Nantas/IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Emil Zola
Tytuł Nantas
Data wydania 1923
Wydawnictwo Księgarnia Wilhelma Zukerkandla
Druk Księgarnia Wilhelma Zukerkandla
Miejsce wyd. Lwów — Złoczów
Tłumacz Zygmunt Niedźwiecki
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
IV.

Od ośmnastu miesięcy jak Nantas był ministrem finansów, zabijał się poprostu ogromem nadludzkiej pracy. Nazajutrz po gwałtownej scenie, jaka się rozegrała w jego gabinecie, miał dłuższą rozmowę z baronem Danvilliers; w rezultacie Flawia zgodziła się powrócić, w myśl rady ojca, do siedziby małżeńskiej, małżonkowie wszakże nie odzywali się do siebie obecnie ani jednem słowem, po za komedyą sobotnich przyjęć, jaką musieli odgrywać wobec świata. Nantas postanowił również nie opuszczać pałacu. Co wieczór wzywał do siebie sekretarzy i u siebie wydawał zlecenia.
W tej epoce swego życia dokonał dzieł największych. Głos jakiś podszeptywał mu rzeczy wielkie i płodne. Kiedy przechodził przez tłum, rozlegały się dookoła szepty podziwu i sympatyi. On jednak pozostawał na pochwały nieczułym. Rzekłbyś: pracował bez żadnej nadziei nagrody, z jedyną myślą dokonania jak największej ilości dzieł trudnych, dla samego borykania się z niemożliwością. Za każdym razem, kiedy się wzniósł o szczebel wyżej, spoglądał badawczo w twarz Flawii. Dała-li się nakoniec poruszyć?... Czy przebaczyła mu wreszcie infamię z przed lat wielu i czy widzi już teraz sam tylko rozkwit jego inteligencyi?... Atoli ciągle jeszcze nie znajdywał śladu oczekiwanego wzruszenia na niemem obliczu żony i zabierając się na nowo do pracy, mówił sobie:
— „Dalej! Nie stanąłem dla niej jeszcze dość wysoko, trzeba iść wyżej, wyżej bez wytchnienia!...“ Chciał zawojować życie, jak zawojował fortunę. Wróciła mu cała wiara w siły własne, wykluczyła znowu, jak dawniej, wszelką inną dźwignię życia, albowiem siłą, która stworzyła ludzkość, nie było nic innego, jak tylko wola, przepotężna wola istnienia. A jeśli go niekiedy opadło zniechęcenie, zamykał się wówczas, by nikt nie mógł nawet przypuścić niemocy jego ciała. Nie można też było przeniknąć walk, które z sobą staczał, jak tylko po głębi spojrzenia jego oczu, ciemną otoczonych obwódką, w których gorzały ognie.
Był pożerany zazdrością. Nie módz pozyskać miłości Flawii, męczarnia to była niewysłowiona, istny szał jednak ogarniał go na samą myśl o tem, że mogła się drugiemu oddawać. Dla zaznaczenia swej wolności, kto wie, czy nie gotowa ofiarować się panu des Fondettes. Zaczął udawać, że się o nią zupełnie nie troszczy a jednocześnie umierał z niepokoju w czasie najkrótszej jej nieobecności. Gdyby nie obawa stania się śmiesznym, samby jej śladem biegł w ulice. W owym to czasie zapragnął mieć u jej boku kogoś oddanego sobie, którego usługi gotów był hojnie wynagrodzić.
Panna Chuin pozostawała ciągle w domu barona, który przyzwyczaił się do niej. Z drugiej strony za wiele ona wiedziała, by można było się jej pozbywać. Była chwila, że stara panna miała sama ochotę wycofać się z swojemi dwudziestu tysiącami franków, jakie jej Nantas wypłacił nazajutrz po swoim ślubie. Musiała sobie jednak uprzytomnić, że dom ten bardzo się nadaje do łowienia ryb w mętnej wodzie, czekała zatem na nową okazyę, obliczywszy, że potrzeba jej koniecznie drugich dwudziestu tysięcy franków, jeśli ma kupić w Roinville, swojem rodzinnem mieście, dom po notaryuszu, przedmiot osobliwego podziwu lat swego dzieciństwa.
