O Niebieskich migdałach

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł O Niebieskich migdałach
Pochodzenie Improwizacje dla Moich Przyjaciół. Xiążeczka do zapalania fajek
Wydawca Józef Zawadzki
Data wydania 1844
Miejsce wyd. Wilno
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron

Szpargał Szósty.


O NIEBIESKICH MIGDAŁACH.
I o niebieskich marzyć migdałach.
Chodźko.

Cóż warte to rzeczywiste życie nasze, utkane z zawiedzionych nadziei, szczęścia widzianego zawsze w przeszłości, z utrapień, łez, smutków i roskosznych chwil odurzenia, miljon razy krótszych od cierpień?
Rozważywszy życie, chętnie się zgodzim na to, że szczęście jest marą, jest myśli tylko naszych wyskokiem, że można być szczęśliwym w każdéj prawie doli i położeniu. Roskosz i cierpienie zależą po większéj części od tego, jak je sobie wyobrażamy, a tak dusza sama tylko i myśl szczęścia prawdziwego jest zasadą.
Niech sobie ludzie co chcą gadają, jam jest szczęśliwy, bo umiem marzyć o niebieskich migdałach, a to marzenie stanowi główną tkankę mojego szczęścia, do któréj przyczepiają się na cieniuchnych niteczkach rzeczywiste życia wypadki i w przeszłości tak się plotą z sobą, że nieraz pewnym być nie mogę, czy to a to było ze mną w istocie, czym tylko sobie wyobrażał, marząc o niebieskich migdałach. Bodaj to marzyć życie całe! bodaj to przespać je i prześnić od młodości do śmierci! — małoby brakło do zupełnego szczęścia. W marzeniu znika człowiek, czas, miejsce — przyszłość i przeszłość mięszają się i ucierają — rzeczywistość i urojenie zlewają się jak jednorodne pierwiastki. Cały świat, wszystkie roskosze, są na moje rozkazy, gdy marzę o niebieskich migdałach.
Chceszli ty, co to czytasz, nauczyć się ode mnie tej sztuki? — posłuchaj; lecz jak młody, niecierpliwy uczeń, nie gardź, choćby ci się próba kilkakroć nie udała. Tu, i w całém życiu, potrzebna jest wytrwałość. Jeśli nie uwierzysz w to, co mówię, także się dobrego skutku próby nie spodziewaj. Wiara, ślepa wiara, jest główną zasadą szczęśliwych marzeń o niebieskich migdałach. Moja sztuka, jak magnetyzm, do sceptyków się nie czepia! Łatwo się smiać z marzeń i powtarzać: cóż marzenia dowodzą? łatwo do rzeczywistości się uciekać po wszystko, ale rzeczywistość kruchsza jeszcze od marzenia, i częściéj pewnie ona, niż niebieskie migdały, się naprzykrzy.
Chcąc marzyć jak się należy, trzeba się naprzód uzbroić w cierpliwość niepokonaną, trzeba umieć znosić wszystko, nawet upokorzenia, tak zimno, jakby nie na nas wymierzone były; powtóre, trzeba umieć kłaść się na łóżku lub kanapie, tak, aby nam nic a nic nie dolegało, aby żadne przykre wrażenie wewnętrzne nie odwodziło nas od marzeń; potrzecie, trzeba nasycić się wszystkiém, przed chwilą marzenia, aby żadna potrzeba fizyczna nie wstrzymała nam cugli na drodze do nieba, trzeba kazać pozamykać drzwi, uprosić najpowszechniejsze milczenie, słowem, przygotować się jak do snu; ale położywszy się, broń Boże nie zasypiać!!
Sen w takim razie okazałby zupełną do migdałowego szczęścia niesposobność — marzenie wymaga zupełnéj przytomności, natężenia wszystkich władz, skupienia wszystkich sił i zupełnéj trzeźwości myśli!!
Wierzcie mi, Panowie! niéma szczęścia, jak w niebieskich migdałach — urojenia tak są roskoszne, tak rozmaite, tyle blasku użyczają rzeczywistemu życiu naszemu!
