Nantas/III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Emil Zola
Tytuł Nantas
Data wydania 1923
Wydawnictwo Księgarnia Wilhelma Zukerkandla
Druk Księgarnia Wilhelma Zukerkandla
Miejsce wyd. Lwów — Złoczów
Tłumacz Zygmunt Niedźwiecki
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
III.

Upłynęło lat dziesięć. Pewnego rana Nantas znajdował się w tym samym gabinecie, w którym baron Danvilliers przyjął go niegdyś z taką szorstkością, w dniu pierwszego spotkania obudwu. Obecnie gabinet ten służył na jego własny użytek; baron, pogodziwszy się z córką i zięciem, oddał im pałac do niepodzielnego użytku, zatrzymując dla siebie jedynie pawilon na drugim końcu ogrodu, wychodzącym na ulicę Beaune. W ciągu tych lat dziesiątka Nantasowi powiodło się zdobyć jedno z najwybitniejszych stanowisk w świecie finansów i przemysłu. Wmięszany w wszystkie wielkie przedsiębiorstwa kolejowe, biorący udział we wszystkich spekulacyach terenami, jakie cechowały pierwsze lata cesarstwa, w krótkim czasie zgromadził olbrzymią fortunę. Ambicya jego wszakże nie ograniczała się do tego, chciał odegrać rolę polityczną, zdołał też uzyskać mandat deputowanego w departamencie, gdzie był właścicielem kilku wsi. Od chwili swego wejścia do ciała prawodawczego uczuł w sobie przyszłego ministra finansów. Przez swe specyalne wiadomości i swoją łatwość słowa zajmował z każdym dniem wybitniejsze miejsce. Zresztą manifestując zręcznie absolutne oddanie cesarstwu, zachowywał w kwestyach finansowych poglądy zupełnie osobiste, które narobiły wiele wrzawy, a dla których umiał też wzbudzić silne zajęcie w samym cesarzu.
Tego rana Nantas obarczony był szczególnie wielkim nawałem spraw. W obszernych biurach, na jakie obrócił cały parter pałacu, panował ruch gorączkowy. Cały tłum urzędników, z których jedni ślęczeli u pulpitów nieruchomi, inni zaś wchodzili i wychodzili bezustannie, trzaskając drzwiami, zaludniał biura. Niemilknący na chwilę dźwięk złota, które sypało się z worów na stoły strumieniami, zdawał się grozić ulicom zalewem tej muzyki, rozlegającej się dokoła pełnych pieniędzy kas. W przedsionku cisnął się tłum interesantów: petenci, aferzyści, politycy, cały Paryż na klęczkach przed potęgą złotego cielca. Wybitne osobistości wyczekiwały tu cierpliwie całemi godzinami częstokroć. On zaś, siedząc przy biurku, zajęty korespondencyą prowincyonalną i zagraniczną, posiadający moc zduszenia świata swemi rozpostartemi ramiony, widział nakoniec urzeczywistnionem dawne swoje marzenie o sile, poczuł się myślącym motorem kolosalnej machiny, co poruszała ziemiami królów i cesarzy.
Zadzwonił na woźnego, strzegącego drzwi gabinetu. Wydawał się zafrasowany.
— Germain — zapytał. — Nie wiesz, czy pani wróciła?...
A kiedy woźny odparł, że nie wie, polecił mu przywołać pokojówkę pani.
Woźny nie ruszał się z miejsca.
— Jaśnie pan wybaczy — szepnął — ale pan prezydent izby nalega, aby mógł wejść...
Nantas uczynił giest zniecierpliwienia, rzekł jednak:
— No więc go wprowadź, zrób jednak co kazałem.
Dnia poprzedniego przemówienie Nantasa w pierwszorzędnej kwestyi budżetowej wywarło w izbie taki efekt, że dotyczący artykuł odesłano do komisyi celem dokonania poprawek w duchu wskazań Nantasa. Po sesyi rozeszła się nawet pogłoska, że minister finansów będzie zmuszony złożyć tekę a w grupach poszczególnych stronnictw wskazywano już młodego deputowanego jako jego następcę. Wzruszał na to ramionami; nic jeszcze nie ma w tem pewnego, omówił z cesarzem tylko parę specyalnych punktów. Pomimo tego ta wizyta prezydenta ciała prawodawczego mogła mieć doniosłe znaczenie. Otrząsając się z chmurnych myśli, jakiemi był zaprzątnięty, powstał, aby uścisnąć dłoń prezydenta:
— Książę — rzekł — proszę mi wybaczyć. Nie wiedziałem, że pan czeka... Doprawdy jestem cały pod wrażeniem zaszczytu, jaki mi pan czyni...