Nantas nie potrzebował się naturalnie krępować z tą starą panną, której cukrowe miny dewotki przestały go łudzić oddawna. Pomimo to, kiedy ją pewnego ranka wezwał do swego gabinetu, aby jej zlecić składanie ścisłych raportów o najdrobniejszej czynności żony, zaczęła udawać oburzoną, pytając, za kogo ją właściwie bierze.
— No, prędzej, moja panno... spieszy mi się, czekają na mnie; skróćmy tę historyę.
Nie chciała jednak o niczem słyszeć, jeżeli przytem nie będą zachowane wszelkie formy. Była zapatrywania, że rzeczy nie są nigdy brzydkie same w sobie, lecz stają się brzydkiemi lub przestają niemi być stosownie do tego, jaką nadamy im formę.
— Więc tedy moja pani — ponowił — idzie tu o dobry uczynek. Boję się, czy żona moja nie ukrywa przedemną jakiegoś zmartwienia. Widzę ją smutną od kilku tygodni, to też pani przyszłaś mi zaraz na myśl, odkąd tylko uczułem potrzebę jakichś w tej mierze wskazówek.
— Może pan na mnie liczyć — odrzekła z macierzyńskim wybuchem. — Jestem dla pani z całem oddaniem i uczynię wszystko, czego wymagać będzie jej honor i pański. Od jutra zaczniemy na nią uważać.
Przyrzekł ją wynagrodzić stosownie do oddanych usług. Okazała tyle zręczności, że go sprowokowała do oznaczenia kwoty: otrzyma dziesięć tysięcy franków, jeżeli mu dostarczy formalnych dowodów złego lub dobrego prowadzenia się Flawii. Zwolna przyszło do omówienia szczegółów.
Od tej chwili udręczenia Nantasa zmniejszyły się. Minęły trzy miesiące, w czasie których utonął cały w przygotowawczych pracach do zestawienia budżetu. Za zgodą cesarza wprowadził w dotychczasowym systemie finansowym znaczne zmiany. Wiedział, że czekają go za to w izbie żywe ataki, to też musiał się zaopatrzyć naprzód w znaczną ilość dokumentów. Często spędzał noce całe wśród pracy. To go ogłuszało i czyniło cierpliwszym. Ile razy spotkał pannę Chuin, wypytywał ją lakonicznie. Dowiedziała się czego?... Czy pani oddaje jakie wizyty?... Czy zatrzymuje się częściej w pewnych domach?... Panna Chuin prowadziła w tej materyi szczegółowy dziennik. Atoli, jak dotąd, zebrane przez nią fakta nie miały żadnego znaczenia. Nantas się uspokajał. Stara zaś mrugała tylko od czasu do czasu obiecująco, dając do zrozumienia, że kto wie jak prędko już będzie mogła przyjść do niego z czemś nowem naprawdę.
W istocie rzeczy jednak cała ta sprawa wbiła jej w głowę klin nielada. Przyrzeczone dziesięć tysięcy franków to było dla niej za mało, jej trzeba było, nie licząc już posiadanych dwudziestu — drugich dwudziestu tysięcy na kupno domu po notaryuszu. Z początku przyszło jej na myśl sprzedać się żonie, tak jak się zaprzedała mężowi. Znając jednak swą panią, bała się natychmiastowej odprawy po pierwszem zaraz słowie. Dawno już, nim jeszcze Nantas na nią włożył ten obowiązek, szpiegowała ona Flawię na własny rachunek, powtarzając sobie, że grzechy panów to majątek ich służby. Natrafiła wszakże na jednę z owych cnót, tem bardziej niewzruszonych, że wspiera je duma. Flawia żywiła do całego rodu męskiego żal nieprzebłagany za ciężącą na niej plamę. To też panna Chuin łamała sobie głowę co się nazywa, jak wybrnąć z tych trudności, gdy wtem spotyka dnia pewnego pana des Fondettes, który zaczął ją wypytywać o jej panią z taką żywością, że pojęła natychmiast, jak szalenie musiał tej kobiety pragnąć, pod rozpalającym wpływem wspomnienia owej chwili jedynej, kiedy ją posiadał. Odtąd plan starej panny był gotów: oddać przysługę mężowi i kochankowi jednocześnie — oto była gienialna kombinacya.
