Nad modrym Dunajem/IX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Nad modrym Dunajem
Wydawca Michał Glücksberg
Data wydania 1885
Drukarz Drukarnia S. Orgelbranda Synów
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


Zrana nazajutrz panna Aniela wybiegła na chwilę do Dyzi. — Zostawiła ojca przy rannej modlitwie, a przyjętemu słudze i Fedorowiczowi poleciła jak najmocniej aby nikogo obcego nie wpuszczali, i nie przyjmowali dopóki by nie wróciła.
Fedorowicz dla większej pewności sam usiadł z okularami i książką, gdyż był zamiłowanym w czytaniu, chociaż go ono niepospolicie męczyło, bo wielu rzeczy w nowej literaturze zrozumieć jakoś nie mógł. Na drogę jednak wzięty — Leszek i Goworek — nie przedstawił tak nadzwyczajnych trudności, lubował się nim poczciwy Fedorowicz właśnie, gdy dzwonek u drzwi szarpnęła ręka silna...
Ledwie miał czas okulary złożyć i szacowną książkę, gdy pociągnięto niecierpliwie sznurek po raz drugi, i stary otwarłszy drzwi, ujrzał przed sobą twarz wesołą, uśmiechniętą — pana Eustachego...
Pobladł poczciwy sługa i zmięszał się niezmiernie — pan Eustachy ani go pytając nawet już próg przestępywał — wchodził i począł od powitania najczulszego.
— Jakże ty mi się masz, kochany Fedorowicz... jak się masz... A mój brat? Fedorowicz palce położył na ustach.
— Cóż? śpi — chory??
— Nie — proszę pana — ale... ale... dopóki panna nie powróci, nie kazano nikogo przyjmować.
Pan Eustachy rozśmiał się dobrodusznie i palcem wskazał sobie na piersi.
— Mój Fedorowicz! nikogo! bardzo dobrze — ale mnie! proszęż cię — mnie — brata!
Postąpił krok dalej, gdy stary mu sobą drogę zaparł...
— Nie można! niech pan raczy darować... niech pan przebaczy...
— Ale, cóż bo znowu! śmieszny jesteś! podnosząc głos rzekł pan Eustachy — zdzieciniałeś! Zapominasz kto jestem...
Fedorowicz z głową spuszczoną, z rękami zwieszonemi stał uparcie i nic wprawdzie nie mówiąc — nie puszczał...
Pan Eustachy, który w końcu już bardzo głośno mówił, umyślnie widać jeszcze donośniej zaczął się odzywać...
— Pójdź że się spytaj — ale to niesłychana rzecz, żebym ja do brata się potrzebował meldować! Co to jest...
Głos ten musiał widać usłyszeć pan Modest i poznać go, gdyż w tej chwili otworzył drzwi, Fedorowicz się cofnął, a pan Eustachy, mimo zimnego wyrazu twarzy brata — podniosłszy ręce, rzucił się ku niemu, z największą czułością...
— Kochany Modeście — cóż się to Fedorowiczowi stało! nie chciał mnie puszczać? Oszalał czy co! Ledwiem się dowiedział przypadkiem że wy tu jesteście, nie mogłem wytrzymać... Jeszcze mi powiedział, że nie domagasz...
Mówiąc to wchodził pan Eustachy, ściskał brata zmięszanego, i niby nie widząc że go przyjmuje bardzo chłodno, — ciągnął dalej czułości objawy...
— Mój drogi, kochany Modeście, począł gdy się znaleźli sami — a gospodarz milczał — wiem że ja u ciebie nigdy nie miałem łaski, ale pozwól że mi się kochać, choć bez wzajemności...
Pan Modest coś szepnął niezrozumiałego.
— Wierz mi, zwolna ciągnął brat dalej — ja cię kocham szczerze...
Dwóch nas jest tylko na świecie... te węzły krwi co nas łączą są mi najdroższe... Nic mnie nie boli nad to, że ty — ty, kochany, szlachetny, zacny Modeście, względem mnie jednego tylko jesteś niesprawiedliwym...
Gospodarz zakłopotany był widocznie.
— Zkądże znowu te przypuszczenia — szepnął cicho.
— Nie żyjemy tak z sobą, jakby bracia żyć powinny, mój Modeście. Ja ciebie nie winię, ludzie są tego przyczyną, mam nieprzyjaciół — ci nas usiłują rozdwoić...
Nie otrzymawszy na te żale odpowiedzi, pan Eustachy pomilczał nieco i odezwał się tonem nieco zmienionym, ale zawsze łagodnym i pełnym czułości.
— Cóż ty tu porabiasz w Wiedniu?
— Ja? ja? — bąkał pan Modest — Anielka się chciała przejechać, i pokazuje się, że miała słuszność. Kaszle biedna... musiemy się doktora poradzić...
— Byłbym ci nastręczył mojego, doskonałego lekarza — rzekł spiesznie pan Eustachy — ja, jakkolwiek się wydaję zdrów, i wszyscy mi winszują, ale często rady lekarza potrzebuję... Mam wybornego człowieka...
— Doktora już znaleźliśmy — rzekł pan Modest — bardzo ci dziękuję...
— Ale gdyby konsylium się okazało potrzebnem...
— Zmiłuj się, nie jest tak źle — podchwycił gospodarz.
— Zawsze ostrożnym być nie zawadzi...
— Ale, i ty bo mi coś nie lepiej wyglądasz — dodał brat.
— Hm, ja się czuję zdrów...
— A przecież, ktoby to widząc nas razem obu, powiedział, że ja o rok, czy coś starszy jestem...
To mówiąc, począł ściskać serdecznie pana Modesta, na którym te dowody miłości braterskiej czyniły pewne wrażenie. Nie mógł pozostać zimnym i nieczułym na nie... twarz mu się wyjaśniła, podniósł oczy.
— Modestku kochany — ciągnął dalej Eustachy — proszę cię, bądźże ty dla mnie trochę więcej bratem... Boli mnie to, że tak sobie obcy jesteśmy... Powiedz mi, otwarcie, co ty masz do mnie?
— Ale nic, nic — przerwał gospodarz.
— Nic, — nie, nic — uparcie przedłużał przybyły — ja wiem co masz do mnie, i byłaby słuszność przy tobie, gdyby to, o co ty mnie posądzasz, było prawdą. Ale tak nie jest.
Znam twój poczciwy patriotyzm, kochany Modeście, wiem, że on w twem życiu stanowi oś, na której się ono obraca... Posądzasz mnie o obojętność dla spraw kraju. Tak, na pozór może zimnym jestem, to prawda, mam taki charakter, chwalić się nie lubię i narażać niemam ochoty, ale byłem i jestem ofiarnym i czynnym. Daję po cichu, ale daję wiele, i zdaje mi się, że działam też, — choć czynności moje jawne nie są.
Pan Modest słuchając podnosił głowę powoli, oczy mu się rozjaśniały, zadrżał i brata pochwyciwszy w objęcia, milcząc go serdecznie uściskał.
— Nie wątpiłem o tem, chociaż nie wiedziałem, przyznam się — rzekł wzruszony — nie wiedziałem.
— A! i o tem nie wiesz — dodał zniżając głos Eustachy, — że ja dniem i nocą myślę o losach naszego nieszczęśliwego kraju. Oto i teraz — myślisz, że mnie jaki interes tu przyciągnął? Ja tu nie mam żadnych — po prostu przywlokłem się, aby zobaczyć naszych delegatów, aby pomówić z niemi, starać się wpłynąć na nich, powstrzymać ich od głupstw i od brudów.
Pan Eustachy mówił to z takim wyrazem głębokiego uczucia i przekonania, że pan Modest ujęty niem rozrzewniony zwrócił nań pałające oczy.
— Przychodzę właśnie do ciebie — nie bez myśli i celu — dodał — ja znam siebie i nie przeceniam, wiem co mogę i na co siły starczą. Ty swoją wymową, rozumem, erudycyą, szlachetnym zapałem, stokroć byś więcej mógł niż ja uczynić. Przychodzę do ciebie w tej nadziei, że ty mi pomożesz. Idźmy razem, ręka w rękę.
Modest podał mu dłoń drżącą.
— Rachuję na ciebie. Za parę dni zapraszam do mnie posłów naszych, ministra, znakomitości jakie się tu znajdują, chcę abyśmy raz seryo de publicis pomówili. Spodziewam się że i ty mi uczynisz tę łaskę a przyjdziesz do mnie na ten wieczór.
To mówiąc ściskać go zaczął.
Blada jak ściana, przelękła wchodziła właśnie na próg panna Aniela, trwoga niewysłowiona ogarnęła ją zobaczywszy ojca na poufnej ze stryjem rozmowie, gdy pan Eustachy rzucił się z wybuchem czułości ku niej, biegnąc całować jej rączki.
