatnim napadzie na karawanę naszych mężów, synów i braci?
— Prawda! Hańba! — rozległy się dzikie okrzyki. — Oddają nas w ręce przybyszów, nikt nas nie broni, nikt nie przestrzega starych obyczajów naszego plemienia, naszego prawa, ustalonego przez Proroka! Nie oddamy Aziza! Będziemy bronili jej przed przemocą zdrajców!
Tłum zaczął otaczać starego czausza, klnąc i wygrażając.
— Uciszcie się, sąsiedzi! — zawołała Czar. — Sama chcę iść do kadi i upomnieć się o swoje ognisko i o męża. Bądźcie zdrowi, i niech Allah ma was w swej pieczy! Allah Jaunek!
Kobieta, spokojna i dumna, skierowała się uliczką, prowadzącą do biura, gdzie urzędował kadi, a wylękniony, drżący czausz, wlókł się za nią, straciwszy całą swoją powagę i surowość. Z tyłu w skupieniu i ponurem milczeniu posuwał się za nimi tłum wieśniaków.
Tymczasem Aziza doszła do domu sądu i stanęła przed obliczem kadi. Ten siedział przy stole, przywalonym grubemi książkami, i przez okulary patrzał na stojącą przed nim postać kobiecą. Był to już wiekowy człowiek, dobry i łagodny, od niepamiętnych czasów obierany na stanowisko kadi. Syn jego, młody Brahim, sprawował urząd sekretarza. Siedział z boku z piórem w ręku, przygotowany do zapisywania zeznań.
— Jak się nazywasz, kobieto? — zadał urzędowe pytanie kadi.
— Nazywam się Czar Aziza, córka Hadż el Ussima, żona Rasa ben Hoggara — padła spokojna odpowiedź.
— Czy znasz Rasa ben Hoggara? — brzmiało następne urzędowe pytanie.
— Dwa lata temu szlachetny Ras ben Hoggar pojął mnie za żonę i wprowadził do swego domu w kasbie. Od tej chwili aż do tego czasu podtrzymywałam ognisko w domu mego męża i pana — odparła kobieta.
— Wiesz, poco cię wezwałem tu? — pytał stary kadi.
— Nie wiem — rzekła Aziza. — Lecz przyszłam tu sama, bez twego, Sidi, wezwania, aby zapytać cię o surat[10] Koranu, o artykuł prawa i Hadith, pozbawiający bez przyczyny żonę męża, a męża — rodziny i domu.
Zdumiony kadi zdjął okulary i zaczął je przecierać, sekretarzowi pióro wypadło z rąk.
— Twój mąż — złoczyńca, ściga go prawo! — zawołał sędzia.
— Dowieść musisz zbrodni, Sidi, i pokazać prawo, karzące ją! — szepnęła kobieta.
— Na Allaha! — wykrzyknął starzec. — Przecież Ras ben Hoggar był hersztem bandy, napadającej na karawanę pomiędzy Ifni a Tarudantem?
— Tego ja nie wiem, czy mąż mój i pan mój był hersztem. Lecz gdyby nawet tak było, to, jak Szleu są Szleu, tem się trudnili nasi mężczyźni i dopiero od dziesięciu lat...
— Milcz, kobieto! — wrzasnął kadi. — Taka jest wola wielkiego kaida, aby ustały napady na drogach karawanowych. Czy nie wiesz o tem?
— Wiem — rzekła Aziza, — ale też wiem, że w naszem prawie pisanem niema woli wielkiego kaida, jest tylko wola Allaha i Jego proroka Mahomeda. Allah i Mahomed zaś nie zakazywali wojny i odważnych czynów. Prawo więc nie może ścigać Rasa, męża mego. Błagam ciebie przeto, Sidi dobry i sprawiedliwy, który byłeś przyjacielem ojca mego męża, Hoggara ben Mhammeda, swego towarzysza w wyprawach na kupców, wiozących kość słoniową i czarnych niewolników, pozwól mężowi memu powrócić do domu swego i widokiem swoim ucieszyć oczy moje!
Kadi i sekretarz milczeli, gdyż takiego obrotu sprawy wcale nie oczekiwali, więc nie wiedzieli, co mają robić teraz z tą kobietą, tak spokojnie i dumnie stojącą przed nimi i rzucającą zrozumiałe dla góralskiego serca i sprawiedliwe słowa, poparte prawem.
Nareszcie kadi wyksztusił zdanie:
— Zeznajesz więc, że twój mąż przyjmował odział w napadzie na karawanę?
— Nie, Sidi, nie zeznaję! — odparła spokojnie. — Podejrzenie padło na niego, podejrzenie niesprawiedliwe, lecz dostateczne, aby wygnać człowieka z własnego domu i pozostawić kobietę bez opieki i obrony.
— Gdzie jest Ras ben Hoggar? — pytał sędzia.