Jak raz wszystko się potemu najpomyślniej składało: pan de Fondettes, odepchnięty bez pozostawienia iskierki nadziei, byłby oddał majątek, byle zdobyć raz jeszcze tę kobietę, którą raz jeden jedyny miał w swoich objęciach. On to pierwszy zaatakował pannę Chuin. Grając przed nią komedyę uczucia, dochodzącego do szału, przysięgał, że się zabije, jeźli mu nie będzie pomocną. Po upływie tygodnia i wyszafowaniu z obu stron ogromnej ilości wybiegów i skrupułów, sprawa została załatwiona w ten sposób, że on jej wypłaci dziesięć tysięcy franków, ona zaś ukryje go za to pewnego wieczora w pokoju Flawii.
Zaraz z rana panna Chuin udała się do Nantasa.
— Dowiedziałaś się pani czego? — zapytał blednąc..
Nie wyjawiła zrazu nic pewnego. Pani wszakże utrzymuje niewątpliwie stosunek. Miewa nawet schadzki.
— Do rzeczy! do rzeczy! — powtarzał, wściekły z niecierpliwości.
Wymieniła nazwisko pana des Fondettes.
— Dziś wieczór ma on być w pokoju pani...
— Dobrze, dziękuję — wybełkotał Nantas.
Pozbył się jej giestem naglącej odprawy, bojąc się zemdleć w jej obecności. Szorstkość ta zdziwiła ją, ale i ucieszyła, lękała się bowiem długiego śledztwa i przygotowała sobie nawet pewną ilość odpowiedzi, aby się nie zawikłać. Skłoniwszy się, odeszła, z miną zbolałą.
Nantas powstał. Kiedy się ujrzał sam, rzekł na głos:
— Dziś wieczór... w jej pokoju...
I podniósł ręce ku głowie, jakby w niej usłyszał trzask. Schadzka ta w domu męża zrobiła na nim wrażenie potwornego bezwstydu. Nie mógł pozwolić na taką zniewagę. Jego pięści bojownika zacisnęły się, wściekłość poczęła mu podsuwać krwawe wizye mordu. Miał jednak ukończyć zaczętą pracę. Trzy razy siadał przy biurku i trzy razy zrywał się na równe nogi, nie mogąc usiedzieć w miejscu, jakby nań z tyłu nacierało coś coraz potężniej, pchając go z nieprzepartą siłą tam, do pokoju żony, aby jej w twarz cisnął: „ty nierządnico!...“
Powściągnął się jednak i wrócił do swej pracy, przysięgając sobie, że zabije oboje wieczór. Było to największe z zwycięstw, jakiego dokonał nad sobą kiedykolwiek.
Popołudniu Nantas udał się do cesarza, by mu przedłożyć ostateczny projekt budżetu. Spotkawszy się z jego strony z pewnemi uwagami, dyskutował je z doskonałą jasnością sądu. Trzeba się jednak było zobowiązać do niezwłocznego ukończenia pracy, gdyż projekt miał być izbie przedłożony nazajutrz.
— Skończę go dzisiejszej nocy, najjaśniejszy panie — oświadczył.
