Nantas/II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Emil Zola
Tytuł Nantas
Data wydania 1923
Wydawnictwo Księgarnia Wilhelma Zukerkandla
Druk Księgarnia Wilhelma Zukerkandla
Miejsce wyd. Lwów — Złoczów
Tłumacz Zygmunt Niedźwiecki
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
II.

Baron znajdował się w salonie, który mu służył za gabinet; wysoka, poważna komnata o obiciach skórzanych i starożytnych meblach. Od dwóch dni był jakby rażony piorunem, dowiedziawszy się o błędzie Flawii, który mu panna Chuin opowiedziała. Daremnie się jednak siliła na traktowanie faktu jak najoględniejsze, cios ten powalił starca, a jedyną rzeczą, dzięki której trzymał się jeszcze ostatkiem sił, była myśl, że może uwodziciel naprawi swą winę. Dziś rano miał się u niego pojawić ów młody, zupełnie mu nieznany człowiek, co w taki sposób ukradł mu dziecko.
Zadzwonił.
— Józefie, przyjdzie tu pewien młody człowiek, którego wprowadzisz do mnie natychmiast... I nie ma mnie wówczas dla nikogo więcej...
Pogrążył się w gorżkich myślach, które samotność zabarwiała jeszcze posępniej. Syn murarza, głodomór, bez jakiejkolwiek określonej pozycyi!... Panna Chuin przedstawiła go wprawdzie w nader pochlebnem świetle, jako młodego człowieka z przyszłością, — lecz jakiż wstyd dla rodziny, nieskażonej po dziś dzień żadną plamą!... Co się tyczy baronównej, Flawia oskarżyła sama siebie z pewnem uniesieniem, aby guwernantce oszczędzić wszelkich zarzutów. Od chwili tej przykrej eksplikacyi nie opuszczała swego pokoju, gdyż baron nie chciał córki na oczy widzieć. Zanim przebaczy, chciał pierwej sam uregulować tę sprawę ohydną. Wydał już wszelkie dyspozycye. Ale we włosach jego zasrebrzyła się siwizna i starcze drżenie owładnęło jego tak strasznym ciosem nawiedzoną głowę.
— Pan Nantas, — zaanonsował lokaj.
Baron nie podniósł się z krzesła. Zwróciwszy tylko głowę ku przybyłemu, wpatrzył się weń bystro. Nantas, oparłszy się chętce przywdziania zupełnie nowych sukni, kupił sobie czarny surdut i palto, przyzwoite jeszcze, ale już trochę znoszone, które nadały mu wygląd biednego, ale uważającego na swą powierzchowność studenta, co w niczem nie trącił awanturnikiem.
— Więc to pan? — wybełkotał starzec.
Nie był jednak w stanie dokończyć, dławiony wzruszeniem. Bał się dać unieść wybuchowi gwałtowności, jaka mu w piersiach wzbierała. Po chwili milczenia wyrzekł z prostotą:
— To, co pan uczyniłeś, to jest niegodziwość.
A kiedy Nantas otwarł usta, chcąc się tłómaczyć, ponowił silniej:
— Niegodziwość!... Nie chcę nic więcej o tem wiedzieć, i proszę pana, nie staraj się pan tego, co się stało, tłómaczyć. Gdyby nawet moja córka sama rzuciła się panu na szyję, zbrodnia pańska nie stałaby się przez to ani o włos mniejszą. Tylko złodzieje wkradają się w taki sposób gwałtem w cudzy dom.
Nantas pochylił głowę.
— Złakomiłeś się pan oczywiście na łatwy sposób zdobycia posagu: córkę i ojca za jednym zamachem w samotrzask...
— Pozwól, pan, proszę... — przerwał mu młody człowiek, w którym się wszystko burzyło.
Lecz baron uczynił giest straszliwy.
— Co takiego?!... Na co mam panu pozwolić?!... Nie do pana tu należy głos zabierać... Mówię panu to tylko, com mu powinien powiedzieć, do pana zaś należy tylko wysłuchać, przyszedłeś pan do mnie bowiem jako winowajca... Pan podeptałeś moją cześć. Spojrz pan na ten dom; rodzina nasza przeżyła w nim trzy stulecia, nie splamiwszy się niczem ani razu. Czy nie odczuwasz pan wśród tych ścian atmosfery honoru i tradycyjnej godności przekazywanej przez wieki?... A pan przyszedłeś podeptać to wszystko. Cios ten o mało mnie nie zabił... Odkąd się dowiedziałem, ręce moje się trzęsą, jakbym się naraz postarzał o dziesięć lat... Więc milcz pan i słuchaj...