— Nie wiem, gdzie jest teraz, gdyż z pewnością dowiedział się o pościgu za nim i o podejrzeniu, które padło na niego; błąka się gdzieś bezdomny i zemstą pałający. Mąż mój poszedł był w góry polować na muflony. Być może spotkał się z „namer“[11] i umiera gdzieś w wąwozie od ciężkich ran...
— Nie kłam! — zawołał stary kadi. — Jeden z towarzyszy Rasa zeznał przed śmiercią, że wyprawą dowodził twój mąż... Co powiesz na to, kobieto?
— Powiem ci na to, czcigodny sidi, przyjacielu Huggara ben Mhammeda, że gdyby cię katowano, jak to czyniono z domniemanym towarzyszem mego męża, tobyś z pewnością zeznał, żeś nie z Hoggarem niegdyś napadał na brzegach Draa na kupców, lecz z samym sułtanem Mulej Jussufem, niech Bóg roztoczy nad nim swoją opiekę!
— Jesteś obłudna i zuchwała! — krzyknął zrozpaczony kadi i, skinąwszy na czausza, dodał:
— Odprowadź ją do domu... tymczasem, Salemie.
— Nie jestem obłudna i zuchwała, Sidi, — rzekła odchodząc Aziza, — znam jednak prawo i obyczaje naszych gór!
Powiedziawszy to, wyszła spokojna i wyniosła.
Długo patrzyli w milczeniu za odchodzącą sędzia i sekretarz, a później w zdumieniu głębokiem spoglądali na siebie.
— Orlica... — szepnął stary kadi.
— Orlica! — powtórzył młody Brahim i, nie zeznając, dlaczego to czyni, zmrużył błyszczące oczy i przeciągnął się rozkosznie.
— Prawdę przecież mówiła ta kobieta? — pytał sędzia.
— Prawdę, ojcze! — zawołał Brahim. — Mówiła, jak sto ulema[12] razem wziętych. Ona się nie da tak łatwo, ta — orlica!
— Co robić? — rozwodził rękoma stary.
— Napisać o wszystkiem wielkiemu kaidowi[13] i czekać na rozkazy! — poradził sekretarz.
— Chyba... — zgodził się kadi. — Pisz zatem...
Sekretarz schylił się nad papierem, lecz w tej chwili wpadł czausz i zdyszanym głosem opowiedział, że w wiosce wybuchnął bunt, który został wszczęty przez Aziza, żonę Rasa ben Hoggara.
Ojciec i syn porwali się na równe nogi i podbiegli do czausza, który szczegółowo opowiedział o wszystkiem, przeplatając swe słowa modłami za kadi i wielkiego kaida, władcę i pana szczepów górskich. Do późnej nocy pisał młody Brahim doniesienie do Tarudantu, gdzie w tym czasie sprawował sądy sam Glaui, wielkorządca Atlasu.
Tymczasem w całej kasbie wrzało, jak w ulu, a wrzało jeszcze bardziej, gdy z pól, ogrodów i lasów powrócili mężczyźni i dowiedzieli się o tem, co zaszło w wiosce. Słowa Aziza padły na dobry, podatny grunt, górale bowiem od dziadów — pradziadów trudniący się wojną i rozbojami na drogach karawanowych i nawykli do rycerskiego i zbójeckiego procederu, oddawna byli niezadowoleni z nowych porządków. Wojowniczy Szleu nie umieli i nie chcieli grzebać się przy roli, karczować lasów i paść bydła. Zmuszeni do tego przepisami, zakazującemi, pod groźbą ciężkiej kary, napadów i śmiałych wypraw, podupadli znacznie, przeżywając nieraz lata głodu i nędzy.
Aziza, zdawało się, otworzyła wszystkim oczy, objaśniała, że przepisy kaida są ustępstwem dla białych przybyszów i nie opierają się na prawie, a nawet są z niem w niezgodzie. Wieś przygotowała się do burzliwego protestu. Po domach ostrzono krzywe noże, stare dziadowskie szable, śród których można było odnaleźć niegdyś przywiezione przez Maurów andaluskich z Hiszpanji, gdy tam panowali czarni królowie w Sewilli, Granadzie, Kordobie i Toledo; gromadzono proch i ołów, lano kule, czyszczono i naprawiano karabiny, opatrywano uździenice, siodła i strzemiona, napełniano sakwy chlebem, suchem prosem, kawą i solą. Zdawało się, że ludność małej kasby robi przygotowania do wielkiej wojny.
Dowództwo nad wojownikami postanowiono oddać Brahimowi, synowi kadi, ponieważ był najlepszym po Rasie ben Hoggar strzelcem i jeźdźcem, odznaczającym się podczas wielkich „fantazja“, [14] odbywających się w święta Bejramu w Tarudancie i Agadir. Wylękniony jednak młodzieniec uchylił się od tego zaszczytu, a wtedy wynikły spory i intrygi pomiędzy innymi pretendentami na stanowisko wodza.
