Strona:Antoni Ferdynand Ossendowski - Orlica.djvu/46

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Czausz milczał zagadkowo, jak na urzędową figurę przystało, i cierpliwie czekał.
Nareszcie Aziza wyszła z domu. Od stóp do głowy była zawinięta w biały czysty burnus, cienki „haik“[1] opuszczał się jej na twarz, kryjąc rysy i pozostawiając tylko oczy, ponuro i groźno połyskujące. Szła spokojna, dumnie wyprostowana, stanowcza i śmiała.
— Idziemy, Sidi, — rzekła donośnym głosem. — Rada jestem, że wzywa mnie kadi, gdyż chcę upomnieć się o męża swego.
— Jakto o męża? — wyrwało się pytanie zdumionemu przedstawicielowi władzy.
— Tak! chcę się upomnieć o męża, — powtórzyła z naciskiem. — Chcę zapytać kadi, czy już nie istnieje w Mahrebie stara tradycja Hadith, która nie ścigała górali Szleu, gdy czynili śmiałe wyprawy na kupców, prowadzących karawany. To była wojna, i każdy tam mógł bronić swego mienia i życia, lecz prawo milczało, gdyż taka istniała tradycja. Czyż nie dobrze mówię, sąsiedzie?
— Słowa twoje są prawdziwe, kobieto! — odezwał się jeden ze starców.
— Dlaczegóż teraz za śmiałe czyny Szleu dostają się do więzienia w Tarudancie, w ręce kata, lub zmuszeni są gasić ognisko rodzinne, porzucać żony, dom, i kryć się po górach i lasach, niby szakale lub psy zdziczałe?
Głuchym pomrukiem wtórował tłum słowom kobiety.

— Prawda!... prawda!... — wołało kilka głosów naraz. — Tego dawniej nie było!

  1. Zasłona na twarzy, noszona na Wschodzie.