Strona:Antoni Ferdynand Ossendowski - Orlica.djvu/57

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Za godzinę, nie czekając na kadi i sąsiadów, była już na koniu i mknęła nieznanemi ścieżkami, ufna w zmysł konia, nawykłego rozpoznawać drogi, których chociażby jeden tylko raz dotknęły jego śmigłe, dzwoniące na kamieniach kopyta.
Przed zachodem słońca rumak, wierny towarzysz Rasa, doniósł ją do kasby, gdzie tyle szczęścia i tyle udręki doznała Aziza od ukochanego człowieka.
Gdy weszła do domu, zapłakała gorzko, bo wydało się jej, że przeleciał przez izbę z cichym nieuchwytnym jękiem, blady, jak opary poranne na szczytach gór, cień męża.
— Allah Muhaimin![1] Ratuj nas! — szeptała, ściskając zimne ręce i czując, że wzbiera w jej piersi dzikie, rozpaczliwe wycie, jakie wydaje głodna wilczyca, zbłąkana w jałowych wąwozach.



  1. Obrońca.