— Droga panno Anielo! zawołał — jakżem szczęśliwy że cię widzę. Ale mi tu ojciec ogadał panią, żeś chora, że pokaszlujesz, wyglądasz jak róża w ogrodzie Hesperyd.
Aniela drżała i słabła niemal, patrzała na uśmiechającego się ojca, nie wiedziała co odpowiedzieć. Stryj pożerał ją oczyma.
— Jak to niezmiernie dawno niewidzieliśmy się! mówił głosem miłym i słodkim. Niewymownie tęskniłem. Ot, i gdyby nie ten Wiedeń obrzydły... niespotkalibyśmy się może tak rychło.
Nie prędko panna Aniela potrafiła się zebrać na odpowiedź, i zmusić do takiego tonu, któryby nie brzmiał dysharmonijnie wśród koncertu uczuć serdecznych. Nigdy nie widziała stryja tak niewymownie czułym, tak dziwnie nadskakującym. Zwiększało to jeszcze jej przestrach, a sama myśl że tak długo sam na sam byli z panem Modestem, niepokoiła ją okrutnie. Fedorowicz już się przed nią wytłumaczył w przedpokoju z tego najścia, które jego winą nie było, i rozpaczał biedny stary, nad tem co się stało. Znali wszyscy pana Eustachego w domu, a pozorna jego dobroć nie łudziła już nikogo — wiedziano co pokrywała. Pan Eustachy zabawiwszy jeszcze z pół godziny i wytrzymawszy na torturach pannę Anielę, po tysiącznych oświadczeniach, uściskach, całowaniu rąk, pożegnaniach — powróciwszy ze trzy razy odedrzwi, na ostatek ich opuścił.
Modest przeprowadził go do przedpokoju.
— Dasz mi znać kiedy u ciebie się zebrać mają — rzekł — będę i ja — powiemy obszernie i otwarcie.
Jeszcze raz ucałowawszy brata, pan Eustachy odszedł wreszcie, a Słomiński wrócił z wymówką do córki.
— Dla czegożeś ty tak zimno stryja przyjęła? To dobry człowiek... Ma swe wady. Zapewne... ale przekonałem się, że patryota gorący... a to mi za wszystko płaci.
Patryota! zawołała panna Aniela.
— Ale tak — tak... dał mi tego dowody.. Jest trochę tchórz, kryje się i tai, to prawda — ale nie mniej... w piersi jego święty ogień nie wygasł.
Biedna panna Aniela spojrzała tylko na ojca — nie wiedziała już co mu odpowiedzieć. Przykro jej było różnić braci między sobą — zamilkła.
Słomiński w wybornym był humorze... widocznie rozmowa z bratem, nadzieja nawracania i działania, do którego zręczność mu podawano, przejmowała go i unosiła. Chodził wielkiemi krokami uśmiechając się i szepcząc coś sam do siebie.
Tej to rozmowy z sobą lękała się najwięcej panna Aniela, i ile razy doszła jej uszu, biegła pod jakimkolwiek pozorem ją przerwać. Tego dnia przybycie Doktora Hurki pomogło jej do tego, stary wszedł wesoło i to zmusiło gospodarza do zaprzestania monologu...
Hurko pannie i ojcu życzył użyć świeżego powietrza, bo dzień był ciepły i piękny... Zagadał o powszednich sprawach, ale gdy po wizycie, wyprowadzony przez pannę Anielę, znalazł się z nią sam na sam, zwrócił jej uwagę, że ojciec tego dnia silniej był podrażniony...
Czemu innemu nie można było przypisać tego, tylko bytności brata...
Panna Aniela obiecywała sobie czuwać nad ojcem, aby sam na sam nie został i nie był narażony raz drugi na umyślnie może obrachowaną, aby go wyexaltować — rozmowę.
Nie wiedziała nic o jej przebiegu, o zaproszeniu ojca, o przyrzeczeniu jego, uczynionem bratu. Stary krył się z tem przed córką, wiedząc, iż będzie się starała odwieść go od znajdowania się w tłumnem zgromadzeniu.
Z przebiegłością często właściwą podobnym monomanom, umiejącym się wyśliznąć czuwającej nad niemi rodzinie, pan Słomiński zapytany później przez Anielę o rozmowę z bratem, począł go tylko wychwalać, ale o zaproszeniu nic nie wspomniał.
Było ono obrachowane na zdradę z szatańską zręcznością — pan Eustachy wyszedłszy od brata od razu osnuł plan cały. Zaprosić chciał tylko ludzi, którzy mu byli potrzebni, ze dwóch lekarzy, kilka poważnych osobistości i w ogóle tych, na których rachował, że mu będą pomocą.
Jawne skompromitowanie się wobec nich, do którego łatwo było doprowadzić pana Modesta, dawało bratu możność zajęcia się losem nieszczęśliwej rodziny, z uczucia obowiązku. Pan Eustachy o przebiegu choroby i jej symptomatach był doskonale zawiadomionym, wiedział jaką pocisnąć sprężynę, aby dobyć ten głos, którego mu było potrzeba.
Nadto był rozumnym aby się zwierzył komukolwiekbądź, nawet tak uprzejmie mu ofiarującemu się na usługi Paschalskiemu...
Tego samego jednak dnia oddając wizyty i mając zręcznie mówić z wielu znajomemi, począł już utyskiwać nad stanem brata i troską jaką go on nabawiał. Przygotowywał w ten sposób umysły do wypadku, który miał nastąpić... Nie wątpił iż pan Modest da się skusić, a nie dozwoli powstrzymać... Zwolna więc i ostrożnie z tą niespodzianką oswajał osoby, które chciał mieć świadkami objawu obłąkania.
Wybór ich nie był zaprawdę łatwym, lecz szło głównie o to, aby nikt ze sprzyjających panu Modestowi, nie starał się go opamiętać i powstrzymać. Reszta — gdy raz wygadał się stary ze swą missyą i metamorfozą, szła już sama z siebie. Przez cały ten dzień powtarzał pan Eustachy waryacye z jednego tematu, — o nieszczęśliwym stanie brata swego, prawdopodobnie mogącym się skończyć obłąkaniem, o obowiązkach jakie to wkładało na niego, zajęcia się losem córki i sprawami nadwerężonej szalonem gospodarstwem i ofiarami patryotycznemi fortuny. Każdemu z osobna mówił to w największym sekrecie, wzdychając, trąc czoło, skrycie niby ocierając łzy, i okazując największy niepokój.
Wszyscy naturalnie z największem współczuciem odpowiadali mu, — i zaręczali dochowanie tajemnicy, ale wieczorem całe miasto wiedziało, że pan Modest Słomiński był mente captus, lub niewiele do tego brakowało. Parę dni tak zręcznych zabiegów doskonale grunt przygotowało.
Ze swej strony pan Modest w obawie aby pilnująca go córka, nie przeszkodziła wyjściu z domu oznaczonego wieczora, postępował z mniejszą przebiegłością, ażeby sobie pewną przygotować zgubę. — Parę razy wziął na stronę przyjaciółkę Dyzię i poufnie się jej zwierzył, że go to mocno boli iż Anielka się nudzi siedząc nieodstępnie przy nim, iż chciałby dla niej jakiejś rozrywki, zaklął piękną Wiedenkę, aby wieczorami starała się ją do teatru lub na koncerta zabierać z sobą...
Dyzia niezupełnie ufająca staremu, powtórzyła to Anieli, a ta otwarcie zapewniła ojca, że ją nic lepiej nie bawi jak ciche wieczory spędzane z nim w domu.
Pan Modest Słomiński w powszednich sprawach życia miał rozsądek zupełny — począł więc do córki przemawiać gorąco i przekonywająco, że ofiara jej jest zbyteczną, i że w tem widzi ofiarę.
— Ja bardzo dobrze rozumiem, dla czego ty to czynisz i upierasz się przy tem — rzekł do niej — zawsze się obawiasz o mnie, żebym się tu nie skompromitował. Ale naprzód trzeba ci wiedzieć, że ja jestem ostrożny, a po wtóre w Austryi czasy te dawne policyjnych rządów, szpiegostwa i szpiclów minęły.
Wszyscy mi to zaręczają.
Zresztą daję ci słowo, że się i z domu nie oddalę, i nikogo nie przyjmę, gdy ciebie nie będzie, kiedy ty już chcesz mnie koniecznie trzymać w kurateli.
Aniela milczała, nieodpowiadała mu, aby go nie draźnić, ale stała przy mocnem postanowieniu strzeżenia ojca...
Po kilku dniach obserwacyi, doktor Hurko zapytany przez nią o niego, nie umiał nic powiedzieć więcej nad to, że należało jak najtroskliwiej unikać wszystkiego, co mogło zwiększać rozdrażnienie, że starać się trzeba było zająć starego pracą jakąś, która by myśl w innym kierunku odciągnęła. Umysłowa zresztą choroba, tylko takiemi środkami leczoną być mogła.
