Nera/Część pierwsza

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Nera
Podtytuł Powieść z życia współczesnego
Data wydania 1912
Wydawnictwo Biblioteka Dzieł Wyborowych
Druk L. Bogusławski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cała powieść
Pobierz jako: Pobierz Cała powieść jako ePub Pobierz Cała powieść jako PDF Pobierz Cała powieść jako MOBI
Indeks stron


CZĘŚĆ PIERWSZA.[1]

Była to sobie śliczna, jak anioł, matka, dobry, jak chleb, choć do rany przyłożyć, — ojciec, i mieli syna, który z pięknością matki łączył w sobie wszystkie przymioty rodzica. Jedynaka, który oprócz tego miał być panem milionowej fortuny, spadkobiercą dwóch znakomitych rodzin i starego, pięknego imienia, wychowano w jedwabnych, edredonowych poduszkach, karmiąc słodkiemi całusami, i wyrósł na idealnego młodzieńca; ale ironia losu, nie przebaczając nikomu, — w samym rozkwicie zagroziła tej drogiej roślinie. Lekarze znajdowali, że pan Lesław hrabia Czarnkowski miał pewne usposobienie, które potrzebowało pokrzepienia, wzmocnienia nie lekami, ale klimatem.
Przerażeni rodzice myśleli i radzili, co wybrać, — Kair, Algier, czy południową Francyę, czy którą z tych sławionych stacyi klimatycznych, w ostatnich czasach tak rozmnożonych u brzegów mórz i w górach. Po długich naradach lekarzy, ludzi doświadczenia i własnych natchnień, a może i instynktu młodzieńca, od dwóch lat już Lesław spędzał zimy i początki wiosny w Nizzy, mimo wiatrów, pyłu i wrzawy, jaką tu znajdował. Potrzeba mu było dużo życia, roztargnień, zajęcia dla oczu i umysłu, a w Nizzy mógł znaleźć wszystko, czego zapragnął, do wyboru, urządzić się, jak chciał, towarzystwo sobie złożyć wedle upodobania. Myślano naprzód o wynajęciu willi, potem, po rozmysłach wielu, ludzie, nawykli do zupełnej, nawet w drobnostkach, niezależności, osądzili, że tylko we własnym domu panem być można i zapewnić sobie wszystko, czego dusza zapragnie, choćby potem kiedyś dom ten ze stratą przyszło odstąpić.
Nabyto więc prześliczną posiadłość z dużym ogrodem, dawniej noszącą jakieś imię żeńskie, a dziś przezwaną willa Leliwa. Herb matki, którego brzmienie dla cudzoziemców było do przyswojenia łatwem, posłużył bardzo dobrze.
Willa dla jednego mieszkańca (naturalnie z całym dworem, nieodbicie mu potrzebnym), do którego czasem tylko przyjeżdżali rodzice w gościnę, nie potrzebowała być zbyt wielką chociaż dla hr. Lesława aż nadto obszerną, bo parter, sutereny i piętro jedno dla dwóch skromnych rodzin by starczyły; — odznaczała się szczególniej prześlicznym ogrodem, niegdyś przez wielkiego miłośnika drzew, krzewów i kwiatów założonym con amore, a teraz cudnie rozwiniętym. Co tylko w tym szczęśliwym klimacie przyswojonem być mogło, ogród zawierał i, począwszy od palm, do najwyszukańszych i najrzadszych roślin pnących, — wszystko tu admirowano. Cała jedna ściana willi na wiosnę okryta bywała rozkwitłą glicynią, która jakby blado-liliową zasłonę na niej rozwieszała.
Z nadzwyczajnem staraniem i elegancyą urządzone było wnętrze, które zajmował hr. Lesław, mając dosyć przestrzeni, aby w niem wygodnie liczne nawet przyjmować mógł towarzystwo.
Wśród tego zbiorowiska arystokratycznych postaci płci obu, najrozmaitszych typów, hr. Lesław przedstawiał sobą jeden z najwybitniejszych, najpiękniejszych słowiańskich, na których w Nizzy nie zbywało. Brakło mu energii i siły, ale za to wdzięk męski, urocza harmonia kształtów jakiegoś Apolla starożytnego zdawały się przypominać.
Blondyn, z temi łzawemi niebieskiemi oczyma, które są północnych narodów charakterystyką, miał w ustach wyraz dobroci, na czole niebiańską tęsknotę, w całości rysów coś tak sympatycznego i pociągającego, że urokowi twarzy tej nikt oprzeć się nie mógł. Na tych, którzy się w niego wpatrzyli, może postać ta czyniła wrażenie smutne, bo się zdawała jakby na wiekuistą młodzieńczość wyrzeźbioną i na wczesne zwiędnięcie z nią razem przeznaczoną, ale to jeszcze wdzięk jej zwiększało. Stara krew, żywiona miłości rodzicielskiej tchnieniem od kolebki, wyszlachetniony typ podniosła do najwyższej ideału potęgi. Było w nim coś tak pańskiego, tak wyróżniającego się delikatnością, że o pochodzenie niktby się pytać nie potrzebował. Zarazem jednak w mężczyźnie już wdzięk niemal brał górę niewieści, chociaż hr. Lesławowi na męskości nie zbywało. Kelnerowie po hotelach sponte go od progu tytułowali książęciem, co on z uśmieszkiem obojętnym przyjmował. Prawda, że niezmiernie staranne w każdej porze dnia i w każdej okoliczności przybranie się, szczegóły stroju, pomimo znakomitej prostoty, wskazywały w nim wielkiego pana. I dwór też, bez którego jedynaka nie wypuszczano nigdy, dawał wyobrażenie o położeniu społecznem.
Stary, niezmiernie dystyngowany kamerdyner, Francuz, sam już na pana wyglądający, młody i żwawy strzelec, nieodstępujący go, i lokaj do posług cięższych towarzyszyli zazwyczaj hrabiemu, a w willi oprócz tego, przybierano miejscową służbę dla kuchni, stajni i t. p. Na wielkiej stopie zwykł był żyć pieszczony panicz, chociaż umiał i mógł znieść niewygody i dosyć był zahartowany. Teraz jednak, gdy się o piersi obawiać zaczęto, bacznie bardzo każdy krok swój musiał obrachowywać hr. Lesław.
Nie potrzebujemy mówić, iż wychowanie odebrał najwykwintniejsze, ale przeważnie kosmopolityczne, choć nie zaniedbano warunków miejscowych, jak się wyrażano.
Ojciec i matka hrabiego, oboje z rodzin arystokratycznych pochodzący, należeli do tej epoki naszego społecznego rozwoju, w której nie przywiązywano wielkiego znaczenia temu, co tradycye i przeszłość przekazały do przechowania. Hrabina i hrabia mówili i czasem czytywali po polsku, ale głównie kształcili się i żyli duchem i językiem francuskim. Nie przeszkadzało to im kochać własnego kraju, ale zaślepiało nieco na to, co w nim było najcenniejszem. Ani ojciec, ani matka zresztą nie zastanawiali się, wychowując syna, nad tem, gdzie i jak żyć musiał później. Starali się z niego przedewszystkiem uczynić wielce dystyngowanego człowieka.
Zdolności Lesława ułatwiały wychowanie. Głowę miał otwartą, pojęcie łatwe, zdolności przyswajania sobie tego, czego uczono, wielkie, z natury jednak nie był skłonnym wnikać głęboko i przywiązywać się do jednego przedmiotu. Ciekawością sięgał daleko, szeroko — i miał usposobienie do encyklopedyczności, która zresztą i w rodzicach była wybitną.
Starać się o to, aby nic nie było obcem, — było zadaniem głównem. Szczególnego powołania nie czuł Lesław do niczego i nie potrzebował go w sobie szukać. Świat otwierał się przed nim ze wszystkiemi darami, — a młodzieniec powinien był tylko przysposobić się do tego, aby w nich umiał smakować.
Poezya, sztuka, — cześć piękna naturalnie wyrobić się musiała zawcześnie, a smak do wysokiego stopnia wykształcić. Młodość hrabiego przypadła na moment, w którym moda wszystko starożytne podnosiła. Potrzeba więc było zostać archeologiem-dyletantem nawet, aby umieć sobie dom umeblować i otoczyć się temi fraszkami, bez których przyzwoici ludzie żyć nie mogą.
Hrabia Lesław lubił to wszystko, ale dotąd w życiu całem, może skutkiem tego, że nigdy do żadnej walki nie był powołanym, do niczego się nie roznamiętniał. Miał wszystkie gusta swojego stanu i położenia, nie dając żadnemu zapanować nad sobą.
Piękne konie, piękne sprzęty, obrazy, muzyka, piękne poezye stały niemal narówni z pięknemi kobietami. Serce młodzieńca biło regularnie, żywo, lecz nie poruszając się zbytnio, aby nie stracić równowagi. Starsi mówili, patrząc w pewnem oddaleniu na niego, że jeszcze nie był — rozbudzony, chociaż lat miał już dwadzieścia kilka. Ojciec i matka cieszyli się tym temperamentem umiarkowanym, który uspokajał ich nawet dla zdrowia syna.
W całem życiu Lesio nie popełnił dotąd żadnego zbytku, żadnej niedojrzałości rażącej. Chłodnym był, ale nie obojętnym na wrażenia. Za młodu nawykłym był tak do tego, że miał, co tylko zapragnął, iż prawie pragnąć mocno się nie nauczył.
Matka i ojciec z zupełnym spokojem mogli go w świat puścić, nie obawiając się o następstwa. Lesław szedł krokiem mierzonym i nie miał dla nich tajemnic.
Życie jego w Nizzy płynęło wedle schematu tych, co tu przyjeżdżają się bawić, oddychać zdrowem powietrzem, szukać tylko siły i pokrzepienia. Lesław należał do wszystkich zabaw wielkiego świata, podzielał jego zajęcia, przyjaźnił się głównie z najwybitniejszemi osobistościami i czas spędzał jaknajprzyjemniej.
Jeżeli usposobienie towarzystwa pociągało je do Monaco, Lesław jechał tam nawet i siadał do gry, przegrywając lub wygrywając po kilka i kilkanaście tysięcy franków z obojętnością najlepszego tonu.
W zbliżaniu się i wiązaniu z ludźmi miał toż samo pomiarkowanie, ani się całkiem nie oddając nikomu, ani wstrętu nie okazując tym, których społeczność przyjmowała do swego grona.
Biorąc udział we wszystkich męskich zebraniach, obiadach, piknikach, sam też czasem czuł potrzebę przyjmowania u siebie, a wówczas przyjęcie w willi Leliwa bywało prawidłowe, correct, — pańskie, wytworne, iż mu najwykwintniejszy smak nic zarzucić nie mógł.
Takim, jakeśmy go tu odwzorowali, wydawał się przynajmniej zdala hr. Lesław, — choć głębiej wnikający w charaktery mówili, że jest zamknięty. Cała młodzież kosmopolityczna Nizzy była z nim w bardzo dobrych stosunkach, — przyjaciela poufalszego nie miał dotąd i nie zdawał się go szukać.
Rozumie się, iż w żeńskim świecie taki dziedzic wielkiego majątku, imienia i pozycyi socyalnej musiał obudzić wielkie zajęcie.
Półświat paryski nastręczał mu się i kokietował go chciwie, arystokracya otwierała drzwi gościnnie. Z pierwszym z nich młody hrabia był dosyć zdaleka, ostrożny i przestrzeżony, z drugim lubiąc obcować, dotąd sobie sympatyczniejszego nie wynalazł kółka, któremuby dawał pierwszeństwo.
Pewnego ranka siedział jeszcze w rannym eleganckim stroju hrabia z Figarem w ręku przy wykwintnie podanem śniadaniu i herbacie, gdy na progu pokazał się jeden z tych młodych przyjaciół, których on tu liczył wielu.
Był nim Amerykanin słusznego wzrostu, atletycznej budowy, na którym znać było wychowanie z dzielną połączone gimnastyką, niejaki Tim Robert. — Syn milionowego właściciela jakichś bajecznych kopalni nowego świata, Tim Robert odznaczał się w Nizzy szczególniej sportem wszelkiego rodzaju, w którym celował. Amerykanin to był nowego pokroju, taki, jakich tworzy chwila obecna. Coś szorstkiego, wyraz siły i poczucie znaczenia swego głównie go cechowały.
Amerykanin gardził nadawaniem sobie powierzchowności ujmującej, ubierał się bez smaku i starania, ale wygodnie, występował śmiało, mówił rzeźko. Znano go z tego też, iż pieniędzmi sypał, jak plewami, ale naówczas tylko, gdy miał fantazyę, bo do niczego ani się wciągnąć, ani namówić nigdy nie dawał. Samoistność była jego miłości własne) wybitną cechą.
Brunet, przystojny, kształtnej budowy ciała, nie miał w sobie nic uszlachetniającego, wyglądał parobkowało, z niezgrabstwem może umyślnem. Ogromne ręce muskularne znamionowały siłę, szerokie ramiona, kark krótki, piersi wyniosłe, nogi krzepkie kwalifikowały go niemal na herkulesa cyrkowego.
Nikt nad niego nie był zręczniejszym wioślarzem, lepszym pływakiem, woźnicą i jeźdźcem, a po całych dniach Tim tylko ćwiczeniami tego rodzaju był zajęty i w nich przewodniczył.
W jaki sposób między Timem a Lesławem zawiązał się przyjacielski stosunek, gdy ich natury i temperamenta były tak dalece różne, — na to odpowiadało prawo pociągających się kontrastów. — Nasz hrabia zresztą, jakkolwiek delikatny, nie był też pozbawiony siły i zręczności, tylko ostatniej więcej miał, niż pierwszej. Tim z republikańską poufałością obchodził się z hrabią, — jego tytułem były te krocie franków, które wydawał, a które go narówni stawiły z niejednym książęciem krwi. Tim Robert wiedział o tem dobrze.
Na powitanie przyjaciela powstał żywo gospodarz i podszedł podać mu rękę, sięgając drugą po pudełko cygar hawańskich, które Tim palił namiętnie, ale w tej chwili coś go tak zajmowało, że, podziękowawszy potrząśnięciem głowy, siadł, przysuwając się do Lesława i zapytał:
— A wy, hrabio, przygotowaliście olbrzymi bukiet, wieniec, czy wiązankę dla Nery? Radbym wiedzieć.
— Ja? — rzekł z łagodnym uśmieszkiem spokojnym hrabia, — ani bukietu, ani wieńca, ani wiązanki, ani zgoła nic.
— Dla wyróżnienia się? — zapytał Tim.
— Nie, — odparł Lesław, — ale jeszcze nie czuję się wcale tak uniesionym, tak zachwyconym, jak wy wszyscy.
— I masz odwagę swego przekonania, — dokończył chłodno Amerykanin. — Rozumiem to... Więc Nera?...
— Prześliczna! — zawołał Lesław, — ale, przebacz mi, psuje ją dla mnie tło, na którem występuje, to, co ją otacza, przeszłość, której się domyślam, charakter, jaki awanturnicze losy takiej istocie nadać musiały...
— Chcesz koniecznie, aby roślina pielęgnowaną była w wykwintnej cieplarni, białą ręką i pojona kryształową wodą.
— Bo podlewana z kałuży zawsze coś z niej w sobie zatrzyma, — odezwał się Lesław.
Tim słuchał, zwolna machinalnie sięgając teraz po cygaro.
— Jako rozumowanie, argumentacya wasza nie wytrzyma krytyki, — rzekł, — bo natura nam ukazuje najcudniejsze twory, wzrosłe na gnojowiskach, — ale masz takie — usposobienie, potrzebujesz być karmionym wybranemi ziarnkami.
Lesław poruszył ramionami.
— Wstręty i upodobania się nie tłómaczą, — odparł, — są to tajemnicze instynkta, powiem wam tylko na uniewinnienie moje... Proszę, przypatrzcie się tym kwiatkom, tak napozór ślicznym, które z bruku paryskiego przeleciały na pył Nizzy, — chciejcie zblizka poddać je starannej analizie... Zdala się to błyszczy, ale na każdej znajdziesz coś, co ją wstrętliwą czyni i zdradza, — kałużę... Te wszystkie ideały bulwarowe!! brrr...
Amerykanin popatrzył na niego, — nie był wcale tak wybrednym.
— Właśnie Nera ma wyższość niesłychana nad... temi pięknościami, bo nic, ani plameczki, ani skazy jej zarzucić nie można. Wyzywa waszą analizę...
— Ja jej poddawać analizie ani chcę, ani będę, — odezwał się Lesław, — wolę admirować zdaleka. Przyznaję, że jest w perspektywie zachwycającą, a rozczarowywać się nie czuję potrzeby.
— Ani ciekawości nie macie?
Lesław podumał.
— Dotąd się nie obudziła, — odparł.
Amerykanin bliżej się przysunął i, nogi wygodnie umieściwszy i wyciągnąwszy, począł:
— Nie myślę was nawracać, — rzekł, — ale powiem, co wiem i czegom się dobadał. Ta Nera nie może być czem innem, tylko dziecięciem nieuznanem jakiejś znakomitej rodziny. Wychowanie odebrała książęce, pierwszych europejskich nauczycieli miała na zawołanie. Uczono ją wszystkiego, a talenta miała nieprzeliczone. Jest w niej, obok ogromnej śmiałości, którą daje wiek i uczucie swej wyższości, taka delikatność w obejściu, taka ogłada form, takiego coś poetycznego. Bądź pewien, że nie może być ani córką paryskiego Pipelet’a, ani podrzutkiem jakimś...
— Jakże wytlómaczysz, że owa gwiazda spadła na cyrk i w nim ma zajaśnieć — zapytał Lesław.
— Fantazya! — rzekł Amerykanin. — Jutro z cyrku może zobaczymy ją na scenie, a za pojutrze nie ręczę, że się przed nią jakimś sezamem cudotwórczym nawet salony otworzą.
Zamiast prowadzić spór dalej, Lesław spytał łagodnie:
— Jesteś więc nią zajęty na seryo?
Tim ramionami poruszył.
— Obudzą ciekawość i podziwienie, — odezwał się, ale co się tyczy serca, a nawet namiętności, te się we mnie nie tak łatwo dają poruszyć. Jeśli się obawiasz, bądź spokojny. Jestem słowo w słowo tak nią zajęty, jak stary baron Hausgarde, jak Serwan Pasza, jak senator, jak lord Clinby i tutti quanti. Cóż ty chcesz, musimy się tu czemś bawić, aby nas monotonne nudy nie zabiły. — Tworzym sobie sztuczne do rozwiązania węzły, więc radzi jesteśmy, gdy nam je przynosi tak szczęśliwy los, jak ten, który Nerę do Nizzy dla nas przypędził.
— Nie rozumiem, — rzeki gospodarz po namyśle, — a gdy mi co jest niezrozumiałem, staje się podejrzanem. Popis w cyrku?!
Ruszył ramionami.
Amerykanin uderzył go ogromną swą ręką po kolanie.
— Kochany hrabio, co do cyrków, masz zastarzałe przesądy, — odezwał się, — skoro jeźdźców tych stawisz na równi z klownami i akrobatami.
— Oni sami się tak stawią.
— My, co się namiętnie sportowi poświęcamy, na ćwiczenia cyrkowe zapatrujemy się wcale z innego stanowiska, — mówił Amerykanin. — Ta walka ze zwierzęciem, w które człowiek przelewa swego ducha, poskramia je, podbija, zwycięża, — ma w sobie coś rycerskiego i wzniosłego; cóż dopiero, gdy walczącą jest taka amazonka nieustraszona... Jakie to piękne!
— Na obrazie, — odparł Lesław, — ale gdyby tą amazonką była siostra lub żona?
Tim podumał i nie odpowiedział.
— Wogóle, — wtrącił po chwili, puściwszy dym kilka razy, — wy, Polacy, macie pojęcia zastarzałe, — przesądy pewne i zdaje się wam, że w jednej tylko, wam znanej, formie istnieć może społeczeństwo. Wszystko, co nowe, was razi.
Hrabia miał oczy spuszczone i milczał.
— Może być, — potwierdził, pomyślawszy, — ale żywioły zachowawcze tak dobrze są potrzebne w życiu, jak inne.
— A ja uważam to za naturalne, że zachowawczemi być muszą te klasy, które wszystko dostały gotowem, a niczego dobijać się nie potrzebowały. My, Amerykanie, stwarzamy świat nowy, musimy więc szukać do niego materyału i — wiele próbować.
— Ja też wasze męztwo wysoko bardzo szacuję, — zakończył, kłaniając się, Lesław.
Tim rozśmiał się.
— Zapędziliśmy się w nadto poważne rozprawy! — zawołał. — W cyrku naturalnie będziecie?
Lesław się skłonił.
— Macie miejsce?
— Od wczora.
— Wszystkie dziś są wykupione, a handlarze sprzedają krzesła po sto franków, — mówił Amerykanin.
— Spojrzeliście na program? — zapytał Lesław. — Spodziewam się przynajmniej, że ta gwiazda nie będzie nam pokazywała żadnych z tych sztuk jarmarcznych, któreby ją poniżyły.
— Nie, ale okaże zręczność we władaniu końmi, cudowną gimnastykę i gibkość, a nadewszystko odwagę zdumiewającą.
Nowy gość ukazał się we drzwiach. Było we zwyczaju, że zrana przechodzący wstępowali do hrabiego, którego znana grzeczność i cygara przywabiały. Był też to przystanek, w którym każdy się spodziewał najświeższe poranne znaleźć wiadomości.
Przychodzący, mały, z wielkim szykiem przesadzonym wystrojony młodzieniec, blady, mizerny, roznerwowany, na którego Amerykanin ledwie pogardliwie spojrzeć raczył, nie śpiesząc go witać, — był Francuz, Vicomte de Rocheblanc. Stworzenie pretensyi pełne, złośliwe i nielubione. Sam wyraz twarzy jego odpychał, tyle w niej było dumy, zarozumienia i chęci popisu.
W Nizzy Vicomte uchodził między cudzoziemcami za potomka jakiejś wielkiej, starej rodziny; Francuzi, a zwłaszcza bawiący w Nizzy współpracownik „Figara”, O’Wall, ruszał na to ramiona. Feljetonista podawał nawet w wątpliwość szlachectwo i domyślał się sfałszowanego nazwiska.
Lesław wstał na przywitanie.
— Cóż nowego? — spytał przybyły.
— Jedna nowość wszystkie zaciera i pochłania, — odparł, wskazując siedzenie, gospodarz. — Nera, Nera rozlega się nietylko w Nizzy, ale sądzę, że aż do Genui i Marsylii na obie strony.
Vicomte poruszył ramionami.
— Blaga! — zawołał, — takich gwiazd co roku pełno wszędzie... Dyrektor cyrku chce robić pieniądze fenomenem i stworzył jej z pomocą O’Wall’a (vulgo pana Durand) niczem nieusprawiedliwioną sławę.
Amerykanin spojrzał groźno i wtrącił:
— Pan ją widziałeś zbliska? — spytał.
