Strona:PL Zola - Nantas.djvu/20

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Pozwól, pan, proszę... — przerwał mu młody człowiek, w którym się wszystko burzyło.
Lecz baron uczynił giest straszliwy.
— Co takiego?!... Na co mam panu pozwolić?!... Nie do pana tu należy głos zabierać... Mówię panu to tylko, com mu powinien powiedzieć, do pana zaś należy tylko wysłuchać, przyszedłeś pan do mnie bowiem jako winowajca... Pan podeptałeś moją cześć. Spojrz pan na ten dom; rodzina nasza przeżyła w nim trzy stulecia, nie splamiwszy się niczem ani razu. Czy nie odczuwasz pan wśród tych ścian atmosfery honoru i tradycyjnej godności przekazywanej przez wieki?... A pan przyszedłeś podeptać to wszystko. Cios ten o mało mnie nie zabił... Odkąd się dowiedziałem, ręce moje się trzęsą, jakbym się naraz postarzał o dziesięć lat... Więc milcz pan i słuchaj...
Nantas zbladł. Rola, którą wziął na swe barki, ciężką była dyabelnie. Chciał się zasłonić zaślepieniem pod wpływem namiętności.
— Straciłem zupełnie głowę — szepnął, starając się wymyśleć na prędce jakiś romans. — Nie byłem w stanie spojrzeć na pannę Flawię, aby natychmiast...
Na dźwięk imienia córki baron zerwał się i krzyknął głosem o brzmieniu gromu:
— Milcz pan!... Powiedziałem już, że nie chcę o niczem wiedzieć. Czy moja córka bywała u pana, czy pan u niej, to mi jest zupełnie obojętne... Nie