Nad modrym Dunajem/VIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Nad modrym Dunajem
Wydawca Michał Glücksberg
Data wydania 1885
Drukarz Drukarnia S. Orgelbranda Synów
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


Panna Aniela, zmęczona powróciwszy do swojego pokoju, po tym wieczorze, który ją tyle kosztował i złamał na duchu, padła na kolana szukając pociechy we łzach i modlitwie. W drugim obok stary Słomiński z różańcem przechadzał się modląc się także... Modlitwa córki była gorąca ale krótka, zerwała się w prędce aby obmyśleć środek jakiś, ratunek... Naprzód chciała się wynieść z hotelu i pozbyć nieznośnych natrętów. Żałowała teraz że nie spytała Dyzi o jakie wolne mieszkanie, do którego by się przenieść mogli. Szczęściem na stoliku leżał numer jakiegoś Tagblattu — i oczy jej padły na ogłoszenie o mieszkaniu, na Kärtnerringu, którego numer ją uderzył. Byłto właśnie dom, w którym stała na drugim piętrze, przyjaciółka jej Dyzia... Apartament był trochę za wielki, i za drogi, ale z innych względów najdogodniejszy; Aniela z numerem dziennika, wypatrzywszy gdy ojciec dokończył modlitwę, weszła do jego pokoju...
— Przychodzę tatkowi dać dobranoc — i mam prośbę natarczywą..
Zaczęła go całować po rękach...
— Mój dobry tatku — poczęła przymilając się do niego — zrób to dla mnie, zrób — daj mi słowo że uczynisz...
— Ale co? co, moje dziecko...
— Porzućmy ten obrzydliwy, cuchnący, wrzawliwy hotel! W tym samym domu gdzie mieszka Dyzia, jest prywatne mieszkanie do najęcia... wygodne, przyzwoite, nie bardzo drogie. Na co my się tu męczyć mamy?...
Słomińskiego nie wiele obchodziło gdzie stał... ale tu, miał pod ręką ludzi, a tych potrzebował.
— Tam będziemy samotni — rzekł...
— Nie, tam ojciec będziesz miał salon, wygodnie przyjmiesz swych gości... i porzucimy hotel — którym się ja brzydzę. To zawsze karczma...
— Masz słuszność — odezwał się stary — jakkolwiek incognito, zawsze hetmanem jestem — to obowiązuje... darmo... Kiedyś grzyb, leźże w kosz. Zabawimy pewnie z tydzień...
Aniela go w rękę pocałowała znowu...
— Więc zgoda...
— Zgoda — dysponuj — nie mam nic przeciw temu...
Nazajutrz rano, właśnie gdy pan Słomiński z córką jechał na nowe mieszkanie, które Aniela rano zamówiła przez lohndienera, Dyzia biegła do przyjaciółki i z nią się rozminęła. Jakież było zdziwienie jej i radość, gdy w parę godzin potem, odbywszy małą przechadzkę po Stadtparku, w której zdala ow wielbiciel jej towarzyszył nieśmiało, Dyzia wracając, na pierwszem piętrze zobaczyła w progu na nią oczekującą Anielę. Nie mogła zrazu zrozumieć, jak się to stało. Dwie przyjaciółki wbiegły ściskając się i śmiejąc do pokoju, a Dyzia powtarzała ciągle:
— A! jakże się to przedziwnie stało! jaka ty jesteś rozumna i dobra Anieluniu moja!
Anieli szło co najpilniej o lekarza... ale warunki były ciężkie. Słomiński Niemców nie lubił, lekarz powinien był dlań przybrać jakąś inną rolę, lub przynajmniej znaleźć pozór jakiś wnijścia do tego domu. Stary doktor, Polak, od dawna w Wiedniu zamieszkały, człowiek poważny i zacny, znalazł się wprawdzie, szło o to, jakim pozorem okryć jego odwiedziny. Aniela musiała zachorować. Ułożyły się o to przyjaciółki... Staruszek był dosyć zręcznym, by zrozumieć warunki i zastosować się do nich. Aniela zresztą miała się z nim wprzód widzieć u Dyzi i naradzić. Składało się więc wszystko bardzo dobrze.
