Orlica/Rozdział V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Orlica
Podtytuł Powieść z życia górali wysokiego Atlasu
Redaktor Feliks Gadomski
Wydawca Wydawnictwo Bibljoteki Dzieł Wyborowych
Data wydania 1925
Druk Warszawskie Zakłady Graficzne i Wydawnicze
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


ROZDZIAŁ V.
Ku nieznanemu celowi.

Gdy Ras i Soff weszli na kamienistą, nagą równinę, rozciągającą się aż do Marrakeszu, wszystkiemi drogami ciągnęły tłumy, zdążające do południowej stolicy. Do miasta szli pątnicy z Mulej Brahim, odbywający pielgrzymkę do meczetu Kutubia i do grobowców dawnych władców z dynastji Saadien; bandy meskinów-żebraków, włóczących się po całym kraju i polujących na jałmużnę i hojnych opiekunów, akrobaci, błaźni, tancerze, pieśniarze, opowiadacze dawnych legend i baśni, czarownicy, znajdujący na rynku i w bogatych domach arystokracji miejskiej chętnych widzów, słuchaczy i pieniądze; stręczyciele niewolników, posłani przez ukrywających się przed władzami francuskiemi handlarzy; nieznani, półobłąkani prorocy, sekciarze; tłumy kobiet, dążących z różnemi zamiarami i w jednym celu do Marrakeszu; niektóre z nich tak zwane „gezzana“, potworne megery o powichrzonych włosach i pomarszczonych twarzach, w łachmanach, ledwo przysłaniających chude, czarne ramiona i uschłe piersi, — niosły ze sobą sztukę wróżbiarską, przepowiednie, tajemniczą wiedzę talizmanów i amuletów; inne brzękały srebrnemi bransoletami na wysmukłych nogach i rękach, dzwoniły ciężkiemi koljami i sznurami z nawleczonemi na nie konchami „uda“ lub hiszpańskiemi i francuskiemi srebrnemi i złotemi monetami, klaskały z przyzwyczajenia długiemi marokańskiemi kastanjetami, marząc o tem, jak będą czarowały widzów zwinnemi ruchami swoich dzikich tańców i wiotkiemi ciałami i jak, gdy Allah zechce, rozkochają w sobie bogatego kupca, który otworzy przed niemi podwoje wspaniałego haremu; szły, jechały na wielbłądach, mułach i osłach młode nomadki[1] z ziemi Draa i z jałowej Hammada; długie granatowe koszule odsłaniały bronzowe i oliwkowe okrągłe, piękne ramiona i sprężyste piersi, rozkwitłe i gorące, jak kwiaty dzikiej róży, niewinne, lecz tęskniące już do ognistych pieszczot; w podłużnych, rozmarzonych oczach pięknych niewiast pustyni nie było żadnej myśli, płonęła tylko żądza i nadzieja porzucenia na zawsze ohydnych, czarnych „duarów“[2] i przestąpienia „wrót szczęśliwości“, jak nazywają te niewolnice z krwi i kości, seraje[3] bogaczy i możnych panów, lub progi tonących w zbytkach, lenistwie i rozpuście domów w Abdallah — dzielnicy Fezu,[4] gdzie miłość i szał namiętności rzucano na targowisko i sprzedawano za złoto.
Wszystkich zaś ciągnął do siebie Marrakesz, a przemawiał do nich nie donośnemi głosami nawoływujących do modlitwy muezzinów[5] i nie mądrością poważnych ulema i talebów, lecz słodkim a zwodniczym brzękiem pieniędzy.
Być może, że wśród tego tysiącznego tłumu, trawionego pragnieniem zarobku, był tylko jeden człowiek, drżący do pięknej stolicy Saadien z tęsknotą i rozterką w duszy i sercu, a bez żadnego jasnego celu przed sobą. Był to Ras ben Hoggar.
Gdy dwaj przyjaciele zmieszali się z gromadą ludzi, Soff szepnął swemu towarzyszowi do ucha:
— No, już wielki czas, aby Abd stał się prawdziwym „abdem“![6]. Teraz ja wgramolę się na szkapę, a ty będziesz ją prowadził za uzdę i drogę torował w tłumie dla mnie, potężnego i znakomitego zaklinacza. Zaczynaj!
Ras otrząsnął się z ponurych, dręczących myśli i, skinąwszy głową, ujął konia za uzdę.
Właśnie doganiali gromadę pielgrzymów. Szli ze śpiewami i poprzedzającą ich orkiestrą, złożoną z drabów, zamaszyście bijących w bębny i dmących w drewniane, ogłuszające piszczałki.