W ciągu dni kilku po opisanych wypadkach, nie zaszło nic nowego. Paschalski spróbował zastukać do drzwi Słomińskich, ale go nie przyjęto, hr. Panter zostawił dwa bilety. Rżewscy nie chcieli się naprzykrzać nieustannie, chociaż Eljasz krążył często około domu i przed stryjem spowiadał się z niepokoju, jakim go nabawiały intrygi.
Pan August nie spał — nie dając po sobie poznać zajęcia się losem Słomińskiego, chodził jednak w ślad za panem Eustachym, aby zbadać jakie miał zamiary. Kilka osób, którym się zwierzył z niepokojem Słomiński, pod sekretem, również pod sekretem powtórzyło to panu Augustowi. Samo roznoszenie takie swych żalów zdało mu się podejrzanem, nie mówiąc więc nic synowcowi, podwoił baczność. Na trzeci dzień pan Eljasz nie pytając stryja o pozwolenie, poszedł do Słomińskich.
Nie krył się już przed sobą, że go panna Aniela bardzo żywo obchodziła, a ostatnie z nią rozmowy przekonały go, że — przynajmniej wstrętu doń nie miała. Okazywała mu wielką uprzejmość, prawie wdzięczność. Fedorowicz stary, który teraz nieodstępnie siedział na straży u drzwi, znał już w panu Eljaszu przyjaciela domu, mówił z nim poufale, wiedział, iż mu wnijścia wzbraniać nie miał potrzeby.
Otwierający drzwi stary sługa, po cichu szepnął naprzód, iż pan Modest, noc spędziwszy niespokojnie, właśnie był usnął. Eljasz rozpytywał o stan jego, o pannę Anielę, o to, co się w domu działo, gdy drzwi od salonu z lekka się uchyliły i sama panna Aniela w nich się ukazała. Dała ona znak Rżewskiemu, aby po cichu wszedł na chwilę, co on z nietajoną radością i pośpiechem uczynił.
— Przyszedłem spytać tylko — rzekł — czy pani mi niema co do rozkazania. Mam sobie za obowiązek od tej szczęśliwej chwili, która mnie narzuciła państwu w wagonie, uważać się za przeznaczonego, abym w Wiedniu im służył.
Dla tego tak się im naprzykrzam często.
— Bardzom panu wdzięczna, odparła Aniela — a nawet, jak pan widzi i mógł się przekonać, wcale się nie wymawiam od przyjmowania jego opieki nad nami...
To mówiąc westchnęła...
— Jak się ma ojciec pani? — zapytał Eljasz.
— Zawsze jednakowo... Dla nas byłoby nieocenionem przybycie pana Augusta, stryja pańskiego, gdyby niestety, dawna poufałość jego z moim ojcem, nie wywoływała zwierzeń, a te egzaltacyi, której lekarz unikać kazał.
— Zapewniam panią, że stryj, nawet w takim przypadku potrafi działać uspokajająco... Niech się go pani nie lęka...
Kilka minut trwała ta rozmowa u drzwi, a pan Eljasz bardzo zręcznie, wraz ze stryjem umiał się zaprosić na herbatę.
W krótkiem tem spotkaniu po raz pierwszy panna Aniela czulej i sympatyczniej spojrzała na Rżewskiego, była dlań nie tak już chłodną i odstręczającą jak w początku, a pan Eljasz ujęty tą dobrocią, wyszedł tak rozpromieniony i rozkochany, że się był gotów rzucić w płomienie, dla tego ideału...
Jak wielu naszej młodzieży, Rżewski ideałów szukał dosyć niezręcznie, naprzód w garderobie Mamy, potem między rozmaitemi upadłościami i likwidowanemi po wielekroć efektami, które starał się rehabilitować i podnosić... co mu się niekoniecznie udawało; na ostatek w tym świecie, który nazwano półświatem bardzo niewłaściwie. Wszystkie doznane zawody, w młodym jeszcze wieku, uczyniły Rżewskiego dosyć zużytym i rozczarowanym, był pewien, że przeszedłszy tyle sensacyjnych dramatów, do dna już zbadał marność rzeczy ludzkich i serca niewieściego tajemnice...
Zjawienie się Anieli — stanowiło dlań epokę nową. Rozpoczęło się to od strachu jakiegoś i poszanowania chłodnego, a teraz doszło do uwielbienia. W Anieli znalazł po raz pierwszy kobietę, poważną, surową, o której szacunek i miłość warto się było dobijać, a dobić się ich nie było można inaczej, jak czemś poczciwem i szlachetnem...
Rodzące się uczucie uczyniło na samym panu Eljaszu niezmierne wrażenie, miało siłę odradzającą. Z dosyć płochego młodzieńca czuł się na sercu zmężniałym i sam w swych oczach godniejszym szacunku...
Stryj przypatrując mu się bliżej, postrzegł zmianę i uradował się nią, ale bardzo trafnie, o tem nie wspomniał synowcowi.
Usłyszawszy go w korytarzu podśpiewującego wesoło, pan August, który właśnie zaczytany był w dzienniku, zwrócił oczy ku drzwiom. Eljasz stał w nich uśmiechnięty...
— Wie stryjaszek z czem ja przychodzę? zapytał.
— Domyślam się po wyrazie twojego jasnego oblicza, kochany Eljaszu. Musisz albo iść od Słomińskich, alboś od nich odebrał wiadomość. — A co?
Eljasz się rozśmiał zarumieniony.
— No — rzekł — coś podobnego — ale klnę się, stryjciowi, że nie miałem myśli naprzykrzać się tam... i widzieć z kimkolwiek bądź... Chciałem tylko zapytać Fedorowicza, jak się ma stary. Tymczasem wyszła panna Aniela i była tak łaskawa, że nas zaprosiła na herbatę, a razem, kochanego stryja, kazała mi zakląć na wszystko, ażebyś Słomińskiemu nie dopuszczał mówić tych niedorzeczności.
— Niechże będzie spokojną, odezwał się pan Eustachy. Cieczy mnie zaproszenie, a nade wszystko to, że się zbliżasz do panny Anieli.
Eljasz spuścił głowę jak winowajca.
— Wie stryj — nigdym tego nie przypuszczał... ale, doprawdy, lękam się, ażebym się w niej nie zakochał.
— A ja o to pana Boga proszę! krzyknął Eustachy ręce podnosząc — kochaj się! i żeń. Patrz na moją łysinę — na moją okrągłość i na moje stare kawalerstwo, a niech ci one służą za naukę, abyś się wcześnie ożenił.
Eljasz wysłuchał przydługiej nauki moralnej z przykładną rezygnacyą, i — nie sprzeciwiał się stryjowi. Wieczorem oba skierowali się na Kärtnerring. Stary Słomiński był już o ich przybyciu zawiadomiony. Przy obiedzie córka mu powiedziała, że na wieczór zaprosiła dawnego towarzysza i starego przyjaciela.
— A to bardzo dobrze — odparł Słomiński — z nim przynajmniej otwarcie pomówić mogę.
Sami byli w pokoju, stary się jednak obejrzał...
— Słuchaj no — szepnął — ten młody Rżewski, jego synowiec, co to się do nas przyczepił w drodze — mnie się zdaje, że on coś na ciebie spogląda?!
Panna Aniela zarumieniła się.
— Ale cóż bo się papie zdaje — odezwała się żywo. Jest dla nas grzeczny — ale nie ma w tem nic — jestem pewna.
— A ja jestem pewny, że w tem już coś jest — odparł Słomiński — nie miał bym nawet nic przeciwko temu, szlachcic prawdziwy, acz nic więcej. Dygnitarstwa w rodzie nie mieli żadnego, wątpię nawet o kasztelanii — bardzo wątpię. O żadnym kasztelanie Rżewskim, nigdy mi się słyszeć nie zdarzyło. Bądź co bądź, sięgnąć takiemu szlachetce po rękę córki hetmańskiej.
— Ależ — tatku... ja...
— Proszę cię... wiem co powiesz, odezwał się stary... że jesteś po prostu panna Słomińska. Masz poniekąd słuszność, zawsze jednak dziś córka przybrana Hetmana Koniecpolskiego. Pomimo to, jeśli się okaże wola Boża...
— Mój ojcze, proszę cię, nikt o tem nie myśli.
— No — no — niech i tak będzie — milczę — chciałem cię tylko uprzedzić, abyś daremnej troski nie miała.
O godzinie ósmej zjawili się oba panowie Rżewscy, z twarzami umyślnie wesołemi, aby od razu ton dać rozmowie lekki i starego rozerwać, niedopuszczając marzeń i egzaltacyi. Pan August zaopatrzył się wcześnie w anegdotki brukowe. Aniela zapobiegając pozostaniu sam na sam z nim ojca, nie oddalała się już ani na chwilę, i przyczyniała także do utrzymania wesołości, chociaż smutno jej było w duszy.