Słomiński we wspaniałym, z przepychem wiedeńskim urządzonym apartamencie jakiegoś zamożnego magnata węgierskiego, — który go odnajmował, uczuł się z razu bardzo wygodnie i stosownie ulokowanym. Rozerwało go na parę godzin, oglądanie obrazów, nawet ruch ulicy, ale pozostawiony sam sobie, wkrótce siadł na fotelu i począł po cichu mówiąc do siebie, rozważać swą misyę, swe obowiązki i trudności położenia. Aniela postarała mu się o polskie dzienniki, te jednak zamiast rozrywki, przynosiły mu najczęściej powody nowego rozdrażnienia. Gniewał się na rozmaite przekonania, jakie w nich znajdował.
Potrzeba mu było koniecznie towarzystwa, ale takiego, w którem by był zmuszony ukrywać się, zajmywać czemś zupełnie w związku z jego manją nie będącem. Na tem właśnie zbywało. Dzień przeszedł powolnie się wlokąc, gdy nad wieczór o zmroku zadzwoniono — panna Aniela lękając się którego z natrętów, wybiegła sama do przedpokoju i zdziwiła się przyjemnie spostrzegłszy Rżewskich. Stryja pana Eljasza nieznała prawie osobiście, widywała go zdala będąc dzieckiem, przypomniał się jej — i obu ich wprowadziła zaraz do ojca.
Słomiński, który dawno też nie widział Augusta, zrazu nie poznał go o szarym zmroku, dopiero po głosie go sobie przypomniał, i rzucił mu się na szyję. Dziwne to jakieś uczucie owładło nim, stary się rozpłakał.
Pan August tem weselszym się starał okazać. W chwilę po przyjściu ich, gdy Eljasz rozmawiał z panną, która mu nowe mieszkanie pokazywała, Słomiński obejrzawszy się do koła (córki się obawiał trochę) — cicho począł do dawnego towarzysza:
— Wiesz co się ze mną stało?
— Nie wiem o niczem.
— Zdaje ci się że masz przed sobą Modesta Słomińskiego, nieprawdaż?
— Tak jest, rzekł August — i tego jestem pewnym.
— Otóż mylisz się — westchnął stary — prawda, byłem nim, ale nieszczęścia krajowe spowodowały, że na mnie nowe i ciężkie spadły obowiązki. Tak jest. Dano mi misyę z nieba. Jestem Hetmanem Koniecpolskim.
Pan August głową pokręcił.
— Mój Modeście.
— Mówię ci, tak jest! rzecz dziwna, nie do wiary — ale prawdziwa. Doszły u nas rzeczy do tego stopnia, rozprzężenie, nieład, swawola i rozpusta idei, że w końcu sam Bóg Ojciec, przed którym ukrywają prawdę, zasłyszawszy o tem, mnie zesłał dla zbadania rzeczy w gruncie.
Pan August namyślał się jeszcze, co ma odpowiedzieć, i potakiwać czy starać się opamiętać nieszczęśliwego, gdy Słomiński, któremu długie milczenie ciężyło, począł, korzystając z chwilowego oddalenia się córki, mówić dalej pośpiesznie bardzo:
— Widzisz, mój Auguście, co to za razem zaszczytne i trudne do spełnienia posłannictwo! Otwarcie się z tem odkryć nie mogę, jedni by uwierzyć nie chcieli, drudzy by intrygowali. Kto wie? znalazł by się może denuncyant, coby mnie zaskarżył, i zasadzono by mnie gdzie do fortecy, albo wygnano z kraju... Tymczasem misya moja zmusza mnie, nietylko stosunki galicyjskie, ale w zaborze pruskim i rosyjskim zbadać gruntownie. Będę musiał jechać do Warszawy, do Wilna i Poznania. Połączone to jest z niemałem niebezpieczeństwem...
Wpatrzył się mówiąc Słomiński, w oczy Augustowi, który siedział bardzo seryo i poważnie go słuchając.
— No, cóż ty na to! — zapytał.