— Rozstąpcie się, mumeni! — zaczął góral. — Oto ja, niegodny swego pana abd — niewolnik, oznajmiam wam — rozstąpcie się. Spójrzcie na wspaniałego sidi, siedzącego na koniu, którego prowadzę. To — Soff! Kto nie zna Soffa potężnego, Soffa — oblubieńca Allaha, Soffa — władcę jadowitych płaskogłowych „bham“ i śmierć zadających naja? To jest Soff — wielki pogromca dżinnów wężowej śmierci, Soff — Przyjaciel i Opiekun ludzkości, przewodników i poganiaczy karawan, pielgrzymów, przecinających bezludne, przez dżinnów opanowane pustkowia! Rozstąpcie się, mumeni, przed panem moim, potężnym pogromcą węży — sidi Soff.
Tłum zeszedł z drogi, z obawą patrząc na wiszące przy siodle koszyki, pełne jadowitych gadów, i na wyniosłą, dumną postać zaklinacza, podobną do tyki, wbitej w grzbiet wierzchowca.
— Przepięknie śpiewałeś na moją cześć, Abd, — mruczał, zabawnie zezując oczami, Soff. — Szczególnie udało ci się o tym potężnym pogromcy wężów! Bardzo to imponujące!
— Mówiłem to z głębi serca, — odparł, uśmiechając się Ras, — bo właśnie przypomniałem sobie, jakeś zmykał, gdy schwytałem naja w górach. Pamiętasz?
— Ach ty, młody byku... — zaczął, cicho śmiejąc się zaklinacz.
— Co powiedziałeś? — zapytał Ras i mocno uszczypnął towarzysza w suchą, jak wyprażona przy ogniu szczapa, łydkę.
— Nic! Nic! To tylko przez żart — zawołał Soff, pocierając nogę. — No, ale wjeżdżamy już do miasta.
Na prawo od drogi, Ras ujrzał wysoki różowy mur, ze wspaniałemi koronami palm, rosnących za nim. Był to ogród sułtański — piękny Aguedal, duma Marrakeszu i źródło dochodów wielkiego kaida i baszy Glaui. On to dzierżawił te obszary, porosłe palmami daktylowemi, drzewami oliwnemi, granatowemi, pomarańczowemi i cytrynowemi z rozrzuconemi w ich cieniu plantacjami wina, henny, tytoniu i kwadratami pól, zasianych pszenicą i jęczmieniem.
Przez otwartą bramę weszli do starej dzielnicy Medina, długo błąkali się w labiryncie powarjowanych, pokrzyżowanych uliczek, zaułków, załamań murów i ciemnych przejść.
— Stój! — zawołał naraz Soff. — Jesteśmy w domu!
— W domu? — pomyślał góral i smutek ścisnął mu serce. — Nie mam już domu! Cały świat stoi otworem przedemną i nigdzie niema mojego domu. Jestem teraz włóczęgą, przybyszem, gościem wszędzie i ciągle...
Coś zdusiło mu gardło i zmusiło przymrużyć oczy, jakby ktoś cisnął mu w twarz suchego piasku.
— Stój! — powtórzył Soff.
Ras obejrzał się. Stali w ślepej uliczce przy niskiej bramie długiego budynku, skąd wyrywał się głuchy gwar, niby z ula, pełnego zaniepokojonych pszczół.
— To „fonduk“[7] mego przyjaciela — Ed-Ksel — objaśnił zaklinacz. — Wal w bramę z całej siły i wołaj: „Otwórzcie, to Soff przyjechał!“
Góral zaczął bić pięściami i nogami w bramę i krzyczeć na całe gardło.
Wkrótce otworzono furtkę i z fonduku wyszedł opasły murzyn, o kędzierzawych kudłach i obwisłych, grubych, zupełnie sinych wargach.
Mrużąc oczy, drwiącym głosem zapytał:
— Cóż się tak ciskasz, kiju bambusowy, palu nieociosany? Myślałem, że sam wielki wezyr zawitał do mnie...
— Tak, to ja, najpiękniejszy z murzynów Sudanu i najpotworniejsza poczwaro w Mahrebie, to ja, czarny strachu na wróble i szpaki, to ja — Soff, twój przyjaciel i dobroczyńca — rzekł piszczącym falsetem Soff.
— Ładny mi przyjaciel, ty potrzaskany flecie! — odparł właściciel zajazdu. — Ulotniłeś mi się i nie zapłaciłeś siedmiu franków za żarcie i za nalewanie swoich długich flaków moją herbatą i kawą.
— Masz dobrą pamięć, mój prześliczny chłopaku, — zaśmiał się zaklinacz — i zdolność do dodawania. Nie siedem, ale sześć franków, ale to się ureguluje, ureguluje...