Chwilę wymieniali grzeczności w nader kordyalnym tonie. Następnie prezydent, nie mówiąc jeszcze nic stanowczego, dał do zrozumienia, że przybył na zlecenie cesarza, aby go wysondować: czy zechciałby przyjąć tekę ministra finansów i z jakim programem?... Nantas, z przepysznie zimną krwią, odpowiedział na to przedstawieniem swoich warunków. Z pod niewzruszonej maski oblicza przebił się jednak dreszcz tryumfu. Dosięgnął więc nareszcie najwyższego szczebla, znajdował się u szczytu! Krok jeszcze — i wszystkie głowy znajdą się poniżej niego. W chwili gdy prezydent oświadczył na zakończenie wizyty, iż uda się niezwłocznie do cesarza, aby mu zakomunikować program, małe drzwiczki apartamentu otwarły się i weszła pokojówka pani domu.
Nantas zbladł i nie dokończył rozpoczętego frazesu. Szepnąwszy:
— Wybacz pan, książę... — pobiegł do pokojówki.
Począł ją cicho rozpytywać. Więc pani wybrała się wcześnie?... Nie powiedziała, dokąd idzie?... Kiedy ma wrócić?... Pokojówka dawała ogólnikowe odpowiedzi, jak dziewczyna sprytna, która się nie chce uwikłać. Czując całą naiwność tego śledztwa, zakończył naturalnym tonem:
— Skoro tylko pani powróci, oświadcz pani, że pragnę z nią pomówić.
Książę, zdziwiony przerwą, zbliżył się do okna i począł wyglądać na dziedziniec. Tymczasem Nantas wrócił, tłómacząc się ponownie. Utracił już jednak swoją niedawną zimną krew i plątał się ku zdziwieniu gościa w niezręcznych wyrażeniach.
— A no, popsułem całą sprawę — wyrwał się głośno sam do siebie po wyjściu prezydenta. — Otóż i po ministeryalnej tece.
Niemoc go ogarnęła — położył jej jednak koniec wybuch gniewu. Tymczasem wprowadzano osobę za osobą. Pewien inżynier, przybywający z raportem o olbrzymich zyskach z eksploatacyi kopalń. Jakiś dyplomata, pragnący omówić sprawę pożyczki, którą jedno z mocarstw pragnęło zaciągnąć w Paryżu. Wybitne figury, dygnitarze, defilowali przed biurkiem Nantasa, zdając mu sprawę z dwudziestu rozmaitych interesów wielkiej wagi. Nakoniec odebrał wizytę znacznej liczby kolegów z izby, którzy unosili się w jednogłośnych zachwytach nad jego wczorajszem przemówieniem. On zaś, wyciągnięty w fotelu, przyjmował te kadzidła bez uśmiechu. Dźwięk złota nie przestawał dolatywać z sąsiednich biur, zdawało się nawet w tym huku, przypominającym kuźnię, jak gdyby to tu kuto to złoto, które padało na stoły z brzękiem. Jednem pociągnięciem pióra wyprawiał w świat depesze, zdolne rozjaśnić lub zaciemnić chmurami europejskie targi; w jego mocy było wstrzymywać lub przyspieszać wojny przez poparcie lub uniemożliwienie pożyczki, o którą się doń zwracano; nawet budżet Francyi znajdował się w jego rękach. Był to tryumf zupełny, indywidualność jego, nad wszelką miarę rozrosła, stała się punktem środkowym, dokoła którego krążył świat. Tymczasem nie kosztował on wcale rozkoszy tego tryumfu, jak sobie ją był obiecywał. Czuł się znużonym, z umysłem czułym zresztą na szelest najlżejszy. Ile razy płomienna gorączka zadowolonej ambicyi wybiła mu się na twarz — w tej samej chwili uczuwał, że blednie, jakby go nagle z tyłu lodowata dłoń jakaś musnęła po karku.