— Ja? — rzekł August — ja nie mam ci nic innego do powiedzenia nad jedną rzecz. Winszuję dostojeństwa — to się rozumie — lecz zwracam twoją uwagę na to, co powie na to pan Eustachy, gdy się o tem dowie? hę? Gotów skorzystać z tego, że zostałeś Koniecpolskim, i majątek twój i córkę wziąć w opiekę... Znamy oba ze szkół Eustachego, wiesz, mój drogi czem to grozi...
Słomiński na chwilkę zamilkł i siedział jakby uderzony tą myślą nową, która mu dotąd nie przyszła. Nie wiedział co mu odpowiedzieć.
— Bądź ostrożnym — dodał pan August. — Znasz Eustachego.... mądrej głowie dosyć na słowie....
— Przecież ja przed Eustachym się z tego spowiadać nie będę — rzekł w końcu. — Tobie się zwierzam... bo ci ufam...
— Tak — odparł pan August — ale w drodze podobno napomknąłeś coś o tem memu synowcowi, a wczoraj wieczorem przy obcych, parę razy ci się coś wyrwało... co może dać do myślenia... Pau Eustachy tu jest...
— Eustachy tu jest? — chwytając za rękę przyjaciela, zawołał Słomiński z widocznem przestrachem — a! to prawdziwa klęska!!
Zamyślił się głęboko.
— Nie łatwo mnie znajdzie i dowie o mnie — szepnął pocieszając się.
— Przepraszam cię — rzekł August — był dziś w Stadt-Frankfurt na obiedzie — mówił z hr. Panterem i z Paschalskim, wiem, że się o ciebie dowiadywał.
Sposępniał Słomiński.
— Masz słuszność — szepnął — należy mi być ostrożnym. Prawnie Eustachy miał by racyę, bo juściż dwoma razem być nie mogę, Koniecpolskim i Słomińskim. Z prawa natury byłem Słomińskim, ale Pan Bóg mnie zesłał tu jako Koniecpolskiego, zatem Słomińskim przestać być muszę... Wziął by więc, jako najbliższy krewny majątek i córkę w swe ręce, a tego ja sobie dla Anielki nie życzę.
P. August czuł, że nie sprzeciwiając się, łagodnie najwłaściwiej mu będzie poczynać sobie ze Słomińskim, — wchodził więc w jego położenie.
— Mój panie Modeście — odezwał się — trudno ci znowu dziecko własne i jego przyszłość poświęcić dla... jakiegoś posłannictwa, którego skutek — pozwól sobie powiedzieć, jest bardzo wątpliwy... Mógłbyś bo podać prośbę o uwolnienie...
— Ja? ja? — żywo przerwał Słomiński — ja? nigdy w świecie! Zrzec się tak wielkiej i zaszczytnej missyi? którą mi z góry powierzono! nigdy w świecie — powtórzył.
Mówił coraz głośniej, a panna Aniela posłyszawszy tę wrzawę z drugiego pokoju, nadbiegła wystraszona.
— Kochany ojcze, — zawołała — mam twe słowo, że nie będziesz się rozgorączkowywać w rozmowach, to ci zawsze szkodzi...
Spojrzała na pana Augusta, a ten zaraz dorzucił:
— Właśnie i ja o to samo prosiłem pana Modesta.
Stary z lekka córkę odsunął od siebie, oczy mu się paliły, wargi drżały.
— Dajcież mi pokój z tym nieboszczykiem panem Modestem, gdy jesteśmy w kółku poufnem... Wiem przecież kto jestem — uderzył się w piersi — nikt mi tu rozkazywać nie ma prawa.
Hetman koronny, czasu bezkrólewia...
— Nikt nie rozkazuje! — przerwał pan August — my cię tylko prosimy... Zlituj się, im do ważniejszego poczuwasz się posłannictwa, tem więcej szanować się powinieneś...
Aniela chwyciła obie jego ręce, przyklęknęła...
— Kochany ojcze! mój drogi tatku, zlituj się nademną — uspokój się, proszę, błagam.