— Nie potrzebuję widzieć, aby być przekonanym o najpospolitszej bladze, — rzekł wicehrabia, — ale ogół się bierze zawsze na taką grubą przynętę, nawet po tysiącznych zawodach. Stworzono tej Nerze nawet jakąś mitologiczną genealogię!
Ruszył ramionami.
Wsparty na łokciu i napół plecami do Francuza zwrócony, Amerykanin nawet nie raczył się z nim sprzeczać, a Rocheblanc mówił dalej do Lesława:
— Wszystko to tak białemi nićmi szyte! Idzie o zrobienie pieniędzy. Nie mając cielęcia o dwu głowach, ani braci Siamskich, dyrektor wymyślił sobie Nerę.
— Piękność jej jest jednak w istocie uderzającą, — rzekł Lesław.
— Tak, i zdaje mi się, że ona będzie całem wyposażeniem fenomenu, — dodał Francuz, — bo wszechstronne owo wykształcenie, talenta à la Sara Bernhardt okażą się pewnie, czem są, to jest kolosalną blagą.
Amerykanin, którego gadanina ta musiała niecierpliwić, wstał i, skinąwszy głową gospodarzowi, powoli się wyniósł, nie żegnając Francuza.
Pozostali tedy we dwu z Lesławem, który dał mu wypowiedzieć wszystko, co z sobą przynosił, niewiele dodając ze swej strony. Była to jego rannej przejażdżki godzina i oczekiwał odejścia wicehrabiego, aby siąść na konia, ale ten tyle miał przyzbieranych w sobie kwasów i niezużytych sarkazmów, które chciał wysypać, że, z jednego na drugi wpadając przedmiot, — długo wytrzymał gospodarza.
Treścią zwierzeń była naturalnie kronika skandaliczna Nizzy z wczorajszego wieczora i dzisiejszego poranka.
Niewiele ona może obchodziła Lesława, słuchał jej z roztargnieniem, ale może rad był tym sposobem zaopatrzyć się w materyał na dzień cały i wiedzieć, kto wrócił wczoraj zgrany z Monaco lub nowy przybył i miał się ukazać na promenadzie Anglików i t. p.
Wyczerpawszy naostatek zapas swój aż do dna, sztywny wicehrabia z resztą cygara wyruszył z willi Leliwa, a Lesław natychmiast dopełnił ubrania swego do rannej przejażdżki.
Jak wszystko, tak stajnia hrabiego, do której miał Anglika, utrzymywana była, aby się jej nie wstydził przed tutejszymi sportsmenami. Koń jego, czystej krwi, słynął z piękności i zapłaconej za niego ceny. Niemniej cennym był ten, na którym groom mu towarzyszył. Hrabia pilnie się strzegł, aby w niczem profanem się nie okazać.
Ranna godzina, poprzedzająca gorąco, wszystkich miłośników jazdy konnej wypędziła na ulice.
Zaledwie z bramy wyjechawszy, Lesław spotkał lorda Clinby, a nieco dalej spostrzegł na małym arabie wyprzedzającego ich Serwana paszę.
Ale ten, zobaczywszy hrabiego, jadącego za nim, wstrzymał konia, widocznie z zamiarem przyłączenia się do niego.
Przywitali się, jak dobrzy znajomi. Turek byt także i miłośnikiem koni, i niezrównanym jeźdźcem, ale miał swój właściwy sposób obchodzenia się z koniem, siedzenia na nim, kierowania. Arab też na którym ranne odbywał przejażdżki, wcale inaczej był wychowany, niż angielskie konie.
Turek miał szczególną sympatyę dla młodego Polaka i ta się odmalowała w jego twarzy przy powitaniu.
— Co za ranek prześliczny! — zawołał, — jaka woń róż w powietrzu!
— Prawdziwy raj dla oczów i powonienia, — rzekł hrabia.
— Jakto! tylko dla tych dwu zmysłów? — rozśmiał się pasza.
— Głównie dla nich.
Jechali tak zwolna, rozmawiając o rzeczach obojętnych, gdy przed nimi już wracająca z bardzo rannej przejażdżki ukazała się w tumanie kurzu cala gromadka jeźdźców.
Turek pierwszy się w niej rozpoznał.
— Otóż mamy i naszą gwiazdę! — zawołał, — ze wszystkiemi satelitami swemi. Jeśli się nie mylę, Nera jechać musi.
W istocie ona to była. Hrabia ze swym towarzyszem usunął się nieco na stronę i, zwolniwszy kroku koniom, z ciekawością spoglądali na zapowiedziane zjawisko.
Nera jechała tryumfująca, otoczona całym dworem, bo wszyscy, których spotykała po drodze, łączyli się do orszaku i widać w nim było najpierwsze znakomitości, jakiemi się w tym sezonie Nizza mogła pochlubić. Wśród nich, na prześlicznym karym koniu, którym władała z niezrównanym wdziękiem i zręcznością, jechała owa wsławiona — Nera.
W stroju jej, bardzo skromnym, nic popisującej się cyrkowej amazonki nie okazywało. Suknia była z pewnością arcydziełem najpierwszego paryskiego krawca, który ją dla Nery stworzyć musiał. Leżała na niej, uwydatniając kształty jej posągowe, a składając się w fałdy i drapując je, jakby rzeźbiarz nie potrafił lepiej.
Patrząc na Nerę, niepodobna było pochodzenia jej odgadnąć i do narodowości a plemienia jakiegoś z pewnością zaciągnąć. Typ był europejski, zmieszany ze wschodnim, do najwyższego stopnia doskonałości doprowadzony w tej jednostce wyborowej. Niezbyt wielkiego wzrostu, cudownych proporcyi, Nera miała wdzięk z siłą połączony, a twarzyczka, będąca jakby pieczęcią, położoną na tem arcydziele, łączyła w sobie czystość rysów greckiego posągu z cechą rozwiniętej wysoce inteligencyi, którą grecka rzeźba nie zawsze się odznacza. Oczy, usta, czoło mówiły o rozbudzonej duszy więcej, niż uczucia.
Zdawała się tak młodziuchną, że ten rozum sprzeczał się niemal z jej wiekiem i idealniejszą ją czynił jeszcze. Czarne oczy patrzały w świat śmiało i rozumnie, z dziwnym spokojem, w ustach było wyrazu wiele, czoło jasne panowało całej fizyonomii, którą tak prawidłową stworzyła natura, że opisać ją było nadzwyczaj trudno. Dopiero wyraz, jaki jej nadawało życie, z tej rzeźby cudnej wytwarzał zachwycające obrazki. Co chwila mogła być inną, a zawsze była jedną.
Dyrektor, chociaż nie Anglik, miał umyślnie nadaną sobie powierzchowność Anglika, aż rysy kłam temu zadawały. Jechał on jakby na straży przy swej gwieździe, o pół kroku za nią, ciągle w nią trzymając wlepione oczy.
Lesław i Serwan pasza stanęli, pozdrawiając Nerę i znajomych, ale się do nich nie przyłączyli.
— Niesłychanie młodo wygląda! — zawołał Turek. — Możnaby jej zaledwie dać lat piętnaście, a jeśli prawda, co o niej mówią, starszą być musi, boby nie miała czasu nauczyć się tego wszystkiego, co umie.
Przejeżdżając, Nera rzuciła okiem na Lesława, z pewnem zajęciem przypatrując mu się, gdy z boku jadący jeden z Anglików coś jej szeptał na ucho, zapewne Serwana paszy albo hrabiego tyczącego się.
Dyrektor, który znał wszystkich i pragnął sobie pozyskać, ukłonił się bardzo grzecznie i nadskakująco dwom znakomitościom, bo za takie i Lesław i pasza się liczyli.
Jakby dla uwydatnienia piękności szczególnej, tak różnej od innych pospolitych i spotykających się ciągle, dyrektor czy ona sama przybrała sobie za towarzyszkę z kobiet najpiękniejszą i głośną z wdzięku i zręczności amazonkę, którą Dalią zwano.
Dalia była też piękną bardzo, ale ta zimna, regularna piękność wydawała się przy Nerze trywialną i pospolitą. Sama jedna zachwyciłaby może; tu gasła i wcale nie zwracała oczów, chociaż władała swym koniem, jak centauressa, a twarz miała promieniejącą blaskiem i energią niezwykłą.
Orszak przesuwał się powoli, a Serwan pasza zwrócił do towarzysza:
— Cóż mówicie o niej?
— Potrzebowałbym słyszeć ją, — rzekł Lesław, — nie mogę nigdy osądzić człowieka, mężczyzny, tem mniej kobiety, dopóki mowa mi duszy ich nie da uczuć. To pewna, że cudownie jest piękną i umie nią być, bo — są kobiety, które tego kunsztu nie znają.
Turek uśmiechnął się i pociągnęli dalej powoli.




Od czasu, jak starożytności wszelkiego rodzaju weszły w modę, a ubieranie domów w nie i przerabianie na muzea stało się patentem dystynkcyi, oznaką dobrego smaku, wymaganiem i koniecznością szanującego się bogacza, — niema miasta i miasteczka, niema kąta więcej uczęszczanego, któryby nie posiadał kilku, albo choć jednego antykwaryusza, kuszącego przyjezdnych.
W Nizzy też oddawna nie zbywa na magazynach tego rodzaju, w większej części będących filiami paryskich niezliczonych składów prawdziwych i fałszywych zabytków wieków dawnych.
Niedaleko od promenady Anglików, trochę głębiej wsunięty dom wielki, mieszczący na dole cały szereg rozmaitych sklepów, — zdaleka było można rozpoznać jako antykwarnię taką, gdyż w oknie jej widać było najdziwniejszy dobór przedmiotów, które tylko w takim bric à brac’u razem spotykać się mogą. Parę obrazów, kilka miniatur, klejnoty, porcelana, broń, rzeźby z kości słoniowej, stare tkaniny, koronki, książki z miniaturami, wszystko to wabiło oczy przechodniów, a u drzwi, które stały zwykle otworem, na straży ustawiona była piękna zbroja szmelcowana, z opartą o nogi jej tarczą.
Do składu tego potrzeba było wnijść, ażeby się dowiedzieć, kto w nim gospodarzył, gdyż sprzedającego nigdy ani w oknie, ani we drzwiach Widać nie było. Siadywał on w drugiej maleńkiej izdebce, która do magazynu przytykała.
Nad drzwiami na wcale niewykwintnym szyldzie stało nazwisko właściciela składu, Simona.
Chociaż inne antykwaryuszów sklepy pokaźniej daleko w oknach i wystawach się obiecywały, wewnątrz nie były bardzo zaopatrzone bogato, — gdy stary magazyn Simona znanym był z tego, iż mógł dostarczyć, cokolwiek kto zapragnął, z tem tylko, aby mu czas dano wyszukać dezyderatów.
Nieśmiertelny ten Simon miał, jak głoszono, magazyn w Paryżu, filię w Londynie, stosunki z całym światem i odbywał podróże na Wschód, z których przywoził bardzo piękne i osobliwe rzeczy. Kupowali u niego Rotszyldowie, a muzea Cluny i Dusommerad zaopatrywały się w te unikaty, któremi się chlubią.
W ciągu dnia, gdy nikogo w sklepie nie było, stary Simon z książką siadywał w drugiej izdebce i niebardzo chętnie do zwiedzających sklep wychodził, jeżeli w nich na pierwsze spojrzenie nie poznał istotnych miłośników i znawców starożytności.
Oko miał tak wprawne, iż nigdy się nie mylił w ocenianiu gości. Powiadano o Simonie, że w ciągu długiego życia i handlu tym towarem, który czasem kupiony za bezcen do bajecznych cen dochodzi, — dorobił się milionów, ale po nim wcale tego znać nie było. On sam zwał się ubogim, skarżył na ogromne straty, mówił o swoich wspólnikach, czasem chciał uchodzić tylko za komisanta jakiegoś niewidzialnego pryncypała. Człowiek był bardzo stary, ale nikt nie umiał powiedzieć, czy miał siedemdziesiąt, czy dziewięćdziesiąt lat. To pewna, że się czasem wygadywał mimowolnie ze wspomnieniami prastarych wypadków.
Był to nieco przygarbiony, z piersiami wpadłemi staruszek żółty, z pergaminową twarzą, oczkami zapadłemi, ale żywemi i przenikającemi, upadający na jedną nogę i chętnie się małą posługujący laseczką. Ubrany był zawsze tak niepozornie, iż go za sługę łatwo wziąć było; o czystość wcale nie dbał. Wyraz twarzy pomarszczonej był dziwny i nie do odczytania. Wzgarda, obojętność, duma pokorna odbijały się na niej zkolei. Dumą pokorną nazwać było potrzeba pewne, bardzo często w nim objawiające się usposobienie ulegania z pozornem uniżeniem się przed pewnymi ludźmi, chociaż twarz jego dobitnie malowała, że ich lekceważył.
Rzadko z kim raczył się wdać w rozmowę dłuższą, a jeśli komu co tlómaczył, za łaskę trzeba było uważać.
Jedynemi chwilami ożywienia dla niego były te, w których dzieło sztuki obudziło w nim zachwyt i zapał. Naówczas oblicze jego się przeistaczało, wyszlachetniało, odmładzało, drżał i śmiał się. Utrzymywano, że arcydzieł, któremi się tak lubował, albo wcale sprzedawać nie chciał, lub je z trudnością pozbywał. Odmawiał czasem szalone ceny.
Z tymi znawcami, jakich najczęściej spotykał, którzy, sądząc się i miłośnikami, i sędziami kompetentnymi, ważyli się przy nim objawiać swe zdanie, Simon obchodził się czasem nielitościwie grubiańsko.
Słowem jednem, Simon był bardzo ciekawym i oryginalnym okazem starego monomana i dziwaka.
Przez skąpstwo zapewne, oprócz sklepu i przy nim tej komórki, której znaczniejszą część zajmowały sprzęty rozmaite, niedające się w magazynie pomieścić, nie miał Simon innego mieszkania. W komórce tej zadusznej, której powietrze było przejęte wilgocią, stęchlizną, zapachami właściwemi butwiejącemu drzewu, schnącym pokostom, rdzewiejącym kruszcom i najrozmaitszym wyziewom, — w kątku miał coś nakształt łóżeczka, a w kominie sam sobie jadło przygotowywał, które się składało z jaknajprostszej strawy dla utrzymania życia. Obdarty chłopaczek przychodził do posług, z którym jakimś językiem, nie dla wszystkich zrozumiałym, rozmawiali.
Simon, jeżeli nie miał nic do czynienia ze swemi towarami, czytał ciągle; kilka ksiąg starych, w pergaminy oprawnych, zawsze przy jego wysiedzianem krześle pod ręką się znajdowały.
Twarz, której rysy wiek zmienił bardzo, zachowała znamię jakby wschodniego pochodzenia i niegdyś musiała być bardzo piękną, a dziś przypominała rembrandtowski portret jakiś. Smutek okrywał ją jakby żałobą i mrokami; niekiedy tylko zniecierpliwienie, gniew burzą straszną się na niej zjawiały.
Mało osób zachodziło do magazynu Simona, gdyż gościnnym nie był, natrętów nie lubił, w rozmowy próżne niechętnie się wdawał, — i trudnoby było wytłomaczyć jego uparte siedzenie w Nizzy, gdyby nie było wiadomem, że robił mało, ale bardzo zawsze znaczących interesów, które niekiedy naraz po kilkadziesiąt tysięcy franków wynosiły.
Oprócz innych starożytności, handlował i staremi klejnotami, ale tych nie było na wystawie.
Dnia tego sklep Simona stał, jak zwykle, niby otwarty, — w oknie, jak zawsze, bo tu się nie zmieniała wystawa, widać było przepyszny puhar z kości słoniowej, dwa czy trzy srebrne wyzłacane, — otwartą kronikę Schedla, kawałek ornatu z wypukłemi haftami, parę talerzy z majoliki, na bokach miniatury, na sznurze rozmaite różańce i dwa lichtarze z emalią z dziesiątego może wieku. Nie były to nęcące zbytnio przedmioty.
Około południa ekwipaż, trochę ekscentrycznie wyglądający, zbyt jaskrawy i połyskujący, dwoma pięknemi końmi zaprzężony, ze służącym w liberyi i woźnicą wspaniałym, zatrzymał się przed magazynem Simona.
W nim siedziała sama jedna, bardzo piękna jeszcze, choć już niemłoda wcale, znana całej Nizzy księżna Nikopulo. Zdala była to jeszcze niezmiernego blasku piękność, którą oczy czarne, rysy delikatne i regularne, płeć nadzwyczaj biała i świetna czyniły wielce ponętną. Ale było w niej coś, co, mimo tytułu, do arystokracyi jej zaliczyć nie dopuszczało. Księżną była z łaski małżeństwa i majątku, nie z łaski Bożej.
Od lat kilku znano ją w Nizzy, a od dziesiątka może na europejskich targowicach u wód, u morza, w Paryżu i t. p. Dom chętnie trzymała otwarty, szczególniej dla wszelkich znakomitości, do których sama zaliczać się pragnęła, nie mając za sobą nic, oprócz resztek piękności, tytułu, dostatku i przeszłości dosyć dwuznacznej, o której sprzeczne opowiadano historye, a nikt ich napewno rozjaśnić nie umiał. Ona sama mówiła o nich mało i niechętnie.
W towarzystwie żywa, ruchliwa, usiłująca sobie zjednać popularność, była księżna tolerowaną raczej, niż lubioną. W obejściu się jej znajdowano wiele trywialności, nadto narzucania się, niedosyć poczucia odcieni delikatnych. Wnoszono z tego, że niezawsze do najlepszego towarzystwa należeć musiała. Bezdzietna, miała męża, o którym mówiono tylko, że oddawna był chory i przebywał w jakimś domu zdrowia, co się dozwalało domyślać, że na umyśle cierpieć musiał.
Księżna na tem wdowieństwie słomianem, nie zdawała się cierpieć wiele, była wesoła, szukała zabaw i roztargnienia, otaczała się chętnie młodzieżą, ale żadnego skandalu rażącego zarzucić jej nie było można. Miewała zwykle na posługach kogoś z młodzieży, ale to jej wcale nie kompromitowało. Obiady dawała słynne z wytworności i smakoszom miłe, zapraszała na wieczory z bufetem doskonale zaopatrzonym, a w wyborze towarzystwa szczególniej o to była dbałą, aby żadna uderzająca osobistość obcą jej nie była. Starała się zarówno o znakomitych artystów, jak o ludzi wielkiego świata, którzy wyrażali się o niej z pewnym przekąsem, choć oprzeć się naleganiom i zaproszeniom nie umieli.
Sama jedna w domu, miała tylko damę do towarzystwa, która milczącą i posłuszną odegrywała rolę w salonie. W tym roku była nią Francuzka, jeszcze dosyć piękna, ale już odbiegającą młodością przywiedziona do tego stanu znękania, który wszystko w świecie czarno maluje. Zwała się panią de Rives.
Tego poranka księżna sama wyjechała na przejażdżkę i towarzyszki nie miała z sobą. Strój jej poranny, jak zawsze, trochę na wiek i porą dnia był zanadto wyszukany, ale to stanowiło charakterystykę księżnej, że ubiorem na siebie oczy zwracać usiłowała. Właściwa jej latom otyłość, poczynająca być groźną, przeciw której dyetą i bezsennością walczyć usiłowała, zmuszała ją ubierać się czarno lub ciemno, klejnoty więc i rozmaite jaskrawe przystrojenia zastępowały barwę.
Gdy księżna zatrzymała się przed magazynem Simona, stary siedział w komórce bocznej nad książką, a dnia tego miał przy sobie chłopaka, który mu zwykle posługiwał, zwanego Miszką.
Dosyć ubogo odziany, ale swawolnego wyrazu oczów i twarzy, którą napróżo starał się uczynić poważną, Miszko siedział na ziemi, pod oknem, na niskim podnóżku i ze starego pudelka od cygar, do którego zsypane były, wybierał różnej wielkości, nieporządnie na kupę zbite perły, niżąc je na przygotowane sznurki. Zdala przypatrywał mu się Simon.
Gdy powóz księżnej stanął przededrzwiami, stary, ucho mający nawykłe do rozeznawania każdego szmeru, domyślił się, iż ktoś miał wnijść do magazynu, wstał niespokojnie i niechętnie, złożył księgę i okulary, i ostrożnie wyjrzał ku wchodowi, właśnie w chwili, gdy księżna majestatycznie, drzwi rozwarłszy, wkraczała.
Poznać ją musiał zapewne, gdyż na twarzy jego odmalowało się nader niemiłe wrażenie, czoło się pomarszczyło, brwi ściągnęły; zawołał na Miszkę i wskazał mu magazyn, co znaczyło, że on go miał tam zastąpić.
Miszka miał już do tego pewną wprawę i wiedział, jak sobie miał postąpić, bo ile razy był w magazynie, a stary sam osobiście nie życzył sobie przyjmować ciekawych, bo się po nich nie spodziewał nabywców, — wysyłał chłopaka.
Simon sam powrócił na krzesło i, wsparłszy się na ręku, czekał, aż Miszka księżnej się pozbędzie.
Drzwi, które dzieliły magazyn od komórki, zastawione były parawanikiem, który zarazem ciekawą stanowił pamiątkę. Złożony on był z trzech skrzydeł, malowanych na drzewie, które niegdyś stanowić musiały albo ścianki lektyki, lub powozu. Na nich, w rodzaju Boueher lub Vanloo, rzucone z wielkim wdziękiem, jaśniały trzy kompozycye, pół krajobrazy, pół alegorye, nie bez artystycznej wartości. Simon czy ktoś inny powziął myśl połączenia ich i zrobienia rodzaju parawanika, któremu nazwisko Boucher, słusznie czy nie, narzucone, wartość pewną nadawało.
Księżna, wchodząc zadumana i milcząca, znalazła przed sobą tylko z za tego parawanika wyglądającą, dosyć rozczochraną główkę Miszki, który na nią z pewnym sarkazmem, niedosyć zręcznie utajonym, — spoglądał.
Jakgdyby oczekiwała kogo innego, nie odezwała się do Miszki, rzuciła okiem na parawanik i skierowała się ku gablotkom, wśród których spostrzegła starożytne klejnoty, nagromadzone bez ładu, bo bardzo cenne mieszały się z nadzwyczaj pospolitemi i małej wartości.
Zatrzymała się tu chwilę, nic nie mówiąc, i spróbowała podnieść zamykającą je szybę, ale ta na klucz była zawarta. Kwaśno więc popatrzyła na chłopaka, który zniknął.
Zdawało się, że teraz sam już Simon wyjść musi, ale stary, skrzywiwszy się, choć nie zwykł był klucza powierzać chłopcu, wolał mu go dać tym razem, niż sam się w magazynie pokazać.
Gdy z tym zardzewiałym kluczykiem dosyć odarty Miszko wyszedł z za parawanika, na twarz księżnej wystąpił rumieniec. Uczuła to niemal jako obelgę dla siebie.
Chłopak tymczasem gablotkę otworzył, milcząc, podniósł szybę i stanął, czekając na rozkazy.