Mówiąc to, Soff zeskoczył z konia i po chwili zaczął się całować z murzynem, jakgdyby nic pomiędzy nimi nie zaszło.
— Niewolniku! — rzekł Soff do Rasa. — Wprowadź i rozsiodłaj konia, a później przychodź na wieczerzę. Ręczę ci, że będziemy mieli dobrą wyżerkę, bo dziś funduje sam piękny, dobrotliwy i gościnny Ed-Ksel.
— Stul pysk, trąbo! — mruczał murzyn, śmiejąc się i otwierając bramę.
Ras rozsiodłał konia i postawił go we wskazanem przez gospodarza miejscu. Zabrawszy ze sobą siodło i pięć koszyków, błąkał się po obszernym dziedzińcu, szukając Soffa.
Tymczasem rozglądał się z ciekawością po fonduku. Był to duży kwadratowy budynek, otaczający ze wszystkich stron plac, zatłoczony leżącemi wielbłądami i mułami, uwiązanemi do palów i przeciągniętych przez podwórze sznurów; osły okaleczone od rzemieni, ciężkich worów i od nielitościwych razów poganiaczy, stały z opuszczonemi głowami i leniwie przeżuwały obrok; błąkały się wszędzie ponure, zgłodniałe psy, biegały kury i z łopotem skrzydeł co chwila spadały z dachu czeredy białych gołębi. Berberowie i Arabowie oglądali stadko pięknych baranów, stłoczonych w osobnem ogrodzeniu ze sznurów, i rozprawiali o cenie wełny, skór i mięsa. W dalszym kącie leżały zwalone wory z jęczmieniem i duże bele wełny, zaszytej w grubą tkaninę o czerwonych i żółtych pasach.
Jakiś Berber siedział z głową, pokrytą turbanem z mydła, a golarz, gadając bez przerwy, skrobał mu czaszkę szeroką i tępą brzytwą, nie zwracając żadnej uwagi na wykrzywioną z bólu twarz klienta i jego głośne i niecierpliwe wykrzykniki. Kilku małych chłopaków plotło powrozy z konopi i długich pasem suchej trawy alfa; dwie stare kobiety, podkasawszy koszule wyżej kolan, szerokiemi nożami ścinały ze świeżo zdartej skóry wołowej resztki mięsa i tłuszczu; chodził powolnym krokiem, wykrzykując i dzwoniąc w przeraźliwy dzwonek i blaszane kubki, handlarz wodą, noszący ją w worze, uszytym ze skóry koziej, włosiem nazewnątrz. Lecz tu na dziedzińcu fonduka było stosunkowo cicho i tylko czasami zaczynały jękliwie łkać zmordowane, głodne wielbłądy lub ryczały, niby wołając o pomoc, zawsze ponure muły.
Gwar płynął z małych izb, których drzwi wychodziły wprost na podwórze, i z galerji na piętrze, gdzie Ras spostrzegł szereg wejść, ukrytych za poruszanemi wiatrem brudnemi płachtami... Tysiące dźwięków czyniły ten niemilknący, pomieszany i pogmatwany gwar i huczenie. Cienkie zawodzenie modlących się pątników, odbywających religijną pielgrzymkę do świętych dla muzułmanina miejsc, odgłosy trąb, klarnetów i bębenków orkiestry, odprowadzającej „hadżów“[8]; kłótliwe głosy graczy w karty, kości i warcaby, niezrozumiałe wykrzykniki, półobłędne i dzikie, przejmujące Rasa lękiem i odrazą; przeciągłe, ponure pienia niewidzialnych kobiet, klaskanie kastanjet, tupot tańczących nóg i skoczne tony fletu i tamburynów; jęki i skamłania meskinów[9]; brzęk naczynia, śmiechy, plusk wylewanej wody i łoskot rzucanych ciężarów...
Góral był oszołomiony i ogłuszony.