Słomiński pocałował ją w głowę, łza jakaś zbłąkana zakręciła mu się w oku.
— Mój drogi — rzekł pan August — ty to najlepiej wiedzieć powinieneś, że nieboszczyków do życia tylko jeden Bóg powołać może... Bądź więc spokojnym mój Modeście...
Zżymnął się na to imie Słomiński.
W tem Aniela wstała i zakaszlała się mocno, był to kaszel na ten raz udany tylko — ojciec niespokojnie spojrzał na nią.
— Ty bo mi jakoś pokaszlujesz? — rzekł.
— Ja od niejakiego czasu istotnie kaszlę dosyć mocno — zawołała panna Aniela, szczególniej nocą, piersi mnie bolą ciągle. Niechciałam o tem mówić ojcu, aby go nie trwożyć, myśląc, że to przejdzie. Dyzia mnie zmusza ażebym się poradziła lekarza, jest to staruszek, Polak, człowiek bardzo miły, i medyk sławny, szczególnie do chorób piersiowych. Dyzia koniecznie go chce przyprowadzić.
— Bardzo jej za to wdzięczen jestem — odparł Słomiński — będę jej sam prosił o to.
— Ale koniecznie niech się pani poradzi; zaniedbywać się nie można — dodał pan August.
— Ani się z tem opóźniać — dodał Eliasz.
— Doktor miał dziś być u Dyzi — odezwała się Aniela — a ona taka jest samowolna i uparta, że nawet pozwolenia nie czekając, gotowa go tu przyprowadzić.
— To by było doskonale! — rzekł stary Słomiński.
W ten sposób udało się córce przerwać drażliwą rozmowę i przygotować ojca, do przybycia doktora Hurki, którego się spodziewała. Słomiński jednak zmuszony mówić o czem innem, widocznie był niespokojny, wzrokiem roztargnionym rzucał do koła i kręcił na krześle.
Panna Aniela miała już gotową herbatę, którą kazała podawać, i sama zająć się nią poszła właśnie, gdy u drzwi zadzwoniono, i piękna Dyzia, weszła wystrojona niezmiernie, uśmiechnięta, prowadząc za sobą małego wzrostu, trochę przygarbionego staruszka, niedowidzącego... z rysami twarzy ściągniętemi i pomarszczonemi, ubranego we frak i po staroświecku podpiętą wysoko białą chustką. Doktor Hurko idąc ciągle poprawiał złote okulary, jakby mu to do lepszego przypatrzenia się towarzystwu pomódz mogło. Słomiński, jako gospodarz, wstał na powitanie pięknej Dyzi, zabrał znajomość z doktorem, dziękując mu za jego uprzejme odwiedziny — i posadził swych gości, rozpoczynając bardzo swobodną z niemi rozmowę.
Miało to do siebie obłąkanie jego, że gdy był zmuszonym je ukrywać pan Modest, na chwilę zdawał się od niego zupełnie wolnym. Doktor, który mu się z nadzwyczajną przypatrywał i przysłuchiwał bacznością, nie mógł jeszcze dopatrzeć najmniejszego choroby śladu.
Dyzia tymczasem, korzystając ze zręczności, nie nawykła próżnować, oczkami i uśmiechem starała się obu Rżewskich zaniepokoić. Maleńkiego tryumfu potrzebowała zawsze, i tak do niego była nawykłą, że się obejść nie mogła.
Pan Eliasz był zachwycony tem zjawiskiem. Aniela swą powagą onieśmielała go — z tą był jak w domu... Przynosiła z sobą wesołość i jakby tchnienie wiosenne.
Ponieważ Rżewscy jej zostali zaprezentowani, mogła więc do nich przypuścić atak i poczęła wnet trzpiotowatą o Wiedniu i jego rozkoszach rozmowę, gdy doktor Hurko, korzystając z tego, przysiadł się do gospodarza...
Zblizka dopiero mógł się rozpatrzeć w jego twarzy, i uchwycić na niej ten wyraz, dla wielu niedojrzany, którym się obłąkanie piętnuje... Coś niespokojnego we wzroku, pewne mimowolne ruchy nerwów, twarzy, drgania nagłe i krótkie, zwiastują zawsze walkę człowieka, który usiłuje okazać się przytomnym, gdy wewnętrzna burza nim miota.