Księżna naprzód na krześle tuż stojącem miejsce zajęła, potem powoli zaczęła od niechcenia grzebać się w gablotce, podnosząc i rzucając spinki, kolczyki, naszyjniki, które zkolei odrzucała pogardliwie.
Naostatek spinka dziwaczna, ale pięknej roboty, z małemi kamykami, więcej ją uderzyła nad inne, podniosła ją, potrzymała przed sobą dla przypatrzenia się i obejrzała na chłopca.
Miszko wyciągnął rękę i, wziąwszy przedmiot wskazany, pośpiesznie z nim pobiegł za parawanik. Nie podobało się to pani.
Gdy chłopak powrócił, przynosząc cenę, — rzuciła, krzywiąc się, spinkę na stół i zawołała, aby do niej wyszedł gospodarz.
Zakłopotany Miszko, nie wiedząc co odpowiedzieć, po krótkim namyśle, znowu zniknął za parawanikiem.
Księżna dosyć długo oczekiwać musiała, bo Simon mruczał, głową potrząsał, wychodzić wcale nie miał ochoty, a w końcu, wcale nie zważając na to, że księżnej na siebie czekać kazał, naprzód Miszkę tylnemi drzwiami precz odprawił, potem, po namyśle, z obliczeni surowem i nachmurzonem, z pewną dumą, krokiem bardzo powolnym, wszedł, ociągając się, do magazynu. Twarz jego tak była zmieniona dziwnie, jakgdyby nie zwykłą powszednią czynność miał przed sobą, — ale jakieś wielkiej wagi zadanie.
Księżna, gdy po za nią kroki nadchodzącego starca słyszeć się dały, nie zaraz zwróciła głowę; siedziała też zadumana tak, jakby wcale nie o nabyciu spinki, ale o czemś innem myślała, co ją gorąco obchodziło, a było niewymownie przykrem.
Gdy nareszcie podniosła oczy, — Simon z głową w górę podrzuconą, z powiekami przymkniętemi, ustami zaciśniętemi, stał nieco opodal przed nią i czekał milczący.
Księżna jakby się wahała, od czego począć miała, — spojrzała na rozłożone przed nią przedmioty, obejrzała się ku drzwiom, za siebie, na starca — i poruszyły się jej usta, ale głosu zabrakło.
Simon czekał z wyrazem niecierpliwością która prawie w gniew się zdawała przechodzić. Księżna machinalnie ujęła spinkę i nieco ją podniosła, co widząc stary, żywo i pośpiesznie, bardzo stanowczo cenę jej powiedział, jakby się zbyć pragnął i targu, i kupującej.
Ona — nie zdawała się słyszeć lub chcieć zrozumieć.
Między temi dwiema, napozór sobie zupełnie obcemi osobami, należącemi do dwu różnych światów, — najniedomyślniejszy byłby się w tej chwili domyśleć zmuszony jakiegoś niezrozumiałego stosunku.
Niedoczekawszy się dosyć długo odpowiedzi, stary niecierpliwie i przynaglająco cenę powtórzył.
Księżna oczy ku niebu podniosła; wyraz ich był dziwny, błagający, niemal pokorny, — ale Simon go nie spostrzegł, bo wzrok miał umyślnie na stronę zwrócony.
Cicho, drżącym głosem, księżna naostatek wyszepnęła:
— Więc mnie znać nie chcecie?
Stary ramionami poruszył i nic nie odpowiedział.
— Nie chcecie mnie znać? — powtórzyła.
Simon długo milczał.
— Nie znam was, — rzekł w końcu, — nie znam i znać nie chcę.
Księżna poruszyła się z krzesła i chciała zapewne przybliżyć się do niego, ale stary żywo się cofnął i zwrócił, jakby chciał do swej komórki powrócić.
— Cóż mam uczynić, — odezwała się głosem drżącym kobieta, — abyście się tej zawziętości przeciw mnie pozbyli? Mów, proszę...
— Zawziętości? — podchwycił Simon, głową potrząsając. — Wasza książęca mość się mylicie. Ja nie mam ani gniewu, ani zawziętości żadnej, — my się poprostu wcale nie znamy. Ja jestem stary żyd, biedny, a wy księżną i wielką panią. Między nami nic wspólnego niema, — nic, nic.
Mówiąc to, szedł z głową spuszczoną, nie patrząc na nią, ku parawanikowi, gdy księżna, ręce załamując, odezwała się:
— Ale, cóżem ja tak przeciw wam zawiniła?!
Simon się skłonił, ale cały był z gniewu tajonego drżący, i podniósł rękę jedną do góry.
— Zawiniła?! — zawołał. — Nie wiem o żadnej winie... Co księżna mogłaś przeciw mnie zawinić? Niema winy, gniewu niema, nic niema!! Między nami niema nic...
To mówiąc, skłonił głowę i chciał skryć się do swojej komórki, aby dalszej rozmowy uniknąć, gdy księżna odezwała się istotnie bolesnym głosem:
— Nie masz bo litości!!
Stary się piorunem odwrócił do niej:
— Głupi tylko mają litość! — krzyknął niemal głośno. — Ząb za ząb, oko za oko, — to prawo, tak nakazano w zakonie, a zakon ten przetrwa do końca świata i nic go nie obali... Nademną też ani los, ani nikt litości nie miał i nie ma!
Szedł znowu. Księżna, nie mając już śmiałości przeszkodzić mu, — byłaby się zapewne z gniewem oddaliła, ale właśnie w tej chwili Lesław, który powrócił z przejażdżki i w oknie róg ze słoniowej kości z polskiemi godłami zobaczył, wsunął się do magazynu, nie spojrzawszy na ekwipaż księżnej, stojący u drzwi.
Księżna zdaje się, że mu była rada, a Simon, zmuszony zatrzymać się, stanął, opierając się na parawaniku. Lesław, jako polski hrabia, był mu już dawniej znany, bo kupił od niego, nie bardzo się targując, szablę turecką, dlatego, że do polskiej była podobną, i coś jeszcze także wątpliwie polskiego.
Lesław, zobaczywszy księżnę, przywitał ją i miał się zwrócić do Simona, gdy ta się odezwała:
— Mój hrabio, — tu się niczego nie dokupisz. Pan Simon dziś w złym humorze, a ceny jego naturalnie się przez to podniosły.
— Ale ja też nikogo do kupna nie namawiam, — syknął antykwaryusz, spoglądając na kobietę pogardliwie.
Lesław wskazał na okno, gdzie róg był wystawiony, ale gospodarz nie ruszył się, aby mu go podać.
— Domyślałem się, żeś hrabia wszedł zwabiony tym myśliwskim rogiem, — odezwał się, stojąc w miejscu.
— Tak jest, — rozśmiał się Lesław, — my, Polacy, mamy słabość do naszych pamiątek, których nam tak niewiele pozostało.
— Ale mnie sumienie każe przestrzedz pana przeciw własnemu interesowi, — dodał Simon, — że róg ten nie jest starożytną pamiątką. Co najwięcej, mógłby być kopią dosyć udatną z Grüne-Gewölbe w Dreznie lub innego zbioru, — oryginalnym i dawnym nie jest.
Zdumiał się Lesław.
— Ale proszę mi go pokazać!
Księżna skrzywiła usta.
— Pan Simon się oczyścił z wszelkiego zarzutu, — rzekła sucho.
Wolnym krokiem podszedł staruszek do okna i, róg dobywszy, otarł go suknią, z uśmiechem podając Lesławowi, który pilnie przypatrywać się zaczął.
— Naturalnie, kopia ceny wysokiej mieć nie może, — odezwał się, pilnie rozglądając, — ale zawsze rzecz to ładna i ciekawa. A cena?
Simon bez namysłu postawił dosyć wysoką i hrabia się zdumiał.
— Jakto? za kopię i tak... dużo?
— Kopia jest piękną, a praca dziś droższa, niż niegdyś była, — rzekł obojętnie Simon, sięgając już po róg. — Ja hrabiego po dawnej znajomości ostrzedz czułem się w obowiązku. Komu innemu nie powiem nic, bom do tego nie obowiązany. Każdy kupujący powinien się znać na tem, co nabywa, lub uprosić kogoś o zdanie.
— Ta cena... — wtrącił Lesław, spoglądając na starego.
— Jest jedyną i ostatnią, — rzekł Simon.
— Przyślijże mi pan ten róg i pokwitowany rachunek, — willa Leliwa.
Skłonił się stary.
— A moja spinka? — zapytała żywo księżna, która pierwszą lepszą chwyciła z gablotki, — ostatnia cena...
Simon, unikając spojrzenia na księżnę, rzucił okiem na to, co trzymała w ręku, i rzekł:
— Półtorasta franków.
— Muszę pójść za przykładem hrabiego i targować się nie będę. — Proszę mi ją przysłać przed wieczorem, gdyż mogę jej potrzebować.
Simon ani słowa na to nie odpowiedział. Został przy parawaniku.
Księżna się zbliżyła do Lesława.
— A hrabia? jesteś, jak inni, zakochanym w tej głowy zawracającej Nerze? — zapytała.
— Ja? — nie, — rozśmiał się łagodnie hrabia, którego oczyma, pełnemi ciekawości i pożądliwości niemal, mierzyła księżna, sznurując usta i wdzięcząc się do niego. — Widziałem tę gwiazdę zdaleka i — cyrkowe piękności nie są wogóle ponętne dla mnie.
— Przepraszam, ja się muszę ująć za tą Nerą, — poczęła księżna żywo — jej do nich zaliczyć nie można. Ma w sobie coś tak szlachetnego; niewątpliwie być to musi nieszczęśliwe dziecię rodziców wysokiego rodu. Nie rozumiem, jak było można rzucić ją do cyrku, gdy tyle innych ma otwartych dróg przed sobą. Mówią, że dramatyczne zdolności ma nadzwyczajne, że głos przepiękny i już wyćwiczony, — oprócz tego łatwość wielką.
— Tak, — ale na tych wszystkich drogach, — odezwał się Lesław — bardzo trudno się umieścić dla natłoku, a w cyrku ona istotnie gwiazdą być może.
— Ale czyż to dla niej! — łamiąc ręce, dodała księżna.
W ciągu tej krótkiej rozmowy stary Simon z głową spuszczoną stał, oparty o parawanik, nie zdając się wcale gośćmi swoimi zajmować.
Księżna tymczasem zabrała spinkę i rzuciła ją do woreczka, na stole wyliczając cenę żądaną.
— Panie Simon, oto są pieniądze.
Ledwie znacznem głowy poruszeniem podziękował właściciel magazynu.
Księżna, nie próbując już przedłużać rozmowy, uśmiechnęła się wdzięcznie hrabiemu i szła do powozu.
— Proszę nie zapominać o mnie...
Simon dopiero po wyjściu jej, gdy powóz zaturkotał, śmielej oczy podniósł na hrabiego, ale tak miał wyraz twarzy zmęczony i smutny, że się Lesławowi żal go zrobiło.
— Pan się zamęczasz, — rzekł, żegnając go — w waszym wieku jużby czas było odpocząć.
Antykwaryusz się uśmiechnął.
— Byłby to najpewniejszy sposób przywołania śmierci — odpowiedział obojętnie. — Człowiek robić coś musi; gdy nie może, znak to, że i żyć nie powinien. Odpoczynek zamęcza prędzej, niż praca.
Poruszył ręką.
— Wiele pan lat liczysz sobie? — zapytał niedyskretnie Lesław.
— Rodzice moi nie zapisali roku mojego urodzenia, — uśmiechnął się Simon — ale czuję się bardzo już starym...




Wieczorem zawczasu cisnęła się elita publiczności nicejskiej i z okolic przybyła do świetnie uiluminowanego cyrku. Wewnątrz sala, a raczej szopa ogromna, bardzo umiejętnie na rodzaj amfiteatru przerobiona, wyglądała cudownie, bo wszystkie damy postroiły się wytwornie i tualety ich stanowiły rodzaj mozaiki, wśród której niezliczonych barw i odcieni twarze piękności, tych nawet, które we dnie zwiędłemi się wydawały, wychodziły idealnie promieniejące. Wszyscy z wielką niecierpliwością wyglądali popisu zapowiedzianego fenomenu, który dopiero po zwykłym wstępie, po najrozmaitszych karkołomnych ćwiczeniach wszystkich członków towarzystwa miał nastąpić.
Niewiele też zwracano uwagi na piękne amazonki, na zręcznych jeźdźców, na sztuki, dokonywane przez pospolitych akrobatów, i klowny nawet nie rozśmieszali. Młodzież tylko, mająca tu swe protegowane panny i panie, oklaskiwała je i zrzadka rzucała bukiety.
Nera miała wystąpić w umyślnie dla niej wymyślonej pantominie, z czarodziejskiej bajki o jakiejś zaklętej księżniczce przerobionej, w której ucieczka przed nieprzyjacielem, pogoń, walka, potem wjazd tryumfalny i rodzaj fantazyi w średniowiecznych strojach stanowiły główne momenty.
Nie żałował dyrektor na wspaniale przystrojenie heroiny, która, dzięki piękności swej, inteligencyi, talentowi, śmiałości, zrobiła wrażenie porywające.
Z zachwytem patrzyli na nią wszyscy i każdy czuł, że talent jej do daleko innych i wyższych sfer artystycznych ją powoływał.
Milcząca, umiała być tak wymowną, mimika była tak doskonałą, że zastępowała mowę.
Grała z taką swobodą, prostotą, łatwością, jakby ją to nic nie kosztowało, a przychodziło instynktowo, bez namysłu i pracy. Oprócz tego władała koniem i końmi, przeskakiwała z jednych na drugie z taką powietrzną łatwością, że ci, co najsławniejsze tego rodzaju artystki widywali po świecie, zdumiewali się jej i zachwyt swój mimowoli wyrażali nieprzerwanemi oklaskami.
W przedostatnim obrazie, poprzedzającym tryumfalny pochód, który czarodziejską baśń miał zakończyć, gdy ścigana, w towarzystwie rycerza, który ją wykradł prześladowcom, napadnięta zostaje w lesie w chwili zjawienia się duchów opiekuńczych, które mają stanąć w jej obronie, — Nera z upadającego konia przeskakuje na poddanego jej skrzydlatego rumaka, — pogoń, z boku przyskakująca, tak się nieszczęśliwie obrachowała, że ścigający rycerz czarny, zamiast skoczyć w przepaść, dla niego zgotowaną, — całą siłą rzutu uderzył w zawieszoną w powietrzu Nerę.
Krzyk przerażenia dał się słyszeć w cyrku, jakby z jednych ust i piersi wychodził. Zadrżeli wszyscy i porwali się z siedzeń. Nera zachwiała się, pochyliła, jak kwiat podcięty, — i upadła na wznak.
Niepodobna opisać wrażenia, jakie to na widzach uczyniło: szał, gniew, rozpacz opanowały wszystkich.
Na scenie zmieszali się aktorowie, biegnąc na pomoc, dyrektor wbiegł z załamanemi rękami.
Z widzów wielka część poprzeskakiwała ławki, przedzierała się przez orkiestrę, szturmowała ścianę, dzielącą cyrk od spektatorów, śpiesząc na pomoc.
Kobiety mdlały, zakrywając oczy. Uderzenie wydawało się tak silne, upadek tak niebezpieczny, że zwątpiono o życiu Nery.
Chociaż przedstawienie, przerwane tym wypadkiem, skończone było, — nikt nie opuszczał cyrku, oprócz tych, co pośpieszyli, aby zasięgnąć wiadomość o Nerze. Domagano się krzykami oznajmienia, co się z nią stało. Doktorowie, ilu ich było, pobiegli za kulisy.
Z za zasłony, która zapadła, słychać było tylko wrzawę głosów pomieszanych i rozpaczliwe krzyki, które się tragicznego końca domyślać kazały.
Lesław siedział w pierwszych rzędach krzeseł obok Amerykanina, Robert’a, z drugiej strony mając przy sobie austryackiego barona Hausgarde, który zupełnie się zapomniał w czasie widowiska, okazując niesłychany entuzyazm. — Hrabia w początku patrzał dosyć obojętnie na amazonkę, dając tylko oznaki uznania, gdy dokonywała z końmi prawdziwych tour de force. Niełatwo go było rozgrzać i ożywić, — ale urok piękności, zręczności, siły, wdzięk tej młodziuchnej istoty podziałał i na jego uśpiony temperament.
Zwolna Lesław też widocznie się zaczął coraz bardziej zajmować bohaterką dnia, oczy jego nabrały życia, twarz cała wypiękniała uczuciem, — był pod urokiem jej.
Być może, iż skierowane po kilkakroć ku niemu oczy artystki, które zdawały się go szukać i zwracały się umyślnie na Lesława, dokazały tego cudu. Hrabia, w chwili, gdy katastrofa nastąpiła, był już tak oczarowany, jak inni, więcej może, niż sąsiad Amerykanin, niemniej od uniesionego barona Hausgarde. Odmalowało się to na bladej twarzy i w postaci całej. Starał się nie okazać po sobie tego żywego zajęcia, którego może się wstydził, lecz był pod jego wrażeniem, co łatwo poznać się dawało.
Amerykanin Robert, oburzony przeciw dyrekcyi i nieszczęśliwemu sprawcy, — z początku chciał się rzucić na scenę, co, przy jego gimnastycznej wprawie, byłoby mu przyszło z łatwością, ale, zobaczywszy, że go inni wyprzedzili, — wstrzymał się.
Oczekiwano. Długa chwila upłynęła, nim naostatek pierwsze szepty przebiegły po rzędach krzeseł i lóż:
— Żyje! żyje!
— Bezprzytomna.
— Lekarze spodziewają się ją ocalić.
Wszystko to jednak nie zaspokoiło oczekującej urzędowego oznajmienia publiczności, która z gniewem domagała się dyrektora.
Wzburzenie było tak wielkie, a rosło z taką siłą i objawiało się w sposób tak gwałtowny, iż dyrektor uledz musiał naciskowi — i blady, z włosami rozrzuconemi, z rękami załamanemi, ukazał się nareszcie przed zasłoną.
Cisza, nagle następująca, była nowym dowodem sympatyi, jaką widzowie mieli dla ślicznej, a nieszczęśliwej artystki.
Jąkając się, głosem niepewnym i przerywanym, dyrektor oznajmił, że, zdaniem wszystkich lekarzy, pomimo, iż uderzenie było bardzo silne, a upadek groźnym być mógł dla życia, — Nera znajdowała się stosunkowo w stanie takim, iż o ocaleniu życia nie wątpiono. Obawiano się tylko wstrząśnięcia mózgu, któreby długą chorobę sprowadzić mogło.
Natychmiast po dyrektorze, ukazał się obok niego znany wszystkim w Nizzy i ulubiony lekarz miejscowy, doktór Larive, który potwierdził słowa dyrektora.
Nikt ani spytał nawet o niezręcznego jeźdźca, który był przyczyną nieszczęścia, chociaż ten padł niefortunnie, uderzając głową o belkę, iż kość czaszki zgruchotał, a oprócz tego nogę miał złamaną.
Nery upadek, choć również niebezpieczny, mniej groźnym uczyniło to, że głową uderzyła w nagromadzony stos płócien, przygotowanych na namioty, które wstrząśnięcie osłabiły.
Chociaż dotąd przytomności nie odzyskała, — zdawało się, iż wyjdzie cało, jakby cudowna jakaś opieka czuwała nad nią.
Na domagania się krzykliwe widzów dyrektor musiał odpowiedzieć zapewnieniem, że parę razy na dzień buletynami drukowanemi zawiadamiać będzie publiczność o stanie zdrowia sympatycznej artystki.
Tak się skończyło to wiele obiecujące przedstawienie i widzowie powoli nareszcie rozpływać się zaczęli. Niektóre z pań, a między innemi i księżna Nikopulo, posłały do dyrektora z żądaniem, aby same się naocznie przekonać mogły o stanie artystki. Księżna nawet głośno poczęła się domagać, aby jej powierzono nieszczęśliwą.
Lesław jeden z ostatnich oddalił się z cyrku, sam sobie dziwiąc się i temu gorącemu zajęciu losem Nery, która tak niespodziane na nim uczyniła ważenie. Nawykły do spokoju, pieszczony panicz, czując się opanowany niepokojem, nie mógł sobie darować tego, iż uległ urokowi, z którego w duchu niedawno się urągał.
Nera wydawała mu się nie tem już dziecięciem ulicy i podrzutkiem bezimiennym, ale w istocie jakąś zagadkową, — przebraną księżniczką, — wyjątkową, idealną, cudowną.
Gniewając się na siebie za tę słabostkę, hrabia powolnym krokiem, odprawiwszy powóz swój do willi, sam poszedł piechotą, może spodziewając się po drodze jeszcze dostać języka lub spotkać kogoś, z kimby o Nerze mógł mówić.
Tymczasem nadążył za nim Amerykanin, który wdarł się był za kulisy i przynosił najświeższe pocieszające wiadomości.
Nera odzyskała była przytomność; doktorowie mówili o silnem potłuczeniu, ale złamania nie znaleźli żadnego; zwichnięcie jednej stopy było mało znaczące. Z pierwszych wyrazów, które się z ust oprzytomnionej wyrwały, o stanie umysłu jeszcze pewnego wniosku wyciągnąć nie było można. Lekarz miał nadzieję najlepszą.
Robert opowiadał, że księżna dotąd jeszcze znajdowała się w gabinecie dyrektora, starając się dowieść, iż nigdzie chorej lepiej być nie może, jak u niej, i nastając na to, aby ją przeniesiono natychmiast. Nera, która nie miała nikogo przy sobie, oprócz dyrektora, — woli swej jeszcze wyrazić nie mogła, a strapiony przedsiębiorca obawiał się ją powierzyć komukolwiek, aby mu tego drogiego nabytku nie odebrano, inne mu dając przeznaczenie.
Z tego powodu naturalnie krążyły znowu wieści najsprzeczniejsze o pochodzeniu, o przeszłości, o losach dziewczęcia, którem wszyscy się tak gorąco zajmowali.
W pochodzie do willi swej, hrabia Lesław spotkał się z kilku panami znajomymi, z których każdy inną o Nerze opowiadał legendę i zaręczał, że ta jedna pochodziła z najlepszego i najpewniejszego źródła.
Jest to cechą wszystkich takich stacyi odpoczynkowych (jeśli się je tak nazwać godzi), do jakich Nizza przedewszystkiem się liczy, że zbiorowiska ludzi, którzy się zbiegają pod pozorem zdrowia, w istocie dla rozrywki, — co chwila potrzebują nowego pokarmu na to znudzenie nieuleczone, które jest ich chorobą.
Nadzwyczaj prędko zużywają się tu wrażenia, bo ludzie są zużyci, — i co dnia jednego rozgorączkowuje, nazajutrz zaciera się lada nowostką, która świeżego coś przynosi z sobą. Można było sądzić, że i to interesowanie się piękną Nerą, które katastrofa na chwilę spotęgowała, po dniach kilku ustąpi zajęciu jakim ekscentrycznym artystą, o którym wiadomość przyniosą afisze. Ta jednak zagadkowa jej osobistość, wdzięk, czy jakiś niewytłomaczony urok, dotąd, — po upływie dni dziesiątka, — zawsze jeszcze niczem, tylko nią jedną zajmować się wszystkich zmuszał. Nie mówiono, tylko o niej i o wypadku.