Dowodem tego ja sam jestem; ja, co żyjąc lat niewiele na świecie, marzeniem przebiegłem wieki, byłem, jak mi się zachciało, dzieckiem, starcem, kobiétą, monarchą, węglarzem, stawiłem się w najrozmaitszych położeniach, zmyślałem sobie coraz dziksze roskosze i cierpienia, aby onym doświadczyć i zbadać je w samym sobie. Byłem jeszcze mały i głupszy jeszcze trochę jak teraz, a już uczyłem się marzyć o niebieskich migdałach. Pamiętam, jak raz w szkołach, klęcząc za karę pod piecem w czapce z oślemi uszami, wystawiłem sobie, że jestem Arcybiskupem i namaszczam Króla. To urojenie tak było silne, że umoczywszy palec w blizko stojącym kałamarzu, posmarowałem nim po głowie jednego z moich towarzyszów, który się zapewne ani spodziewał, żem mu tak wielką cześć wyrządzał, walając go atramentem.
Któż się nie kochał? — i ja się kochałem. Wówczas to trzeba było objąć myślą te miljony szczęść, któremi każde moje zbliżenie się do niéj, każde jéj słowo i ruszenie osadzałem. I byłem też tak szczęśliwy, jak tylko być można, kochając kobiétę; byłem szczęśliwy póty, póki każdego urojonego szczęścia nie urzeczywistniłem. Wyczerpawszy skarb urojeń do kropli, przekonawszy się, że to samo, co jest roskoszném w marzeniu, na jawie słabém jest tylko odbiciem snu wyobraźni, powróciłem do prozy, obejrzawszy wprzódy od stop do głowy siebie i kochankę, czy nie można jeszcze wymyśleć czego i sprobować? a potém — bądź zdrowa!! I zimne było to bądź zdrowa, jak rzeczywistość, a po niem następujące witaj marzenie! gorące, jak marzenie.
W niebieskich migdałach rozmaitość najwięcéj uszczęśliwia. Trudno powtórzyć jedno dwa razy z równym skutkiem, z równym zapałem. Druga próba jest zimniejsza, trzecia usta do ziewania otwiera, o czwartéj ani myśleć! (Trafia się to i na jawie).
Jest jednak w tych snach jedna rzecz okropna — przebudzenie, kiedy ci lecącemu do nieba spadnie z rzeczewistego świata na nos pończocha Jana Pawła Rychtera[1], kiedy marzącemu, żeś panną lub półbóstwem, przyjdzie golić brodę cyrulik, lub zawieszonego na planetach i oddychającego sfer harmonją swąd z pieca obudzi!!
Gdzież więcéj, jak w małżeńskim stanie, potrzebne są niebieskie migdały?
Jak tylko sytość nastąpi po głodzie, jak tylko przelecą nieodwołane piérwszych roskoszy miesiące, na desser téj uczcie, sobie i żonie musisz stawić niebieskie migdały. Bo cóż za rzeczywistość?
Spójrz w przyszłość; ona przed tobą wyciąga się długa, ciemna, nudna, jednostajna; w oddaleniu spostrzegasz bóstwo twoje zwiędniałe, kilkoro dzieci wrzaskliwych i każdego roku, ten sam dom, te same osoby, to samo życie pokrajane na drobne jednostajne kawałeczki.
Tu ani wyżyć bez niebieskich migdałów; nie nakarmią cię pieszczoty, które ciągle jedna ręka, jedne usta, jedno łono udzielać będzie.
Za każdym razem spadnie z nich po odrobinie szczęścia, w końcu staną się tylko formą roskoszy, a nie roskoszą.
Napróżno będziesz się starał powrócić im wdzięk nowości i świeżość dawniéjszą — będziecie ziewać całując się, będziecie się nudzić kochając; ty będziesz musiał szukać szczęścia dorywczego i brudnego za kulissami domowego życia w praczkarni lub kawiarni, ona w książce lub u ołtarza. Tak się to kończy zawsze błyszczący dzień życia małżonków, któremu przy poranku przyświeca słońce tak świetne!! I miłość, ta miłość z musu zaprzysiężona i kontraktem zaarędowana, wzajemnie zmieni się w zimny nałóg i nudę. Szczęśliwy jeszcze, jeśli twa żona przeniesieniem się do nieba stworzy ci nowe życie, nowe nadzieje i marzenia!
