Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Nad modrym Dunajem.djvu/105

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


jeden Bóg powołać może... Bądź więc spokojnym mój Modeście...
Zżymnął się na to imie Słomiński.
W tem Aniela wstała i zakaszlała się mocno, był to kaszel na ten raz udany tylko — ojciec niespokojnie spojrzał na nią.
— Ty bo mi jakoś pokaszlujesz? — rzekł.
— Ja od niejakiego czasu istotnie kaszlę dosyć mocno — zawołała panna Aniela, szczególniej nocą, piersi mnie bolą ciągle. Niechciałam o tem mówić ojcu, aby go nie trwożyć, myśląc, że to przejdzie. Dyzia mnie zmusza ażebym się poradziła lekarza, jest to staruszek, Polak, człowiek bardzo miły, i medyk sławny, szczególnie do chorób piersiowych. Dyzia koniecznie go chce przyprowadzić.
— Bardzo jej za to wdzięczen jestem — odparł Słomiński — będę jej sam prosił o to.
— Ale koniecznie niech się pani poradzi; zaniedbywać się nie można — dodał pan August.
— Ani się z tem opóźniać — dodał Eliasz.
— Doktor miał dziś być u Dyzi — odezwała się Aniela — a ona taka jest samowolna i uparta, że nawet pozwolenia nie czekając, gotowa go tu przyprowadzić.
— To by było doskonale! — rzekł stary Słomiński.
W ten sposób udało się córce przerwać drażliwą rozmowę i przygotować ojca, do przybycia doktora Hurki, którego się spodziewała. Słomiński jednak zmuszony mówić o czem innem, widocznie był niespokojny, wzrokiem roztargnionym rzucał do koła i kręcił na krześle.
Panna Aniela miała już gotową herbatę, którą kazała podawać, i sama zająć się nią poszła właśnie, gdy u drzwi zadzwoniono, i piękna Dyzia, weszła wystrojona niezmiernie, uśmiechnięta, prowadząc za sobą małego wzrostu, trochę przygarbionego staruszka,