Niezręczność, której ona padła ofiarą, — przypisywano spiskowi jakiemuś na jej życie, uknutemu przez rodzinę, która się pozbyć chciała, zatarłszy naprzód ślady jej bytu, a teraz, w obawie odkrycia ich. czyhając nawet na nią.
Mówiono, iż w istocie pochodzić miała ze znakomitego rodu, że chciwość, dla przywłaszczenia sobie majątku, — rzuciła ją w obce ręce, — a gdy krew się w niej pięknością zdradziła, starano się całkiem ją ze świata zgładzić i do tego miał być umówionym ów niefortunny jeździec.
Tymczasem — posądzony o tę zbrodnię leżał może na całe życie okaleczały i nie było nadziei, aby mógł kiedy znowu dosiąść konia, Nera zaś, chociaż miała się lepiej, także przyjść do siebie nie mogła.
Otaczano ją czułą opieką, a wiele z tych pań, które się piękną chorą zajęły, spodziewały się korzystać z jej osłabienia, ze zbliżenia się do niej, aby się coś więcej dowiedzieć o przeszłości.
Należała do nich między innemi i księżna Nikopulo.
Dziewczę w przystępach gorączki odzywało się wszystkiemi niemal językami, wywoływało różne imiona, mówiło o najrozmaitszych przedmiotach, lecz z tych obłamków nic się złożyć nie dawało, oprócz przekonania, iż wędrowała dużo po świecie, nim dorosła, że wiele widziała, że ją starannie wychowywano i że katastrofa jakaś pozbawiła ją nagle opieki, a oddała na łup losu, który, zamiast do portu, do cyrku ją zaprowadził.
Nikt nigdy tej śmiesznej księżnej nie widział niczem tak gorączkowo zajmującej się, jak teraz Nerą; nie sądzono, aby serce jej zdolnem było do takiego przywiązania, choćby nietrwałego.
Spytana o wytłomaczenie tego fenomenu, księżna w jakiejś chwili rozczulenia przyznała się przed hrabiną L., że widok Nery przypominał jej umarłą, straconą córeczkę, która w tym samym właśnie byłaby dziś wieku, co Nera.
Prosiła zarazem, aby hrabina nigdy o tem nie wspominała. Miała to być córka z jakiegoś pierwszego małżeństwa, o którem też nie mówiła nigdy księżna.
Panie, zajmujące się sierotą, chociaż dowiedzieć się od niej i o niej od dyrektora niewiele mogły, — wszystkie się na to zgadzały, iż potrzeba było tyle obiecującemu dziecięciu, genialnej dzieweczce, pomódz do innego zawodu, a koniecznie ją wyrwać dyrektorowi i cyrkowi.
Pan dyrektor Belotti, Włoch pochodzeniem, ale wychowaniem i życiem Francuz, ani chciał słyszeć o tem, dowodząc, iż tak ogromne już poniósł ofiary dla Nery, tak go ona wiele kosztowała, że tylko jej własna praca nagrodzić mu to mogła. Słuchając go, sądzić było można, że krocie wydal na Nerę, chociaż nie przeczył, że zaledwie kilkanaście miesięcy upływało od czasu, gdy mu się dostała.
Prawda, że i teraz, czy to w nadziei rychlejszego uzdrowienia, czy dla popisu ze swem dobrem sercem, Belotti nie szczędził niczego, aby chorej przynieść nietylko ulgę, ale rozerwać ją i dowieść ojcowskiej niemal pieczołowitości. Dla Nery osobno najęte było mieszkanie w hotelu, złożone z saloniku, sypialni i pokoju dla sługi, w chorobie miała ciągle garde malade przy sobie. Nie zbywało jej na niczem. Piękne a ciekawe panie mieniały się po całych dniach u jej łóżeczka i każda z nich przynosiła coś z sobą. Salon pełen był bukietów, sypialnia wszelkiego rodzaju pieszczonych i pieszczących sprzęcików, — ogromna marmurowa patera stała zarzucona biletami wizytowemi, na których książęce i hrabiowskie korony i herby widać było.
W sypialni, której okno przysłonięte pół światła tylko dopuszczało do chorej, na łóżku już ubrana siedziała blada, ale może teraz piękniejsza jeszcze, niż była w całym blasku zdrowia, — Nera. W smutną jej twarzyczkę wpatrzywszy się, można było skamieniałemu w kontemplacyi tej piękności pozostać niewiedzieć jak długo.
Nera, dawniej żywa, uśmiechająca się, nie skąpa w słowa, dziecinnie i naiwnie zalotna, — teraz, jakby ją widzenie śmierci nagle ostudziło i odebrało do życia ochotę, — siadywała godzinami całemi milcząca, z kwiatkiem w ręku lub z myślami tylko własnemi, w rodzaju jakiegoś uśpienia. Rozbudzona, uśmiechała się, odpowiadała łagodnie, lecz widać było, że myśl była gdzieś ciągle daleko ztąd.
Belotti przychodził, usiłując ją rozgrzać i zachęcić do życia przyszłemi tryumfami, — słuchała go, nie sprzeciwiając się, — uśmiechała się i jemu, ale ani jedno słówko nie wyrwało się jej dotąd jeszcze, któreby dozwoliło wnosić, że marzy o tych popisach i cośkolwiek rachuje na nie.
Tak samo mało zdawały się ją obchodzić i inne przyszłości marzenia, które jej narzucano. Z wdzięcznością i miłym uśmiechem przyjmowała dowody współczucia, któremi ją dotąd ciągle obsypywano, żadna jednak z tych pań, które się jej zupełne zaufanie zdobyć usiłowały, nie mogła się pochwalić tem, ażeby Nera całe serce swe jej otworzyła. Zwierzeń żadnych nie czyniła nikomu, choć z jej usposobienia widać było, że równie przeszłość, jak teraźniejszość, wielkiem na niej ciążyły brzemieniem. Zapytywana, zręcznie zawsze umiała tak zbywać półsłowami te panie, że z nich żadnych pewnych wniosków wyciągnąć nie umiały. Nazwiska nawet swego prawdziwego przyznać nie chciała, utrzymując, że ją tak różnie zwano, iż ona sama nie wiedziała, jak się nazwać była powinna i miała prawo. Tymczasem wychowanie okazywało, że rodzice czy rodzina musieli być bardzo zamożni, gdyż Nera miała najlepszych nauczycieli i nawykła była do wytworności i zbytków.
Ze smutkiem mówiła o sobie, że jej sieroca przeszłość prędzej zasługiwała na to, aby ją zapomnieć, niż odświeżać jej pamięć.
Tajemniczość ta, mająca urok każdej nierozwikłanej zagadki, pomnażała tylko ciekawość, której była przedmiotem.
Widziano w niej oprócz tego istotnie zdumiewające zdolności i nadzwyczaj wczesną dojrzałość, którą nie wiedziano czemu: krwi, temperamentowi czy losom przypisać. Wiadomo powszechnie, jak ludzie, a w szczególności kobiety różnie w krajach i sferach rozmaitych dojrzewają, na Wschodzie w dwunastym roku poczynając już życie, na Północy często w pięćdziesiątym umiejąc zachować wszystkie zewnętrzne oznaki młodości. O latach swych piękna Nera więcej powiedzieć nie umiało nad to, że z pewnością dwudziestu jeszcze nie dosięgła. I nie wydawała się też starszą nad lat piętnaście, choć umysłem wiek ten o wiele wyprzedziła.
Ze wszystkich osób, które ją teraz otaczały i pielęgnowały, jedna tylko siostra miłosierdzia, Natalia, Francuzka rodem, cicha, skromna, niegdyś piękna, teraz jeszcze wielce wdzięczna istota, potrafiła sobie serce Nery pozyskać. Domagała się ona jej towarzystwa, szczególniej na noce bezsenne, które od wypadku ostatniego przerywał przestrach jakiś i nerwowe trwogi. Zrywała się naówczas drżąca, przerażona i, usnąć nie mogąc, z siostrą Natalią na cichej rozmowie, rozmarzona, napół drzemiąca, resztę nocy spędzała. Ale siostra Natalia, chociaż Nera dla niej się nie zdawała mieć żadnych tajemnic, tego, co słyszała od niej, nikomu nie udzielała.
Z pań, codzień nawiedzających Nerę, księżna Nikopulo była najnatarczywszą. Z gorączkową ciekawością wpatrywała się w nią i przysłuchiwała jej chora, ale nie okazywała dla niej szczególnej sympatyi, a raczej jakąś obawę.
Jednego z tych dni ostatnich, gdy już zupełnie przytomna, tylko dla osłabienia w łóżku pozostać była zmuszoną, Nera, usłyszawszy od siostry Natalii o nagromadzonych biletach wizytowych, prosiła, aby je jej podano dla zabawki. Rozsypano je przed nią — i, jak dziecię, śmiała się, przeglądając ten szereg imion najrozmaitszych narodowości, z których wielu wymówić było trudno i domyśleć się ich pochodzenia.
Czy pomiędzy temi imionami szukała jakiego pożądanego, czy to była wprost tylko ciekawość niczem niezajętego umysłu, — dociec było trudno. Karty te układała, śmiejąc się, tak, aby policzyć mogła, ile razy kto powrócił dowiadywać się, aby, — jak mówiła, — wiedziała, ile wdzięczności była komu winną.
Siostra Natalia widziała, jak niektóre nazwiska witała sarkastycznym uśmiechem, inne smutnym twarzy wyrazem, albo zupełną obojętnością.
Między innemi dziwić ją i uderzać się zdawało, że tyle, ile dni upłynęło od wypadku, znalazła biletów Lesława.
Przy pierwszym z nich zadumała się i starała upewnić zapytaniem jednej z pań, czy to był w istocie — le beau polonais? Znalazłszy drugi, zarumieniła się, a następne wprawiły ją w humor wesoły. Tłómaczyła się z niego naiwnie przed siostrą Natalią tem, że młody Polak był jednym prawie, który z początku ani na nią chciał spojrzeć.
— Jest to więc tryumf, który odniosłam, albo ja, lub nieszczęście moje. Dowodzi to, że piękny Polak ma dobre serce.
Siostra Natalia znała go także, ale tylko z obfitej jałmużny, którą co roku przytułek jej chorych obdarzał.
— Trudno, abym była wprzód mogła pozyskać sobie jego współczucie, — mówiła Nera. — Widział we mnie rodzaj awanturniczej balleriny, istotą, która obudzą czasem zajęcie, ale takie, którem się, niestety, pochlubić nie może. Inni przynajmniej ciekawi mnie byli, zbliżyć się starali, — on nigdy... Czułam w tem rodzaj pogardy i bardzo mi to było przykrem. Teraz może przeczuł, iż coś więcej mogę być warta, niż z pozoru się wydaję.
Siostra Natalia nie bez pewnego zdziwienia zauważyła, że, bilety Lesława odłożywszy, Nera oddzieliła od innych i zachowała osobno, jakby im większą wartość przyznawała.
Przyjaźń i poufałość z siostrą Natalią zawiązały właściwie te noce bezsenne, o których wspominaliśmy. Chociaż przytomna, ale podniecona i rozmarzona, Nera znajdowała się często tak usposobioną, iż czuła potrzebę zwierzenia się i skargi. Naówczas pociągała ją ku sobie dobra siostra Natalia i przed nią odkrywała się cała. Ona nie pytała jej nigdy ani o pochodzenie, ani o dzieje przeszłości, a jej jednej opowiedziała z nich wszystko, co mogła i miała opowiedzieć siłę.
— Siostro, — mówiła ostatnich nocy, siedząc z rozpuszczonemi włosami, wsparta na białej maleńkiej rączce, i tęsknie patrząc w mroki nocne oczyma załzawionemi, — ja sama dla siebie zagadką jestem, cóż dopiero dla innych?! A wolę nią pozostać, niż dostarczać pokarmu zimnej i głupiej ciekawości obojętnych ludzi... Pamięć moja sięga bardzo, bardzo daleko w mglistą jakąś, niewyraźną przeszłość, której ani miejsca, ani czasu oznaczyć nie umiem. Nie wiem nawet, jakim naprzód nauczyłam się mówić językiem!... Nad kolebką moją przypominam sobie tylko bardzo piękną, z żywemi czarnemi oczyma kobietę młodą, która się dziwnie obchodziła ze mną. Czasem zjadała mnie całusami, nie wypuszczała z rąk, kładła w swojem łóżku, trzymała na kolanach, na chwilę nikomu powierzyć nie chciała, a pieszczoty te, — rzecz dziwna, — więcej mnie, dziecko, przestraszały, niż przywiązywały. Matka ta, gdyż uczyła mnie, abym ją nazywała tem imieniem, — niekiedy potem całemi miesiącami zapominała o mnie. Widywałam ją przechodzącą obojętnie około kolebki, nie zaglądającą nawet do niej... Potem znowu powracała cała ta czułość gorąca, której często łzy, dla mnie niezrozumiałe, towarzyszyły... Oprócz niej naówczas widywałam przy sobie — mężczyznę młodego, pięknego, który również zdawał się mnie kochać, a może więcej, a przynajmniej inaczej, niż matka... Namiętnym był i gwałtownym, jak ona, ale dla mnie jednakim zawsze. Nie było dnia, ażebym go nie widziała choć na chwilę, stojącego u mojej kolebki i smutnemi oczyma wpatrującego się we mnie, jakby usiłował przyszły mój los odgadnąć... Naówczas, gdy matka się okazywała najobojętniejszą, on przychodził częściej, pozostawał dłużej. Przypominam sobie czasem gwałtowne wybuchy i jakby spory pomiędzy nimi, które się coraz częściej powtarzały... Później prawie już nigdy razem ich nie widywałam przy sobie, — a matkę tylko zdaleka i obojętną, szczególniej, gdy nikogo więcej z nami nie było. Przy obcych brała mnie tylko na ręce i obdarzała pieszczotami, które i teraz strach jakiś obudzały we mnie. Oddawała mnie też niańce, jakby rada, że się pozbyć mogła... Nie wiem, jak długo to trwało. Nagle kobieta-matka znikła zupełnie i nazawsze z moich oczu. Przypominam sobie jakby długie i dziwne podróże, coraz nowe widoki, mieszkania i ludzi, kołysanie na morzu, odpoczynek wśród drzew, kwitnących różowo, służbę coraz innemi językami mówiącą, kobiety czarne, mężczyzn niewielu. Długo, bardzo długo otaczał mnie nie dostatek, ale zbytek, kosztowne zabawki, suknie piękne i w wielkiej liczbie. Nauczyciele, nauczycielki zjawiali się zawcześnie przy mnie, mieniali. Ojciec, gdyż tak go zawsze zwałam, przychodził codzień, zajmował się mną, — matki nie było. W miejscu jej zjawiła się stara ochmistrzyni, ale ta tylko o zdrowie, strój i życie dbała, — nauczycielki i nauczyciele o resztę. Wśród poczętych nauk często nagle wszystko się zrywało i zmieniało, nawet ojca nazwisko, które coraz brzmiało inaczej. Porzucaliśmy dom, odbywali podróże długie, osiadali gdzieindziej, najczęściej w wielkich i gwarnych miastach, w krajach naprzemiany to gorących, to zimnych. Ruch ten i przenoszenie się z miejsca na miejsce zdawały się być przeznaczeniem ojca, który nigdzie zbyt długo przebywać nie mógł. Nieraz, gdym nawykła do domu, do kraju, do języka, do sług, — wszystko z dnia na dzień zmieniało się pośpiesznie. Nie mogłam nigdy przyzwyczaić się do tego i opłakiwałam każdą zmianę. Naówczas ojciec przychodził mnie pocieszać, obiecując jeszcze coś piękniejszego nad to, cośmy tracili. Oprócz ojca rzadko widywałam kogo, chyba nauczycielki i nauczycieli... Już byłam dzieweczką dorastającą, gdy raz mnie, nadzwyczaj starannie i bogato ustrojoną, wyprowadzono do jakiejś pięknej, majestatycznie wyglądającej pani, która z wielką miłością mnie przyjęła... Nie była to jednak matka moja, którą dobrze jeszcze pamiętałam. Ta miała oczy niebieskie, włosy bujne, jasne, wzrost i postawę okazalszą. Inną też miłość powzięła dla mnie, — chłodniejszą, nie tak namiętną, ale wytrwałą. Była to miłość czy jakieś zobowiązanie, — nie wiem. Była dla mnie dobrą zresztą, a obok niej zjawiał się zawsze mój ojciec, który długo nas nie opuszczał. Ja i do tej drugiej jakiejś matki przybranej przywiązać się nie umiałam mocniej, a ona taką, jaką była dla mnie pierwszego dnia, — pozostała do ostatka... Krążenie nasze po szerokim świecie nie ustawało, ale teraz dwór był większy i okazalszy jeszcze, bo przybrana matka lubiła wystawę... O ile sobie przypomnieć mogę, ojciec i ta kobieta byli z sobą w początkach bardzo czule, widywałam ich nie rozłączających się, prawie zawsze razem, a ojca mego często u jej kolan. Ona zdawała mi się stosunkowo zimną, a przynajmniej inną przy nim, a inną, gdy go nie było. I ze mną choć starała się być jednakowo czułą zawsze, choć mi okazywała przywiązanie, — sercem nie pociągała ku sobie. Pojmowałam teraz coraz lepiej, co się ze mną i koło mnie działo. Stosunki tych rodziców powoli się zaczęły zmieniać. Ojciec szczególniej był innym. Miłość jego dla mnie nawet znacznie ostygła i ja jej już pieszczotami i przypominaniem mu się rozbudzić nie mogłam. Widywałam go rozpaczającym, smutnym, roznamiętnionym jakimś, a niekiedy nienaturalnie wesołym i jakby nieprzytomnym. Pomiędzy nim a kobietą rozpoczęły się kłótnie, wyrzuty, sceny gwałtowne, w czasie których mnie, dziecka, się nawet nie wystrzegano... Gdym czasem rozdrażnionego ojca starała się pieszczotami pocieszyć i uspokoić, odpychał mnie obojętnie. Byłam bardzo nieszczęśliwą... Powoli dostatek, który tak długo nas otaczał, zaczął się zmniejszać, sposób życia odmieniać. Przed obcymi zawsze okazywano jeszcze pozory dobrego bytu, w domu zaczynało braknąć pieniędzy, a wierzyciele drzwi oblegali... Pożycie rodziców stało się nieznośnem — i nagle ojciec mój, po gwałtownej scenie z matką, której wybuch słyszałam zdaleka, — zniknął... Nastąpiła zmiana zupełna, wyjechaliśmy natychmiast. Na mnie przybrana matka mało zwracała uwagi, inne towarzystwo otaczać ją zaczęło... Wychowanie moje jednakże jeszcze na staranności nie straciło. Przybrana matka zawsze się mną zajmowała, dostatek i zbytek powrócił, ale z niemi nieznośny ktoś zjawił się, jako mąż i pan domu... Więcej z nałogu i nawyknienia do mnie, niż z miłości, opiekowała się mną ta, z której ust często słyszeć musiałam, że mnie z nią nic, oprócz politowania nad sieroctwem mojem i opuszczeniem, nie łączy. Węzeł też to był wątły, który lada co zerwać mogło i musiało... Tej chwili mojego życia, w której więcej pozostawiona samej sobie, aż nadto wyswobodzona zawcześnie, musiałam sama też kierować wychowaniem, nauką, wszystkiemi krokami, — opowiedzieć, opisać trudno... Walczyłam, myślałam, uczyłam się i winnam ocalenie więcej może cudownej opiece losu, niż ludziom i sobie, bom miała tylko instynkt, nie znając świata, ani tych niebezpieczeństw, na jakie narażoną byłam. Częstokroć, nieświadoma ich, przechodziłam nad zrębem przepaści, nie widząc jej u nóg moich. Przybrana matka coraz więcej zresztą własnym losem musiała się zajmować, aż do chwili, w której nagle mi jej naostatek miało zabraknąć. Choroba jakaś, piorunem nadchodząca, porwała ją, nim ona sama i otaczający domyślać się i przypuścić mogli, że śmierć grozi... Zostałam naówczas tak osieroconą i panią siebie, — tak opuszczoną, że cudem jakimś tylko składowi okoliczności przypadkowych zawdzięczam, iż nie zginęłam z głodu i sieroctwa tego, wyrzucona niemali na ulicę, bez żadnych środków, bez świadectw nawet pochodzenia i dowodów, kim byłam, co mnie wiązało ze zmarłą, której resztki mienia rozchwytali wierzyciele... Nikt a nikt nie myślał o mnie, — nikt nie podał mi ręki, — byłam zmuszoną o własnej sile rzucić się na fale, próbować płynąć, zmieniać prądy i szukać drogi...
A w końcu — tęsknym głosem dodała Nera, — wyrzucony na brzeg rozbitek, pytam się ciebie, siostro moja, czy żyć warto? czy nie lepiej było, na arenie padłszy wśród oklasków, więcej już nie powstać?
Opowiadanie to niewiele siostrze Natalii pomogło do zrozumienia zagadkowej zawsze postaci tego dziewczęcia, które samo dla siebie było tajemnicą. Z tych rozmów po nocach przekonała się tylko litościwa siostra miłosierdzia, iż dziewczę miało niepospolite zdolności, wielką energię, silną wolę, a umysł rozbudzony i niewiedzący czego się ma pochwycić, jak pokierować sobą.
Siostra wyraziła zdziwienie swej chorej, iż mogła obrać sobie tak niewłaściwe dla kobiety powołanie, popisującej się z silą i zręcznością, gdy tyle innych dróg miała przed sobą otwartych, do których również usposobioną czuć się mogła.
— Jak siadłam na konia? dlaczego zeszłam na amazonkę? — spytała Nera, — czy sądzicie, że ja to wam wytlómaczyć potrafię? W dzieciństwie dla zabawki starszych i dla dogodzenia mojej fantazyi sadzano mnie wcześnie na siodło, — było to rozrywką. Miłość własna zmuszała do popisów, do ćwiczeń, do dokazywania, które wywoływało oklaski... Potem przyszła chwila w życiu, gdy z tej zabawki trzeba było zrobić powołanie... Tyle rzeczy uczyłam się potroszę, umiem niedostatecznie, że najdogodniej mi było siąść na konia i najłatwiej może... Na scenę dostać się — trudno, muzyce trzebaby poświęcić jeszcze lata całe, a ja już się czuję tak starą.
— Ale znaleźliście tu dla siebie tak wiele osób życzliwych, — przerwała siostra Natalia, — nie mogliżbyście z tego korzystać, aby się od dyrektora cyrku wyswobodzić i — postarać o obmyślenie innego zawodu?