Słomiński też tego dnia był w humorze lepszym i nie okazywał zniecierpliwienia, jak zwykle, gdy mu niedopuszczano mówić o jego posłannictwie. Nadszedł wreszcie i Dr. Hurko, który przyniósł z sobą świeże plotki i humor starego wiedeńskiego stutzera. Wprawdzie dziś już wcale do niego nie był podobnym, niegdyś jednak liczył się do świetnej młodzieży — przed laty trzydziestu, a to mu zawsze zostało w pamięci. Znał wszystkie ulubienice teatralne publiki wiedeńskiej, wszystkie znakomitości Burgu, wszystkie brukowe popularne postacie i na pamięć umiał kronikę salonów i dworu. Nie wszystko z niej dawało się użyć do zabawy towarzystwa, w przytomności panny Anieli, bo kronika wiedeńska ledwie męzkim uszom i to dobrze otrzaskanym, otwarcie się opowiadać daje — ale niektóre jej ułamki mogły być szczęśliwie zużytkowane.
Słomiński słuchał z uwagą, czasami się nawet uśmiechał — choć znać było, że to płoche życie brał ze strony jego grzesznej nie śmiesznej.
— Wszystko to — rzekł w końcu — bardzo zabawne, panie doktorze — ale też nieskończenie smutne. Uczą nas dzieje, że takim karnawałem kończą państwa zwykle i dostają suchot społeczeństwa, z których potem umierają. Wprawdzie niewiele mnie osobiście obchodzi los obojga obżałowanych, — ale... któż wie? na ruinach czy gorszego jeszcze coś nie wyrośnie.
Gdy tak rozmawiali nieszczęśliwy dzwonek, który pannę Anielę zawsze takim nabawiał niepokojem — dał się słyszeć — a wkrótce po nim głos pana Eustachego, dopytujący kto tu był, i czy wnijść może. Zadrżała panna Aniela, chcąc już wybiedz, ale na żaden sposób nie wypadało odpraszać gościa, gdy inni już byli, a Słomiński wstał z krzesła, i widocznie poruszony, sam naprzeciw brata pospieszył.
Panna Aniela pomiarkowała, że w każdym razie, odwiedziny przy panu Auguście i doktorze, nie były tak niebezpieczne, szepnęła panu Hurce, aby pozostał i nie oddalał się, co on — spojrzawszy na zegarek, przyrzekł.
Ze zwykłą powagą i majestatem wtoczył się piękny pan, do koła śląc uśmiechy i najczulsze powitania. Brata uścisnął rozrzewniony, synowicy rączki całował z przejęciem niewymownem, długo je przytrzymując i, jakby niemogąc nasycić się niemi, pana Augusta oblał cukrem i słodyczami, pana Eliasza usiłował oczarować grzecznością, a poznając się z doktorem, wyraził mu całą swą szczęśliwość, że znakomitość, o której tyle i od tak dawna słyszał, nareszcie osobiście widzieć może. Wszystko z taką pozorną dobrodusznością było wyrzeczone, tak jakoś gładko, zręcznie, naturalnie, iż pan Eustachy równie jak niegdyś Eliaszowi, teraz D-wi Hurce, wydał się spotwarzonym. Słyszał bowiem o nim... dużo rzeczy.
Zrobiono miejsce gościowi na kanapie przy pannie Anieli, a na fotelu przy nim usiadł brat. Przez jakiś czas rozmowa była powszechną. Pan Modest swą radość[1], że brat przynajmniej ten wieczór spędzi z nim.
— A! przepraszam cię, drogi Modeście — rzekł Eustachy prędko... byłbym najszczęśliwszy, gdybym mógł pozostać z wami — ale mam nadzwyczaj ważną dziś konferencyę. — Przyszedłem tylko z tobą kilka słówek pomówić na osobności, i natychmiast uciekać muszę...
Ostatnie słowa wymówiwszy cicho, pan Eustachy wstał, ujął pod rękę brata, i począł go zwolna prowadzić do jego pokoju... Można sobie wyobrazić co się z Anielą działo... Zebrawszy się na odwagę zastąpiła im drogę, natarczywie stryja zapraszając na herbatę... pan Eustachy skorzystał z tego, aby po kilkakroć znowu całować jej ręce — ale stanowczo odmówił i brata uprowadził do jego gabinetu... Nie było środka zapobiedz temu...
Gdy weszli do osobnego pokoju, i drzwi zamknęli za sobą, Eustachy za obie ręce wziął brata.
— No — rzekł — nareszcie udało mi się ściągnąć na pojutrze, osoby, które mieć sobie życzyłem na konferencyi... rachując na ciebie — kochany bracie... bo pod twoją stanę komendą... Jestem szczerym wielbicielem twojego patryotyzmu i wzniosłych myśli, na które mnie nie stało... Na uczuciu mi nie zbywa, ale twe poglądy niech nas prowadzą... Zatem, przybywaj, bo największą wagę przywiązuję do bytności twojej.
Modest zaczął od uścisku, trząsł się cały z radości, w pierwszej chwili mówić mu było trudno — tak się czuł poruszonym...
— Bardzo ci dziękuję mój drogi — bądź pewien, że z duszy, serca służyć ci chcę... Ale — siądźno, kochany Eustachy... jest jedna okoliczność...
Tu zamilkł trochę, jakby mu trudno przychodziło się wyspowiadać. Schylił się nieco do oczekującego brata...
— Kochany mój — muszę ci powiedzieć... śmieszną rzecz... moja Anielka... widzisz... tak przywiązana do mnie, poczciwe dziecko, troskliwa zbytnio o zdrowie moje, wyobraża sobie zawsze, że mnie mówienie — towarzystwo — dysputa... gorętsza szkodzi... Nie puszcza mnie... mam z nią zawsze kłopot gdy chcę być sam bez niej... Niezmiernie się lękam, żeby ona...
— Cóż znowu, kochany Modeście — to dzieciństwo...
— No, tam, a jednak widzisz — żal mi jej, i, jak to my wszyscy kobietom, tak i ja — ulegam...
Eustachy się zamyślił.
— Wypraw ją tego wieczora gdzie, do teatru, na koncert, czy coś podobnego i — koniec.
— Tak, będę się to starał uczynić... będę się starał!
Czoło zmarszczone i twarz zasępiona pana Modesta, świadczyły jednak, że nie zbyt pewien był siebie.
Zaczęli przysunąwszy się szeptać coś długo, ale tuż weszła panna Aniela, prosząc na wystygłą już herbatę, i pomimo znaków, które jej dawał ojciec, a których zrozumieć nie chciała, wyprowadziła wreszcie braci, podając rękę stryjowi. — Na czole pana Modesta malowało się widocznie nieukontentowanie, z przerwanej rozmowy.
Eustachy, oświadczywszy wprzódy już iż czasu nie ma, wycofał się zaraz, przeprowadzony przez Modesta, który u progu powtórzył mu zapewnienie, że pojutrze wieczorem, bądź co bądź, stawić się będzie. Fedorowicz, który stał niedaleko za drzwiami, piąte przez dziesiąte zasłyszał coś tylko iż jego pan bytność swą przyrzekał....
Troskliwy sługa, zaniepokojony tem niezmiernie, nie miał nic pilniejszego nad to, by zaraz, od herbaty odwoławszy panienkę, zwierzyć jej co podsłuchał.
Nie było innego ratunku — panna Aniela, cała w płomieniach, pod pozorem pokazania jakiegoś obrazu odwołała pana Augusta.
— Byłeś pan i jesteś przyjacielem ojca mojego — odezwała się głosem drżącym, rachuję na przyjaźń jego i oddaję mu się w opiekę. Jestem sama, niemam nikogo... Grozi nam niebezpieczeństwo, czuję to, jestem tego pewną. Ratuj pan nas... Znasz stan mojego ojca. Jest on dla wielu osób tajemnicą. Zdaje się, że stryj chce z tego korzystać, aby zagarnąć w swą opiekę, nieszczęśliwego ojca, mnie, i to co mamy...
Ojciec obiecał mu się być u niego... niewiem kiedy... nie wiem dla czego zaproszony — ale trwoga mnie ogarnia! Mogą łatwo zmusić ojca do wydania się z obłąkaniem prawie publicznie, naówczas...
Załamała ręce... nie mogąc mówić dalej.
— Uspokój się pani — rzekł pan August... Będę się starał zapobiedz temu, wywiedzieć... ale pani ze swojej strony nie oddalaj się od niego... Dziś jeszcze wieczorem spodziewam się od niego samego dowiedzieć o wszystkiem... Zostaw nas pani tylko samych, na chwilę...