Nantas zbladł. Rola, którą wziął na swe barki, ciężką była dyabelnie. Chciał się zasłonić zaślepieniem pod wpływem namiętności.
— Straciłem zupełnie głowę — szepnął, starając się wymyśleć na prędce jakiś romans. — Nie byłem w stanie spojrzeć na pannę Flawię, aby natychmiast...
Na dźwięk imienia córki baron zerwał się i krzyknął głosem o brzmieniu gromu:
— Milcz pan!... Powiedziałem już, że nie chcę o niczem wiedzieć. Czy moja córka bywała u pana, czy pan u niej, to mi jest zupełnie obojętne... Nie pytałem jej o nic i pana też o nic nie pytam. Schowajcie sobie wasze wyznania, nie chcę zanurzać się w to błoto.
Usiadł napowrót, cały drżący z wyczerpania. Nantas się skłonił, bardzo pomięszany, pomimo tej władzy, jaką nad sobą posiadał. Po krótkiem milczeniu starzec ponowił suchym głosem człowieka, omawiającego interes:
— Wybacz pan, że się uniosłem... A przyrzekałem sobie zachować zimną krew... To nie pan w moich, to ja w pańskich znajduję się rękach, jestem bowiem zdany zupełnie na łaskę i niełaskę pańskiej dyskrecyi. Przybyłeś pan do mnie z ofertą transakcyi, którą okoliczności czynią niezbędną, ułóżmy zatem warunki.
Poczem, niby adwokat, załatwiający w drodze polubownej niebardzo czystą sprawę, w której z obrzydzeniem tylko macza się ręce, zaczął mówić słowo po słowie:
— Panna Flawia Danvilliers odziedziczyła po śmierci matki dwakroć sto tysięcy franków, nienaruszalnych aż po dzień jej zamążpójścia. Na sumie tej narosły naturalnie procenta... Oto są moje rachunki opiekuńcze, zaraz je panu przedłożę...
Otworzywszy tekę, począł odczytywać cyfry. Daremnie Nantas usiłował mu przerwać. Wzruszenie poczęło go ogarniać na widok tego pełnego prawości i prostoty starca, który, odzyskawszy spokój, — wydawał mu się wielkim.
— Koniec końcem — zakonkludował baron — zapewniam panu w kontrakcie małżeńskim, jaki notaryusz mój dzisiaj wygotował, posag w kwocie dwakroć sto tysięcy franków. Wiem, że pan ze swej strony nic nie posiadasz. Te dwakroć sto tysięcy franków zaś możesz pan podjąć u mego bankiera nazajutrz po ślubie.
— Ależ panie — rzekł Nantas — ja nie chcę pańskich pieniędzy, ja proszę tylko o pańską córkę...
Baron przerwał mu jednak:
— Nie masz pan prawa odrzucać a co się tyczy mej córki, nie może ona zostać żoną człowieka z majątkiem mniejszym niżeli ten, jaki sama posiada... Daję panu poprostu posag, jaki jej przeznaczyłem oddawna, ot wszystko. Być może, że pan liczyłeś na więcej, ludzie jednak mają mnie ogólnie za bogatszego, niżeli jestem w istocie.
Kiedy zaś młody człowiek zaniemiał pod obuchem tego ostatniego okrucieństwa, baron, aby zakończyć rozmowę, zadzwonił na służącego:
— Józefie, powiedz panience, że czekam na nią natychmiast w moim gabinecie...
Nie dodając więcej ni słowa, począł przechadzać się zwolna po gabinecie, Nantas zaś stał bez poruszenia. Oszukawszy tego starca, czuł się teraz wobec niego dziwnie małym i bezsilnym. Wtem weszła Flawia.
— Oto ten pan, moja córko... — rzekł baron — ślub twój odbędzie się w terminie legalnym.