— A siostro moja droga, — odparła Nera, — wy na świat patrzycie z klasztornego okienka, przez które widać tylko kościół, ludzi pobożnych i dzieła miłosierdzia, — ja wiem lepiej, czem jest ta życzliwość gorąca, namiętna, a jutro mająca się zmienić i ostygnąć. W najlepszym razie, potrzebaby, przyjmując pomoc, poddać się kierunkowi i zaprzedać w niewolę, a ja... jam do tego nie nawykła! Na każdej drodze współzawodników roje, nieprzyjaciół zastępy, zasadzki...
Zwolna przychodziła do siebie Nera, odzyskując siły, — nie ukazywała się jednak, nie wychodziła z domu, nie przyjmowała nikogo, oprócz tych pań, które w czasie choroby jej narzuciły się z opieką i korzystały z praw nabytych.
O wystąpieniu jednak na arenie mowy być jeszcze nie mogło, doktorowie zgodnie sprzeciwiali się temu przedwczesnemu wysiłkowi, a dyrektor z obawą przewidywał, że Nizza wkrótce opustoszeje i na żywe zajęcie i sympatye rachować już nie będzie mógł.
Nera zdawała się nie myśleć o tem i niewiele troszczyć.
Tak samo, jak siostra Natalia życzyła jej szukać innego zawodu, wszystkie prawie panie i protektorki chciały ją z cyrku wyzwolić, niepomnąc na to, że mniejsze może niebezpieczeństwo zagrażało jej od koni, niż od ludzi nieznanych, których łupem stać się mogła.
Ta przyszłość dziewczęcia żywo zajmowała umysły wszystkich opiekunek, począwszy od księżnej Nikopulo. Jedne radziły teatr, inne rachowały na głos piękny, który tylko szkoły i wprawy potrzebował, — naostatek nawet instytutorki i nauczycielki miejsce wyrobić jej przyrzekano, chociaż przeskok z cyrku do szkoły był najdziwaczniejszym pomysłem, w którego urzeczywistnienie godziło się nie wierzyć.
Lecz ci, co się zbliżali do Nery, znajdowali ją tak dziwnie uzdolnioną do wszystkiego, tak umiejącą się nagiąć do wszelkich wymagań, iż się im nic nie wydawało niemożliwem dla niej.
Ze wszystkich jednak powołań — teatralny zawód zdawał się najwłaściwszym dla niej, — droga do niego najłatwiejsza. Wszechmocny O’Wall, który o swojej i „Figara“ potędze nie wątpił w daleko trudniejszych zadaniach, zaprzysięgał, iż kilku felietonami utoruje drogę Nerze, chociażby — do teatru Francuskiego, do domu Moliera.
Zachwycony pięknością dziewczęcia, napierał się niemal tego, aby mu wolno było zająć się jej losem.
Okazało się, że Nera w wolnych chwilach, w przystępie fantazyi, na której jej nie zbywało, — uczyła się już deklamacyi, od starej artystki, z którą się gdzieś spotkała w podróży, brała lekcye, umiała nawet na pamięć ról kilka. Przed niefortunnem wystąpieniem w cyrku, na jednym z wieczorów, gdy się nią popisywano, dała się uprosić o powiedzenie kilku monologów, a słuchacze, zachwyceni, widzieli już w niej przyszłą Mars Arroult lub nawet Rachelę, — potrzeba było tylko Talmy lub Samsona, aby z tego pączka dopomógł się rozwinąć kwiatowi.
Jedna księżna Nikopulo, zawsze najgoręcej się zajmująca losem Nery, przeciwną była pomysłowi O’Wall’a i kształceniu się dla sceny.
— Na co jej to? — mówiła — ona nie potrzebuje żadnego powołania, żadnej innej karyery nad tę, jaką jej wdzięk, dowcip, młodość, stworzyć muszą. Znajdzie się rychło człowiek, który jej najświetniejszą przyszłość zapewni. Na to potrzeba tylko, aby się pokazała i dała poznać.
Hrabia Lesław, który dotąd nigdy się żywo nie zajmował ani kobietami wogóle, ani artystkami szczególniej, — okazywał dla Nery wiele współczucia i podzielał przekonanie księżnej. — Starzy wielbiciele pięknej amazonki, baron, hrabia, pasza i cała gromada pomniejszych, uśmiechali się, widząc tak obojętnego dotychczas Polaka, nawróconego nagle i podzielającego z nimi uwielbienie dla fenomenu.
Ze wszystkich najrozmaitszych wniosków i projektów — dramatyczny zawód miał za sobą najwięcej głosów. Przypisać to należało wpływowi felietonisty, który zwycięsko wszystkie inne odpierał.
Z mężczyzn ani on, ani nikt dotąd po przyjściu do sił Nety nie był do niej przypuszczony.
Nie przyjmowała ona nikogo, oprócz Belotti’ego, który zajmował się jej losem i nie chciał wyrzec opieki. Z nim też jednym mówić mogła o przyszłości. Dyrektor nastawał na to, aby cyrku nie porzucała, który jej zostawiał najwięcej swobody i nie potrzebował już ani nowych studyów, ani przygotowania.
Dosyć było plastycznego wdzięku, z jakim występowała, aby obudzić zachwyt, i nikt od niej nie śmiałby wymagać, aby walczyła z akrobatami. Być może, iż to u Nery też przemawiało za Belotti’m.
Tymczasem O’Wall intrygował przeciw niemu i za teatrem.
Skutkiem tego naglenia i namów felietonisty, panie codzień nalegały na Nerę, nie mogąc jej skłonić do popisu. Wahała się, wymawiała chorobą i lenistwem. O’Wall, widząc, że panie protektorki nic nie umieją na upartem dziewczęciu wymódz, pewien siebie, żądał już natarczywie tylko, aby mu wyjednano posłuchanie, najpewniejszym będąc, iż on swą wymową potrafi skłonić Nerę do przyjęcia jego rady.
Nera składała się chorobą, — wymawiała tem, że, przyjąwszy raz O’Walla, innymby się potem oprzeć nie mogła, ale Francuz, gdy raz czego chciał, co postanowił, nie rozumiał nawet tego, aby się jemu śmiał kto opierać.
Wyprawiał więc jedne po drugich protektorki, domagając się choćby najkrótszego posłuchania.
W końcu nie mogła wreszcie, przez samą wdzięczność dla tak gorącego zajęcia się jej losem, odmówić O’Wall’owi rozmowy.
Zdaje się, że równie Francuz był pewien tego, iż Nerę nawrócić potrafi, jak ona zwycięskiego oporu. I tak jednego dnia, w porze przedśniadaniowej, hrabina L., wielka przyjaciółka i wielbicielka felietonisty, miała razem z nim zapewnienie, iż rekonwalescentka przyjmie ich wdzięcznie.




W Nizzy zjawiają się codzień postaci, istne szczęty rozbitych okrętów, które morze na brzegi wyrzuca, — obłamki, nie dozwalające odgadnąć, czem były, do czego służyły i czego smutną są pozostałością. — Codzień prawie czyta się na spisie przybywających imiona brzmiące, a niezrozumiałe, często z tymi, do których należą, będące w sprzeczności.
Sąsiedztwo Monaco, ostatniego zielonego stołu europejskiego, ściągającego namiętnych, nieuleczonych graczów, ten przypływ drzazgów czyni jeszcze obfitszym.
Nikt też się nie zdziwił, gdy jednego dnia na liście przeczytano imię księcia Filipesco i dowiedziano się razem, że w hotelu Francuskim ten książę zajmował maleńki jeden pokoik na górnem piętrze, a tak był ubogi, wyglądał tak odarto i opuszczony, że go zaledwie przyjąć tam chciano.
Był to człowiek już bardzo niemłody, a więcej jeszcze wyniszczony, złamany, zestarzały przed czasem jakiemś życiem, awanturniczem zapewne. Pomimo to, ruina wyglądała wspaniale i dumnie. Słusznego wzrostu, mało co przygarbiony, nie starzec, bo go tak zwać było trudno, ale rozbitek, miał w twarzy i obliczu, w wystąpieniu i ruchach coś tak pańskiego, iż mimo bardzo zaniedbanej odzieży, widocznego na nim niedostatku, — wrażał pewne poszanowanie. Obejście się ludzi zdawało mu się zupełnie obojętnem, tak jak wogóle to, co go tu spotykało.
Z wielką śmiałością i pewnością siebie kroczył, a zuchwałością odpierał najmniejsze względem siebie uchybienia.
Suknie stare, przenoszone, wytarte, kapelusz zmięty, obuwie zużyte, bielizna zaniedbana, — na pierwszy rzut oka niemal go do jednego z tych żebraków czyniły podobnym, którzy krążą, gdzie się odpadków po możnych spodziewają; ale ów Filipesco przy żebraczej powierzchowności miał dumę i imponujące obyczaje bodaj udzielnego książęcia.
W pierwszych dniach po przybyciu do Nizzy znikał stąd na dni całe, a z godzin wnosić było łatwo, że jeździł do Monaco i wracał stamtąd po gry zamknięciu. Owocem tych kilku dni pierwszych być musiała jakaś wygrana, gdyż następnych książę kazał sobie podawać wykwintne obiady à la carte, najwyszukańsze wina, i kelnerowie, znający się na tem, sądzili, iż musiał dawniej być w bardzo dobrym bycie, bo umiał dysponować i wybierać. Wogóle musiało mu iść nieźle przy czarnej i czerwonej, gdyż płacił, nie żałował sobie na nic, a usłudze rzucał pour-boire prawdziwie książęcy.
Zaczynali więc, nawet kelnerzy, widzieć w nim raczej oryginała, niż ubogiego awanturnika.
Powierzchowności wcale jednak nie zmienił, chodził tak zaniedbany, jak wprzódy, — a cisnął się tam, gdzie suknie jego zwracały oczy i narażały go na kosę spojrzenia i nieprzyjemne potrącenia.
Znany już z hotelu, jako domniemany książę Filipesco, w którym naturalnie zakończenie imienia kazało się Rumuna domyślać, — ukazywał się w miejscach publicznych i zażądał wpisać do klubu, do którego wszyscy znakomitsi należeli przybysze. Chociaż przyjęcie do niego w miejscach takich zbiegowisk nie jest zbytnio utrudnione, bo i kontrola osób bywa prawie niemożliwą, — ów odarty książę znalazł pewien rodzaj oporu ze strony dyrekcyi.
Uderzało szczególniej to, co publicznie rozpowiadał baron Hausgarde, iż nie przypomina sobie, gdzie i kiedy, ale indywiduum to spotykał już — z innem nazwiskiem i był tego najpewniejszym.
Pamięć barona nigdy go zresztą nie zawodziła, a był tak oględnym, iż nigdy nie twierdził, czego nie mógł dowieść i o czem najlżejsza dla niego pozostawała wątpliwość. — Oprócz tego nie było tajemnicą dla przyjaciół austryackiego eks-dyplomaty i eks-dworaka, że pisał dzienniki i notował wszystko, co go w życiu spotykało, dla potomności, czy jako materyał pamiętnikowy. — Na dowód, że nazwisko to należało do niego, kandydat na członka klubu posiadał nietylko bilety wizytowe, które sobie każdy łatwo u litografa zamówić może bez legitymacyi, czy do nich ma prawo, — ale stary jakiś, zszarzany i podarty pasport.
Uważano potem, że przy odartym surducie czasem nosił całą wiązankę różnobarwnych kolorowych wstążeczek.
Gdy po raz pierwszy się pokazał na starym zamku w ogrodzie na górze, właśnie księżna Nikopulo się tam znajdowała. Jechała z jedną z dam, do towarzystwa należących, która, własnego ekwipażu nie mając, wprosiła się do niej.
Powóz zwolna posuwał się pod górę, właśnie gdy Filipesco, laskę na ramię zarzuciwszy, krokiem ociężałym wchodził tu także. Spojrzał on na jadące panie, a księżna, którą wzrok jego spotkał, jakby przelękła, coprędzej oczy odwróciła w drugą stronę i towarzyszka jej uważała, że długo słowa przemówić nie mogła.
Można to było przypisać tylko spotkaniu z panem Filipesco, ale księżna, na pytanie przyjaciółki odpowiadając, nie przyznała się do żadnego wrażenia. Utrzymywała, że się jej źle zrobiło. Na odartym podróżnym widok księżnej wcale nie okazał, aby mu ona była znajomą. Szedł dalej z tą pańską obojętnością, która mu ciągle i wszędzie towarzyszyła. Nie dziwiło go bowiem nic, nie budziło ciekawości, ani zajęcia. Z wielu rzeczy, interesujących innych, on się szydersko uśmiechał.
Znajomości nie robił żadnych, bo powierzchowność jego nie przyciągała nikogo ku niemu, — a on zdawał się nadto dumnym, aby ich szukać. Nie unikał jednak ani tłumnych zbiorowisk ludzi, ani ocierania się o dostojną elitę nicejską. Owszem, cisnął się na pierwsze miejsca zawsze, jakby mu się one należały. Parę razy spotkały go nieprzyjemne zajścia z tymi, którym sąsiedztwo tak nędznie wyglądającego człowieka nie przypadało do smaku, ale z nich wyszedł zwycięsko.
Gdy usta otworzył, poznać w nim mógł każdy kogoś, co żył wiele z ludźmi i wiedział, jak się ma odezwać do nich. Mówił wszystkiemi językami, tu najużywańszemi, doskonale, a wiele innych rozumieć się zdawał, bo czytywał dzienniki najniezrozumialsze innym, nawet nowo-greckie, nawet madziarskie.
Gdzieindziej postać taka byłaby z pewnością wiele o sobie mówić kazała, ale w Nizzy każdy dzień prawie daleko żywiej interesujące przynosił zagadki.
Z powodu, że Filipesco do klubu się wpisać zażądał, zwróciło to na niego uwagi trochę. Musiał on sam dostrzedz, albo się domyślić, że do klubu potrzebować będzie jakiegoś świadectwa lub poparcia, gdyż przez parę dni zdawał się chodzić i szukać kogoś znajomego, a nie mógł go znaleźć.
Na przechadzce później uderzyła go widocznie powtórnie spotkana księżna Nikopulo. Poznać to było można z tego, że, mając zapewne wątpliwość, zachodził ze stron różnych, aby się jej przypatrzeć, i manewrował tak, że mógł coś dostrzedz stanowczo potwierdzającego przypuszczenie, bo się do siebie uśmiechnął zwycięsko.
Nazajutrz w tej godzinie, o której księżna nie przyjmowała jeszcze gości, a przyjmowała ich zawsze chętnie bardzo, Filipesco w tym stroju zaniedbanym, jaki zawsze nosił, przyszedł się zameldować ze swą kartą wizytową i zażądał widzenia się z księżną.
Służba, popatrzywszy na niego, wzięta go zapewne za jednego z tych zamaskowanych żebraków, których się tu zawsze kręci mnóstwo, co potwierdzała i niewłaściwa godzina; chciano go odprawić z niczem, ale stary z taką dumą i natarczywością kazał się zameldować, iż mu się oprzeć nie śmiano.
Służący, który zaniósł posłuszny kartę wizytową, spostrzegł, iż pani, pomimo panowania nad sobą, zadrżała, bilet w jej ręku zadygotał dziwnie, namyślała się, nie wiedząc, co począć, zawahała, nie chcąc zrazu przyjąć, a potem, namyśliwszy się, — wpuścić kazała do salonu.
Książę wszedł tu z obojętną pewnością siebie, jakby z góry wiedział, iż wpuszczony być musi, obejrzał się dokoła i usiadł, swobodnie rozpierając się w najwygodniejszym fotelu.
Księżna weszła nierychło, blada bardzo i zmieszana; na widok jej przybyły powstał powoli, z uśmiechem sardonicznym na ustach, a że nic z początku nie mogła powiedzieć, — sam ją powitał.
— Wasza książęca mość, jak widzę, nawet bardzo starego znajomego i przyjaciela nie poznałaś.
Jąkała się jakiś czas gospodyni, nim zdołała odpowiedzieć:
— W istocie... przepraszam, — ale...
— Ale to nic dziwnego, — mówił śmiało Filipesco, i, zamiast czekać, aby mu miejsce wskazała gospodyni, siadł sam, ręką dając znak jej, aby na kanapie się usadowiła. — Niema nic dziwnego. Czasu upłynęło wiele od naszego rozstania, a ja mocno zestarzałem, nieprawdaż? O pani tego nie powiem... Owszem, — dodał z uśmiechem — świetnie, młodo pani wyglądasz... Winszuję...
Księżna miała czas zebrać myśli i odzyskać odwagę.
— Choćbym i poznała was, — rzekła — myśmy się dziś znać ani powinni, ani możemy. Pan ta zrozumieć możesz.
— Doskonale, — rzekł Filipesco — ani myślę zaprzeczać temu. Nie doszedłem jeszcze do tego szczebla, z którego się jedną rękę wyciąga po jałmużnę, a drugą rewolwerem grozi. Ja nie grożę niczem i nie żądam nic od waszej książęcej mości, — ale byłem ciekawy, a po dawnych stosunkach naszych może to być i wytłómaczonem i przebaczonem. Nieprawdaż?
Księżna milczała, spuszczone trzymając oczy i nie śmiejąc ich podnieść na mówiącego, który się w nią z cyniczną zuchwałością wpatrywał.
— Bardzo jestem szczęśliwy, — ciągnął dalej — iż waszą książęcą mość spotykam teraz i z pięknym tytułem, i, jak widzę, — w dostatkach opływającą. Fama głosi tu w Nizzy, że księżna jesteś bogatą, a ja, — jak widzisz, zszedłem prawie na łachmany, — ale dziś — to mi wszystko jedno. Z życia spiłem i wycisnąłem, co tylko było można; smaku tak dalece do dalszych eksperymentów nie mam — i nawet męczenie drugich, które czasem wyżytym, jak ja, ludziom czyni przyjemność, — mnie nie bawi.
Śmiał się, poufale oburącz podparłszy na stole, na którym zrudziały i pognieciony kapelusz położył bez ceremonii.
— Hę? — dodał po małym przestanku. — Cóż to za jeden ten książę Nikopulo? Grek i książę?... Kto to taki? Żyje czy pogrzebiony?
— Żyje, — cichym głosem odezwała się gospodyni, siedząca widocznie, jak na żarzących węglach.
— Żyje? — podchwycił Filipesco. — Więc cóż? jak zwykle, musieliście już mieć siebie dosyć po kilku miesiącach i rozstaliście się zgodnie, a wasza książęca mość otrzymałaś wyposażenie... To rozumnie i wygodnie... Mąż nie zawadza, nazwisko zostaje, a wolność się odzyskuje.
Po namyśle, z niecierpliwością, gospodyni odezwała się:
— Przepraszam, mąż mój... chory...
— A! a! — odparł, śmiejąc się, Filipesco. — Jeśli zwaryował, to mu się nie dziwię... Księżna sobie wybrałaś, widzę, Nizzę? Hm... miejsce pobytu przyjemne, ani słowa, ale, jeżeli się nie mylę, naraża księżnę na niebardzo przyjemne spotkania! Nie licząc mnie, który, choćby nastraszył, zbyt się naprzykrzać nie będę, ale księżna tu jesteś en pays de connaissance, wszak i papa Simon gości zawsze czasu sezonu w Nizzy?...
Na zapytanie to nie dała księżna odpowiedzi, a Filipesco nie zdawał się rachować na nią, bo podchwycił zaraz:
— Proszę być pewną, że ja dokuczliwym nie będę, — ale małej przysługi muszę się domagać...
Księżna z obawą oczy podniosła.
— Proszę sobie wyobrazić, — mówił dalej, — że mnie tu do klubu nawet przyjąć się wahają i zdają się wymagać, aby ktoś zaświadczył, iż Filipesco nie jest ani Nikopulo, ani żaden rzezimieszek z pod szubienicy urwany!! Ho, ho! — otóż księżna mnie znasz, nieprawdaż? i będzie łaskawą tylko gdzieś, tak — przy ludziach, w rozmowie, głośno poświadczyć, że Filipesco jest nie kim innym, jak sobą samym.
Zwolna, jakby nieco uspokojona, gospodyni podniosła oczy spuszczone i ośmieliła się spojrzeć na mówiącego, który siedział rozparty na stole i, szydersko uśmiechając się, napawał wrażeniem przykrem, jakie na księżnej czynić musiał.
— No, cóż? — dodał, zawsze szydersko, — wszak mogę się spodziewać, że mi tej małej przysługi nie odmówicie? Jestem pewny, że widząc mnie tu przychodzącego w tak załojonym i pomiętym stroju, z tak zaniedbaną powierzchownością, księżna musiałaś się ulęknąć o kieszeń swoją! — No, przyznać muszę, iż domysły o mojej ruinie są trafne; w istocie straciłem wszystko, nawet nadzieję odegrania się. W Monaco ostatkami próbowałem szczęścia, w rozmaity sposób, — los mi dał do zrozumienia, że z tego nic nie będzie. Nie wyrzekam się jeszcze rulety, bo to przynajmniej czas zabija, ale... — dokończył niewyraźnem mruczeniem.
W czasie, gdy to mówił, księżna się namyślała niespokojna i widać było z wyrazu jej twarzy, z ruchów mimowolnych, z drgania ust, że się gotowała coś powiedzieć, do czego jej brakło odwagi.
— Przy pierwszej więc sposobności, gdy księżna zobaczysz moją odartą postać, — wynajdź sobie sposób głośnego wypowiedzenia, że widywałaś mnie w lepszym bycie, noszącego nazwisko Filipesco, z tytułem, który mu jest należnym.
Cichuteńko księżna pośpieszyła powiedzieć:
— Dobrze, dobrze...
Filipesco nie wstawał i nie uważał rozmowy za skończoną, — oglądał się po apartamencie i jego urządzeniu. Tymczasem gospodyni cicho zrazu, potem z wymuszoną odwagą zapytała:
— Nawzajem... proszę... Co się z nią stało? coś z nią zrobił?
Filipesco z początku nie zdawał się rozumieć.
— Z nią? — odparł. — Ach! tak! Wiem, wiem już.
Poruszył ramionami.
— Znudziła mnie w końcu, był to ciężar tylko... Przyszłości jej dać nie mogłem. Lepiej się stało... Wzięła ją jedna z moich przyjaciółek. W każdym razie nie gorzej jej z tem, niż gdyby była przy was została. Nie wiem, — tak, — nie mam najmniejszego wyobrażenia, co się z nią dzieje, ani gdzie być może. Ładna była i zawczasu rozbudzona, więc życie jej, a przynajmniej młodość nie będzie do dźwigania ciężką... Nie wiem, — tak! nie wiem nic!... Kochałem namiętnie z początku to dziecko, ale teraz, ja już nic, nikogo kochać, a nawet fantazyi mieć nie mogę, zupełnie się wyczerpałem. Żem się nie rozpił, to rzecz dziwna, bo powinienem był tem skończyć... Może to jeszcze nadejdzie, któż wie?
Pomilczał chwilę.
— A zatem na zaświadczenie mojej legitymacyi rachować mogę, — dodał, sięgając leniwie po kapelusz, Filipesco. — Im prędzej, im głośniej się to dopełni, tem lepiej.
Ruszył się z krzesła. Księżna, której dana odpowiedź nie zaspokoiła, słuchając, pobladła i zacięła usta.