Natychmiast rozeszli się, aby nie dać pozoru jakiejś zmowy, i pan August z wesołem obliczem wrócił do stołu przy którym gospodarz, zamyślony mocno, jadł z apetytem żarłocznym, często bardzo towarzyszącym takiemu stanowi ducha... P. August nie rychło potrafił zwrócić na siebie jego uwagę, i dopiero gdy sucharków, wędlin i masła do koła zabrakło, gospodarz dał mu się odprowadzić na stronę.
— Bardzo się cieszę — odezwał się August, że z bratem jesteście, jak widzę w dobrych i serdecznych stosunkach...
— A tak jest! tak jest — pospieszył Modest — bo to bardzo poczciwy, dobry człek... tylko go ludzie ogadali. A! patryota!... powiadam ci... nigdy się nawet niespodziewałem...
— Patryota? to coś nowego? — wtrącił August — doprawdy?
— Taił się z tem zawsze, bojaźliwy jest trochę, ale Polak — powiadam ci — jak lepszy być nie może...
— Proszę! — rzekł gość. — W istocie cieszy mnie to bardzo, iż wy mu przyznajecie...
— Ręczę za niego, hetmańskiem słowem — dodał Modest, ręką się uderzając po piersiach.
— Proszę! — powtórzył pan August... — ale jakże to mu nagle przyszło!
— Nagle! nie — tylko się z tem taił, powiadam ci... począł cicho gospodarz... Teraz inne czasy nastały, policyi sekretnej rządy ustały, mamy trochę więcej swobody... to też Eustachy się nie waha, nawet wystąpić niemal publicznie. Mamy tu ze znakomitszymi patryotami odbyć konferencyę w sprawach krajowych; ale to między nami.
Pan Modest się obejrzał bojaźliwie. Strach mu było córki.
— Konferencyę? kiedyż to? — zapytał niby obojętnie August.
— Po-ju-trze — wieczór...
— Gdzie? u pana Eustachego?
Stary głową skinął potakująco. — Tego tylko potrzebował się dowiedzieć pan August... reszta rozmowy już mu była obojętną...
Wrócili wkrótce do towarzystwa, stryj skinął na synowca, któremu się bardzo wychodzić nie chciało, i około dziesiątej pożegnali Słomińskich. Dr. Hurko i pannie Anieli i jej ojcu i wszystkim w ogóle zalecał mocno, ażeby się wcześnie udawali na spoczynek. Należało to do jego hygieny klasycznej.
Gdy się to działo na Kärtnerringu, pozostawione rozbitki nieszczęśliwe w Stadt-Frankfurt, hrabia Panter i przebiegły Paschalski śpiewali oba, gorzkie żale.
Panter dostrzegł tego, że jego współzawodnik zabiegał około pana Eustachego... i z tej strony uprzedziwszy go, całą mu grę popsuł. Zły był — na wszystkich razem, na siebie nawet, że mimo całej swej zręczności, tak sobie źle poradził, ale najmocniej na neofitę. Tak zwał zawsze Paschalskiego. Nie szło mu już tak bardzo o własne zwycięztwo, pragnął tylko, aby tamtemu się pośliznęła noga.
Nie widział sposobu dalszego działania — na korzyść własną, szło mu już tylko o to, aby Paschalskiemu stołek podstawić.
Do ostudzenia hrabiego Pantera w jego niewczesnych zapałach dla panny Anieli, którą chciał z początku ratować, przyczyniało się teraz wiele ubocznych okoliczności. Rżewskich dwu i pana Eustachego do zwyciężenia było mu za wiele. Ociężały nieco nie rad był chwycić się zadania, któreby niesłychanego wytężenia wszelkich sił wymagało.
Nadewszystko jednak stanowczo nań oddziałało spotkanie drugiego dnia po przybyciu do Wiednia pewnej osoby, która go dawniej mocno zajmowała.
Była to rozwódka po baronie galicyjskim, później wdowa po exministrze austryackim — osoba w wieku nieodgadnionym, oddawna młoda i nie mogąca zestarzeć, miła, rozumna, dowcipna, mająca u dworu stosunki i pono nawet coś majątku. O tem wnosić było można z nader kosztownych toalet, salonu, kamerdynera i na pewnej stopie utrzymywanego domu. Hrabia Panter przed paru laty był nią zachwycony, oczarowany... otwarcie się począł starać o jej rękę, — ale naówczas baronowa (nazwijmy ją Heller) — wymęczywszy dobrze poddeptanego adoratora... dała mu w końcu harbuza, mając jakieś świetniejsze widoki. Para lat upłynęła, hrabia Panter trochę zapomniał o doznanym zawodzie serdecznym, gdy nagle spotkał najniespodziewaniej baronowę Heller, piękniejszą niż kiedykolwiek na Praterze, wymalowaną, tak, że sztuka walczyła zwycięzko z naturą, wesołą, uprzejmą, a nadewszystko tak dla siebie łaskawą, jak nigdy nie była. Tegoż wieczora otrzymał zaproszenie na herbatę, nie zastał u baronowej nikogo, oprócz głuchej starej panny — i mógł się przekonać, iż nietylko zapomnianym nie został, ale, że mu srodze za złe miano, iż to, co mogło być ananasem poczytał za harbuza.
Wdówka teraz tak była dlań czułą, tak zalotną, tak natarczywą, iż hrabia wrócił wnet do dawnych sentymentów. W ciągu wieczora dowiedział się przypadkiem, iż stosunki baronowej u dworu były teraz daleko lepsze niż dawniej, wyżej sięgające, że oprócz tego maleńki spadek, jak mówiła — parę kroć stotysięcy guldenów, w roku przeszłym wzięła po ciotce... Przy tem rączkę miała cudowną, oczy jak karbunkuły, uśmiech ponętny nad wyraz wszelki... i ściskała hrabiego za rękę, tak, że postanowił jeszcze się raz zalecać, prawie będąc pewien skutku.
Nie szło mu już więc wcale o pannę Anielę, ale o to bardzo, aby się tam paskudny neofita nie wkręcił. Temu starał się zapobiedz naprzód, malując go umiejętnie bardzo panu Eustachemu, ze stron wszystkich, potem dozorując niemal każdy krok jego.
Wszystkie te starania były nadaremne i mógł się od nich uwolnić, gdyż niezrównanie zręczny i śmiały Paschalski, z całym jeniuszem swym siedział już i tak na koszu. Porwawszy się obcesowo do pana Eustachego i wygadawszy przed nim, nie otrzymał naprzód ani obietnicy żadnej, ani nawet wzięcia w konsyderacyę swych wniosków... P. Eustachy nie mówił nic, co gorzej, unikał go widocznie... Paschalski mu się nastręczał, narzucał, zapraszał go, karmił i poił i nic nie mógł otrzymać nad objawy tej wytwornej, pańskiej grzeczności, którą on wszystkich obdzielał.
Oba intryganci odprawieni zostali zupełnie, ale hr. Panter miał przynajmniej pociechę w tej wdówce, której codzień był bliżej. Wprawdzie raz zastał u niej, o szarej godzinie, bardzo młodziutkiego kuzyna, z którym siedziała na kozetce, nawet bez opieki głuchej panny, i to go trochę poruszyło, lecz powróciwszy do domu, wyłożył sobie nader przekonywającym sposobem, że wszystko, co mówią o młodych kuzynach pięknych pań, jest przestarzałym przesądem... i że na podobne uboczne okoliczności, nigdy, chcący się ożenić dobrze, zważać nie powinien. Baronowa też sama opowiedziała mu tegoż wieczora historyę kuzyna, która go zupełnie w innem świetle przedstawiała, niż się wydał o szarej godzinie siedząc na kozetce z ręką za poręcz założoną, w sposób jakiś niewytłómaczony.
Hrabia miał najmocniejsze postanowienie dobicia targu.
Paschalski stokroć w smutniejszem był położeniu, i czekał tylko na coś wyraźniejszego ze strony pana Eustachego, aby się postawić przeciwko niemu i rozpocząć wojnę mściwą.
Codzień spotykali się z Panterem w Stadt-Frankfurt przy obiedzie, jeden drugiego szyderskiemi mierzył oczyma, kłaniali się sobie z ironicznem uszanowaniem, zjadali wzrokiem jadowitym... i rozchodzili krwi wzajem napsuwszy.
Jednego z ostatnich dni, Paschalski na wychodnem złapał swojego współzawodnika u drzwi.
— A cóż? jak że się tam szanownemu hrabiemu w Wiedniu powodzi?
— Wyśmienicie, a szanownemu baronowi? — odparł równie złośliwie hrabia.
— Doskonale.
— Tak, i widać to nawet z jego twarzy... Kochany Baron, żebyś nie dostał czasem żółtaczki, tu one słyszę panują. Są w powietrzu, a wyglądasz mi już coś bardzo cytrynowo. Nic tak żółci niepoburza, jak radość.