Czar Aziza pozostawała w domu, rozumiejąc, że jej słowa rozpaliły pożar i stały się początkiem odkrytego buntu, co bezkarnie jej nie ujdzie. Czekała więc z biciem serca i trwogą wypadków, ciesząc się w duchu, że potrafiła chociaż odrobinę zemścić się za męża. O Rasie starała się nie myśleć, gdyż tęsknota za nim zmuszała ją do łkania i jakiejś słabości, która opanowywała jej ciało i duszę. Tymczasem rozumiała, iż musiała teraz być spokojna i silna, jak nigdy.
Dziesięć dni nie było żadnych wieści z Tarudantu, na jedenasty do kasby przybyło kilku jeźdźców. Siedzieli na dzielnych bułanych koniach, mieli na głowach turbany, opasane granatowemi sznurami, granatowe burnusy, szable przy siodłach i karabiny na plecach. Wszyscy poznawali w nich spahisów wielkiego kaida. Dowódca oddziału natychmiast odwiedził kadi, który kazał niezwłocznie sprowadzić do biura Czar Aziza.
Przyszła, jak za pierwszym razem, nie zdradzając niepokoju.
— Wielki kaid, nasz pan i władca, rozkazał odstawić ciebie, kobieto, do swojej kasby, — oznajmił starzec.
— Koran uczy, że wola władcy jest wolą Allaha, jeżeli zgadza się z suratami „świętej księgi“ — odparła spokojnie. — Władca może podług prawa żądać przybycia podwładnego. Pojadę!
— Bądź gotowa przed południem do drogi! — rozkazał kadi i skinął, aby odeszła.
— Jak mówi ta kobieta! — zawołał zdziwiony naczelnik spahisów. — Czy nie jest ona czasem kahina?[15]
— Nie słyszałem nic o tem, — odpowiedział kadi. — Wiem tylko, że jest chytra, zuchwała i zna nasze prawo, jak taleb[16] z medersa[17]. Będziecie mieć z nią kłopot, bo to rogata dusza i serce orle!
Spahis wzruszył ramionami i rzekł:
— To nie moja rzecz! Ja muszę ją odstawić do wielkiego kaida — taki rozkaz!
Po obiedzie przed bramą kasby stał już orszak jeźdźców, gotowy do drogi. Pośrodku oddziału spahisów na dzielnym, białym koniu, na tym samym, na którym Ras wyruszył na ostatnią nieudaną wyprawę, siedziała Aziza. Szeroki burnus nie mógł ukryć jej silnej, wiotkiej postaci. Drobne nogi w żółtych „babuszach“ twardo wparła w szerokie marokańskie strzemiona i lekko opierała się o wysoki tylny łęk czerwonego, haftowanego srebrem siodła. Twarz miała zasłoniętą haikiem, pod którym miała jeszcze przepaskę na ustach. Robiła to podług obyczaju, aby złe dżinny, czyhające na podróżnych przy skrzyżowaniu dróg, w dzikich ustronnych miejscach lub przy zapomnianych mogiłach na pustkowiu, nie wdarły się jej do ust, a przez nie do serca i mózgu, powodując ciężkie choroby lub obłęd.
Razem z Aziza mieli stanąć przed obliczem groźnego kaida kadi, jego syn Brahim i trzech zbyt gorących buntowników, wskazanych przez starego czausza. Wszyscy byli zgnębieni i pełni najgorszych przeczuć, tylko Czar Aziza pozostawała niewzruszona, zatopiona w swoich myślach.
Oddział posuwał się ostro naprzód i wkrótce po zachodzie słońca, jeźdźcy ujrzeli potężne mury i warowne baszty olbrzymiej kasby, gdzie miał swoją siedzibę wspaniały kaid Glaui.
Przybyłych mieszkańców wioski góralskiej umieszczono w wielkiej izbie i nakarmiono. Byłoby to dobrą oznaką, gdyby nie uzbrojony spahis, tkwiący w drzwiach. Wszyscy rozumieli, że są pod aresztem.
Spędzili noc w trwodze i ciężkiem oczekiwaniu groźnego jutra, gdyż mieli stanąć przed oczami władcy. Istotnie po modlitwie porannej jeńcom oznajmiono, że będą stawieni przed sądem kaida.
Pierwsi poszli kadi z synem — sekretarzem i jeszcze nie powrócili, gdy zjawił się jakiś stary dygnitarz i zawołał:
— Wielki kaid wzywa żonę Rasa ben Hoggara! —
— Jestem — odezwała się Aziza, szczelnie otulając się burnusem i poprawiając zmięty haik.