— Jabym chciała coś więcej o niej się dowiedzieć, — szepnęła, — mogłabym... teraz jestem sama, prawie swobodna... wzięłabym ją.
Filipesco się uśmiechnął.
— Wątpię, żeby to dla niej wielkiem było dobrodziejstwem, — rzekł z uśmieszkiem, — a w istocie niepodobna mi się domyśleć nawet, co ta kobieta z nią i z sobą zrobiła. Czy pozostała we Francyi, czy się do Anglii przeniosła? To zależało od stosunków, jakie mogła zawiązać... W czasie, gdym się rozstawał z nią, ta opiekunka dosyć się losem dziecka interesowała, ale na stałość tego uczucia u niej wcale rachować nie można. Był to taki temperament namiętny, dziwaczny...
Książę wstał żywo, sięgnął ręką do kieszonki, w której zwykł się znajdować zegarek, znalazł ją próżną i śmiać się zaczął sam do siebie.
— Zapomniałem, że zegarek musiałem zastawić, — mruknął. — Chciałem go wykupić zaraz, wygrawszy...
Księżna przysłuchiwała się z jakąś obawą razem i chętką odezwania się, — naostatek poczęła:
— Nie jestem wcale tak zamożną, jakby się zdawać mogło, ale, jeżeli czem małem służyć...
Filipesco spojrzał jej w oczy.
— Dawne nasze rachunki dziś trudno wznawiać, — rzekł. — Kto komu co winien, ja nie potrafię rozwiązać, bo pieniądze pieniędzmi, ale obok nich potrzebaby inne położyć kompensaty. Tak, tak! dziś obrachować niepodobna, czy ja jestem jej dłużnym, czy mnieby się co należało. Puśćmy to w niepamięć. Księżna jesteś tak grzeczną, że, oprócz poświadczenia o mojej osobistości, chcesz mi przyjść z pomocą. Nie odrzucam, ale cóż potem? Ja siebie znam. Wezmę, zjadłszy dobre śniadanie, pierwszy pociąg do Monaco i... będę szczęścia próbował. Miałem raz szesnaście tysięcy franków wygranych i byłem tak głupi, żem je na seryi już wyczerpanej zostawił. Dyabli... to jest krupier zagarnął.
Gdy to mówił, księżna z pośpiechem szukała po kieszeniach, zajrzała do szufladki, poszła do drugiego pokoju do biurka i przyniosła rulonik, w którym wprawne oko mogło pięćset franków się domyśleć. Podsunęła go księciu, który od niechcenia, obojętnie, ledwie głową skłoniwszy na podziękowanie, wsunął rulonik do kieszeni.
— Proszę być spokojną, — dodał, — że dokuczać nie będę. To nie jest w moim obyczaju i naturze. Nawet mścić się nie robi mi żadnej przyjemności, tego się zawsze los za nas podejmuje, prędzej czy później.
Ukłonił się zlekka i coraz żywszym krokiem pośpieszył do drzwi, w których kapelusz na głowę włożywszy, wyszedł, służbę stojącą pomijając z pańską miną.
Księżna stała długo, jak przykuta do miejsca, — potem padła na kanapę i zadumała się głęboko. Wśród tych myśli, które ją opanowały, twarz zapomniana jakby zmieniła się strasznie, zestarzała, pomarszczyła. Ktoby się jej przypatrywał w tej chwili, nauczyłby się z tego, że wola silna i pamięć o sobie nawet rysy oblicza mogą przerobić i zmienić.
Był to ten sam dzień, w którym właśnie O’Wall wyrobił sobie posłuchanie u Nery i miał ją na zmianę powołania, na zwrócenie się do teatru namawiać. Był prawie pewnym zwycięztwa, bo wierzył we wszechmoc swoją, w potęgę, — w wymowę.
W saloniku Nery nie było nikogo. Na stole znowu stała patera, biletów pełna.
Po chwili zaszeleściało i wolnym krokiem śliczna, blada, z wyrazem męczennicy na twarzyczce, wsunęła się nieco trwożliwie Nera. Z chodu jej, twarzy, ruchów poznać było można osłabienie i cierpienie, usiłowała jednak wesołym uśmieszkiem powitać O’Wall’a i sama poczęła, witając go, od podziękowania.
— Nie wiem, jak mam panu wyrazić wdzięczność moją, — rzekła, podając mu rączkę małą i drżącą, — okazałeś mi tyle współczucia, tyle serca...
O’Wall nie dał jej mówić długo.
— O pani! — rzekł, kapelusz przyciskając do piersi, — nie mam najmniejszej zasługi, nie jest to nawet poruszenie serca, nie jest to samo dla niej współczucie, które było mego żywego zajęcia pobudką. — Jestem przedewszystkiem, — niestety, — czcicielem piękna i kunsztu. Sprawa sztuki jest dla mnie najpierwszą i w tej sprawie przychodzę do pani.
Usiedli, feljetonista nie przestawał mówić:
— Ta okropna katastrofa, z której pani tak szczęśliwie wyszłaś, powinna była jej oczy otworzyć. Czy warto codzień życie stawiać na kartę dla popisu z wdziękiem, odwagą i siłą, gdy natura wyposażyła ją na tłómacza myśli poetów, na wcielenie arcydzieł. Shakespeare, Wiktor Hugo domagają się od niej praw swoich. Pani masz talent wielki, możesz być na gwiaździstem niebie poezyi dramatycznej nową i świetną gwiazdą. Rachel, mogę to najlepiej poświadczyć, miała tylko cudowny instynkt; pani, — co łatwo poznać, — masz już więcej dziś, bo pojęcie i przeczucie warunków sztuki, masz uroczą powierzchowność, masz głos, masz geniusz i — miałabyś się zakopać w nędznym cyrku?
Nera słuchała ze spuszczonemi oczami pochwał felietonisty, który zawczasu tryumfował.
— Pozwól mi pani być tak szczęśliwym i wprowadzić ją w ten świat dla niej stworzony, dla którego jesteś stworzoną.
— A! panie, — odezwała się Nera, — ja na to pole walki wyjść nie mam odwagi! Nie zaprzeczysz, że to wszystko zdobywać potrzeba, a żeby zdobyć, nieodbite jest męztwo, ochota do boju i przekonanie, że on wypadnie zwycięsko. Mnie na ostatniem zbywa właśnie. — Oprócz tego, — dodała cicho, — mam zobowiązania względem Belotti’ego, które mnie czynią jego niewolnicą. Z nim ja jestem spokojną, tu zwycięztwo będzie łatwem, a obawa skręcenia karku dla mnie nie jest straszną, bo do życia nie przywiązuję wagi. Nic mi ono nie obiecuje.
— Wchodząc nawet w te sofistyczne wywody, — przerwał O’Wall, — muszę zwrócić uwagę pani, że kark skręcić odrazu nie jest łatwo, ale okaleczeć i cierpieć — to los powszedni.
Nera pobladła.
— Widzisz pan, — szepnęła, uśmiechając się, — że ja mam jednak trochę szczęścia, bom powinna była w tym wypadku już — paść ofiarą. Ocalona, nabywam odwagi.
— Ale ta odwaga wobec cielesnego niebezpieczeństwa, — rzekł O’Wall, — jest razem lenistwem i nieśmiałością, gdy do wyższych sfer nie prowadzi.
— Po co? — zapytała Nera. — Pan wiesz, jak skończyła Rachel...
— Wiem, — przerwał O’Wall, — ale jestem przekonany, że kilka chwil jej życia, nie tych, w których zdobywała oklaski, ale w których czuła się kapłanką piękna, nagrodziły jej za męczeństwo.
O’Wall’owi szło, oprócz innych celów, o to, aby się popisał z wymową, aby podbił nie serce Nery, bo to mu było obojętnem, ale inteligencyę.
— Pani, — kończył długie swe argumentowanie, — nie potrzebujesz w tej chwili zdobywać się na żaden wysiłek woli nawet; owszem, zrzecz się jej tylko, zostaw swym wielbicielom i przyjaciołom staranie o wszystko, uwierz im, zaufaj...
— O! gdybyś pan wiedział, — wtrąciła Nera, podnosząc oczy, — jak ciężko jest stać się ludziom ciężarem i przyznać do bezsilności, do niemocy, zdając los własny na łaskę cudzą!
— My to widzimy inaczej, — począł O’Wall, — bo pani nazywasz i sądzisz ofiarą ze strony przyjaciół, co oni nazwą sobie szczęściem, chlubą, zaszczytem...
Zeszło tak na grzeczności i komplementa. Nera uśmiechała się.
Godzinę prawie trwała ta rozmowa, która się właściwie na niczem skończyła, ale O’Wall wstał żegnać się z tem przekonaniem, że zostawia po sobie wrażenie, które się nie zatrze i poprowadzi Nerę do wyrzeczenia się cyrku.
Wkrótce dogonił go dyrektor i pochwycił w kątku, ocienionym różami, gdzie zupełnie znaleźli się sami.
— Panie, królu, władco, złote pióro! zlituj się, zatrzymaj! — począł. — Com ja panu przewinił, że mnie chcesz zgubić?
Objął go wpół rękami, kłaniając się nizko.
— Cóż łatwiejszego tobie, potęgo, zgnieść takiego, jak ja, robaka?
— Mój kochany Belo... słowo daję, ani wiem, czego chcesz odemnie? mówże jasno! Ja — gubić ciebie!...
— Pamiętasz pewnie ze szkół: — rozśmiał się Belotti, — aquila non capit muscas; jesteś orłem, o tem wiedzą wszyscy, co czytają, to jest cała Europa, Ameryka i t. d.; cóż ta mucha, Belotti, ci winna?
— Ale cóż ja tej musze zawiniłem? — rozśmiał się połechtany felietonista.
— Odbierasz mi chleb, sławę, przyszłość, — zawołał gorąco Belotti, — należysz do spisku, który mnie ma gwiazdy mojej, jedynej nadziei, pozbawić.
Z powagą wielką O’Wall wziął dyrektora za guzik od surduta.
— Słuchaj, — rzekł, — mylisz się w dyagnozie. Ta kobieta nie jest ani dla ciebie, ani dla cyrku stworzoną. Padnie ofiarą, a ty na tem nic nie zyskasz.
— Mnie się zdaje, że wy się mylicie, — przerwał Belotti, — chociaż stokroć przechodzicie mnie i znajomością ludzi, i przenikliwością, ale ja ją znam bliżej i lepiej. — Ona ma powołanie do sztuki wogóle, ale gdy do tej pory nie obrała żadnej i nie poświęciła się jej wyłącznie, właśnie w cyrku tylko może zostać bóstwem, uszlachetniając pantominę naszą, dając jej artystyczny wdzięk. Gdzieindziej nie zajdzie daleko, dozna zawodu i zniechęci się.
O’Wall ruszył ramionami.
— Kochany Belo, — rzekł, chcąc uniknąć dalszych rozprawiań, — ja jestem uproszony przez te panie, które się Nerą interesują; nie ze mną masz do czynienia, ale z całym zastępem niewiast, zbrojnych we wszystkie środki działania, począwszy od pieniędzy. Ja umywam ręce...
Spojrzał na zegarek.
— Daruj, ogromnie się śpieszę, przepraszam.
Belotti schylił się pocałować go w ramię i coś mu szepnął na ucho, a O’Wall palcem pogroził, ale się nie pogniewał.
— Nie obawiajże się, — dodał, jeszcześmy jej nie opanowali. Ja umywam ręce...




Księżna Nikopulo dawała — herbatę. Zapowiedzianem było, że sławna śpiewaczka z Opery paryskiej, przybyła do teatru w Nizzy, u księżnej miała coś zaśpiewać. Wiedziano oprócz tego, że księżna żywo zajmowała się losem Nery, a że zdrowie jej znacznie się polepszyło, domyślano się, iż ona tu także pokazać się może. Wszystko to pociągało, ale i dom był oryginalny w swoim rodzaju, którego główną atrakcyjną siłę stanowiło to, że w nim aż nadto swobody mieli goście, a do zbytku powolności dla nich gospodyni. Panował tu i rządził się, kto chciał, i tak do tego trybu wszyscy byli przywykli, księżna tak się nigdy nikomu nie sprzeciwiała, uśmiechem bezmyślnym przyjmując najdziwaczniejsze wymagania, iż każdy sobie u niej pozwalał więcej, niż gdziekolwiekbądź. Dostatek wszystkiego był wielki, stół najwytworniejszy, wina doskonałe, — co ze swobodą, nieograniczoną niczem, dawało dla wielu urok, salonowi księżnej — jedyny.
Prawda, że dla wymyślniejszych pań ta swoboda, której często nadużywano, stanowiła zarazem odstręczającą obawę, aby miary nie przebrano. Księżna nie była może tak bardzo łagodną i dobrą, bo nieraz na jej twarzy malowało się oburzenie i początek gniewu; ale była słabą i bojaźliwą, a może miała powody niedrażnienia nikogo i lękania się nieprzyjaciół, którzyby potem do zbytku przeszłość jej badali.
A właśnie o niej bardzo rozmaite chodziły opowiadania, — ale księżna rozbrajała teraz najzłośliwsze języki, starając się służyć, przypodobać, pomagać, byle ją zostawiono w spokoju.
Wieczory te, herbaty czy rauty, które zawsze kończyły się bardzo późno wytworną kolacyą przy bufetach, miały zupełnie oryginalną cechę, niby jakiegoś publicznego miejsca, do którego wchodził kto chciał, każdy robił co mu się zamarzyło, rządzili się wszyscy, a gospodyni niknęła...
Słudzy tak do tego porządku, a raczej bezrządu, byli nawykli, że znajomych i nieznajomych sobie osób rozkazów słuchali; a kto pierwszy owładnął na takiem zebraniu kierownictwem jego, — ten poczynał sobie wcale się nie oglądając na księżnę, która z uśmiechem przyjmowała wszystko.
Szło jej głównie o to, aby ściągnąć do siebie osób jaknajwięcej i salon napełnić, a uczynić go przyjemnym.
Wprawdzie wiele pań obawiało się tu pokazać dla tonu nieco zanadto swobodnego, jaki panował zwykle, ale więcej daleko przez ciekawość się wciskały... Miejsce gospodarza niby — zastępował człowiek, który w domu tym grał jakąś rolę nieokreśloną. Był to Niemiec z południowych prowincyi, mężczyzna jeszcze młody i bardzo przystojny, nieco sztywny, małomówny, którego jedni nazywali panem profesorem, drudzy wprost panem Baum’em. Miał to być artysta-malarz, ale z dziełami swemi nie popisywał się, nie widziano go nigdy ani z pędzlem, ani z ołówkiem w ręku, mówić tylko umiał o sztuce z powagą, i dosyć z nią był obeznanym.
Profesor Baum mieszkał w jakimś małym hotelu, ale po całych dniach był na usługach księżnej... Złośliwi domyślali stosunków bardzo bliskich... lecz były to tylko zwykłe towarzyskie plotki. Baum z wielkiem poszanowaniem obchodził się z księżną, i nigdy poufałości z nią nie okazał.
Księżna zwała go przyjacielem, ale czasem obchodziła się z nim jak ze sługą, czego on nie brał za złe.
Co profesor robił w Nizzy, gdyż zdrowie jego łagodnego klimatu wcale się nie zdawało wymagać, odgadnąć było trudno. On sam czasem o studyach krajobrazów napomykał i zwał się pejzażystą.
W innych towarzystwach milczącego profesora mało widywano, i on się do nich nie cisnął. Przychodził rano na służbę swą do księżnej, sprawiał jej posyłki i interesa, powracał tu na śniadanie i na obiad, a gdy wieczór lub obiad dawała księżna, marszałkował tu i miał oko na służbę.
Ci, co go u księżnej spotykali i tu o niego ocierać byli zmuszeni, kłaniali mu się potem na ulicy, niektóre panie zapraszały go na wieczory, ale nikt jakoś nie zasmakował w tej istocie, niczem ku sobie nie nęcącej. Gdzie i jak księżna sobie wyszukała tego majordoma, niewiadomem było. W mieście znano go, jako sprawdzającego jej rachunki, wypłacającego należności, i kupcy szeptali, że musieli mu się wywdzięczać za klientelę, którą on mógł odebrać lub przynieść z sobą.
Niemiec nie zawadzał nikomu... nikt też nie wglądał bliżej w jego stosunki... Wieczorami, gdy pani przyjmowała, Baum znajdował się tu najpierwszy i ostatni się oddalał. Niekiedy miał sobie powierzaną szczególną opiekę nad gośćmi, których księżna serdeczniej chciała przyjmować u siebie...
Mówiliśmy już, że wstęp do salonu tego był nadzwyczaj łatwym, dość się było przedstawić księżnej, aby raz na zawsze zostać zaproszonym. Tych, o których jej chodziło, aby się ukazali na przyjęciach, gospodyni szukała sama, i natychmiast uwiadamiała, jakie dni miała przeznaczone...
Na co się księżnej przydać mogło to kosztowne, czasem przy natłoku cudzoziemców otwieranie domu, to także mogło być zagadką. Najprostszem jej rozwiązaniem było, że się nudziła... a nawykłszy za młodszych czasów do świata, ludzi i ruchu, chciała je jaknajdłużej około siebie utrzymać.
Ponieważ teraz znacznie przekwitłe wdzięki pociągać już nie mogły, a umysłowemi dary nie odznaczała się owa zwiędła piękność, musiała do domu choć obfitą gościnnością przyciągać...
Karmiła najwyszukańszemi łakociami, poiła najdroższemi winami, czasem ściągała płacąc drogo, najsłynniejszych artystów, — i salon jej też bywał zawsze pełnym. Ale nikt jej za to nie okazywał wdzięczności, każdemu zdawało się, iż łaskę robi gospodyni, racząc przyjmować jej uprzejmą ofiarę.
Hrabia Lesław, którego liczono tu do najdystyngowańszych, chociaż się nie nastręczał wcale księżnej i nie miał ochoty bywać u niej, przeczuwając, jak bardzo zmieszane znaleźć tu mógł towarzystwo, — nie uszedł losu innych dostojnych gości nicejskich. Księżna manewrowała tak, iż się musiał jej przedstawić, a potem tak natarczywie zapraszała go, iż w końcu parę razy pokazać się u niej musiał.
Znalazł tu parę osób z tego kółka, w którem się obracał, i później, choć nie często, ukazywał się na chwilę.
Na ten wieczór ściągnęła go pogłoska, iż zapewne Nera się tu pokaże...
Nie przyznawał się do tego sam przed sobą Lesław, ale od niedawna ten fenomen i jego pociągał ku sobie jakąś siłą niezwyciężoną.
Niezbyt wcześnie, gdy już główny salon i boczne pokoje gośćmi były przepełnione, wsunął się hrabia, powitał księżnę, parę słów zamienił z Baum’em, i, znalazłszy tu Amerykanina swego, rozpoczął z nim rozmowę.
Księżna miała oblicze rozjaśnione, oddawna bowiem salon jej nie bywał tak najpożądańszymi gośćmi nabity, jak dzisiaj. Niewątpliwie, należało to przypisać nie przyobiecanej śpiewaczce, ale nadziei ukazania się tej heroiny, którą była Nera... ale księżna z zawiedzionych nadziei korzystała.
Zapytającym ją o Nerę, odpowiadała, że nie jest wprawdzie pewną jej przybycia, ale się spodziewa.
Tymczasem cały świat ów Nizzy, którym sezon cię chlubił, najświetniejsze gwiazdy jego, panie i panowie, znajdowali się tu w wielkim komplecie. Nie brakło ani senatora Achillesa, ani lorda Clinty, ani Serwana paszy, ani głośnego felietonisty, ani polskiego hrabiego, ani całej gromady bajecznie bogatych Amerykanów, ani najoryginalniejszego ze wszystkich Holendra w długim surducie, który zdawał się tylko dla poznania europejskich obyczajów przybyłym tu z najzapadlejszych prowincyi nieznanego prawie kraju, zdobytego na morzu, grożącem mu nieustannie.
Goście księżnej już wszyscy napili się herbaty i zabezpieczyli na parę godzin oczekiwania wieczerzy, sławna śpiewaczka wygłosiła już była, oklaskami okrytą, wielką aryę z niesłychanie trudnemi fioryturami, profesor Baum, obszedłszy gości, przekonał się iż nikomu na niczem nie zbywało, niektórzy zapamiętalsi miłośnicy dymu wysuwali się z cygarami na balkony, przeznaczone dla siebie, — gdy we drzwiach ukazała się jeszcze tu dotąd niewidywana postać. Był to książę Filipesco.
Zobaczywszy go zdala, gospodyni pobladła.
Książę wchodził z tą dumną, pańską miną, która stanowiła tak rażący kontrast z jego ubiorem zaniedbanym, — z uśmiechem szyderskim na ustach, ale z odwagą ogromną w ten tłum, wśród którego, oprócz księżnej, nikogo znajomego nie miał. Na wieczór musiał naturalnie ubrać się stosownie; ale cały strój jego, od fraka począwszy do butów i kapelusza, okazywał przeleżenie w kuferku długie, zaniedbanie mody i zbyt przedłużoną służbę. Wszystko, co miał na sobie, stare, pogniecione, starte, było wszakże szczątkiem elegancyi, kosztownej niegdyś i najwytworniejszej, — tylko dziś krój wydawał się śmiesznym. Bielizna najcieńsza batystowa, frak jedwabiem podszyty, obuwie lakierowane popękane, kapelusz składany starej formy — dziwacznie wyglądały. Książę wydawał się upiorem. Uśmiechano się, widząc go, z największą pewnością siebie i śmiałością wkraczającego do salonu i wprost mierzącego do gospodyni, która stała osłupiona z trwogi.
Nie spełniła ona dotąd przyrzeczenia danego i oświadczenia publicznego, iż znała księcia Filipesco, to więc mogło być powodem, iż sam on miał jej nastręczyć sposobność dotrzymania słowa.
Widywany na ulicy, ten książę budził powszechną ciekawość; w salonie jeszcze żywiej ona pobudzoną została, ale gospodyni — truchlała. Szedł, jakby naumyślnie ją chciał wziąć na tortury, krokiem Wolnym, pilnie się rozglądając dokoła dumnym i szyderskim wzrokiem.
Przystąpiwszy nareszcie do pani domu, skłonił się grzecznie. Całe koło ciekawych otaczało ją, rade posłyszeć coś. Filipesco odezwał się tonem poufałym:
— Po wielu latach, bardzo miło mi księżnę powitać tu, tak świeżą, młodą i niezmienioną, jakgdybym wczoraj dopiero się z nią rozstał. Co do mnie, ja się może będę potrzebował przypomnieć.
— O! bynajmniej, — podchwyciła księżna, cała drżąca, — wszak mam przyjemność powitać w nim dawną znajomość, — księcia Filipesco?...
— Tak jest, — odparł śmiało przybywający. — Z nudów i ja przybyłem do Nizzy, która tak się zmieniła, wypiękniała i urosła, jak ja zestarzałem i zszedłem na ruinę.
Księżna, nie wiedząc, jak przedłużyć rozmowę, dodała:
— Nieprawdaż, mości książę, iż w tym roku Nizza jest bardzo świetną?