Szukając swego towarzysza, zaglądał do izb, wychodzących na podwórze, i wtedy dopiero zrozumiał źródło niezrozumiałych okrzyków i dźwięków. W niektórych izbach w obłokach dymu grano w różne gry hazardowne, tracąc tu nieraz cały zarobek, zdobyty wielkim wysiłkiem i ciężkiemi trudami, gdyż dlatego, aby dojść do tego brudnego, cuchnącego i zgiełkliwego fonduka, ludzie musieli w ciągu kilku miesięcy prażyć się na wściekłym skwarze płonącego słońca, przeciąć Tanezruft, tę „pustynię pragnienia i strachu“, walczyć z simun’em[10], ryzykować życiem przy spotkaniu się z rogatą wiperą, czającą się w piasku, lub z napadającemi na karawany bandami niepodległych koczowników berberyjskich i wojowniczych Tuaregów; ginąć z braku wody, lub przy zatrutych źródłach w pustyni, walczyć z głodem, obłędem i chorobami — temi widmami bezgranicznych, martwych przestworów Sahary. W innych ciemnych, ponurych skrytkach czaili się, pędzili nędzny żywot i umierali nałogowcy — palacze „kifu“, tego stężałego na powietrzu lepkiego płynu, który wycieka z konopi indyjskich a zawiera w sobie straszliwą truciznę, nazywaną przez Hindusów „haszyszem“, a przez Arabów — „kifem“. Dym i opary tej trucizny szybko zabijają wolę i mózg palaczy, burzą cały organizm, powodują obłęd, paraliż i śmierć, która przychodzi niespodziewanie, do niektórych po kilku dniach, do innych — po długich latach, zmuszając nałogowców do przeżycia niewypowiedzianych katuszy, cierpień, upodlenia, zbrodni i nędzy bezgranicznej.
W najbrudniejszych i najohydniejszych norach gnieździli się meskini. Przerażenie ogarnęło Rasa, gdy ujrzał kalectwo, ohydne rany, pełne robactwa, odpadające stopy, ręce i usta, zaognione, gnijące, ropiące się stawy, oczy i uszy; góral stał, przytłoczony do ziemi widokiem cierpień i nędzy ludzkiej, i dopiero w kilka minut później zauważył obok męki — sztukę i oszukaństwo, bezczelne a pomysłowe, spostrzegł bowiem, jak ten i ów z meskinów wyprostowywał „sparaliżowane“ członki, misternie związane i powyginane opaskami z prawie niewidzialnych włókien roślinnych; niemowy zaczynały mówić, ślepcy zdejmowali z oczu powłokę z rybiego pęcherza i wesoło a chytrze mrugali; nagle znikały odrażające rany i straszliwe blizny, zmywane wodą...
Ras zrozumiał, dlaczego, wobec istnienia fałszu i obłudy, tłum przechodniów zwykle obojętnie mijał żebraków, skamłających o jałmużnę i bezczelnie wystawiających na widowisko swe kalectwo i choroby, nieraz potworne i zgrozą przejmujące.
Wstręt i pogarda zwalczyły współczucie dla tych biedaków, tych ptaków Allaha, co nie orzą, nie sieją, a plon obfity zbierają, mając swoje chwile rozkoszy, radości i nawet szczęścia. Góral poszedł dalej i wkrótce znalazł Soffa, siedzącego w pokoju gospodarza. Złożył tu siodło i koszyk z wężami i ze szczurami i, obmywszy nogi i ręce, usiadł na poduszce przy małym stoliku, gdyż oczekiwano właśnie na posiłek.
Istotnie murzyn, nie bacząc na swoje drwiny i wymyślania, wystąpił ze wspaniałą ucztą. Po wymyciu przez gości i gospodarza rąk w miednicy, podanej przez jednego z usługujących robotników, przyniesiono baraninę z czerwonym kwaskowym sosem, suto zaprawionym figami i migdałami; usmażone w oliwie, niezwykle tłuste gołębie; „meszui,“ czyli cały baran, pieczony na rożnie i nakoniec słodki „kuskus“ — coś nakształt włoskiego risotto z ryżu, drobno krajanego mięsa, oliwek, bakalij, jaj i ziaren granatowych owoców. Ucztujący jedli wyłącznie trzema palcami prawej ręki, odrywając najsmaczniejsze kawałki i maczając rumiane placki „kaseras“ w sosie i gorącej oliwie. Gdy się najedli, co wyrażali różnemi dźwiękami, przepisanemi przez wschodnią etykietę, gospodarz klasnął w dłonie. Zjawiło się dwóch służących: jeden niósł tacę z imbrykami, cukiernicą, snopkiem zielonej mięty i szklankami, drugi był mistrzem ceremonji. Zaparzył herbatę z miętą, obficie osłodziwszy, i z uprzejmym „selamem“ podał każdemu szklankę gorącego, aromatycznego płynu. Soff i Ras chciwie pili ten ulubiony napój marokański, ciągnąc go przez zęby drobnemi łykami, głośno cmokając i wzdychając na znak zadowolenia.
Po posiłku murzyn zapalił fajkę z kifem i, zwracając się do Soffa, rzekł:
— Widzę, że wzbogaciłeś się, cienka drzazgo palmowa, bo nabyłeś nawet niewolnika?