— To prawda — odparł zwolna Paschalski... ja się też zarówno lękam o zdrowie hrabiego. Te częste wizyty u pięknej panny.
Hrabia się uśmiechnął.
— Żeśmy się też tam nie spotkali! odparł.
— Ja mam moje godziny — rzekł Paschalski szydersko... des heures réservées.
— A ja coraz rzadziej tam chodzę, bo... się żenię — odparł Baron — moja przyszła jest bardzo zazdrośna.
— Mogę więc powinszować? rzekł Paschalski.
— Nadewszystko sobie, panie Paschalski, sobie, żeś tak doskonale odgadnąć potrafił prawdziwą przyczynę mojego przybycia i pobytu w Wiedniu. Masz nos, jak niemożna lepszy.
Paschalski się zarumienił.
— Tak — ale ja miewam też i inne zmysły również drażliwe... mruknął.
— A! odparł hrabia... to znak organizacyi narodowi wybranemu właściwej.
Spojrzeli na siebie drapieżnie.
— Rżewskiego pan baron, nie widuje? dodał Panter.
— Panie hrabio — zawołał gniew tłumiąc Izydor — dajmy sobie pokój wzajemnie — obu się nam nieudało... chociaż ja — jeszcze nie dałem za wygraną — i — zobaczymy.
— Kto gra z panem Eustachym, mój panie Paschalski, ten się wygraną rzadko może pochlubić. Dobranoc.
Tak się tego dnia rozeszli, i od czasu tej rozmowy więcej już nie mówili do siebie, tylko nad wszelką ust wymowę, wyrazistszym wzrokiem, z którego jeden mógł czytać. — Stare to wszystko — drugi — Paskudny neofita.
Psuli sobie obiady wzajemnie, ale żaden nie ustąpił.
Pan Eustachy układając ową listę znakomitości, które miał do siebie zaprosić na wieczór, naturalnie pominął Paschalskiego. Był mu niepotrzebnym tym razem i nieprzyjemnym.
Pan Izydor jednak tego wieczora, gdy zapraszał brat pana Modesta i o wieczorze i o całym planie był uwiadomiony. Łudził się jeszcze tą nadzieją, że może zaprosiny, choć opóźnione trochę, przyjdą nareszcie i czatował na Słomińskiego, który z równą zręcznością mu się wywijał.. Paschalski miał mocne postanowienie, jeżeli by do końca był ignorowanym, szukać środka pomszczenia się na niewdzięczniku. Nie chciał jednak zawcześnie się wyrwać, i popsuć sobie sprawy...
Czekał tego wieczora napróżno, poszedł do Sachera nadaremnie, gdzie zwykle pan Eustachy jadał, nie znalazł go tam; kolacyę kazał sobie dać, palił cygaro długo i wreszcie odszedł bardzo smutny...
Nazajutrz od p. Eustachego nie było ani wiadomości żadnej, ani go mógł spotkać Paschalski, choć wszędzie był, gdziekolwiek zwykle go zastawał w pewnych godzinach. Wycierpiawszy do wieczora, poszedł zadzwonić do jego mieszkania, i choć mu się zdawało, że w niem głosy słyszał jakieś, służący odprawił go tem, że pana w domu nie było.
Paschalski napisał list i posłał. Miała to być próba ostatnia... Do wieczora nie odebrał żadnej odpowiedzi... Nie pozostawało mu już nic — nad wystąpienie — stanowcze. Wstrzymywał się jeszcze, ale już zaczynał się lękać, aby nie było zapóźno...
Tym czasem pan Eustachy czynił w cichości przygotowania do kroku, do którego jak mówił — obowiązki krwi, sumienia — imienia — go zmuszały. Łamał ręce, wzdychał; ale cóż miał czynić, nieszczęśliwy człowiek, musiał się dla familii poświęcić...
W wigilję tego dnia, na który gości zaprosił — pan Eustachy znajdował się u jednego z najsławniejszych lekarzy wiedeńskich, mających wysokie urzędowe stanowisko.
Przychodził prosić, aby i on był łaskaw zaszczycić dom jego bytnością swoją.
— Ze smutną prośbą przychodzą do pana Konsyljarza — rzekł wzdychając, ale są w życiu okoliczności, położenia, surowe nakazy obowiązków, od których, mimo tego co ich spełnienie kosztuje, uwolnić się uczciwy człowiek nie może... Jestem w najokropniejszem położeniu, mam jednego, drogiego mi, kochanego brata, który ze zmartwień po klęskach jakie naszą ojczyznę dotknęły, dostał rodzaju obłąkania... Majątek rujnuje, jedyna córka bez opieki, wreszcie w każdej chwili niebezpieczeństwo jakiegoś szalonego kroku, zmuszają mnie...
— Naturalnie — do proszenia o kuratelę, — rzekł doktor...
— Tak jest, szanowny konsyljarzu — ale nadewszystko chciałbym ażeby choroba została skonstatowaną, uznaną. Dla tego proszę pana konsyljarza jako świadka... Brat mój będzie wieczorem jutro u mnie. Rozmowa weźmie obrót patryotyczny — wyda się niewątpliwie z manią swoją. Muszę tylko, pana konsyljarza uprzedzić, iż w zwykłych życia warunkach, może złudzić najbieglejsze oko — jest zupełnie rozsądny... a mimo to ma manię uznawać się jakimś nieboszczykiem, przed dwóchset laty zmarłym — zesłanym na świat z jakiemś posłannictwem od Boga...
Konsyljarz głową potrząsał milczący; pan Eustachy zapewniwszy się o jego bytności, pożegnał się i poszedł dalej. Jako mąż baczny i wszystko przewidujący, udał się ztąd wprost do drugiej znakomitości lekarskiej, dr. S., który zajmując się szczególniej leczeniem chorób umysłowych, wielu nieszczęśliwym dawał przytułek w domu, na ten cel przez się utrzymywanym.
Zdala tylko słysząc o dr. S... pan Eustachy zostawił go sobie na ostatnie danie, będąc aż nadto pewien, że dobrze opłacony, tego rodzaju spekulant podejmie się chętnie zabrać pod swą opiekę pana Modesta, i jak najdłużej go w niej trzymać.
Rachuba ta była jednak najzupełniej fałszywą, gdyż, mimo pozorów, dr. S. wcale spekulantem nie był, był z powołania uczonym i badaczem, dom służył mu tylko do czynienia postrzeżeń, z których nie ciągnął częstokroć żadnych korzyści, gotów je był sam opłacać. Był to jeden z tych zapalonych i namiętnych miłośników nauki, którzy choć są rzadcy, spotykają się jednak po świecie.
W gabinecie bardzo obszernym, którego wszystkie ściany zastawione były szafami, książek pełnemi, na których stały odlewy czaszek z różnych epok i krajów, stanowiące rodzaj małego anthropologicznego muzeum — pan Eustachy znalazł siwego już, w okularach jegomości, który go przyjął dosyć zimno, i jakby z rezygnacyą — oderwawszy się od dzieła, w którem był zatopiony...
Posadziwszy gościa na kanapie, dr. S. sam usiadł tuż przy nim, i spojrzawszy na zegarek, sposobił się słuchać, co mu sprowadziło pacyenta.
Pan Eustachy rozpoczął naturalnie od głębokiego westchnienia.
— Łatwo się pan dobrodziej domyślisz, co mnie tu sprowadza... Rodzina moja — rzekł żałośnie — dotkniętą została nieszczęściem wielkiem... Brat mój dostał, skutkiem wrażeń, jakie na nim uczyniły nieszczęścia, które nasz kraj dotknęły, rodzaju obłąkania...
— Jakiż to rodzaj? czem się ono objawia? — zapytał doktor chłodno.
— Brat mój wyobraża sobie, iż jest od Boga zesłanym na ziemię, jakimś nieboszczykiem. W zwykłem życiu i stosunkach jest przytomny, rozsądny, ale jak tylko rozmowa dotknie tego, co kraju i jego losów się tyczy... wraca do swej idée fixe. Tej idei ze szkodą swych i dziecka swego interesów, gotów jest poświęcać wszystko. Jestem najbliższym krewnym, wkłada to na mnie obowiązek zajęcia się jego losem. Uprosiłem dziś doktora... aby był łaskaw być u mnie, znajdzie się i więcej osób — brat mój zagadnięty, nieochybnie się wyda z manją swoją. Pana dobrodzieja, który jesteś powagą w podobnych wypadkach, upraszam także, abyś się raczył znajdować, a, co więcej, mam nadzieję, że weźmiesz brata mojego w opiekę... Stan jego majątkowy, zresztą i moje własne fundusze, dozwalają mi, choćby znaczne ponieść koszta... i co do warunków.
Tu doktor S. przerwał nagle, skłonił nieco głowę i rzekł:
— Za pozwoleniem? Czy obłąkanie to bywa gwałtownem, czy się objawia w sposób zagrażający tym, co obcują z chorym?
