Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Nad modrym Dunajem.djvu/99

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.



Panna Aniela, zmęczona powróciwszy do swojego pokoju, po tym wieczorze, który ją tyle kosztował i złamał na duchu, padła na kolana szukając pociechy we łzach i modlitwie. W drugim obok stary Słomiński z różańcem przechadzał się modląc się także... Modlitwa córki była gorąca ale krótka, zerwała się w prędce aby obmyśleć środek jakiś, ratunek... Naprzód chciała się wynieść z hotelu i pozbyć nieznośnych natrętów. Żałowała teraz że nie spytała Dyzi o jakie wolne mieszkanie, do którego by się przenieść mogli. Szczęściem na stoliku leżał numer jakiegoś Tagblattu — i oczy jej padły na ogłoszenie o mieszkaniu, na Kärtnerringu, którego numer ją uderzył. Byłto właśnie dom, w którym stała na drugim piętrze, przyjaciółka jej Dyzia... Apartament był trochę za wielki, i za drogi, ale z innych względów najdogodniejszy; Aniela z numerem dziennika, wypatrzywszy gdy ojciec dokończył modlitwę, weszła do jego pokoju...
— Przychodzę tatkowi dać dobranoc — i mam prośbę natarczywą..
Zaczęła go całować po rękach...
— Mój dobry tatku — poczęła przymilając się do niego — zrób to dla mnie, zrób — daj mi słowo że uczynisz...
— Ale co? co, moje dziecko...
— Porzućmy ten obrzydliwy, cuchnący, wrzawliwy hotel! W tym samym domu gdzie mieszka Dyzia, jest prywatne mieszkanie do najęcia... wygodne, przyzwoite, nie bardzo drogie. Na co my się tu męczyć mamy?...
Słomińskiego nie wiele obchodziło gdzie stał... ale tu, miał pod ręką ludzi, a tych potrzebował.
— Tam będziemy samotni — rzekł...