Dwie godziny minęły a Flawii jeszcze nie było z powrotem. Nantas przywołał Germaina i kazał mu pójść zobaczyć do pawilonu barona, czy ojciec pani jest u siebie. Gdy został sam, począł się przechadzać po gabinecie, nie chcąc już nikogo więcej przyjąć tego dnia. Wzruszenie jego zwolna rosło. Żona jego widocznie poszła na jakąś schadzkę. Musiała wznowić stosunek z panem des Fondettes, wdowcem od pół roku. Nantas bronił do siebie przystępu zazdrości; przez lat dziesięć dochowywał ściśle umowy zawartej, nie chciał jedynie, jak podówczas Flawii oznajmił, widzieć się okrytym śmiesznością. Nie pozwoliłby nigdy na to, aby żona skompromitowała mu jego stanowisko, narażając go na drwiny ludzkie. A teraz jego siła go opuszczała, owładająca jego ambicyą mężczyzny troska o najprostsze zachowanie prawa do szacunku ludzkiego, podkopywała jego spokój bardziej, niż najśmielsze hazardy, na jakie się był ważył w początkach swojej karyery.
Wtem weszła Flawia w toalecie wizytowej; nie miała na sobie tylko kapelusza i rękawiczek. Nantas oświadczył jej drżącym głosem, że byłby do niej poszedł na górę, gdyby go była kazała zawiadomić o swym powrocie. Flawia jednak nie siadając wcale, z miną klientki, której się spieszy, zrobiła poruszenie, mające go również skłonić do pośpiechu.
— Pani — zaczął, — między nami stały się niezbędne pewne wyjaśnienia... Gdzie pani byłaś dziś rano?
Drżący głos męża, brutalność zapytania, zdziwiły ją nadzwyczajnie.
— Ależ... — odparła chłodno — byłam, gdzie mi się podobało...
— Jest to to właśnie, na co nadal nie mógłbym bezwarunkowo przystać — odparł, blednąc mocno. — Winnaś pani pamiętać, co jej niegdyś powiedziałem, że nigdy nie będę zdolnym tolerować, abyś pani używała zostawionej ci przezemnie swobody w sposób przynoszący ujmę mojemu nazwisku.
Na twarzy Flawii zaigrał uśmiech lekceważenia, pełnego wyższości.
— Przynoszący ujmę pańskiemu nazwisku!... Mój panie, coś podobnego stać się może tylko za pańską własną sprawą i stało się już chyba od dawna.
W szalonem uniesieniu skoczył ku niej, jakby ją chciał uderzyć, i wybełkotał:
— Nieszczęsna!... wracasz od pana des Fondettes... Wiem o tem, że masz kochanka...
— Mylisz się pan — odrzekła, nie cofnąwszy się ani o krok przed jego poruszeniem: — nie rozmawiałam ani razu z panem des Fondettes od lat dziesięciu. Lecz gdybym nawet i miała kochanka, o którego mnie pan podejrzywasz!... cóżby to pana mogło obchodzić?... Czy zapomniałeś pan o naszej umowie?...
Wpatrywał się w nią przez chwilę dziko; naraz, porwany łkaniem, wkładając w krzyk swój całą, tak długo hamowaną namiętność, padł do jej nóg:
— Och!... Flawio!... Ja cię tak kocham!...
Wyprostowana, odsunęła się, ponieważ dotknął rąbka jej sukni. Pomknął jednakże za nią, wlokąc się u jej kolan z wyciągniętemi rękoma:
— Kocham cię Flawio! słyszysz?... Kocham cię jak szaleniec... Sam nie wiem, jak się to stało... Trwa to już całe lata... Stopniowo ogarnęło mnie całego... O! jakżem ja z sobą walczył!... Namiętność ta wydawała mi się mnie niegodną... Przywoływałem sobie ciągle na pamięć naszą pierwszą rozmowę... Nie mogę jednak dłużej tego znosić! nie mogę tak cierpieć! i dlatego musiałem ci to wreszcie powiedzieć...
Mówił tak długo. Było to kompletne bankructwo wszystkiego, w co wierzył dotąd. Ten człowiek, który całą swoją wiarę pokładał w sile, który utrzymywał, że wola jest dźwignią, zdolną poruszać światy, padał rozbrojony, unicestwiony, słaby jak dziecię, u nóg kobiety. Ziściwszy sen swój o szczęściu, zdobywszy wysokie stanowisko, oddałby przecież wszystko za jeden pocałunek w czoło, którymby go ta kobieta w tej chwili od stóp swoich podniosła. Ona to obracała w niwecz cały jego tryumf. Nie słyszał brzęku złota, rozlegającego się w jego biurach, nie myślał o całych procesyach dworaków, cisnących się doń z służalczym pokłonem, zapomniał, że cesarz powołuje go może w tej chwili do najwyższej władzy! Wszystkie te rzeczy przestały dlań obecnie istnieć. Miał wszystko, lecz pragnął jednej tylko Flawii. A jeśli ona go odepchnie — biedniejszym będzie niż nędzarz ostatni.