Ręczę, że żal najszczerszy po jéj zgonie milszym ci będzie nad miljon razy powtarzane jéj pieszczoty. Nie wyznasz tego przed światem, zawstydzisz się przed samym sobą, a jednak jest to istotna prawda! smutna prawda!
Kto się urodził z duszą gorącą, z wyobraźnią żywą, działającą, będącą jak młyn wietrzny w ciągłym ruchu, potrzebującą coraz nowych materjałów na mlewo, kto przy tém wszystkiém przykuty został jak koń na postronku i zmuszony do obiegania ciągle jednego kółka, temu niebieskie migdały są koniecznie potrzebne. Bez nich, własne siły go spalą, lub zasną, nie mając roboty, i tego pięknego ognistego człowieka zamienią w kawał ruchawego głazu. Siedząc na jedném miejscu, zakopany na wsi z ludźmi, w których głowach stoją browary i szynki, z jakąż roskoszą wystawisz sobie stolice świetne Europy, dalekie szczęśliwe kraje, ludzi, samą naturę tak czarującą, tak rozmaitą, tak odmienną od twego lasku za stodołą, sadzawki pod folwarkiem i pagórka w ogrodzie!
Cóżbym ja poradził z sobą, gdybym nie miał na ratunek niebieskich migdałów, gdybym musiał ciągle żyć tylko z témi, których mi los za towarzyszów nudnych nudnego życia narzucił, gdybym na rozkazy nie miał tłumu osób różnéj płci i wieku, charakterów i skłonności, gdyby ta zgraja nie uwijała się ciągle koło mnie?
Jest u mnie trupia głowa; ta głowa zwykłym jest tematem moich marzeń o niebieskich migdałach. Ileż to ja stworzyłem baśni, patrząc na ten czerep bez duszy, świadek tylu wypadków, który mi o sobie nic więcéj powiedzieć nie umiał, tylko, że w szczękach były zęby, w dziurach oczy, a na tych oczach tyle łez!!
W tych to marzeniach doszedłem, przekonałem się, wbiłem sobie, że ta głowa jest głową kobiéty. Byłbym dał miljony, gdybym je miał, żebym mógł wiedzieć choć jedną myśl, która przeleciała przez ten czerep, w który ja teraz puszczam dym z fajki i patrzę jak się przez oczy i gębę wije kłębami. Czasem też gorzko zasmucam sam siebie, myśląc, że to głowa jakiéj donny kucharki, która za życia tak była pusta, jak teraz. Lubię jednak marzyć sobie, że w tych dziurach siedziały śliczne oczy niebieskie, na téj kości wyklejone były różane usteczka; lubię unosić się nad szczęściem, którego doznawał pan kochanek, kiedy ten kawał spróchniałéj kości leżał na jego łonie! Jakżeby teraz odskoczył, gdybym mu dał główkę jego kochanki, zimną, zapyloną, jak pustą klatkę po zdechłym ptaszku! Ta, którą on tak cenił, u mnie dziś leży pod stołem; w tym tronie myśli biegają pająki; w oczach, z których płomienie latały, dziś często w braku lichtarza stawiam świecę, w usta zatykam pióra, a jednak za życia pewniebym téj pięknéj trupiéj główce starał się szalenie przypodobać, jeśli tylko była ładna. Otóż co mogą marzenia o niebieskich migdałach: one czerep bezduszny ubarwiają i przemieniają w piękną głowę szesnastoletniéj dziewczyny, zapalają dwoje oczu, rumienią lice, tworzą z kawałka kości cały poemat, tchnący życiem, roskoszą i świeżością!! —
P. S. Poemat, o którym tu mowa, zapewne niewydany. Autor w lat więcéj niż dziesięć, przeglądając te szpargały, które pisał za młodu, niezmiernie się nad sobą lituje, strasznie rusza ramionami i niewymównie się cieszy, że dał téj xiążce tytuł — do zapalania fajek. Było to trafne uznanie jéj wartości i przeznaczenia.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.
  1. Siebenkäse v. Jean Paul Richter.