— Przecież już powiedziałem ci, boski Ed Ksel, któryby był niezawodnie hurysą w raju, gdyby matka nie zrodziła cię mężczyzną, powiedziałem, że rachunek będzie załatwiony — rzekł, zezując straszliwie Soff.
— Nie o tem teraz mówię! — odparł murzyn. — Chcę wiedzieć, gdzieś go znalazł i co to za niewolnik, który wcale do niewolnika niepodobny?
— Chcesz zbyt dużo wiedzieć, rozkoszy moich oczu, nadobny Ed Ksel — zawołał, śmiejąc się Soff. — Czy ty posiadasz młyn wodny za murami Marrakeszu?
— Tak, posiadam, ale co to ma do rzeczy? — zdziwił się Ed Ksel.
— Owszem, ma! — zaśmiał się zaklinacz. — Gdy woda porusza koło twego młyna, przecież nie pytasz, czy ta lub inna struga wytrysnęła z fontanny świątyni, czy przebiegała przez brudną „bled“[11], też może dotknęła ciała zamordowanego człowieka lub innego padła? Czy zrozumiałeś mnie, Ed Ksel, ozdobo i dumo całego grodu?
— Mówisz przypowieściami, jak wędrowny prorok z sekty Haddaua[12] — mruknął gospodarz. — Coprawda jesteś tak podobny do proroka, ty zezujący bazyliszku, jak mój fonduk do Dar-el-Mahzen[13] sułtana...
— Lecz więcej niż ty — do człowieka... — przerwał mu Soff, szczypiąc go w ramię.
— Rozumiem, że w mieście bezpieczniej temu młodzieńcowi, niż gdzieś na wsi... — ciągnął murzyn.
— Mądry jesteś i domyślny! — zawołał Soff. — Bo to widzisz, przyjacielu, gdy wpuszczę ci do kubła kroplę henny[14], woda stanie się szkarłatna i nie będziesz jej pił, lecz gdy wleję całą beczkę henny do rzeki, woda w niej nie zmieni barwy, i piękny Ed Ksel nie zauważy, że pije farbę...
— Ha! Ha! — zaryczał, trzęsąc się ze śmiechu, murzyn. — Znowu przypowieść! czy nie chcesz wykierować się na mułłę[15], czy nawet taleba[16]?
— Owszem! Ale wyłącznie dlatego, aby z twoich krewnych wydusić sporo franków za twój pogrzeb! — odparł, klepiąc gospodarza po grubym karku, Soff.
Znowu wycałowali się w oba policzki i Ed Ksel wskazał im małą izbę dla nocnego spoczynku. Ras i zaklinacz szybko się rozlokowali i położyli na miękkich „diwanach“[17]. Soff ledwie wyszeptał: „Bismillah“... już zaczął chrapać, jak zagnany muł. Góral leżał z otwartemi oczami, zasłuchany w dochodzące zewsząd dźwięki, szmery, krzyki, świadczące o życiu, wrzącem tuż za cienką ścianą izby i lekką tkaniną, zastępującą drzwi. Najprzód doszły go cienki, żałosny pisk i cykanie skazanych na pożarcie, a związanych i umieszczonych w worku, szczurów i myszy, cichy szmer czołgających się w koszu węży, głośne chrapanie i senne mamrotanie Soffa, a później — odgłosy muzyki i tańców, przeraźliwe, dzikie okrzyki kobiet, klaskanie kastanjet, wrzaski włóczących się gości i głuchy gwar miasta, dochodzący zdaleka, a potężny i groźny.
Ras kręcił się na swem posłaniu, lecz sen nie przychodził. Góral słyszał wszystko, co się dokoła działo, lecz myślą odbiegał co chwila w góry, tam, gdzie śród dwóch wysokich grzbietów z łoskotem i pluskiem biegł potok, pokryty wirami i pianą, z dużą, starą kasbą, stojącą na jego wysokim, urwistym brzegu.
Była to siedziba jego przodków i w niej on — Ras ben Hoggar urodził się i tu założył własne gniazdo, opromienione przez piękną, dumną Czar Aziza. Co robi w tej chwili umiłowana żona, czy myśli o nim, tęskni w trwodze i trosce o męża? Niech tylko nie płacze, aby nie zgasły jej oczy płomienne, jak gwiazdy! Nie potrafił on, Ras ben Hoggar, otoczyć żony opieką i bogactwem... Z pewnością Aziza czuje do niego urazę, może nawet pogardę? O, zaczekaj trochę, ukochana! Przeminie ciężki czas, zdobędę bogactwo, znajdę bezpieczne miejsce, znowu szczęście wstąpi pod naszą strzechę i zapłonie ognisko, uświęcone przez ciebie, miłości, pragnienie duszy Rasa! Cierpliwości! Cierpliwości!