— Słuchaj! — mówił dalej — wszystko, com zrobił, zrobiłem dla ciebie!... W pierwszej chwili, wyznaję to, nie wchodziłaś wcale w działaniu mojem w rachubę, pracowałem jedynie w celu zadowolenia dumy własnej. Lecz potem ty stałaś się jedynym celem wszystkich moich myśli, mych wszystkich wysiłków. Mówiłem sobie, że muszę się wznieść jak tylko można najwyżej, aby na ciebie zasłużyć. Sądziłem, że zdołam cię ku sobie skłonić, w dniu, w którym złożę u stóp twoich moją potęgę. Patrz, gdzie dzisiaj nakoniec jestem! Nie zasłużyłemże na twoje przebaczenie? Przestańże mną pogardzać... zaklinam cię!
Nie odezwała się do tej chwili. Obecnie jednak wyrzekła:
— Powstań pan, może ktoś wejść.
Wzbraniał się, błagał ją jeszcze. Czekałby może dłużej jeszcze chwili, w której zdoła pozyskać jej serce, gdyby nie zazdrość o pana de Fondettes. Męka ta doprowadzała go do obłędu. Nareszcie zniżył się do pokory...
— Widzę ja dobrze, że pani nie przestałaś mną gardzić... Ha!... Zaczekaj pani przynajmniej... Nie oddawaj nikomu serca... Przyrzekam ci dokonać rzeczy tak wielkich, że przecież nakłonię cię ku sobie w końcu... Powinnaś mi wybaczyć, jeżeli byłem brutalnym przed chwilą... Nie wiem już sam, co się z moją głową dzieje... Och! zostaw mi pani iskierkę nadziei, że pokochasz mnie może kiedyś...
— Nigdy! — odrzekła z energią.
I zostawiając go na ziemi, zmiażdżonego tem słowem, chciała się oddalić. On jednak, straciwszy w tej chwili do reszty głowę, porwany napadem szału, zerwał się i schwycił ją za rękę. Kobieta miałaby nim pomiatać w taki sposób, kiedy u stóp swoich miał świat?!... Mógł wszystko!... obalał państwa... kierował według swej woli Francyą... a nie miałby zdobyć miłości własnej swej żony?!... On, taki silny, tak potężny... on, którego najmniejsze życzenia równały się rozkazom, miał tylko jedno pragnienie i to pragnienie miałoby nigdy nie być zaspokojonem, ponieważ tak chciała istota słaba jak dziecię!... Ściskając jej ręce, począł powtarzać chrapliwym głosem:
— Ja chcę... Czy słyszysz?... Chcę!...
— Ale ja nie chcę — odrzekła Flawia, blada jak kreda i zesztywniała w kurczu swego uporu.
Walka się przeciągała, gdy wtem baron Danvilliers otwarł drzwi. Na widok teścia Nantas puścił Flawię, wołając:
— Panie baronie... dowiedz się pan, że pańska córka wróciła co dopiero od kochanka... Powiedz jej pan więc, proszę, że żona ma obowiązek szanować nazwisko męża nawet wtenczas, kiedy go nie kocha i kiedy pamięć o własnej czci nie stanowi już dla niej zapory.
Baron, mocno już postarzały, przystanął w progu, zatrzymany w miejscu widokiem tej gwałtownej sceny, która dlań była bolesną niespodzianką. Wierzył on święcie w harmonię małżeńską pomiędzy córką a zięciem, nie mając nic przeciwko ceremonialnemu zachowaniu się między sobą obojga małżonków, które uważał za wybraną przez nich formę konwenansu. Nantas i on pochodzili przytem z dwóch różnych generacyj; o ile go jednak raziła niezbyt skrupulatna ruchliwość finansisty u zięcia, o ile ganił niektóre jego przedsięwzięcia, jako zbyt karkołomne, to nie mógł z drugiej strony zapoznawać potęgi jego woli i jego żywej inteligencyi. I oto naraz stawał się świadkiem dramatu, którego istnienia nie przypuściłby nigdy.
Kiedy Nantas oskarżył Flawię o to, że ma kochanka, baron, który traktował córkę po jej zamążpójściu z tą samą surowością, jaką okazywał niegdyś dziesięcioletniej, postąpił naprzód solennym krokiem starca.
— Przysięgam panu, że wraca wprost od kochanka, — powtórzył Nantas — i, tylko pan spójrz na nią, urąga mi jeszcze.
