Strona:PL Zola - Nantas.djvu/21

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


pytałem jej o nic i pana też o nic nie pytam. Schowajcie sobie wasze wyznania, nie chcę zanurzać się w to błoto.
Usiadł napowrót, cały drżący z wyczerpania. Nantas się skłonił, bardzo pomięszany, pomimo tej władzy, jaką nad sobą posiadał. Po krótkiem milczeniu starzec ponowił suchym głosem człowieka, omawiającego interes:
— Wybacz pan, że się uniosłem... A przyrzekałem sobie zachować zimną krew... To nie pan w moich, to ja w pańskich znajduję się rękach, jestem bowiem zdany zupełnie na łaskę i niełaskę pańskiej dyskrecyi. Przybyłeś pan do mnie z ofertą transakcyi, którą okoliczności czynią niezbędną, ułóżmy zatem warunki.
Poczem, niby adwokat, załatwiający w drodze polubownej niebardzo czystą sprawę, w której z obrzydzeniem tylko macza się ręce, zaczął mówić słowo po słowie:
— Panna Flawia Danvilliers odziedziczyła po śmierci matki dwakroć sto tysięcy franków, nienaruszalnych aż po dzień jej zamążpójścia. Na sumie tej narosły naturalnie procenta... Oto są moje rachunki opiekuńcze, zaraz je panu przedłożę...
Otworzywszy tekę, począł odczytywać cyfry. Daremnie Nantas usiłował mu przerwać. Wzruszenie poczęło go ogarniać na widok tego pełnego prawości i prostoty starca, który, odzyskawszy spokój, — wydawał mu się wielkim.