Strona:PL Zola - Nantas.djvu/36

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Mówił tak długo. Było to kompletne bankructwo wszystkiego, w co wierzył dotąd. Ten człowiek, który całą swoją wiarę pokładał w sile, który utrzymywał, że wola jest dźwignią, zdolną poruszać światy, padał rozbrojony, unicestwiony, słaby jak dziecię, u nóg kobiety. Ziściwszy sen swój o szczęściu, zdobywszy wysokie stanowisko, oddałby przecież wszystko za jeden pocałunek w czoło, którymby go ta kobieta w tej chwili od stóp swoich podniosła. Ona to obracała w niwecz cały jego tryumf. Nie słyszał brzęku złota, rozlegającego się w jego biurach, nie myślał o całych procesyach dworaków, cisnących się doń z służalczym pokłonem, zapomniał, że cesarz powołuje go może w tej chwili do najwyższej władzy! Wszystkie te rzeczy przestały dlań obecnie istnieć. Miał wszystko, lecz pragnął jednej tylko Flawii. A jeśli ona go odepchnie — biedniejszym będzie niż nędzarz ostatni.
— Słuchaj! — mówił dalej — wszystko, com zrobił, zrobiłem dla ciebie!... W pierwszej chwili, wyznaję to, nie wchodziłaś wcale w działaniu mojem w rachubę, pracowałem jedynie w celu zadowolenia dumy własnej. Lecz potem ty stałaś się jedynym celem wszystkich moich myśli, mych wszystkich wysiłków. Mówiłem sobie, że muszę się wznieść jak tylko można najwyżej, aby na ciebie zasłużyć. Sądziłem, że zdołam cię ku sobie skłonić, w dniu, w którym złożę u stóp twoich moją potęgę. Patrz, gdzie dzisiaj nakoniec jestem! Nie