Strona:PL Zola - Nantas.djvu/37

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


zasłużyłemże na twoje przebaczenie? Przestańże mną pogardzać... zaklinam cię!
Nie odezwała się do tej chwili. Obecnie jednak wyrzekła:
— Powstań pan, może ktoś wejść.
Wzbraniał się, błagał ją jeszcze. Czekałby może dłużej jeszcze chwili, w której zdoła pozyskać jej serce, gdyby nie zazdrość o pana de Fondettes. Męka ta doprowadzała go do obłędu. Nareszcie zniżył się do pokory...
— Widzę ja dobrze, że pani nie przestałaś mną gardzić... Ha!... Zaczekaj pani przynajmniej... Nie oddawaj nikomu serca... Przyrzekam ci dokonać rzeczy tak wielkich, że przecież nakłonię cię ku sobie w końcu... Powinnaś mi wybaczyć, jeżeli byłem brutalnym przed chwilą... Nie wiem już sam, co się z moją głową dzieje... Och! zostaw mi pani iskierkę nadziei, że pokochasz mnie może kiedyś...
— Nigdy! — odrzekła z energią.
I zostawiając go na ziemi, zmiażdżonego tem słowem, chciała się oddalić. On jednak, straciwszy w tej chwili do reszty głowę, porwany napadem szału, zerwał się i schwycił ją za rękę. Kobieta miałaby nim pomiatać w taki sposób, kiedy u stóp swoich miał świat?!... Mógł wszystko!... obalał państwa... kierował według swej woli Francyą... a nie miałby zdobyć miłości własnej swej żony?!... On, taki silny, tak potężny... on, którego najmniejsze życzenia równały się rozkazom, miał tylko jedno