— Zdumiewającą, olśniewającą, cudowną! — szydersko dodał Filipesco.
W tej chwili profesor Baum się zbliżył, a zarumieniona mocno gospodyni zaprezentowała go z profesorskim tytułem, jako przyjaciela domu.
Filipesco podał mu jeden palec ręki i szyderskim przyjął uśmiechem, a że w tej chwili do księżnej się zbliżył ktoś, rozpoczynając rozmowę, Baum starał się opanować księcia, który, nie mając tu innych znajomych, przyjął jego towarzystwo.
Profesor manewrował tak umiejętnie, iż zwrócił kroki ku bufetowi, dał znak, aby przyniesiono herbatę, posadził gościa i zajął się nakarmieniem go, co wdzięcznie przyjętem zostało.
Filipesco tymczasem okiem wprawnego badacza poddawał troskliwej analizie tego przyjaciela domu i nie potrzeba mu było długiego czasu, ani egzaminu urozmaiconego, aby wiedział, do jakiej kategoryi ludzi wogóle miał go zaliczyć i jak się z nim obchodzić.
Natychmiast przybrał z nim ton poufały, ale grzeczny, który profesorowi, sądząc z jego obejścia się, doskonale przypadł do usposobienia. Siadł na chwilę przy nim, aby go bawić.
Filipesco, choć otoczony obcymi sobie, zdawał się jak w domu, rozpatrywał się swobodnie, dopytywał o niektórych, o innych, jako już świadomy, żądał tylko objaśnień. W sprawie zaś podwieczorku bez najmniejszej ceremonii zażądał od Bauma, co mu do smaku przypadało.
— Nie wątpię, że się to u księżnej znajdzie, — mówił do zastępującego ją gospodarza, — znam waszą księżnę od bardzo dawna i jej sposób prowadzenia domu, wiem, co u niej dobrem być musi. Każ mi dać kieliszek Soternu, który ona pije przy obiedzie.
Profesor, zdziwiony nieco, służył natychmiast do wyboru Soternem i Chateau d’Yquem, a Filipesco uśmiechnął się do kieliszka.
Gość ten wszakże, choć nakarmiony i napojony, był dla profesora, równie jak dla gospodyni, ciężarem wielkim, bo nie miał tu znajomych wcale, a prezentować go było nadzwyczaj draźliwem. Wszyscy oczy mieli na niego zwrócone, ale nikt się nie zbliżał.
Jeden tylko baron Hausgarde zdaleka mocno mu się przypatrywał zadumany, jakgdyby człowiek i fizyonomia nie były mu obce. Nawzajem i Filipesco spozierał na niego, brwi ściągał i w końcu szepnął profesorowi do ucha.
— Ten na boku, z gwiazdami na łańcuszku, proszę cię, nie jest to dyplomata austryacki... Haus... Haus... Zapomniałem.
— Baron Hausgarde, — podchwycił Baum. — Tak jest. Książę go zna?
— Znaliśmy się! — rozśmiał się Filipesco, — spotykali nieraz po świecie, — ale dziś... Nie wiem sam, czy mi wypada mu się przypomnieć, bo...
Baron wciąż zdala się przyglądał księciu. A że do powołania jego teraźniejszego należało wszystko wiedzieć i zagadek po drodze nie zostawiać nierozwiązanych, — że on zbliżeniem się swem do najpodejrzańszej figury skompromitowanym być nie mógł, w końcu wolnym krokiem przybliżać się zaczął.
Niezmiernie przenikliwy książę Filipesco zrozumiał, że baronowi pierwszego kroku potrzeba było oszczędzić i — samemu się przypomnieć. Porzuciwszy więc Baum’a, wstał zwolna z krzesła i z powagą zbliżył się do barona.
— Jeśli się nie mylę, — odezwał się, kłaniając, — ostatnim razem miałem przyjemność spotkać pana barona nad Bosforem! Jestem książę Filipesco.
— Właśnie, właśnie, — fizyonomia księcia mnie uderzyła, — rzekł baron, — ale nazwisko...
— Prawdziwie nie wiem już dziś, czy byłem tam pod własnem imieniem, czy jakiem przybranem, — rzekł książę spokojnie. — Mamy w mojej rodzinie kilka nazwisk do wyboru, do których noszenia równie uprawniony jestem. Może naówczas wołano mnie książę Maureno?
Baron głową potwierdził.
— Filipesco, Maureno i Goliris — są to moje tytuły, — odezwał się obojętnie książę.
Baron przypatrywał się stojącej naprzeciw siebie ruinie.
— Spędzasz tu zimę, książę? — zapytał.
— Nie wiem jeszcze, — odparł obojętnie książę. — Zestarzałem, nudzę się wszędzie, wątpię, ażeby czarowna Nizza potrafiła mnie zatrzymać i znęcić. Jedno tylko przenoszenie się z miejsca na miejsce ma jeszcze pewien urok dla mnie. W starości szuka się ciągle czegoś nowego napróżno. Tu przynajmniej każdego dnia można coś nowego znaleźć, jeżdżąc do Monaco i próbując szczęścia w banku.
— Szczęścia, które się zawsze kończy nieszczęśliwie, — odparł baron.
— Pan nie grywasz, panie baronie? — zapytał Filipesco.
— Nie wiem, jak to nazwać, — z uśmiechem rzekł Hausgarde. — Nie jestem namiętnym graczem, a pokusie walczenia z fortuną oprzeć się nie umiem i płacę panu Blanc’owi mały podatek.
— Mały! to jeszcze nic, — rzekł Filipesco, — ja się powstrzymać nie umiem, nawet gdy wygrywam.
Baron spojrzał, a we wzroku tym było jakby pytanie szyderskie: kiedy też on mógł wygrywać? Zrozumiał to książę i skrzywił się tylko. — Rozmowa szła ciężko, nie kleiła się, a baron nie rzucał jej jednakże, chcąc się coś więcej o księciu dowiedzieć, ten zaś po odejściu Baum’a, nie mając nikogo znajomego, gotów był trzymać się barona i począł, oglądając się dokoła:
— Dawniej spotykałem więcej znajomych twarzy, dziś to całkiem świat nowy, nawet starzy nie są mi znajomi, przynajmniej ja ich sobie przypomnieć nie mogę.
— W istocie świat to młody, — odparł baron, — a książę w tych stronach musiałeś już dawno nie gościć?
— Tak jest, — lat upłynęło dosyć od ostatniego mego przesunięcia się tem wybrzeżem, — westchnął Filipesco. — Jedną księżnę Nikopulo znalazłem i was, panie baronie, ale księżna zmieniła nazwisko.
— A ja — wtrącił austryacki dyplomata, — jestem dziś dymisyonowanym i bez zajęcia, inwalidem.
— Zawcześnie, gdyż bez pochlebstwa, — rzekł Filipesco, — wyglądasz pan baron lepiej, niż młodych wielu.
Był to jeden z najprzyjemniejszych dla barona komplementów, którym go ujął książę. Twarz mu się uśmiechnęła.
— Gospodyni, — dodał, spoglądając ku niej książę, — dziwna rzecz, zestarzała, zmieniła się pozornie, a pozostała tą samą, jaką była. Byle usta otworzyła, poznać ją można z jednego słowa...
Nie kończąc, książę zwrócił się i o kilku przytomnych zapytał barona Hausgarde, który z rodzajem politowania, jakie w nim obudzał Filipesco, nie uciekał od niego i chętnie udzielił informacyi.
Przyjęcie szło swym zwykłym trybem, wchodzono i wychodzono. Ci, których tu sprowadziła nadzieja spotkania Nery, widząc, że nie przybywa, opuszczali duszne salony, bo wieczór był prześliczny.
Chciała też z niego korzystać i Nera, chociaż jej zakazywano jeszcze przechadzek, a siostra Natalia nie odstępowała. Potrafiła w nią tak wmówić potrzebę trochy ruchu, powietrza, a niepodobieństwo wyjścia we dnie, że litościwa zakonnica zgodziła się na małą wycieczkę tem chętniej, że wieczór u księżnej, gromadząc tam towarzystwo, obiecywał, że w ulicach nie spotkają niewygodnych natrętów.
Nera czuła się jeszcze osłabioną, musiała chodzić powoli, — ale po długiem zamknięciu wyzwolenia się, przechadzka, odetchnięcie powietrzem, przejętem wonią róż i głogów, — ożywiało ją i radowało. Ściskała siostrę Natalię i dziękowała jej serdecznie, zapewniając, że długo nie będzie nadużywała jej powolności.
Właśnie w tej chwili, gdy pocichu, niepostrzeżone, wymknęły się dwie kobiety w ulicę boczną, gdzie ogródki rozkwitłe ze swą wegetacyą bujną zdawały się płoty, mury i zagrody rozsadzać, — hrabia Lesław, znudzony chodzeniem po salonie księżnej, wyszedł także sam, pieszo do swej wilii wracając.
Miał zamiar Amerykanina, a może jeszcze parę osób zaprosić do siebie na cygara i późną herbatę, ale wszyscy byli czemś zajęci, a hrabiemu dłużej się tu nudzić nie chciało.
Trafem na drodze do willi Leliwa, zdala już idąc, spostrzegł dwie powoli kroczące kobiety. Chód ich, ubiór, wszystko dawało w nich poznać osoby do lepszej części społeczeństwa należące. Lesław miał wyborny instynkt, gdy szło o poznawanie i przeczuwanie, kto do jakiej warstwy społeczeństwa należał. Nie mylił się nigdy, nawet gdy z bardzo małej ilości oznak sądzić musiał.
Te dwie, zwolna przechadzające, się kobiety, nie strojne wcale, z których jedna opartą była na ręku towarzyszki, jakby osłabiona, niezmiernie go zaciekawiły. Wieczór u księżnej, który zgromadził dosyć osób, sąsiedztwo mieszkania Nery, coś w ruchach i postawie, naostatek przeczucie kazało mu się jej domyślać.
Hrabia nie miał nigdy tyle ciekawości, ani w obyczaju natarczywości, aby za kimś gonić i narzucać się.
Tu jednak wyjątkowo go coś ciągnęło. Zbliżywszy się nieco, z podziwieniem poznał naprzód u jednej z kobiet znany sobie ubiór sióstr miłosierdzia. Z tych właśnie taż sama siostra Natalia, gdy przed dwoma laty matka jego zachorowała, kilka nocy czuwała przy niej. Była mu dobrze znajomą i sympatyczną.
Powoli podchodząc, — noc była jasna, księżycowa, — gdy siostra Natalia parę razy się obejrzała, zdało mu się, że ją poznał. Serce uderzyło mocno.
Szły bardzo zwolna. Hrabia już był pewien, że miał przed sobą Nerę z jej towarzyszką. Gwałtowna chętka zbliżenia się, pozdrowienia znanej siostry Natalii, a może zawiązania rozmowy z Nerą, opanowała go nagle. Było to tak jemu niewłaściwem, tak w oczach jego własnych poczwarnem, że się aż wzdrygnął i uląkł.
Rozum mówił, że właśnie, gdy się chwytał na takich symptomach, zwiastujących rodzenie się namiętności, powinien się był jej oprzeć. Ale rozum w takich razach służy tylko najczęściej na to człowiekowi, aby mu dowiódł słabości jego.
Prawie bez rozmysłu hrabia podążył za idącemi i, zrównawszy się z niemi, zatrzymał, pozdrawiając siostrę Natalię.
— Nie wiem, czy mnie sobie zechcecie przypomnieć, — odezwał się, kłaniając ździwionej nieco tą zaczepką, — jestem starym znajomym i wam obowiązanym, siostro Natalio...
— A! hrabia Lesław, — odparła uspokojona tem, że go poznała, zakonnica.
— Cóż panie w tej cichej naszej uliczce robicie? — zapytał hrabia.
— Maleńką przechadzkę, z której już powracać nam pora, — prędko odpowiedziała siostra.
— Ja powracam do domu, — rzekł Lesław, wskazując swoją willę niedaleko. — Byłem u księżnej.
Nera śmiało spoglądała ku niemu, nie wahał się więc dodać:
— Oczekiwano tam rekonwalescentki. Ale nas zawiodły nadzieje, — tylko ja tak jestem szczęśliwym, że się mogłem przekonać o polepszeniu jej zdrowia, bo ta przechadzka jest dowodem...
— Dowodem, — przerwała nieulękniona wcale rozpoczętą rozmową Nera, — że mnie bardzo znudziło zamknięcie w domu, a we dnie trudno wyjechać, aby się nie narazić na natrętną ciekawość.
— Jeśli to ciekawością prostą nazwać się godzi, — dodał hrabia, — bo w tem więcej jest szlachetniejszej sympatyi, jaką pani obudziłaś we wszystkich.
Nera podziękowała mu wejrzeniem. Rozmowa wcale jej nie zdawała się nużyć. Siostra Natalia szeptała cicho, iż możeby zawrócić czas było, czego ona nie zdawała się rozumieć. Powolnym krokiem zbliżali się ku willi Leliwie.
Przed bramą jej stały dwie ławy kamienne.
Gdyby nie to, że hrabiego Lesława znała siostra Natalia jako bardzo skromnego młodzieńca, — byłaby nalegała na odwrót, bo się niepokoiła wielce tem spotkaniem po nocy; naostatek sama Nera uczuła, że należało zwrócić się ku domowi.
Lesław, który powinien był je pożegnać, tak się zapomniał, iż oświadczył, że, jako straż, choćby zdala, czuje się w obowiązku towarzyszyć im ku hotelowi.
Nera nie zaprotestowała. Siostra Natalia, która ją znała jako bardzo dziką, — nie mogła się wydziwić temu. Osobliwem w istocie było równie natręctwo Lesława i powolność pięknej chorej, w której głosie i ruchach siostra Natalia czuła ożywienie i jakby oznaki tłumionej radości.
Na wzmiankę o sympatyi, Nera, chwilkę pomilczawszy, odpowiedziała, zwracając się do Lesława:
— Za sympatyę czy litość dla mnie powinnam i hrabiemu podziękować, bom znalazła dowód jej w biletach.
Lesław się skłonił i dodał:
— Wszyscyśmy, bez wyjątku, tak byli niespokojni, tak przestraszeni, pani potrafiłaś sobie pozyskać tak serca wszystkich...
— A! serca, — przerwała, śmiejąc się, Nera. — Nie sądzę, ażeby one się aż poruszyć miały, — na zdobycie serc czegoś więcej potrzeba, niż zręcznego władania koniem.
— Tak, pani, — zawołał Lesław, — ale walka ta z koniem jest razem walką z losem o niezależność, — o byt; a gdy do niej schodzi istota, która na innej arenie mogłaby wystąpić zwycięsko, — cóż dziwnego, że obudzą zapał i poszanowanie?
— Hrabia jesteś grzecznym, jak Francuz, — odparła Nera smutnie jakoś. — Co to za szkoda, że ludzie codzień nas oduczają od wierzenia w słów znaczenie!
— Pani, — przerwał Lesław, — ja nie jestem Francuzem, chociaż mam do tego narodu sympatyę, — i muszę zaprotestować, że u nas jeszcze wyrazy mocy swej i znaczenia nie utraciły.
Siostra Natalia okazywała niepokój coraz większy, spoglądała na hrabiego, jakby mu chciała dać poznać, iż powinien już był pożegnać je i oddalić się. Tymczasem on, czując również, że przyzwoitość to nakazywała, nie miał siły odejść, a Nera zdawała się wcale nie naglić o to. Głos jej, wzrok, postawa nabrały więcej życia.
— U księżnej musiało być dziś gości wiele? — zapytała.
— Cała Nizza, — odparł Lesław, — nawet sprawozdawca Figara, który jutro zapewne, jeżeli nie dziś, wyśle humorystyczny opis wieczoru tego do gazety. Parę nowych postaci dostarczy mu treści.
— Nowych? — podchwyciła Nera.
— Dla mnie przynajmniej, — rzekł Lesław, — ale to niewiele dowodzi, bo ja w dosyć ciasnem się kółku obracam i nie jestem chciwym przelotnych stosunków.
Szli ciągle ku hotelowi. Lesław nie ustępował. Oczy jego mówiły więcej jeszcze, niż usta.
— Spodziewam się, — dodał po chwili, — że pani da się nawrócić felietoniście, który dla niej takie uwielbienie i żywe nią objawia zajęcie. Wszyscy z nim głosujemy za tem, abyś pani do cyrku nie powracała. Francuz otworzy jej łatwy przystęp do sceny. Bądź co bądź, jest to pole właściwsze i nie naraża przynajmniej na brutalne niebezpieczeństwo od dzikiego zwierzęcia.
— Czy pan hrabia sądzisz, że od zdziczałych ludzi mniejsze zagraża? — odezwała się Nera.
— Z nimi przynajmniej walka jest na innem polu i innym orężem, — dodał Lesław. — Na wieczorze u księżnej mówiono tylko o pani i o tem jednem. — Zdania wszystkich były zgodne, a gdzie głos ogółu tak przemawia silnie, sądzę, że mu się poddać potrzeba.
— Nie wiem, — odezwała się Nera zamyślona. — Mnie się zdaje, że człowiek tylko własnego instynktu albo rozumu słuchać powinien i iść za nim.
Westchnęła. Zbliżali się już prawie ku bramie; Lesław nie mógł i nie miał pretekstu iść dalej, ukłonił się, oczyma pożegnali się i — odszedł z bijącem sercem.
Zwolnił kroku. Zbliżenie się, głos, rozmowa, zamiast go ostudzić i odczarować, niestety, wywarły skutek przeciwny. Czuł się jeszcze więcej nią zajętym.
Razem z tą rodzącą się namiętnością wydobyte z głębi duszy występowały przestrogi, rady, zasady matki, których dotąd trzymał się, nawet nie potrzebując walczyć o to z sobą.
Nie poznawał sam siebie. — On-że to był, tak nagle opanowany urokiem prostej amazonki cyrkowej, nieznanej jakiejś, awanturniczej, która... która nie miała nic za sobą, oprócz wdzięku, młodości i tego dowcipu, który nabywa się, naśladuje, zapożycza.
Rumieniec mu występował na twarz. Nawykł był dotąd nic nigdy nie czynić, za coby się rumienić potrzebował, — a teraz! Wprawdzie wśród tego świata, co go otaczał, nie było ani dziwnem, ani sromotnem uledz takiej słabości, ale Lesław dotąd jego lekkości nie podzielał. Miałaż więc i dla niego nadejść chwila upadku, którą mu przepowiadano?
Niespokojny, kwaśny, smutny zadzwonił i wszedł do wonnego ogródka swego, w którym panowała cisza błoga. Tak tu było pięknie, tak spokojnie, — miałyż z namiętnością wtargnąć tu troska, fałsz, potrzeba ukrywania się i kłamstwa?
Nie wchodząc do willi, w której na niego służba oczekiwała, Lesław pozostał, przechadzając się po ogródku i rozstrząsając własne uczucia, chcąc zbadać stan swego serca i umysłu.
Miał w życiu tysiące okazyi, pokus, zręczności wejścia na drogę tę, po której drudzy kroczyli, a która jemu się wydawała błotnistą i obrzydliwą. Dotąd zawsze wstręt w nim obudzała bezmyślna rozpusta i to poniewieranie sercem dla zmysłów, obawiał się, aby teraz po długiej walce wstrzymywane namiętności nie wybuchnęły zwycięsko. Lękał się sam siebie. A tu wszystko się tak składało, jakby niedostępna dla drugich Nera chciała mu okazać, że go wyżej nad innych ceniła. Dzisiejsza przechadzka mówiła wiele, dawała do myślenia; Lesław był mocno przejęty i wzruszony.
Nie chciał przypuszczać nawet, ażeby ona mogła być jedną z tych doskonałych komedyantek, które umieją udawać naiwność, otwartość, łagodność, wszystko to, na czem właśnie im zbywa. Pragnął wierzyć, iż była naturalną i szczerą, taką, jaką mu się okazywała, a na chwilę powątpiewając, natychmiast powracał do pierwszego wrażenia.
Wieczór, noc raczej nadchodząca już była cudnej piękności. Lesław, powróciwszy, usiadł pod werendą i byłby w myślach zatopiony pozostał niewiedzieć jak długo, gdyby stary sługa, Borsukowicz, któremu matka powierzyła pieczę nad zdrowiem jego, nie przyszedł mu przypomnieć godziny spóźnionej i potrzeby odpoczynku. Lesław, przywykły słuchać go, opieszałym krokiem dał się zaprowadzić do łóżka.




W kilka dni potem Lesław obrachował, iż znajomym swoim winien był obiad, który od czasu do czasu dawał dla nich, i weszło to już wzwyczaj i nałóg. Hrabia, zmuszony przyjmować zaproszenia i gościnę u innych, sam też, aby nie pozostać w długu, gromadził potem garstkę wybranych i część dnia z nimi spędzał.
Nad listą mających się zebrać gości zawsze się dobrze namyślał, wiedząc, jak wiele zależy na doborze współbiesiadników, którzyby pewną harmonijną złożyć mogli gromadkę.
Tłumna uczta mu nie smakowała, bo wrzawy nie lubił. Starczyłoby miejsca, służby i przyborów na dwakroć większe zebranie, ale Lesław wolał się mniejszą ograniczać liczbą i być pewnym, że się wszyscy czuć będą swobodni.
Na liście jednak niektórzy się z musu i konieczności znaleźli. Nie można było ani O’Wall’a pominąć, ani wicehrabiego Rocheblanc zapomnieć, ani Tim Robert’a, Amerykanina, ani naostatek obcego nam jeszcze Piotra Pudłowicza, znajomego z kraju rodzicom hrabiego, który tu pod opiekę Lesława się cisnął.
Piotr Pudłowicz, którego tytułowano pułkownikiem, nigdy pono w wojsku nie służył i dorobił się szczęśliwie kolosalnej fortuny, której teraz używać się uczył.
Lat musiał mieć conajmniej około sześćdziesięciu, ale w siebie i w drugich chciał wmówić, że był jeszcze młodym, i starał się powierzchownie odświeżyć, co mu się z pomocą niefortunnie dobieranych kosmetyków nie powodziło. Zdrowie miał doskonałe, sił wiele jeszcze, ale ruchy młodzieńcze czyniły go czasem śmiesznym.
Dorobiwszy się milionów późno, po młodości, spędzonej w ciężkiej pracy i niedostatku, Pudłowicz chciwym był wszystkich nowych dla niego przyjemności życia, rozrywek, nasyceń.
Co tylko drugim widział upodobanem, co czyniło rozkosz innym, on też nabywał i próbował przyswajać sobie. Dochodziło to aż do śmieszności, bo skupywał galeryę obrazów, zbierał starożytności, nabywał dzieła sztuki, na których się wcale nie znał, a razem frymarczył końmi wyścigowemi i drogo opłacał Paryżanki, które go obdzierały i wyśmiewały.
W gruncie był to wcale dobry człowiek, ale zdziecinniały swem szczęściem. Gdy mu się serce poruszyło, gdy się czem rozgrzał, — sypać był gotów pieniędzmi z rozrzutnością niesłychaną, a pochlebstwami najniezgrabniejszemi dawał się brać i oszukiwać, jak dziecko.