Doktor Hurko charakterem i wiekiem był uspokojony i flegmatyczny, widok codzienny nieszczęść ludzkich, uczynił go jeśli nie obojętnym na nie, to przynajmniej obytym z niemi. Nie czyniły już na nim tego wrażenia, jakie wywierają na pospolitym człowieku...
Wiedział z jakim stanem i chorobą ma do czynienia, po pierwszej słów wymianie, ale postanowił przedłużyć o ile możności odwiedziny, aby sprawdzić swe wrażenia i domysły.
Panna Aniela umyślnie może, opóźniała przyjście do salonu, aby go dłużej przy ojcu zostawić. Słomiński tymczasem, przytomnie bardzo, począł prosić lekarza, aby troskliwie stan córki jego wybadał.
— Jest to moim obowiązkiem, odezwał się doktor powoli — a choć dziś nasza sztuka posiada środki badania pewniejsze i prędsze, szczególniej w chorobach piersiowych, ja, stary, nawykłem trochę do powolnego przesłuchiwania się i obserwowania choroby — niechże pan dobrodziej nie posądza mnie o interesowność, ale wierzyć raczy, że sumienie mną powoduje... bo będę musiał kilka dni odwiedzając w różnych porach córkę pańską, przypatrywać się jej — nim coś orzeknę...
Słomińskiego ta otwartość ujęła, ścisnął rękę doktora — zaczął mu dziękować i prosić o jak najczęstsze odwiedziny. Potem zagadnął go o swe dawne znajomości wiedeńskie, o sam Wiedeń, o niego samego, a Hurko żwawo i wesoło odpowiadając nastroił się z nim do rodzaju poufałości.
Byli więc w najlepszej komitywie, gdy nadeszła Aniela, witać zarazem gości i zaprosić ich na herbatę. Stary Słomiński podał rękę Dyzi — chociaż od czasu jak się dowiedział, że mąż jej był niemieckim dziennikarzem, wcale dla niej nie miał sympatyi, pan August poszedł z Anielą, a stary doktor z Eljaszem...
Wszyscy razem, począwszy od pięknej pani, dla której towarzystwo to, wydało się zbyt trochę sztywnem i nudnawem — starali się mówić o rzeczach obojętnych i wesołych... Nie było to rzeczą łatwą, bo właśnie ów sławny krach i jego następstwa ciężyły nad austryacką stolicą, a fakt ten dotknął tak silnie organy życia społecznego, iż się w niem całem dał uczuwać. Grzech popełniło nie wielu, pokutę odprawiali niemal wszyscy... Po ogródkach wprawdzie u Sperla, wesołe kapele wygrywały szyderskie śpiewy — o wielkim krachu... żartowano sobie z niego, ale skutki pomimo to — objawiały się straszne...
Niepodobna było uniknąć opowiadań o losach tych wielkich ludzi co wczoraj rzucali miljonami, a nazajutrz szli wstyd i rozpacz topić w Dunaju lub leczyć kulą rewolwerową — ale dr. Hurko bardzo zręcznie strony mniej tragiczne dramata umiał wyszukiwać, aby zabawić niemi.
Słomiński milczał słuchając, myślą zdawał się być gdzieindziej, wzdychał tylko i dopiero gdy dotknięto skutków, jakie stolica monarchji austryackiej wywarła na prowincye, na ich charakter, życie, na pojęcie życia i obowiązków, gdy zaczęto wymieniać imiona ludzi, co z poczciwemi imionami potonęli w tej powodzi... drgnął i ożył...
— Wiele mamy do zarzucenia Austryi od 1772 roku — zawołał — choć i Marya Teresa i Kaunitz z zaboru tłumaczyli się koniecznością, a z germanizacyi potrzebą zgaszenia ducha, którego się lękali... ale ze wszystkich ran nam zadanych, może najdotkliwszą, najboleśniejszą jest zaraza, jaką nam szały giełdowe i gründerskie wniosły.