Wracając, myślał: — „Zabiję ich o północy, do rana zostanie mi dosyć czasu na dokończenie projektu.“
Wieczorem w czasie obiadu baron Danvilliers poruszył aktualną sprawę przedłożenia budżetowego, która narobiła wiele hałasu. Nie podzielał on w kwestyach finansowych wszystkich zapatrywań zięcia, przyznawał jednak, że są rozległe i nader godne uwagi. Odpowiadając baronowi, Nantas miał kilkakrotnie wrażenie, że czuje na sobie wzrok żony. Spoglądała nań obecnie dość często, gdy tego nie widział. W spojrzeniach tych jednak nie było iskierki uczucia, słuchała tylko, co mówił, i zdawała się przytem sięgać w głąb tego, co myślał. Nantasowi wydało się, że jest niespokojna, czy nie została zdradzoną. Starał się tedy nadać sobie pozory zupełnej swobody umysłu, rozgadał się, stał się nawet wymownym, aż i przekonał teścia, który musiał ustąpić przed jego wielką inteligencyą. Po twarzy Flawii tymczasem, która nie przestawała się w męża wpatrywać, przemknął wyraz zaledwie dostrzegalnej miękkości, trwając jednę sekundę.
Do samej północy Nantas pracował w swym gabinecie, tak się stopniowo swem dziełem roznamiętniając, że w końcu wszystko inne przestało dlań po za niem istnieć, po za tym skomplikowanym mechanizmem finansowym, który zbudował zwolna, kółko po kółku, mimo przeszkód bez liku. Z uderzeniem godziny dwunastej podniósł głowę instynktownie. Pałac zaległa głęboka cisza. Wtem przypomniał sobie, że w głębi tej ciemności i tego milczenia kryje się gad cudzołóstwa. Myśl o opuszczeniu biurka sprawiła mu niewymowną przykrość, z żalem odłożył pióro i postąpił parę kroków jakby przez posłuszeństwo dla swojej dawnej woli, której już w sobie nie czuł. W tej chwili jednak purpura zaogniła mu twarz, w oczach się rozpaliły płomienie, — poszedł do pokoju żony.
Tego wieczora Flawia wcześnie odprawiła pokojówkę. Chciała być samą. Do północy bawiła w małym salonie, poprzedzającym sypialnię. Położywszy się na kozetce, próbowała czytać; co chwila jednak ręka, trzymająca książkę, opadała jej, a w oczach, biegnących w dal zjawiało się zamyślenie. Lica Flawii krasił dziś wyraz słodyczy, blady uśmiech ukazywał się chwilami na jej ustach.
Naraz zerwała się. Zapukano w drzwi...
— Kto tam?
— Otwórz pani.
Był to głos Nantasa.
Niespodzianka była dla Flawii tak wielką, że otworzyła machinalnie. Mąż nie zjawił się u niej nigdy jeszcze w podobny sposób.
Wszedł, wrąc gniewem, który w drodze przez schody rósł w nim coraz bardziej. Ponieważ panna Chuin, czatująca nań pod progiem, szepnęła mu, że pan des Fondettes znajduje się już tam od dwóch godzin, odsunął tedy na bok wszelkie względy i rzekł:
— Pani, w pokoju twoim znajduje się mężczyzna...
Flawia nie od razu zdobyła się na odpowiedź, tak myśli jej w tej chwili bujały daleko. Lecz w końcu, zrozumiawszy:
— Oszalałeś pan — szepnęła.
Nie wdając się w dysputy, Nantas, zwrócił się ku drzwiom sypialni.
Jednym skokiem zagrodziwszy mu drogę, zawołała:
— Nie wejdziesz pan tam... Jestem u siebie i zabraniam panu tam wchodzić.
Cała drżąca, jak gdyby większa, stanęła na straży swych drzwi. Przez chwilę prężyli się naprzeciw siebie oboje, bez jednego ruchu, bez słowa, oczy jego w jej oczach. Nantas, z wyciągniętą naprzód szyją i rękoma jakby się gotował, aby się na nią rzucić i wejść.
— Zejdź mi z drogi — szepnął chrapliwie. — Jestem silniejszy i wejdę za jakąbądź cenę.
— Nie wejdziesz pan, ja nie chcę.