W towarzystwie znać w nim było zapóźno wycywilizowanego człowieka. Niewiele umiał, często z ludźmi się obejść przyzwoicie nie potrafił, ale poruszenia miał poczciwe i szlachetne. Przez wielkie poszanowanie dla rodziców hrabiego, Lesława też kochał, troskliwie się nim niby opiekował, a w istocie posługiwał się raczej. Gdy potrzeba było pieniędzy, pomocy, ofiary, zwracano się do niego, jak w dym, bo nigdy nie odmówił i nie poskąpił. Dawał chętnie, a nie umiał dać mało.
Paryżanki, wyśmiewające cynicznie starego, — obdzierały go sromotnie. Pudłowicz zwał je — aniołami. Pieniędzmi torując sobie drogi wszędzie, przyjmowany chętnie, szczęśliwym był, że tu zawiązywał stosunki arystokratyczne, a Nizzę zwał rajem.
Rozumie się, że dom trzymał na wielkiej stopie, bez rachuby, kosztujący go nad miarę, i gdyby nie rady Lesława, — dwa razy tyle jeszczeby wydawał, kupując sobie tylko śmiechy i szyderstwa.
Przyjęcia w willi Leliwa, niezbyt częste, — znane były łakotnisiom i gastronomom z doskonałego obmyślenia, z wielkiej, jeśli się tak wyrazić godzi, — dystynkcyi kuchni. Hrabia umiał do tego dobrać ludzi, choć sam sybarytą nie był w prawdziwem wyrazu tego znaczeniu. W menu jego obiadów prawie zawsze coś się odznaczało niezwyczajnego, osobliwego: żywym sprowadzony sterlet, zamrożona jakaś zwierzyna, przysmak chiński lub japoński, zastosowany do europejskiego podniebienia.
Wina odpowiadały kuchni, a stary węgrzyn, na końcu podawany w małych kieliszeczkach, — zachwycał znawców.
Na kilka dni przed zapowiedzią tego obiadu książę Filipesco, który parę razy podróż odbył do Monaco, z ostatniej wrócił, — o! cudo, — odrodzony, obładowany banknotami, na które portfel nowy kupić musiał.
Szalenie stawiąc szalonem szczęściem jednego wieczora, Filipesco na seryi czerwonej wygrał przeszło dwakroć sto tysięcy franków.
Zamknięcie gry tego dnia zmusiło go zabastować i odjechać z wygraną. Nazajutrz powstrzymał się od wycieczki, ale szczęśliwa ta zmiana nie wpłynęła wiele na upamiętanie go w innych względach.
Nazajutrz zaraz z małej swej izdebki wyniósł się na pierwsze piętro i zajął salon z sypialnią. Tegoż dnia pośpieszył około południa do księżnej, — upokarzała go zaciągnięta pożyczka, której winien był szczęście swoje. Z kim innym nie zadawałby sobie kłopotu i nie troszczył o to, że został dłużnym, ale kobiecie i właśnie tej kobiecie nie chciał być nic winien.
Tym razem służba go już wpuściła bez trudności, a gospodyni wyszła zaraz, nie strojąc się, w rannym negliżu, z niedokończoną twarzą, przestraszona nieco, bo się go tak prędko nie spodziewała.
Filipesco stał w środku saloniku, z kapeluszem w jednej ręce, z drugą w kieszeni.
— Dzień dobry, — odezwał się żartobliwie i wesoło. — Dla mnie on w istocie może się dobrym nazwać. Fortuna sobie przypomniała, że bywałem jej ulubieńcem czasami, i zdobyła się na — kaprys starej zalotnicy. Wygrałem wczoraj w Monaco nawet wcale sporo, a że księżnej byłem dłużnym, — przyśpieszam się uiścić.
To mówiąc, rzucił rulon na stół.
— Nie potrzebowałeś się książę tak śpieszyć — obojętnie odparła, ale swobodniej oddychając, gospodyni.
— No, nigdy za jutro ręczyć nie można, — zawołał Filipesco — chociaż dałem sobie słowo przez czas jakiś nie wodzić Fortuny na pokuszenie spłatania mi figla... — Wieczór i wieczerza u księżnej, — dodał po chwilce — mogę jej powinszować, wcale były dobrze obmyślane i urządzone. Profesor wywiązuje się z tej części swych obowiązków — majordoma — wcale przyzwoicie, jak na profesora. Nie wygląda zbyt dystyngowanie, ale uchodzi.
Księżna się zarumieniła częścią twarzy niemalowaną, chciała coś odpowiedzieć, poruszyła ustami, ale nim się zebrała na odpowiedź, Filipesco już się kłaniał i żegnał.
— Zatem, — rzekł — tysiączne dzięki... i żegnam.
Zmiana trybu życia natychmiastowa nie pociągnęła tylko za sobą całkowitego odświeżenia nagłego toalety zdezelowanej. Byłoby to nadto uderzającem i naprowadzało na łatwy domysł, iż nie dla oryginalności chodził wprzódy tak odarto. Kupił tylko bieliznę świeżą, bo bez tej najtrudniej mu się obchodzić było, — zmienił obuwie, resztę zaś pozostawił, jak była, w filozoficznem (tak je zwał) zaniedbaniu.
Tegoż dnia książę, potrzebujący towarzystwa, pośpieszył oddać wizytę baronowi Hausgarde.
Na wygranej w Monaco najwięcej jednak zyskał humor, któremu przybyło swobody i żywości. Pozostał sarkazm i szyderstwo, bo te stanowiły podstawę książęcego poglądu na świat i ludzi, z których nie wyłączał i siebie.
Baron-dyplomata, który dowcip ocenić umiał i lubił, bawił się doskonale tym starym znajomym oryginałem; zaprosił go nazajutrz na śniadanie, a że na niem był i hrabia Lesław (złożyło się to przypadkiem), musiał ich zapoznać z sobą.
Filipesco zwykł był na nowych i nieznanych sobie ludzi działać tak, aby im dać wyobrażenie swej ekscentryczności sympatyczne. Usiłował się podobać, zadziwić, pociągnąć — i umiał to doskonale.
Lesławowi też wydał się bardzo oryginalnym, zabawnym i dla ożywienia towarzystwa pożądanym. Powierzchowność zaniedbana nie raziła, — należała do charakterystyki człowieka.
Zatem poszło, iż Filipesco oddal wizytę hrabiemu i zmusił go niejako do zaproszenia na ten obiad, chociaż ekscentryczny gość nie był mu zbyt pożądanym.
Żywioły towarzyskie tak się składały, iż obiecywały bardzo ożywioną ucztę w willi Leliwa. O’Wall z wicehrabią Rocheblanc nie mogli się zetknąć, nie polemizując z sobą, ale obaj musieli mieć się na baczności i zdobywali się na to, co najlepszego mieli. Filipesco był nielitościwie szyderski, a tam, gdzie go nie znano, zwykł był stawać pod bronią. Sarwan pasza nie dopuszczał ostygać rozmowie i rzucał słowa, jak podpałki. Pudłowicz ze swą naiwnością nababa nie był też do pogardzenia, jako podnoszący to, czego nikt innyby nie tknął. Gospodarz więc mógł być spokojnym, że się goście zabawić potrafią sami, bez wielkich wysiłków z jego strony.
Wszystko zresztą, aż do prowizyi kuchennych, udało się zebrać po myśli i zapowiadało jeden z tych diners fins, o których smakosze długo potem rozprawiają, jako o pamiętnych i wzorowych.
Filipesco, który u bankiera przed obiadem złożył był dwakroć sto tysięcy franków, a miał przy sobie ze dwadzieścia, — przyniósł usposobienie najszczęśliwsze do zabawienia siebie i ludzi.
Miejsca u stołu wskazał gospodarz, powodując się pewnemi względami na powinowactwa i wstręty: O’Wall i wicehrabia rozsadzeni byli tak, aby do siebie zdaleka tylko strzelać mogli. Książę w starych i poplamionych sukniach z początku raził Pudłowicza, — ale gdy się dowiedział, że to była fantazya, pokryta mitrą książęcą, — wydało mu się to zajmującem i zaintrygowało mocno. Lesław zmuszonym był natychmiast ich poznać z sobą.
Rozmowa zaraz w początku obrotowi szczególnemu uległa. Potrącono o jakiś wstępny artykuł „Times’a“, z którym O’Wall gotów był humorystycznie polemizować. Zaczęto mówić naprzód o charakterze i obyczajach Anglików, potem o innych narodowościach i właściwościach, jakie im ogólnie przypisywano.
Zaledwie współpracownik „Figara“ wystąpił pro domo sua, gdy wicehrabia gwałtowną rozpoczął polemikę.
— Od pół wieku mniej więcej, — wtrącił baron austryacki — tak bardzo się stosunki międzynarodowe i społeczne zmieniły, — skutkiem nowych wynalazków i ich zastosowań, — że i charaktery narodowe, każdy w swej mierze, wedle specyficznej ich spójności, — uledz musiały przetworzeniu. Miększe dały się zgnieść, twardsze — połamać.
— Wy te zmiany przypisujecie kolejom i parze — przerwał O’Wall, który nie lubił, aby mu kto głos odbierał. — Zapewne nie zostały one bez wpływu na społeczeństwo, ale, oprócz tego, ideały nie są wieczne, zużyły się, zmarnowały, zwiędły, a nim sobie nowe sprawimy, tymczasem świat, aby odpocząć, oprzeć się musi na czemś twardszem i podstawy szuka nie w ideałach, jak przedtem, ale w prostych, smutnych warunkach rzeczywistości. — Szczególniej my staliśmy się oportunistami, ale i Niemcom tego odmówić nie można, że dalecy są dziś od marzeń poetycznych. Dziś żaden naród innej sobie misyi nie nadaje, ani poczuwa do innej, oprócz aby się dobrze i bezpiecznie zagospodarował w domu. Ludzkość, owo bożyszcze XVIII-go wieku, schodzi z pola, a pojedyncze jej cząstki myślą każde o sobie.
— Tak, walka o byt, — wtrącił lakonicznie Amerykanin — to znamię wieku.
— Ona wcale nową nie jest, — wtrącił Rocheblanc — myśmy ją tylko sformułowali, mając odwagę otwarcie się do niej przyznać.
— Że wszystkie entuzyazmy wygasły, a wielkie słowa i frazesy tracą z dniem każdym znaczenie, to pewna — odezwał się Filipesco. — Porzuciliśmy i połamaliśmy lalki, ale za to, jak dzieci, nudzimy się i hasłem wieku są — nudy! Ideały może były czcze, ale zabawne, — upajało się niemi; nasz realizm, nasza proza czasami aż ochotę do życia odbiera, — pomyje... Trzeba niemal pesymistom przyznać, iż mają słuszność, — żyć dziś się nie opłaci, nasze życie nie warte świeczki.
O’Wall słuchał mocno zdziwiony, nie znając księcia jeszcze, — groził mu zuchwalstwem swych teoryi i śmiałością wysłowienia. Współpracownikowi „Figara“ pisać się na cokolwiek, nie przez siebie wynalezionego, nie godziło się.
Skrzywił się, ale, aby razić nieprzyjaciela w słabiznę, potrzeba się było w nim naprzód domacać pięty Achillesowej.
— Ba! — ciągnął po chwili dalej wicehrabia, rad, że mu O’Wall nie przeszkadza — ba! niema nic nowego pod słońcem. Dzisiejsze zaparcie się ideału, oportunizm niczem więcej nie jest, jak odegrzaną teoryą XVIII-go wieku, — egoizmu, będącego podstawą wszelkiej moralności i czynności ludzkich. — Wiek XIX ojca swego, XVIII-go, zaprzeć się nie może.
— Uszczuplony wziął po nim spadek — przerwał Filipesco; — może z mojego tylko smutnego stanowiska człowieka zużytego, ale życie dyablo mi się wydaje nędznem.
— Och! — przerwał baron, siedzący przy nim. — Zatośmy, zubożawszy, nauczyli się z resztek pozostałych doskonale korzystać i wypotrzebowywać je. — Czyż w XVIII-ym wieku miano pojęcie o takich rozkosznych stacyach klimatycznych, jak Nizza, które leczą na wszelkie choroby prostem oddychaniem?
— Przepraszam! — zagrzmiał nagle i gwałtownie milczeniem znękany O’Wall — głębiej sięgnąwszy, znajdziemy je już u Rzymian za cesarstwa. Przypomnijmy, czem były ich Baje, Puteoli i okolice Neapolu? Nic nowego w istocie! Tyberyusz z wrzodów leczył się na Capri.
— Jednakże tak wyżytych ludzi i narodów, jak my dzisiaj, — rozśmiał się Filipesco, któremu O’Wall nie imponował — trudno znaleźć w historyi. Zawsze w coś wierzyli i jakiś cel mieli ludzie; dziś innego niema nad życie z dnia na dzień. W polityce, w literaturze, w stosunkach międzynarodowych — ziewanie, obojętność, przeżuwanie.
— A! dajcież bo pokój narzekaniom, — przerwał baron Hausgarde, który nad majonezem z morskich raków, znakomicie przyrządzonym, siedział rozpromieniony — życie ma swe dobre strony, ale zanadto od niego wymagać nie należy. Naprzykład obiad taki, jak dzisiejszy, który w skupieniu ducha spożywać powinniśmy, nie zatruwając go żółcią pesymizmu...
— Bezwątpienia obiad taki byłby rozkoszą, — wtrącił Filipesco — gdyby po nim nie następowało pracowite trawienie, pokuta okrutna za grzech obżarstwa.
— A pocóż się obżerać? — zapytał Amerykanin.
— Jakto po co? — wykrzyknął Filipesco — ja twierdzę, że ten tylko używa, kto nadużywa; skromne, tchórzliwe używanie jest męczarnią.
— Ale zarazem doskonałą rachubą, — dodał Serwan pasza — bo spotęgowuje ochotę i apetyt. Dlatego nam po całodziennym poście tak bejram smakuje.
— Tak, ale biada już naturze odrętwiałej, która potrzebuje postu, aby w jedzeniu smaku dopytała! — zawołał Filipesco.
Z tych preludyów ogólnych rozmawiający, wypróbowawszy swe siły, przeszli do rozmaitych paradoksów, na których gimnastyki umysłowej dali dowody, a O’Wall, którego placem popisu była zawsze actualité, — postarał się o zwrócenie uwagi na miejscowe wypadki, plotki i t. p. Jako dziennikarz, trzymał się dnia dzisiejszego, — wczoraj było dla niego już zastare. Tylko obecne sprawy rozgrzewały go.
Obecność jego dodawała jakby fermentu towarzystwu, które narzekało na wyżycie, znużenie, ale nie dawało ich uczuć w rozmowie.
Felietonista sadził się na fajerwerk słów i dowcipkowanie sui generis. Filipesco, którego ów bawił, pól seryo, pół drwiąco dopomagał mu, przyklaskiwał, odgadywał niekiedy. Nie miał on ani wprawy, ani giętkości O’Wall’a, ale cynizmem i zuchwalstwem mu równał, tak, że współpracownik Figara szeptał na ucho sąsiadowi:
— Zkądżeście wzięli tego obszarpanego księcia z tak kaustycznem usposobieniem? Bądź co bądź, jest to osobistość niezwyczajna... Co to jest? kto? zkąd?
Na to nie umiano mu odpowiedzieć. Naturalnie, rozmowa, wpadłszy na rzeczy obecne, nie mogła pominąć Nery, a raz o nią potrąciwszy, uwięzła na tej zagadce.
Gospodarz nie odzywał się wcale. Słuchał i zdawało się, jakby mu rozprawy o niej niebardzo były miłe. O’Wall rozwodził się nad tem, że ją musi pozyskać dla teatru i z tego materyału nieocenionego stworzyć nową Rachelę.
Mówiono o piękności jej, a wicehrabia wtrącił, że ta piękność, zamiast jej być pomocą w przyszłości, mogła być zawadą. O’Wall unosił się nad idealnem wyposażeniem od natury tej istoty wybranej. — Byleby mnie słuchać chciała, — mówił, — przyszłość świetną, ogromną ma przed sobą.
— Wszystko to piękne, dobre, — przerwał przysłuchujący się Filipesco, — lecz gdybyście dla niej poprostu znaleźli milionowego dorobkiewicza, któryby się w niej zakochał i ożenił, — więcejby to było warte, niż karyera w teatrze. Nie potrzebowałaby, jak Rachela, latając za zarobkiem, dostać suchot i z nich umierać zawcześnie.
O’Wall zaprotestował z innego stanowiska, podnosząc interes sztuki, do której czasem się zapalał, jakgdyby w istocie był jej kapłanem, a nie ona w rękach jego narzędziem.
Plótł bardzo dowcipnie — niekoniecznie logiką ścisłą powiązane z sobą rzeczy. Wszystek balast codziennych felietonów zyżytkował naraz, aby nie utonąć.
— Najgorsze ze wszystkiego, — dodał, przypominając sobie spotkanie z Belotti’m, — że ten niegodziwy dyrektor cyrku wiele już wyłożył na przyszłą gwiazdę jego, a wykupienie jej i wyswobodzenie z rąk Belotti’ego nie będzie rzeczą łatwą. Zażąda ogromnej indemnizacyi, a okup taki nawet w Nizzy zebrać będzie trudno, — potem zaś, wykupiwszy ofiarę, potrzeba jej obmyśleć swobodne, bez troski, wykształcenie i nabycie wprawy. Wszystko to razem jest kwestyą finansową, którą nawet z pomocą Figara rozwiązać będzie trudno.
W ciągu tej szermierki słów Pudłowicz, mało z nią obyty, ogłuszony, olśniony, słuchał, niekiedy oczyma pytając gospodarza, co to wszystko znaczyć miało. Brał każdy wyraz i pomysł na seryo. Kwestya finansowa uderzyła go szczególniej tem, że w niej on mógł coś powiedzieć stanowczego i zakasować wszystkich. Nerę widywał i uczyniła na nim wielkie wrażenie; teraz, jako przyszła artystka, której sławę ogromną prorokowano, — zajmowała go żywiej jeszcze. Zająknął się, zwracając do O’Wall’a.
— Kwestya finansowa, — rzekł z zimną krwią człowieka, dla którego kilkakroć sto tysięcy franków nie stanowiło zapory dla fantazyi, — kwestya finansowa, szanowny panie, zdaje mi się najłatwiejszą do rozwiązania. Jużciż w Nizzy znalazłby się zawsze protektor sztuki, który, przekonany o zdolnościach panny Nery, chętnieby się losem jej zajął.
— Ba! ba! — odparł O’Wall szydersko, — ale ta przyszła kapłanka sztuki potrzebuje takiego protektora, któryby ją zarazem pozostawił swobodną, i nie wymagał nic.
— Rozumiem, — odparł Pudłowicz, — któryby dla niej nie w roli przyjaciela, ale ojca i opiekuna wystąpił.
— Znajdźże pan takiego szlachetnego opiekuna! — rozśmiał się O’Wall, — człowieka, któryby kilkakroć może wyrzuciwszy dla niej, zaspokoił się tem, żeby mu zapłaciła łzą i uśmiechem platonicznym?
Pudłowicz patrzał, jak w tęczę, na Francuza.
— Nic łatwiejszego! — powtórzył, nie przestając zajadać pasztet, — nic łatwiejszego, — nawet łzy i uśmiechu gotów nie wymagać... Wy, panowie moi, na tym starym Zachodzie wszystko obrachowujecie, za wszystko sobie brzęczącą monetą zaraz płacić każecie; u nas inaczej... u nas dla wewnętrznej satysfakcyi człowiek da chętnie i milion, gdy się rozgrzeje...
Zaczęto się śmiać.
— Łatwo to powiedzieć! — wołał O’Wall.
— Ale jabym nigdy się z tem nie odezwał, — przerwał spokojnie Pudłowicz, — gdybym nie miał postanowienia uczynić tego, co znajduję tak naturalnem. Ja gotów jestem zająć się losem tej przyszłej Racheli i wymagać nie będę nic, oprócz ażeby nią została lub ją przewyższyła.
Sięgnął, kładąc nóż i widelec na talerzu, do bocznej kieszeni fraka i dobył książeczkę czeków.
— No, na wiele dać potrzeba asygnacyę do bankiera i kto się tem zajmie? — zapytał.
Z tak zimną krwią i taką pewnością siebie wykonał to niepozorny ów Pudłowicz, iż wszyscy osłupieli. Spojrzeli po sobie, O’Wall oniemiał, schylił głowę z poszanowaniem. Nic nie mogło go poruszyć mocniej nad taką ofiarę.
Filipesco nie mógł się wstrzymać i poklasnął, choć nie wiedział, czy to ma brać na seryo.
— Gotowiśmy wziąć za słowo! — zawołał wreszcie O’Wall.
— Ale ja inaczej tego nie rozumiem, — dodał Pudłowicz, — tylko jako uroczyste z mej strony zobowiązanie.
Sprawa Nery, załatwiona tak cudownie, już na stół nie powróciła.
Lesław, zmęczony dnia tego, pożegnawszy swych gości, pozostał w domu, nie chcąc nawet zajrzeć do teatru. Nie było to znużenie towarzystwem, ani przyjmowaniem, ale jakiś ucisk duchowy, niepokój, który obudziła Nera. — Obraz jej narzucał mu się natrętnie; chciał go odegnać, zająć się czemś, zapomnieć o niej i po raz pierwszy w życiu przekonał się, iż mocy nie miał do zapanowania nad fantazyą czy sercem własnem.
Gniewny trochę na słabość swą, koniecznie się chciał wyswobodzić i sądził, że, zbliżając się do czarodziejki, poznając ją lepiej, najprędzej i najłatwiej przyszedłby do rozczarowania.
Ale właśnie to jedno skuteczne lekarstwo było nie do zdobycia. — Cisnąć się nie mógł i nie chciał, prosić o pośrednictwo Belotti’ego niepodobna było bez pewnej kompromitacyi, — sam próbować się wsunąć do niej poprostu nie umiał. — Był nadto grand seigneur, aby bocznemi wślizgiwać się drogami. Jeden tylko jakiś traf szczęśliwy mógł mu ułatwić bliższe stosunki, a tymczasem trzeba było walczyć z sobą, aby nie dać uczuciu zawładnąć i wciągnąć na bezdroża.
Lesław napatrzył się zagranicą tylu szałom, które się najsmutniejszemi tragedyami i ruinami kończyły, iż trwożył się o siebie, ale poddać się nie myślał, nie chciał i pocieszał tem, że świadomość niebezpieczeństwa była już orężem przeciw niemu.
Na samą myśl jakiegoś wybryku rumieniec mu twarz oblewał.
Coby rodzice powiedzieli na to, gdyby ich doszła wiadomość, że on, że Leś kochany, — Leś ten, taki czysty dotąd i rozumny, intrygę zawiązał, z kim? — z amazonką cyrkową!!

KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ.

Przypisy

  1. Dodane przez Wikiźródła


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.