Choroba ta niepofolgowała nawet koryfeuszom, obaliła posągowe postacie, któremi byliśmy dumni, odsłoniła słabość, uwidomiła brak charakterów, słowem, zrównała nas, cośmy w szatach męczeńskich stali na piedestałach, z tym gminem, co się w błocie ulicznym tarza.... Nie jestże to ból nad bóle, i żal nad żale!
Gdy to mówił, dr. Hurko patrzał nań z uwagą i zdawał się zapominać, że słucha obłąkanego.
— Panie dobrodzieju — rzekł — jesteśmy ludźmi... gdy szał opanowuje tysiące, gdy zawraca najsilniejsze głowy, cóż dziwnego, że my biedacy ulegliśmy mu.
Jako doktor, muszę to poniekąd tem tłumaczyć, że osłabione organizmy, zawsze są skłonniejsze do ulegnienia wpływom zewnętrznym.
— Ale my powinniśmy byli pamiętać — zawołał Słomiński — że nam już nic nad godność naszą i charakter narodowy, dostojny nie zostało... Nie godziło się niemi frymarczyć — dla grosza. Gdyby te troski i te pieniądze, które ludzie włożyli w spekulacye szulerskie, obrócili na rolnictwa i przemysłu krajowego dźwignięcie, zyskał by kraj moralnie i materyalnie. Czem są zresztą straty pieniężne? te się powrócić mogą — ale plamy się nie zmyją!!
Słomiński tak się znowu zapalił, że córka musiała Dyzię wyciągnąć na jakieś trzpiotowstwo i niemal gwałtem wyrwać rozmowę z tego niebezpiecznego toru, na jakie się wtoczyła.
Pan August szczerze pomagał jej, zaśmiano się tak wesoło do koło, a Hurko tak pomagał młodzieży, że stary gospodarz zostawszy sam ze swojem usposobieniem smętnem, zmuszony był zamilknąć i choć spróbować nastroić się do tonu ogólnego.
Uczynił to wprawdzie fizyognomią — ale zamilkł znowu. Oznaką choroby było w nim jak u wszystkich monomanów, że o jednem tylko mówić umiał, zresztą nic go nie obchodziło. Polował też oczyma na pana Augusta, usiłując mu dać do zrozumienia, że radby się był z nim oddalić na stronę, Rżewski jednak udał że tego nie rozumie, i od stołu wstać nie chciał.
Po herbacie razem wszyscy przeszli do salonu, a Dyzia, która mimo dwóch panów do zabijania oczkami, tęskniła za weselszem towarzystwem, — szepnęła przyjaciółce, iż koniecznie do siebie na górę iść musi. Doktor też, obiecując jutro swe odwiedziny, odejść musiał.
Rżewscy nie mogli zostać dłużej, aby nie męczyć starego. Pan August lękał się wznowienia poufnej rozmowy... Nie dał mu jednak tak odejść Słomiński, nie wymógłszy obietnicy, że go często będzie odwiedzał.
— Mam z tobą wiele, wiele do pomówienia, o rzeczach ważnych bardzo, szepnął mu na ucho...
— Będziemy się widywali codziennie — odparł Rżewski — jeżeli pozwolisz...
— Proszę cię o to — cicho rzekł Słomiński, ściskając go za rękę — mam myśl... mianowania cię moim przybocznym adjutantem, i upoważnienie do tego od Boga Ojca... Widząc jaki obrót bierze rozmowa, pan August pożegnał się co najprędzej.
Pomimo że był zajęty starym, nie przeszkadzało mu to, w ciągu wieczora zdala się przypatrywać stosunkom synowca z panną Anielą. Eliasz był bardzo nieśmiały w dobrem towarzystwie, może też i stryja się trochę wystrzegał, jednak pan August z pewnych wejrzeń ostrożnych, z cichych szeptów, z troskliwego ścigania wszystkich obrotów panny Anieli, powziął to przekonanie, że Eliasz jest nią zajęty... Cieszyło go to niewymownie — najbezinteresowniej byłby się chętnie zajął losem nieszczęśliwego obłąkanego towarzysza szkolnego, ale teraz podwójnie go przyciągała i litość nad nim i gorąca chęć wyswatania młodzieńca, którego przedłużonego kawalerskiego życia — z własnego doświadczenia sobie nie życzył.