Wił się jak wąż, biedny, zrozpaczony góral na posłaniu, a sen odbiegał powiek, zmuszając leżącego człowieka szeroko otwierać oczy i uporczywie wpatrywać się w nocny mrok, jak gdyby tam miały się ukazać drogi przeznaczenia. Lecz Ras nic nie dojrzał w ciemności, tylko przeróżne odgłosy wdzierały się do izby i tłukły się, jak natrętne, zbłąkane bąki pod pułapem i po kątach izby...
Góral wstał i wyszedł na podwórze. Świeży powiew od gór orzeźwił go i przywiódł do równowagi. Wtłoczywszy głębiej ból i tęsknotę serca, Ras zaczął zaglądać do izb. Ujrzał nocne życie fonduka.
Na dziedzińcu nie było nikogo. Wszystkie zwierzęta: wielbłądy, muły, konie i osły, nawet barany pokładły się i spały. Zrzadka tylko rozlegały się ich ciężkie westchnienia, — ta oznaka znużenia lub cierpienia, głębokiego, a niemego.
Zato w kiiku izbach goście hotelowi nie spali.
Grano w karty, kości, maurytańskie warcaby, a hazard wzrastał z każdą późniejszą godziną nocną. Jeden z właścicieli wielbłądów karawanowych przegrywał, klnąc i ciskając się na swych przeciwników. Przegrał prawie wszystkie zwierzęta i gdyby stracił tej nocy resztę, musiałby zostać poganiaczem wielbłądów u innego właściciela, albo nawet przystać na abda, czyli niewolnika u jakiegoś bogacza. Wiedział to gracz, lecz, wierząc w przeznaczenie, grał dalej. Oczy mu tylko pałały i kurcz ściskał gardło zimnemi kleszczami. Nie porzucał gry, klnąc, modląc się do Allaha, mrucząc zaklęcia, dotykając talizmanów, wiszących na piersi, robił jakieś tajemnicze znaki nad kartami — i przegrywał.
— Głupi jesteś, głupi i szalony — zauważył, pochylając się ku niemu jeden z graczy. — Rzuć grę, bo stracisz wszystko, dziś nie masz szczęścia...
— Milcz! — odparł przegrywający Berber. — Mam jeszcze co postawić na kartę po wielbłądach...
— A co? — zapytał z ciekawością Arab, który najwięcej wygrał.
— Ulubioną niewolnicę, piękną i namiętną. Śpiewa i tańczy ta dziewczyna, jak hurysa, i warta jest pięćdziesięciu wielbłądów z uprzężą — mruknął nieszczęśliwy gracz.
— Drogo... — odpowiedział mu Arab. — Zbyt drogo!
— Nie! — krzyknął Berber. — Ajszusz jest taką kobietą, że będziesz padał przed nią na kolana i ślady jej stóp całował. O, Ajszusz! Niewolnica, a potężniejsza i możniejsza od królowej! W oczy jej będziesz patrzał i czekał, czekał na jej skinienie, jak na łaskę Allaha!...
— Tak, jak Czar Aziza... — pomyślał Ras i tęsknota za żoną znowu przeszyła mu serce i mózg...
— Gdy ją przegram, postawię... żonę! — wszasnął nagle Berber, z rozpaczą waląc pięścią w posłanie, na którem leżały karty i kości. — Rozumiesz, ty, Heddad ben Heddad, [18] stawiam żonę, a kto w Sale[19] nie zna Rusma, żony Ibrahima el Andaloci. Jest wzorem cnót, piękności, rozumu i płodności. Posiada siłę kahina[20] i złe duchy — dżinny cofają się na jej widok, gdyż pełna jest dobroci i czystości serca...
Coś porwało Rasa. Ściskając pięści i zgrzytając zębami, stanął przed niefortunnym graczem i jął wyrzucać słowo po słowie, zaglądając mu w oczy.
— Jesteś wieprz nieczysty... Jesteś synem, wnukiem i prawnukiem kowala... Jesteś ohydny, jak rozwścieczony bazyliszek... Jesteś tchórzliwym szakalem... Jesteś... jesteś... skoro żonę zamierzasz stawiać na kartę, jak owcę lub wielbłąda. Pluńcie w oczy temu człowiekowi, mumeni, i pozostawcie go, gdyż przy nim widzę mściwych dżinnów obłędu...
Wszyscy porwali się w przerażeniu ze swych miejsc i jeden po drugim wymykali się z izby.
Pozostał tylko Berber. Z trudem podniósł się z posłania i podszedł do Rasa.
