Strona:PL Zola - Nantas.djvu/52

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


cóż pana to może obchodzić?... Czyliż nie jestem wolną?
Cofnął się pod policzkującem uderzeniem tych słów. W istocie, była wolną... Zimno objęło go za ramiona. Ujrzał jasno, że rola Flawii w tej chwili ma nad nim zupełną przewagę, jemu samemu zaś przypadło odegrać dziecinną, chorobliwą, niedorzeczną scenę. Zapomniał o umowie, ogłupiony namiętnością, stał się wstrętnym. Czemuż nie został przy pracy w swoim gabinecie? Krew uciekła mu z twarzy, cień niewymownego cierpienia okrył bladością jego rysy. Kiedy Flawia spostrzegła rozgrywającą się w nim burzę straszliwą, odstąpiła od drzwi i z błyskiem słodkiego rozrzewnienia w źrenicach wyrzekła z prostotą:
— Zobacz.
I poprzedzając go z lampą w ręce weszła do sypialni, na której progu Nantas pozostał. Powiedział jej giestem, że to zbyteczne, że nie chce na nic patrzeć, lecz teraz ona sama nastawała. Podszedłszy do łóżka, odsłoniła firanki, po za któremi ukryty pan des Fondettes ukazał się naraz oczom obojga. Na ten widok Flawia osłupiała, krzyk przerażenia wydarł się z jej piersi.
— Prawda! — wybełkotała rozpaczliwie — prawda!... tu jest mężczyzna... Lecz nie wiedziałam nic o tem... Och!... na moje życie przysięgam ci, żem nie wiedziała.
Poczem niezmiernym wysiłkiem woli uspokoiła