Wyszli razem i pan August wniósł lekką wieczerzę u Sachera... a pan Eliasz jej nie odmówił.
Któż z tych co w Wiedniu byli nie zna tego niepozornego kątka, w którego ciemnych czeluściach tyle grzesznych wieczerzy i niebezpiecznych obiadów we dwoje i we czworo się odbywa...? Jest to najsławniejsza kuchnia, do której biegną wszyscy smakosze, gdzie idą ci co chcą się choćby pochwalić tem, że u Sachera jedli. W istocie jadło tu jest przedziwne, ale dobry ton jeszcze je czyni ponętniejszem, bo należy do dobrego tonu nie jadać gdzieindziej. W Stadt-Frankfurt kuchnia ma być zdrową i nie bardzo drogą, tu drogą jest, nie koniecznie zdrową, ale ma sławę wykwintnej. Sacher ma oprócz dwóch wspólnych saloników, cały szereg ciemnych gabinetów, w których czułe serca szukają drogo opłaconego przytułku.
Panowie Rżewscy wszedłszy znaleźli już z teatru powracających gości tłum wielki. Nie zbywało na ziomkach. Stale mieszkający w Wiedniu stołują się we Frankfurcie, ale przejeżdżający wolą Sachera. Tym razem ze znajomych spostrzegli tylko pana Eustachego Słomińskiego, któremu towarzyszył i ugaszczał go Paschalski. Butelka szampana stała obok nich w lodzie, a pulardę właśnie krajali, gdy Rżewscy ukazali się w progu.
Ponieważ o miejsce było przytrudno, Paschalski wstał nadzwyczaj uprzejmie ofiarując nietylko stolik do podziału ale — objawiając nadzieję, że pozwolą się prosić na wieczerzę.
— Miejsce u stolika — przyjmujemy chętnie — odezwał się pan August, ale darujesz mi pan zaprosić się nie daję, bo mam za zasadę niezmienną jeść za swoje pieniądze... i pić także. Wszyscy co mnie znają poświadczą panu, iż od tej zasady nie odstępuję.
Niechciał unikając tych panów Rżewski, pokazać im wstrętu, i zasiedli wszyscy u jednego stolika. Pan Eustachy, jak zwykle, był spokojny, majestatyczny, z czołem pogodnem. Jadł zwolna i po smakoszowsku, pił pomalutku, mówił mało i z rozmysłem, patrzał i słuchał z uwagą wielką.
Paschalski, który był tego najpewniejszym, iż wracają od Słomińskich, zagadnął zaraz gdzie wieczór spędzili, a pan August, choć to było nieco ryzykownem, pospieszył skłamać że byli w teatrze.
Nie wiedział nawet co grano — lecz szczęściem rozmowa się zwróciła na inną stronę.
— Chciałbym się koniecznie widzieć z moim bratem, rzekł w ciągu jej pan Eustachy. Słyszałem że nie bardzo zdrów, trochę mnie to niepokoi. Przez cały dzień starałem się dowiedzieć o jego adres... Spojrzał na Rżewskich, pan August udał że nie słyszy.
W chwili prawie gdy to mówili, we drzwiach od ulicy ukazała się postać, którą trudno było posądzić, ażeby na wieczerzę przyszła do Sachera. Był to niepozorny człeczyna... w opiętym paltocie, którego zobaczywszy Paschalski wstał i poszedł z nim coś poszeptać w kątku. Nie bez trwogi pewnej i przeczucia dojrzał pan August że Izydorowi twarz się rozjaśniła wyraźnie. Przybyłego obdarzył papierkiem, i znaczące wejrzenie rzucił na pana Eustachego, z doskonałym apetytem wracając do stolika.
Przebiegły pan August pewnym był prawie że Paschalski dostał żądany adres Słomińskich. Tak było w istocie.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.