— Ktoś ty? — szepnął.
— Jestem Abd, zaklinacz wężów! — odpowiedział Ras.
— Jesteś jasnowidzącym, może marabutem[21], posiadającym siłę „tasaruf“[22] — wyszeptał Berber. — Ujrzałeś to, co czuję od kilku lat. Dżinny co rok rzucają na mnie obłęd gry. Czuję to, a walczyć nie mogę. Ratuj!
Berber upadł Rasowi do nóg i ucałował połę jego burnusa.
Ras zamyślił się, lecz po chwili rzekł:
— W imię Allaha — groźnego Sędziego, przerwij teraz grę, a pomnij o żonie swojej, która, jakeś rzekł, jest czarą, pełną cnót. Oddać ją możesz dopiero, gdy serce ci bić przestanie w piersi, gdy dusza opuści ciało! Idź w spokoju, w imię Allaha!
— Lecz ja przegrałem wszystko! — zawołał Berber, łamiąc sobie ręce w rozpaczy. — Muszę się odegrać, lub poderżnę sobie gardło...
— Idź! — rozkazał Ras. — Resztę ja załatwię!
— Czyje imię mam wspominać podczas modłów o wschodzie i zachodzie słońca? — nieśmiałym głosem pytał Berber.
Ras znowu się zamyślił. Chciał powiedzieć swoje prawdziwe imię, gdyż wiedział, że modlitwa za niego miałaby w takich warunkach posłuch u Allaha, lecz obawiał się zdradzić, więc odpowiedział:
— Dziękuję ci, Ibrahimie el Andaloci, za dobre chęci, lecz mów tak: „Allah Muntakim[23], spraw, aby zapłonęło ognisko twego Abda!“
— Uczynię, jak rozkazałeś, Sidi! — zawołał nisko się kłaniając, Berber i wyszedł.
Za nim podążył Ras. Na dziedzińcu tłoczyli się wylękli gracze. Nikt z nich nie podszedł i nie przemówił do przechodzącego Berbera. Patrzyli za nim i milczeli, objęci lękiem przed złemi dżinnami.
— Mumeni! — zwrócił się do nich Ras. — Z rozkazu Allaha, który poniża i wywyższa, odwołałem dżinnów od tego człowieka. Odleciały i teraz zgromadziły się przy majętności jego, czyhając na nowe ofiary. Strzeżcie się, mumeni, dotknąć rzeczy, należącej do Ibrahima el Andaloci!
— Już ja tam wygranych wielbłądów Ibrahima wyrzekam się! — zawołał Arab, szepcząc zaklęcie.
— Życie i zdrowie droższe od bogactwa! — dodał drugi. — Nie chcę brać swej części. Niech pozostaje przy Ibrahimie!
— Sprawiedliwe jest postanowienie wasze, mumeni! — rzeki Ras. — Niech Allah ma was w swej opiece!
— Allah niech będzie z tobą! — odpowiedzieli chórem uspokojeni gracze. Ras szedł tymczasem dalej. Krętemi schodami wszedł na piętro, gdzie na krytą galerję wychodziły, zawieszone kawałkami barwnych tkanin, drzwi.
Odchylił zasłonę i wszedł do obszernej hali, skąd wyrywały się okrzyki kobiet, odgłosy muzyki i kastanjet i tupot tańczących nóg. W izbie było prawie zupełnie ciemno, gdyż napełniały ją obłoki dymu tytoniowego. Czerwonemi płomykami paliły się w kilku miejscach małe lampki, napełnione łojem baranim lub oliwą.
Ras z trudem rozglądał się dokoła. Kilku drobnych przekupniów, poganiaczy wielbłądów i przewodników karawan siedziało na słomianych matach, piło herbatę i kawę, paliło i przyglądało się tańczącym kobietom.
Były to tancerki z różnych szczepów, stare i młode, brzydkie i straszne, jak wiedźmy, lecz były też zgrabne, piękne i ponętne. Na zmianę pod dźwięki tamburinów, bębenków i fletów, wykonywały tańce, które spotkać można na całej przestrzeni północno-afrykańskiej — od Czerwonego morza i do Atlantyku. Były to tańce, pozostałe z dawnych, pogańskich kultów, tańce heroiczne, historyczne, lubieżne lub pełne smętnego i ponurego rytmu, raczej do misterjum nocnego podobne.