Flawia, pełna wzgardy, odwróciła od niego głowę. Poprawiała sobie manszety, zmięte brutalną ręką męża. Na twarzy jej nie było śladu nawet rumieńca. Tymczasem ojciec rzekł:
— Moja córko, dlaczego się nie bronisz przed uczynionym ci zarzutem?... Czy może mąż twój powiedział prawdę?... Byłażbyś zdolną w rzeczy samej zgotować tę boleść ostatnią mej starości?... Bo hańba w tym wypadku spadłaby i na mnie; w rodzinie błąd jednego z jej członków plami wszystkich!
Na te słowa Flawia poruszyła się niecierpliwie. Nie miał też ojciec nic lepszego do uczynienia, niżeli oskarżać ją także. Poddawała się przez chwilę w milczeniu jego indagacyi, chcąc mu oszczędzić haniebnych wyjaśnień. Lecz kiedy i on z kolei począł się unosić na widok jej wyzywającego milczenia, odezwała się wreszcie:
— E, mój ojcze, pozwól temu człowiekowi, niech sam gra rolę, jaką sobie upatrzył... Nie znasz go wcale. I nie zmuszaj mnie dłużej, abym mówiła o tem, ze względu na mój szacunek dla ciebie.
— Jest przecie twoim mężem — ponowił starzec, zdumiony — ojcem twojego dziecięcia.
Flawia wyprostowała się, cała drżąca.
— Otóż nie! nie!! Nie jest ojcem mojego dziecka!... Powiem ci ojcze wszystko!... Człowiek ten nie jest nawet moim uwodzicielem, bo toby jeszcze dla niego było jaką taką wymówką, gdyby mógł powiedzieć, że mnie kochał... On się poprostu sprzedał, podejmując się pokryć winę innego.
Baron zwrócił się w stronę Nantasa, który się cofnął wybladły.
— Posłuchaj mnie ojcze — ponowiła Flawia z spotęgowaną siłą. — On się sprzedał, sprzedał się za pieniądze!... Nie kochałam go nigdy, nigdy mnie nie dotknął nawet końcem palców... Chciałam oszczędzić ci tej boleści, kupiłam go przecież w tym właśnie celu, aby cię okłamać... Spójrz teraz na niego, a poznasz, czy powiedziałam prawdę...
Nantas ukrył w dłoniach twarz...
— Dziś zaś — mówiła młoda kobieta dalej, — zachciało mu się nagle, abym go kochała... Klęczał i płakał przedemną... Komedya bez wątpienia. Przebacz mi, ojcze, że cię oszukałam; ale naprawdę, czyż ja należę do tego człowieka? Teraz zaś, skoro już wiesz wszystko, wyprowadź mnie stąd, proszę... Rzucił się na mnie przed chwilą... Nie pozostałabym tutaj ani minuty...
Baron wyprostował zgarbione plecy. W milczeniu poszedł podać ramię swej córce, poczem przeszli oboje wolnym krokiem przez pokój. Nantas najmniejszem poruszeniem nie próbował ich zatrzymać. U drzwi starzec wyrzekł te tylko słowa:
— Żegnam pana.
Drzwi się zawarły. Nantas pozostał sam, zmiażdżony, obłędnym wzrokiem okrążając pustkę dokoła siebie. Kiedy Germain wszedł, aby list położyć na biurku, otwarł go całkiem machinalnie i przebiegł martwem spojrzeniem. List, nakreślony w całości ręką cesarza, powoływał go do objęcia ministeryum finansów, w nader obowiązujących wyrazach. Zaledwie zdolny był zrozumieć, o co w tem piśmie chodzi. Urzeczywistnienie ostatecznych jego marzeń nie poruszyło go. W skarbcach za ścianą huk złota rósł; był to w pałacu Nantasa moment najwyższej gorączki, wprawiającej w ruch świat cały. A on, w samem centrum tego ukropu kolosalnej pracy, co jego dziełem była, u szczytu swej potęgi, wpatrując się ogłupiałym wzrokiem w pismo cesarskie, wydał z siebie tę skargę dziecięcą, co była zaprzeczeniem całego przeżytego istnienia:
— Nie jestem szczęśliwy!... Nie jestem szczęśliwy!...
I rzewnie zapłakał, padłszy na biurko twarzą a łzy gorące zalały świeże pismo, jego nominacyę na ministra.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Émile Zola i tłumacza: Zygmunt Niedźwiecki.