— Tego nie mogę powiedzieć, — odparł pan Eustachy — ale stan się pogorsza i potrzebuje ratunku.
— Zapewne, nie wiem tylko, odezwał się doktor, czy oderwanie od rodziny, osamotnienie, zmiana warunków życia, będą korzystne czy szkodliwe. Mamy tego przykłady, iż kuracya odosobniająca, odrywająca od domu i osób, do których nawykłym był chory — działa częstokroć niewłaściwie.
Pan Eustachy się trochę zmięszał.
— Zawsze opieka pańska, jego dom, racyonalne postępowanie z chorym, lepsze będą niż nierozumne, choć najczulsze starania córki
— To kwestya, rzekł doktor zimno — to kwestya. Mojem zdaniem w takich razach starczy skazówek osobom rozsądnym i dobrej woli, nadzoru zdaleka. To daleko jest lepszem, niż zamknięcie chorego, które go niebezpiecznie rozdrażnia.
— Przecież pan dobrodziej masz w swej opiece wielu, rzekł pan Eustachy, a ja ośmielam się powtórzyć, że żadna ofiara ciężką nam nie będzie, i że pracę jego potrafimy ocenić wdzięcznem sercem.
Doktor chłodno bardzo, skłonił zlekka głową.
— Panie szanowny, rzekł, ja jestem lekarzem dla nauki nie dla zarobku — korzyści są dla mnie rzeczą podrzędną i nie wchodzą w rachunek. O ile z opowiadania jego wnosić mogę, zdaje mi się, że nie będziemy wcale potrzebowali chorego wyrywać od domu i córki. Wybrać mu otoczenie właściwe, znaleźć zajęcie odpowiednie.
Pan Eustachy mocno zasępiony, nie wiedział co mówić — spotkał go zawód niespodziany, ważył się więc na — ostatnią próbę.
— Przyznam się panu dobrodziejowi z całą otwartością — dodał, że stan interesów mojego brata, skutkiem jego manij tak jest fatalny, iż ja się czuję zmuszonym go zamknąć.
— Ale to zamknięcie może chorobę pogorszyć, rzekł doktor.
P. Eustachy westchnął.
— Los jego dziecka.
— Zaradzić na interesa jest łatwiej jak na niepowrotne szkody, które gwałtowny krok ściągnąć może.
W tem miejscu rozmowy, nagle dr. S., jakby sobie coś przypomniawszy, zapytał o nazwisko pana Eustachego Słomińskiego, i zanotowawszy w małej książeczce, którą starannie szukając litery S. przerzucił, spojrzał uważnie na twarz gościa... z pewną ciekawością mu się przypatrując.
— Zdaje mi się, rzekł — mój przyjaciel Dr. Hurko, który ma tu jednego chorego, przybyłego ze wsi, już mi o bracie, zapewne pańskim wspominał...? Kärtnerring... Wszak tak?
Zarumienił się mocno p. Eustachy.
— Tak jest, ale Dr. Hurko widzi przez oczy córki... a córka jest zaślepioną.
— Mogę pana dobr. pod tym względem zaspokoić — odparł Doktor, doktora Hurko znam od bardzo dawna, widzi on chłodno i jasno, nie dając nigdy wpływać na siebie! O stanie brata pańskiego słyszałem już, znam go i — powiem panu otwarcie, jestem najmocniej przeciwny takiemu konstatowaniu choroby przez podniecanie jej — wszelkim krokom gwałtownym, a najbardziej — wyrwaniu chorego z domu.
Dla tego też, darujesz mi pan, ale dziś wieczorem służyć mu nie mogę — a opieki nad jego bratem nie przyjmę...
Wyrazy te, wypowiedziane stanowczo, padły jak piorun na p. Eustachego.
— Jeżeli idzie o honoraria — zawołał zapominając się... proszę oznaczyć ich wysokość...
Doktor wyjął zegarek z kieszeni i skłonił się tylko nisko panu Eustachemu, z dumą człowieka, który ma za rzecz, uwłaczającą sobie, w spór się wdawać próżny. Nie patrząc już nawet na gościa, krokiem powolnym, wrócił do swojego stolika, i zadzwonił na służącego.
P. Słomińskiemu nie pozostawało już nic nad zwrócenie się ku drzwiom, które lokaj otworzył szeroko.
Dr S... podparty na dłoni, czytał dalej, niezwracając nań oczu.
Trudno odmalować stan ducha, w jakim się znalazł pan Eustachy, wyszedłszy z domu doktora. W pierwszej chwili, był tak niepewien co ma począć, że pytającemu dorożkarzowi, dokąd ma go wieźć, długo odpowiedzieć nie umiał...
O „głupie skrupuły“ jak je zwał pan Eustachy, rozbijało się nagle wszystko, co tak dotąd doskonale było przygotowane i obmyślane. Dopiero nieco się rozmyśliwszy, doszedł do tego znowu, iż w istocie nic przez to się nie zmieniło, i brak było tylko właściwie doktora, któryby chorego chciał przyjąć. Zdało mu się, że tego przecież, zapłaciwszy dobrze, znajdzie zawsze. Pozostawała jednak przeważna opinia takiej znakomitości jak Dr S. — która panu Eustachemu szkodzić mogła; opinia poparta przez drugiego lekarza, Dr Hurkę... To dawało do myślenia, że należało być bardzo ostrożnym.
Nie wszystko było straconem, ale gra utrudniona — ludzie mogli mówić, sądzić i potępić. Pan Eustachy, mimo ponętnej powierzchowności i umiejętności życia, miał już nieprzyjaciół wielu. Zawahał się nieco.
Z drugiej strony majątek brata... ojczysty, spadkowy, nadzwyczaj mu był ponętnym... Obejmując opiekę nad panną Anielą, spodziewał się nastręczając jej konkurenta ze swojej ręki, wymódz na nim ustępstwo dóbr, za kapitał nierównający się wartości. Postępowanie to nie zdawało mu się nic a nic nagannem, bronił spuścizny po ojcach, po dziadach, aby w obce ręce nie przeszła. Na pannę Anielę spodziewał się wpływ mieć większy, iż mógł oswobodzenie ojca z kurateli i więzienia uczynić zależnem od przyjęcia pewnych warunków...
Wszystko to z niejaką zręcznością było skombinowanem... Kroki wstępne zostały poczynione, pan Eustachy więc nie myślał się cofać i postanowił, choćby przy jednym tylko lekarzu a mnogich świadkach, — skonstatować legalnie stan umysłu brata. Skutki potem szły już same z siebie... Kazał się więc wieźć do domu, aby tam przygotować wszystko na wieczór, od którego zależało spełnienie pięknej idei.
Było około południa — pan Eustachy wypogodziwszy czoło, wchodził na próg mieszkania swojego w Grand Hotel, gdy służący mu oświadczył, że od pół godziny jakaś pani na niego czeka, że usiłował się jej pozbyć, ale w żaden sposób ustąpić nie chciała.
— Co za pani?
Służący był niedawno przyjęty, nie umiał powiedzieć nic, dodał tylko, że jej towarzyszy nie młody już, poważny mężczyzna, i że interes musi być bardzo ważny... gdyż pani zdawała się wielce poruszoną i niespokojną.
Odwiedziny te nie w porę przychodziły panu Eustachemu, który z jakimś niepokojem, powoli wsunął się do mieszkania i uchyliwszy drzwi ostrożnie, postrzegł pannę Anielę siedzącą przy stoliku, z głową na ręku opartą. Doktor Hurko, który jej towarzyszył, stał w oknie i patrzał na ulicę.
Pan Eustachy byłby się może cofnął i uciekł, ale został postrzeżonym, synowica wstała i biegła przeciwko niemu.
Musiał więc wejść, rad nie rad, i przybrawszy twarz wesołą, wyraz czułości pełen, pospieszył do ucałowania rączek.. kuzynki...
Doktor skłonił się z daleka.
Panna Aniela oczy miała zapłakane.
— Cóż to za szczęście! co za szczęście... że droga moja Anielka mnie odwiedza! — zawołał.
— A! nie szczęście, ale przeciwnie ból i niedola mnie tu sprowadziły — przerwała Słomińska gorączkowo i żywo. W głosie jej łzy czuć było i straszne cierpienie, ale się widocznie hamowała i starała być panią siebie.
— Kochany stryjaszek — poczęła, — mówić mu nie dając — był tak łaskaw, że prosił ojca mego do siebie dziś na wieczór. Wiem, że ma tu być osób wiele, że rozmowa naturalnie może dotknąć najdraźliwszych przedmiotów które mojego ojca, prawie do obłąkania rozgorączkowują.
Prosiłam ojca, aby się wymówił: pierwszy raz w życiu nietylko mi się oparł, ale się pogniewał na mnie. Siłą go powstrzymać nie potrafię. Doktor Hurko poświadczy, iż w stanie, w jakim się mój ojciec znajduje, ten wieczór byłby dlań zgubnym.