I odszedł, pozostawiając ich samych, jak gdyby to małżeństwo było dlań faktem spełnionym. Skoro się za nim drzwi zamknęły, zapanowało milczenie. Nantas i Flawia patrzyli na siebie. Pierwszy raz w życiu widzieli się zblizka. Wydała mu się bardzo piękną, z tą twarzą bladą i dumną, z której patrzące oczy szare nie opuściły się bynajmniej przed jego wzrokiem. Kto wie, jak wiele łez musiała niemi wypłakać przez te trzy dni, spędzone bez przerwy w swym pokoju; ale lodowate jej lica ostudziły żar łez.
Ona to pierwsza zabrała głos:
— Więc to sprawa już załatwiona?
— Tak, pani — odpowiedział z prostotą.
Mimowolne drgnienie przebiegło jej twarz, w chwili, kiedy go obrzucała przeciągiem spojrzeniem, zdającem się sondować jego nikczemność.
— Tem lepiej — ponowiła. — Lękałam się, że nie znajdę nikogo, gotowego na podobny handel.
Brzmienie jej głosu dało Nantasowi odczuć całą wzgardę, jakiej dlań była pełną. Podniósł jednak głowę. Jeżeli się czuł zakłopotanym wobec ojca, wiedząc, że go oszukuje, potrafił odzyskać siłę i pewność siebie wobec córki, która była jego wspólniczką.
— Przepraszam panią, — wyrzekł z całym spokojem i uprzejmością — ale zdaje mi się, że pani mylnie pojmuje sytuacyę, która oboje nas czyni tem, do czego pani słusznie zastosowała wyraz: handel. Rozumiem przez to, że od dnia dzisiejszego stajemy oboje na jednym poziomie...
— Ach!... doprawdy?... — przerwała mu Flawia z lekceważącym uśmiechem...
— Tak jest, na jednym i tym samym poziomie... Pani potrzebuje nazwiska, aby niem pokryć błąd, którego nie myślę wcale sądzić, ja zaś daję pani to nazwisko. Co się mnie tyczy, potrzeba mi podstawy materyalnej, i pewnej pozycyi towarzyskiej, by módz zamienić w czyn moje plany i przedsięwzięcia i pani dostarczasz mi potemu środków. Od tej chwili jesteśmy oboje stowarzyszonymi, których udziały się równoważą i nie pozostaje nam obojgu nic innego, jak tylko podziękować sobie wzajemnie za usługi, jakie jedno z nas drugiemu oddaje.
Przestała się śmiać. Czoło jej przecięła zmarszczka dumy. Pomimo to nic nie odrzekła. Po chwili milczenia dopiero ozwała się:
— Czy znane są panu moje warunki?
— Nie, pani, — odparł Nantas, zachowując doskonały spokój. — Zechciej mi je pani wyjawić, poddaję się im z góry.
Na to oświadczyła mu bez ogródek, bez wahania i bez cienia rumieńca na twarzy:
— Nie będziesz pan dla mnie nigdy niczem więcej jak tylko mężem z imienia. Drogi nasze biedz będą całkiem oddzielnie. Wyrzeczesz się pan wszelkich praw do mnie, ja zaś nie będę mieć względem pana żadnych obowiązków.
Każdemu z jej słów towarzyszyło potakujące skinienie głowy Nantasa. Tego właśnie pragnął.
— Gdybym był zdania, — odezwał się, skoro skończyła, — że powinienem się okazać rycerskim, rzekłbym, że tak twarde warunki przyprawić mnie mogą o rozpacz. Stoimy jednak oboje — sądzę — ponad poziomem tak mdłych uprzejmostek. Szczęśliwym się również czuję, że pani ma odwagę tak jasno patrzeć na nasze wspólne położenie. Wstępujemy oboje w życie ścieżką, na której nie będzie kwiatów. O jednę tylko rzecz panią proszę: wolności, którą pani zostawiam, nie zechciej używać w sposób, coby mnie zmuszał do interwencyi.
— Panie! — zawołała gwałtownie Flawia, buntując się w swej dumie.
