Strona:Antoni Ferdynand Ossendowski - Orlica.djvu/58

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.



ROZDZIAŁ V.
Ku nieznanemu celowi.

Gdy Ras i Soff weszli na kamienistą, nagą równinę, rozciągającą się aż do Marrakeszu, wszystkiemi drogami ciągnęły tłumy, zdążające do południowej stolicy. Do miasta szli pątnicy z Mulej Brahim, odbywający pielgrzymkę do meczetu Kutubia i do grobowców dawnych władców z dynastji Saadien; bandy meskinów-żebraków, włóczących się po całym kraju i polujących na jałmużnę i hojnych opiekunów, akrobaci, błaźni, tancerze, pieśniarze, opowiadacze dawnych legend i baśni, czarownicy, znajdujący na rynku i w bogatych domach arystokracji miejskiej chętnych widzów, słuchaczy i pieniądze; stręczyciele niewolników, posłani przez ukrywających się przed władzami francuskiemi handlarzy; nieznani, półobłąkani prorocy, sekciarze; tłumy kobiet, dążących z różnemi zamiarami i w jednym celu do Marrakeszu; niektóre z nich tak zwane „gezzana“, potworne megery o powichrzonych włosach i pomarszczonych twarzach, w łachmanach, ledwo przysłaniających chude, czarne ramiona i uschłe piersi, — niosły ze sobą sztukę wróżbiarską, przepowiednie, tajemniczą wiedzę talizmanów i amuletów; inne brzękały srebrnemi bransoletami na wysmukłych