Strona:Antoni Ferdynand Ossendowski - Orlica.djvu/56

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Mówiąc to, wyciągnęła błagalnie ręce do kaida.
— Zasłużył na śmierć, łamiąc moje rozkazy! — rzekł kaid, marszcząc krzaczaste brwi.
— Była to rycerska, odważna wyprawa, gdzie życie się oddaje za życie, panie mój! — zawołała Aziza.
— Inne czasy teraz, inne prawa — mruknął Glaui.
— Zaklinam cię na te czasy, wielki kaidzie, gdy imię twoje powtarzały tysiące ust, gdy pieśniarze śpiewali o odwadze twojej, gdyś prowadził oddziały, podchodząc bogate karawany, bronione przez wojska sułtanów.
Powiedziawszy to, Aziza znowu padła na ziemię.
Nieznaczny uśmiech i błysk dumy przemknęły po twarzy kaida.
Milczał przez chwilę, a później klasnął w dłonie.
Zjawił się spahis.
— Odprowadź tę niewiastę do jej izby. Powiedz naczelnikowi warty, że jest wolna i może powracać do domu swego! — rozkazał kaid.
Aziza skłoniła się nisko i rzekła:
— Allah niech ma cię w opiece do końca dni twoich, panie, a serce twoje niech się przychyli do prośby nieszczęśliwej kobiety.
— Idź już, idź! — powiedział kaid. — A nie buntuj mi ludzi, bo źle z tobą będzie, ty... orlico górska!
„Orlica“, przyciskając ręce do bijącego serca, wychodziła pokornie pochylona, skulona, lecz za drzwiami nagle się wyprostowała, obejrzała się i z namiętnością, przejmującą ją dreszczem, wyszeptała:

— Bismi Llahi Rahmani r Rahim...[1]

  1. W imię Boga litościwego i miłosiernego!