Powtórzył z uporem obłąkańca:
— Tam jest mężczyzna! W sypialni pani jest mężczyzna!...
Nie trudząc się nawet zaprzeczaniem, wzruszyła tylko ramionami. A kiedy jeszcze krok ku niej postąpił, rzekła:
— I cóż stąd?... Przypuśćmy nawet, żeby i był, cóż pana to może obchodzić?... Czyliż nie jestem wolną?
Cofnął się pod policzkującem uderzeniem tych słów. W istocie, była wolną... Zimno objęło go za ramiona. Ujrzał jasno, że rola Flawii w tej chwili ma nad nim zupełną przewagę, jemu samemu zaś przypadło odegrać dziecinną, chorobliwą, niedorzeczną scenę. Zapomniał o umowie, ogłupiony namiętnością, stał się wstrętnym. Czemuż nie został przy pracy w swoim gabinecie? Krew uciekła mu z twarzy, cień niewymownego cierpienia okrył bladością jego rysy. Kiedy Flawia spostrzegła rozgrywającą się w nim burzę straszliwą, odstąpiła od drzwi i z błyskiem słodkiego rozrzewnienia w źrenicach wyrzekła z prostotą:
— Zobacz.
I poprzedzając go z lampą w ręce weszła do sypialni, na której progu Nantas pozostał. Powiedział jej giestem, że to zbyteczne, że nie chce na nic patrzeć, lecz teraz ona sama nastawała. Podszedłszy do łóżka, odsłoniła firanki, po za któremi ukryty pan des Fondettes ukazał się naraz oczom obojga. Na ten widok Flawia osłupiała, krzyk przerażenia wydarł się z jej piersi.
— Prawda! — wybełkotała rozpaczliwie — prawda!... tu jest mężczyzna... Lecz nie wiedziałam nic o tem... Och!... na moje życie przysięgam ci, żem nie wiedziała.
Poczem niezmiernym wysiłkiem woli uspokoiła się tak dalece, że zdało się, jakby jej żal było tego pierwszego poruszenia, pod którego wpływem starała się bronić...
— Słuszność po pańskiej stronie, przebacz mi pan — ozwała się do Nantasa, siląc się na zwykły swój zimny ton.
W czasie tego pan des Fondettes spostrzegł niebawem, jak dalece rola jego jest śmieszną w danej chwili. Daremnie czekał z dość głupią miną na wybuch męża, za który dałby wiele. Lecz Nantas milczał. Był tylko mocno blady. Przeniósłszy wzrok z pana des Fondettes na Flawię, skłonił się przed nią i wyrzekł tylko:
— Pani, proszę mi darować, wszak jesteś wolną...
Odwrócił się i wyszedł. Coś się w jego wnętrzu załamało; tylko mechanizm muskułów i kości nie przestał funkcyonować. Znalazłszy się napowrót w swym gabinecie, zwrócił się prosto do szuflady, w której chował rewolwer. Obejrzawszy broń, wyrzekł głośno, jakby się chciał tym sposobem formalnie sam wobec siebie zobowiązać:
— A no... dość tego. Zabiję się.
Poprawiwszy płomyka u lampy, siadł przy biurku i zabrał się najspokojniej do przerwanej na chwilę pracy. Bez chwilki namysłu dokończył wśród ciszy głębokiej zaczętego frazesu. Ćwiartki przybywały jedna za drugą metodycznie. W dwie godziny potem, kiedy Flawia, wypędziwszy pana des Fondettes, zeszła boso, aby podsłuchać pod drzwiami gabinetu męża, nie doleciało uszu jej z po za nich nic prócz szelestu pióra, biegającego szybko po papierze. Nachyliwszy się, przybliżyła oko do dziurki od klucza: Nantas pisał bez przerwy, z tym samym ciągle spokojem a twarz jego wyrażała ciszę i zadowolenie z pracy. Jeden z promieni lampy odbijał się jasnym błyskiem w lufie leżącego obok rewolweru.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Émile Zola i tłumacza: Zygmunt Niedźwiecki.