Starzec zrobił znak ręką, przepuścił kobietę przed sobą i poszedł za nią. Przeszli długi korytarz, kilka wspaniale przybranych komnat, aż stanęli przed zamkniętemu drzwiami, ze stojącą przed niemi wartą.
Stary dygnitarz zapukał i szepnął, zwracając się do Aziza:
— Wejdź!
Kobieta przycisnęła ręce do piersi i weszła.
W małej izbie na szerokiej sofie siedział poważny, sędziwy człowiek o mądrej twarzy i siwej brodzie, spływającej na biały burnus. Czarne, przenikliwe oczy świeciły mu się z pod nisko nasuniętego na czoło turbanu.
Aziza padła na kolana, oddając głęboki, pełny pokory ukłon, i wyrzekła sakramentalne pozdrowienie.
— Salem alejkum! Niech Allah roztoczy błogosławieństwo swoje nad tobą, wielki kaidzie, panie nasz!
— Słyszałem już o tobie — rozległ się suchy głos kaida. — Co powiesz o sprawie swego męża?
— Błagam cię, wielki panie, abyś puścił w zapomnienie czyny Rasa ben Hoggara, mego męża i pozwolił mu powrócić do stęsknionej i zrozpaczonej żony, dla której dzień jest męką, a noc śmiercią w trosce o życie jedynego i umiłowanego!
Mówiąc to, wyciągnęła błagalnie ręce do kaida.
— Zasłużył na śmierć, łamiąc moje rozkazy! — rzekł kaid, marszcząc krzaczaste brwi.
— Była to rycerska, odważna wyprawa, gdzie życie się oddaje za życie, panie mój! — zawołała Aziza.
— Inne czasy teraz, inne prawa — mruknął Glaui.
— Zaklinam cię na te czasy, wielki kaidzie, gdy imię twoje powtarzały tysiące ust, gdy pieśniarze śpiewali o odwadze twojej, gdyś prowadził oddziały, podchodząc bogate karawany, bronione przez wojska sułtanów.
Powiedziawszy to, Aziza znowu padła na ziemię.
Nieznaczny uśmiech i błysk dumy przemknęły po twarzy kaida.
Milczał przez chwilę, a później klasnął w dłonie.
Zjawił się spahis.
— Odprowadź tę niewiastę do jej izby. Powiedz naczelnikowi warty, że jest wolna i może powracać do domu swego! — rozkazał kaid.
Aziza skłoniła się nisko i rzekła:
— Allah niech ma cię w opiece do końca dni twoich, panie, a serce twoje niech się przychyli do prośby nieszczęśliwej kobiety.
— Idź już, idź! — powiedział kaid. — A nie buntuj mi ludzi, bo źle z tobą będzie, ty... orlico górska!
„Orlica“, przyciskając ręce do bijącego serca, wychodziła pokornie pochylona, skulona, lecz za drzwiami nagle się wyprostowała, obejrzała się i z namiętnością, przejmującą ją dreszczem, wyszeptała:
— Bismi Llahi Rahmani r Rahim...[18]
Za godzinę, nie czekając na kadi i sąsiadów, była już na koniu i mknęła nieznanemi ścieżkami, ufna w zmysł konia, nawykłego rozpoznawać drogi, których chociażby jeden tylko raz dotknęły jego śmigłe, dzwoniące na kamieniach kopyta.
Przed zachodem słońca rumak, wierny towarzysz Rasa, doniósł ją do kasby, gdzie tyle szczęścia i tyle udręki doznała Aziza od ukochanego człowieka.
Gdy weszła do domu, zapłakała gorzko, bo wydało się jej, że przeleciał przez izbę z cichym nieuchwytnym jękiem, blady, jak opary poranne na szczytach gór, cień męża.
— Allah Muhaimin![19] Ratuj nas! — szeptała, ściskając zimne ręce i czując, że wzbiera w jej piersi dzikie, rozpaczliwe wycie, jakie wydaje głodna wilczyca, zbłąkana w jałowych wąwozach.


Przypisy

  1. Spahi, czy spahis — konny żołnierz.
  2. Sędzia i wójt wiejski.
  3. Woźny.
  4. „Święta Księga“ — nauka Mahomeda.
  5. Zasłona na twarzy, noszona na Wschodzie.
  6. Przybysz.
  7. Europejczycy.
  8. Chrześcijanie.
  9. Tradycje muzułmańskie są ujęte w osobne, obok Koranu istniejące, prawo, t. zw. „Hadith“.
  10. Rozdział.
  11. Pantera.
  12. Uczeni.
  13. Książę, wezyr, gubernator.
  14. Wyścigi i popisy konne Berberów.
  15. Czarownica, jasnowidząca.
  16. Taleb — uczony.
  17. Uniwersytet muzułmański.
  18. W imię Boga litościwego i miłosiernego!
  19. Obrońca.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.