Strona:Antoni Ferdynand Ossendowski - Orlica.djvu/55

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


oznajmiono, że będą stawieni przed sądem kaida.
Pierwsi poszli kadi z synem — sekretarzem i jeszcze nie powrócili, gdy zjawił się jakiś stary dygnitarz i zawołał:
— Wielki kaid wzywa żonę Rasa ben Hoggara! —
— Jestem — odezwała się Aziza, szczelnie otulając się burnusem i poprawiając zmięty haik.
Starzec zrobił znak ręką, przepuścił kobietę przed sobą i poszedł za nią. Przeszli długi korytarz, kilka wspaniale przybranych komnat, aż stanęli przed zamkniętemu drzwiami, ze stojącą przed niemi wartą.
Stary dygnitarz zapukał i szepnął, zwracając się do Aziza:
— Wejdź!
Kobieta przycisnęła ręce do piersi i weszła.
W małej izbie na szerokiej sofie siedział poważny, sędziwy człowiek o mądrej twarzy i siwej brodzie, spływającej na biały burnus. Czarne, przenikliwe oczy świeciły mu się z pod nisko nasuniętego na czoło turbanu.
Aziza padła na kolana, oddając głęboki, pełny pokory ukłon, i wyrzekła sakramentalne pozdrowienie.
— Salem alejkum! Niech Allah roztoczy błogosławieństwo swoje nad tobą, wielki kaidzie, panie nasz!
— Słyszałem już o tobie — rozległ się suchy głos kaida. — Co powiesz o sprawie swego męża?
— Błagam cię, wielki panie, abyś puścił w zapomnienie czyny Rasa ben Hoggara, mego męża i pozwolił mu powrócić do stęsknionej i zrozpaczonej żony, dla której dzień jest męką, a noc śmiercią w trosce o życie jedynego i umiłowanego!