Skłonił się jednak z szacunkiem, prosząc, aby się nie urażała. Pozycya ich jest nader delikatną, muszą zatem oboje uwzględnić pewne zastrzeżenia, bez których zupełne porozumienie nie byłoby możliwem. Nie nastawał więcej w tej kwestyi. Historya błędu Flawii znaną mu była z opowiadania panny Chuin za drugiem obojga widzeniem się. Uwodzicielem baronównej był niejaki pan Fondettes, mąż jednej z jej przyjaciółek z klasztornej pensyi jeszcze. Bawiąc u nich na wsi przez cały miesiąc, znalazła się pewnego wieczora tak niespodzianie w objęciach tego człowieka, że nie była w stanie zdać sobie sprawy dokładnie, w jaki właściwie sposób to się stać mogło i do jakiego stopnia była mu powolną... Panna Chuin mówiła poprostu o zgwałceniu.
Naraz w Nantasie odezwała się życzliwość. Jak każdy, posiadający poczucie swej siły, lubił być dobrodusznym.
— Posłuchaj mnie pani — zawołał; — nie znamy się oboje wcale, byłoby jednak niesłusznem, gdybyśmy się mieli nienawidzić od pierwszego wejrzenia. Kto wie, czy nie jest nam przeznaczonem, zrozumieć się wzajemnie... Widzę ja wprawdzie jasno, że pani mną pogardzasz, nie znasz pani jednakże mojej przeszłości...
I gorączkowo, dając się unosić zapałowi, począł przed nią roztaczać życie swoje w Marsylii, pochłonięte przez ambitne rojenia, malował wściekłą swą a bezowocną gonitwę po Paryżu za chlebem przez całe dwa miesiące. Następnie skreślił przed nią lekceważenie, jakie żywił dla tego, co nosi nazwę społecznego konwenansu, z którego motłoch tylko nie jest się w stanie otrząsnąć. Cóż jednak znaczy opinia tłumu, skoro mu się raz postawi stopę na karku! O cóż zatem idzie?... O wyższość!... Wszechmoc — to wszechusprawiedliwienie. I począł malować w wielkich rysach życie władcy, jakie potrafi sobie stworzyć. Nie bał się już od tej chwili żadnych przeszkód, bo sile nic się nie oprze; będzie silny, będzie szczęśliwy.
— Nie posądzaj mnie pani o pospolitą interesowność — dodał. — Nie sprzedaję się w zwykłem słowa znaczeniu za pani majątek. Po jej pieniądze, jako takie, sięgam jedynie w tym celu, aby w nich mieć narzędzie do wzniesienia się możliwie najwyżej... Och! gdybyś pani mogła to wszystko zobaczyć, co się burzy w mych piersiach, gdybyś mogła poznać treść moich płomiennych nocy, jakie spędzałem na ciągłem odtwarzaniu jednego i tego samego snu, który najbliższy ranek rozwiewał stale, zrozumiałabyś mnie i byłabyś dumną, że wsparłszy swą rękę na mojem ramieniu, dostarczyłaś mi środków do zostania czemś.
Słuchała słów jego wyprostowana. Ani jeden z muszkułów jej twarzy nie drgnął przez cały czas. On zaś zadawał sobie w duszy pytanie, wznawiane od trzech dni ciągle, bez możności znalezienia odpowiedzi: czy zauważyła go też kiedy dziewczyna ta w jego oknie, że zgodziła się tak prędko na projekt panny Chuin, gdy ta proponowała go jej na męża? Przyszła mu dziwna myśl, że zakochałaby się w nim może całą potęgą miłości z romansu, gdyby był z urazą odrzucił handel, z jakim do niego guwernantka przyszła.
Umilkł, Flawia stała naprzeciw niego zimna jak lód; po krótkiej chwili zaś, jak gdyby przed nią wcale był swej spowiedzi nie wygłaszał, powtórzyła sucho:
— Otóż, mój małżonku — z imienia jedynie — egzystencye nasze pozostają zupełnie rozdzielone, swoboda obojga kompletną.
Nantas przybrał natychmiast ceremonialną minę i stanowczy głos człowieka, zawierającego umowę:
— Rzecz umówiona, pani.
Oddalił się niekontent z siebie. Jak można było dać się unieść niewczesnej chęci przekonywania do siebie tej kobiety? Jest bardzo piękna, lepiej więc, że pomiędzy nimi żadnej łączności nie będzie, gdyż mogłaby stać się dlań w życiu zawadą.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Émile Zola i tłumacza: Zygmunt Niedźwiecki.