Niektóre z kobiet tańczyły w pstrych łachmanach, pobrzękując mosiężnemi świecidełkami na piersiach, rękach i nogach. Z tych łachmanów wyglądały im chude, czarne biodra i ramiona, wynędzniałe piersi, płonęły na zniszczonych twarzach obłędne, odurzone kifem i tanecznym wirem czarne oczy. Przy szybszych zwrotach i skokach tancerki wydawały nieraz bolesne jęki i ciężkie westchnienia, gdyż były zmęczone, zbolałe i schorowane, były jednak niewolnicami w ręku przedsiębiorcy i musiały spełniać jego rozkazy do ostatniego tchu, do chwili skonania na brudnej macie, lub na śmietniku, ponieważ nie było na całym świecie istoty, która zechciałaby obronić je, zaopiekować się niemi i dojrzeć w nich człowieka.
Inne, młodsze, ładniejsze tańczyły nago.
W półmroku i w niepewnych błyskach, poruszających się ciągle języków kopcących lampek, wirowały one przed oczami, jak widma, jak korowody piekielnych zjaw, majaczyły przez chwilę kształtami bioder i nagich ramion, czasami goręcej błyskały omdlewającemi oczami, zuchwale i lubieżnie nęciły młodemi piersiami, lecz nagle znikały w kłębach dymu, w gęstych cieniach, czających się wszędzie. Wtedy w ciemności coś się miotać zaczynało i kłębić, jak gdyby walkę toczyły ze sobą jakieś nieznane, a straszne potwory nocne. Zbliżając się do miejsc oświetlonych, te kłębiące się widma przybierały ludzkie kształty, formy kobiet starych, schorowanych, ohydnych w ruchach, rozpustnych i wyuzdanych, lub stawały się młodemi, wiotkiemi, niewieściemi ciałami, ponętnemi w wężowych przegięciach, w szalonych splotach ramion, w półprzytomnych, prawie nieludzkich skokach.
Od czasu do czasu ktoś z widzów wykrzykiwał imię tancerki i ta pokorna i szczęśliwa podchodziła i siadała obok, dysząc ciężko i oczekując rozkazu. Karmiono kobiety łakociami i owocami, pojono kawą i herbatą, częstowano papierosami i kifem, poczem gość i jego niewolnica, jego własność na jedną noc, znikali za brudną kotarą barłogu gdzie pędziły życie tancerki — niewolnice, niewinne roznosicielki najstraszliwszych chorób i szaleństw, dziesiątkujących ludność krajów muzułmańskich.
Zmęczony, odurzony i pełen niejasnego jeszcze rozgoryczenia, wstrętu i niemal nienawiści, Ras powrócił do siebie i rzucił się na posłanie obok chrapiącego Soffa. Wkrótce zapadł w ciężki sen, lecz miotał się, krzyczał, groził komuś niewidzialnemu i nieznanemu, który tyle nędzy i rozpaczy rzucił na ziemię. Ras obudził się o wschodzie słońca z ciężką głową i niewysłowionym smutkiem w sercu.
Nic nie mówiąc do Soffa, zaczął się gorąco, namiętnie modlić, lecz wkrótce myśl jego pobiegła do Aziza, przypomniał sobie bowiem tańczące kobiety ubiegłej nocy, ich omdlewające ruchy i znękane oczy, usłyszał ich krzyki, jęki i beznadziejne westchnienia i skwapliwie, aby o niczem nie myśleć, zabrał się do roboty. Nakarmił węże, wyszorował koszyki, związał i wpakował do worka świeżo nabyte przez Soffa od chłopaków myszy i dopiero wtedy posilił się i spytał towarzysza:
— Czy teraz pójdziemy do miasta?
— Natychmiast! — odparł Soff wesołym głosem. — Bądź gotów za chwilę.


Przypisy

  1. Kobiety plemion koczujących.
  2. Zbiorowiska namiotów koczowników.
  3. Haremy.
  4. Stolica Marokka.
  5. Muezzin — sługa kościelny.
  6. Abd — niewolnik.
  7. Zajazd, karczma, hotel tubylczy.
  8. Muzułmanin, odbywający podróż do Mekki.
  9. Żebraków.
  10. Simun lub samum — gorący wiatr pustyni, znany w Europie pod nazwą Sirokko.
  11. Wieś.
  12. Sekta w Islamie. Wyznawcy jej trudnią się żebraniną i lubują się w kotach i kozach.
  13. Pałac.
  14. Czerwony barwnik roślinny. — Lausonia inermis.
  15. Kapłan.
  16. Uczony kapłan.
  17. Gruby materac.
  18. Obrażający honor Berbera i Araba przydomek; ciężka obelga — „kowal, syn kowala.“
  19. Miasto na brzegu Atlantyku.
  20. Wyrocznia.
  21. Żyjący święty.
  22. Władza nad siłami natury.
  23. Mściciel.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.