Strona:PL Zola - Nantas.djvu/26

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


sprawy dokładnie, w jaki właściwie sposób to się stać mogło i do jakiego stopnia była mu powolną... Panna Chuin mówiła poprostu o zgwałceniu.
Naraz w Nantasie odezwała się życzliwość. Jak każdy, posiadający poczucie swej siły, lubił być dobrodusznym.
— Posłuchaj mnie pani — zawołał; — nie znamy się oboje wcale, byłoby jednak niesłusznem, gdybyśmy się mieli nienawidzić od pierwszego wejrzenia. Kto wie, czy nie jest nam przeznaczonem, zrozumieć się wzajemnie... Widzę ja wprawdzie jasno, że pani mną pogardzasz, nie znasz pani jednakże mojej przeszłości...
I gorączkowo, dając się unosić zapałowi, począł przed nią roztaczać życie swoje w Marsylii, pochłonięte przez ambitne rojenia, malował wściekłą swą a bezowocną gonitwę po Paryżu za chlebem przez całe dwa miesiące. Następnie skreślił przed nią lekceważenie, jakie żywił dla tego, co nosi nazwę społecznego konwenansu, z którego motłoch tylko nie jest się w stanie otrząsnąć. Cóż jednak znaczy opinia tłumu, skoro mu się raz postawi stopę na karku! O cóż zatem idzie?... O wyższość!... Wszechmoc — to wszechusprawiedliwienie. I począł malować w wielkich rysach życie władcy, jakie potrafi sobie stworzyć. Nie bał się już od tej chwili żadnych przeszkód, bo sile nic się nie oprze; będzie silny, będzie szczęśliwy.
— Nie posądzaj mnie pani o pospolitą inte-