Strona:Antoni Ferdynand Ossendowski - Orlica.djvu/50

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Gdzie jest Ras ben Hoggar? — pytał sędzia.
— Nie wiem, gdzie jest teraz, gdyż z pewnością dowiedział się o pościgu za nim i o podejrzeniu, które padło na niego; błąka się gdzieś bezdomny i zemstą pałający. Mąż mój poszedł był w góry polować na muflony. Być może spotkał się z „namer“[1] i umiera gdzieś w wąwozie od ciężkich ran...
— Nie kłam! — zawołał stary kadi. — Jeden z towarzyszy Rasa zeznał przed śmiercią, że wyprawą dowodził twój mąż... Co powiesz na to, kobieto?
— Powiem ci na to, czcigodny sidi, przyjacielu Huggara ben Mhammeda, że gdyby cię katowano, jak to czyniono z domniemanym towarz yszem mego męża, tobyś z pewnością zeznał, żeś nie z Hoggarem niegdyś napadał na brzegach Draa na kupców, lecz z samym sułtanem Mulej Jussufem, niech Bóg roztoczy nad nim swoją opiekę!
— Jesteś obłudna i zuchwała! — krzyknął zrozpaczony kadi i, skinąwszy na czausza, dodał:
— Odprowadź ją do domu... tymczasem, Salemie.
— Nie jestem obłudna i zuchwała, Sidi, — rzekła odchodząc Aziza, — znam jednak prawo i obyczaje naszych gór!
Powiedziawszy to, wyszła spokojna i wyniosła.
Długo patrzyli w milczeniu za odchodzącą sędzia i sekretarz, a później w zdumieniu głębokiem spoglądali na siebie.
— Orlica... — szepnął stary kadi.

— Orlica! — powtórzył młody Brahim i, nie zeznając, dlaczego to czyni, zmrużył błyszczące oczy i przeciągnął się rozkosznie.

  1. Pantera.