Strona:Antoni Ferdynand Ossendowski - Orlica.djvu/49

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Na Allaha! — wykrzyknął starzec. — Przecież Ras ben Hoggar był hersztem bandy, napadającej na karawanę pomiędzy Ifni a Tarudantem?
— Tego ja nie wiem, czy mąż mój i pan mój był hersztem. Lecz gdyby nawet tak było, to, jak Szleu są Szleu, tem się trudnili nasi mężczyźni i dopiero od dziesięciu lat...
— Milcz, kobieto! — wrzasnął kadi. — Taka jest wola wielkiego kaida, aby ustały napady na drogach karawanowych. Czy nie wiesz o tem?
— Wiem — rzekła Aziza, — ale też wiem, że w naszem prawie pisanem niema woli wielkiego kaida, jest tylko wola Allaha i Jego proroka Mahomeda. Allah i Mahomed zaś nie zakazywali wojny i odważnych czynów. Prawo więc nie może ścigać Rasa, męża mego. Błagam ciebie przeto, Sidi dobry i sprawiedliwy, który byłeś przyjacielem ojca mego męża, Hoggara ben Mhammeda, swego towarzysza w wyprawach na kupców, wiozących kość słoniową i czarnych niewolników, pozwól mężowi memu powrócić do domu swego i widokiem swoim ucieszyć oczy moje!
Kadi i sekretarz milczeli, gdyż takiego obrotu sprawy wcale nie oczekiwali, więc nie wiedzieli, co mają robić teraz z tą kobietą, tak spokojnie i dumnie stojącą przed nimi i rzucającą zrozumiałe dla góralskiego serca i sprawiedliwe słowa, poparte prawem.
Nareszcie kadi wyksztusił zdanie:
— Zeznajesz więc, że twój mąż przyjmował odział w napadzie na karawanę?
— Nie, Sidi, nie zeznaję! — odparła spokojnie. — Podejrzenie padło na niego, podejrzenie niesprawiedliwe, lecz dostateczne, aby wygnać człowieka z własnego domu i pozostawić kobietę bez opieki i obrony.