— Ale w jakimże stanie? w jakim stanie? Modest jest zdrowiuteńki... ja nie wiem o niczem — zawołał ręce załamując pan Eustachy.
Aniela milcząc, wskazała na doktora... a Hurko rzekł zimno:
— Pan Słomiński, brat pański, znajduje się w stanie niebezpiecznego podrażnienia, jako lekarz mogę to poświadczyć i uroczyście protestuję przeciw wyciąganiu w towarzystwo tłumne.
P. Eustachy stanął wyprostowany, zmięszany, gniewny, spoglądając to na synowicę, to na doktora, który na skinienie panny Anieli, skłonił się bardzo niezręcznie i nieczekając na pożegnanie, wyszedł.
Drżąca, blada... synowica stała z wyrazem energii przerażającym, naprzeciw pana Eustachego. Jednem wejrzeniem mógł wyczytać z jej twarzy, iż ani czułością, ani groźbą, ani kłamstwem jej nie złamie.
— Przyszłam tu sama — rzekła głosem drżącym — aby się ze stryjem rozmówić otwarcie, bardzo otwarcie.
— Zmiłuj się — łagodnie odezwał się pan Eustachy — cały jestem na twe usługi — siadaj, uspokój się. Pewien jestem iż twe przywiązanie do ojca zwiększa ci i chorobę jego i niebezpieczeństwo... Uspokój się — proszę...
Pomimo słodyczy z jaką wymówione były te wyrazy, panna Aniela, ani usiadła, ani się uspokoiła.
— Wiele mnie ten krok mój kosztuje — rzekła śmiało — ale los ojca droższy mi jest nad mój własny — musiałam go uczynić... Stan jego jest okropny, ale mi lekarz czyni nadzieję.
— Jakiż stan? co to za podrażnienie? ja nic nie rozumiem! udając zdziwienie rzekł pan Eustachy, nie postrzegłem w nim żadnej zmiany.
Aniela spojrzała nań z takim wyrazem oburzenia i zgrozy, że pan Eustachy mimowolnie się zarumienił.
— Stryju, rzekła — nie miej mnie za dziecko... nie jestem niem... Nie chcesz być ze mną otwartym, a ja nią być muszę. Kosztuje mnie wypowiedzenie tego co na sercu leży... ja wiem że o chorobie ojca jesteś uwiadomiony i rachujesz na opiekę nademną... że chcesz kazać zamknąć mojego ojca, a majątek nasz owładnąć — ja wiem to... i przychodzę ci oświadczyć, że ratując ojca, dziś jeszcze pierwszemu kto mi się nastręczy, oddam rękę moją, aby mieć w nim opiekuna — i ojca obronić!!
Jednym tchem wypowiedziała to panna Aniela, zakryła sobie oczy i zaniosła się od płaczu...
Pan Eustachy zbladł... oczy mu się zaiskrzyły... nie mógł mówić — ręką powiódł po czole...
— Nie rozumiem co to wszystko znaczy — moja panno Anielo — rzekł wreszcie, ale mógłbym w tej chwili przypuścić że nie ojciec ale ty sama nie jesteś przy zdrowych zmysłach...
Głos mu drżał gdy to mówił. Nastąpiło milczenie...
— Czem mam okupić zdrowie i spokój ojca mojego — zawołała panna Aniela — żadna ofiara nie będzie dla mnie za wielką — proszę mówić. O co stryjowi idzie? o majątek... oddam go w jakich zechcesz warunkach... Na to nie trzeba ani więzić ojca mojego — ani go dręczyć...
W ten sposób postawiwszy zadanie, panna Aniela napróżno oczekiwała odpowiedzi, naga nie osłoniona niczem prawda, była najstraszniejszym policzkiem, jaki mógł pan Eustachy otrzymać... Ustąpił kilka kroków.
— Nie mamy z sobą więcej nic do czynienia i do mówienia, rzekł posępnie. — Z jej ust mam poświadczenie uczuć braterskich i familii dla mnie. Jestem osądzony jako zbójca, który z nieszczęścia chce korzystać... Mężczyźnie odpowiedziałbym inaczej na tę zniewagę, kobiecie odpowiadam milczeniem i wzgardą. Od tej chwili między mną a wami niema nic wspólnego... wypowiedzieliście mnie wojnę, będziecie ją mieli...
Wyrazy te przeraziły zapłakaną Anielę, padła przed stryjem na kolana z załamanemi rękami.
— Zaklinam pana, zawołała — na cienie wspólnych wam z ojcem moim rodziców — zaklinam, nie prześladuj nas. Przysięgnę na tajemnicę najgłębszą — oddam co tylko stryj chcesz... ale oszczędź mi ojca! oszczędź ojca!
— A! to w istocie oszaleć można! krzyknął pan Eustachy — cóż ja temu ojcu zrobiłem? co ja mu robię? Zaprosiłem go z dobrego serca na wieczór do siebie... cóż to kryminał??
I począł się śmiać z wyrazem jakimś okropnym, panna Aniela klęcząc ciągle płakała.
Oboje tak zajęci byli rozmową tą, że ani spostrzegli, jak od minut kilku, przebojem wszedłszy pan August stał milczący w progu i słuchał. Gdy się nareszcie ruszył i pan Eustachy przerażony postrzegł idącego ku sobie, stracił do reszty chłodną krew i przytomność. Poskoczył ku niemu jakby mu chciał zaprzeć drogę.
— Za pozwoleniem — odezwał się Rżewski — jestem tu już prawie od początku tej sceny dramatycznej, panie Eustachy, i przyszedłem też aby jej koniec położyć.
Rozmówmy się my lepiej, ze sobą otwarcie, chłodno... i przyzwoicie. Panna Aniela nadto jest poruszoną. O co tu idzie, mój panie Eustachy?
— Jeżeliś słuchał rozmowy, nieproszony świadku i opiekunie uciśnionej niewinności — zawołał gniewnie p. Eustachy — to wiesz, że idzie o to, iż mnie posądzają... że chciałem brata zamknąć, aby mu wydrzeć majątek. Ja o niczem nie wiem! ja o żadnem obłąkaniu nie słyszałem.
Ruszył ramionami, pan August dziwnie twarz wykrzywił.
— Mój panie Eustachy, rzekł, nadzwyczaj mi przykro — ale w tem jest jakieś nieporozumienie.
Jakże możesz mówić, że o niczem nie wiesz, kiedy przed niespełna godziną umawiałeś się z Doktorem S., aby przyjął p. Modesta do swojego domu zdrowia, a ten ci odmówił!
Aniela krzyknęła i porwała się biegnąc ku panu Augustowi, jakby pod jego chciała się oddać opiekę.
Słomiński widząc, że dalsze udawanie do niczego nie prowadzi, pogardliwą zrobił minę.
— Chciałem pannie Anieli oszczędzić przykrości... nie doprowadzając tej sprawy do ostatecznych granic — wyzywacie mnie... bardzo dobrze! A zatem tak jest — chciałem i chcę Modesta wyleczyć, majątek ocalić, a pannę od tego obronić, aby głupstwa jakiego nie popełniła. Chciałem tego, chcę i mam prawo żądać tych rzeczy, a wstydzić się ich nie potrzebuję. Nie mogę dopuścić, aby pan Modest nasze poczciwe imię dawał na pośmiewisko. Tak jest! tak jest! — powtórzył razy kilka z gniewem chodząc po pokoju.
— Tak jest? o cóż idzie?
— Opieki nad chorym ojcem, nikt córce wydrzeć nie może — przerwała w tej chwili panna Aniela z największą egzaltacyą — a nad majątkiem zdaje mi się, że nikomu innemu jej nie przyzna żadne prawo tylko zięciowi. Pan Eljasz Rżewski ma moje słowo i przyrzeczenie.
Pan August spojrzał na nią zdumiony razem i przelękły, wiedział bowiem, że dopuściła się heroicznego kłamstwa... Nie okazał jednak po sobie zdumienia i podając rękę pannie Anieli, drżącą, niemogącą wymówić wyrazu, wyprowadził z pokoju. W kurytarzu panna Aniela musiała poszukać ławki i siąść, gdyż po wysiłku nadzwyczajnym, jaki ją rozmowa kosztowała, opuściła ją sił reszta. Pan August musiał pobiedz po wodę i cucić na poły omdlałą.
Pan Eustachy zostawszy sam długo się z miejsca nie ruszył.... stał wryty.... osłupiony — wściekły na siebie. Co miał zrobić z tym zapowiedzianym wieczorem??
Dobre pół godziny upłynęło, nim zebrał myśli i przyszedł do siebie. Nie słyszał nawet, gdy Paschalski zapukał i sam sobie dawszy pozwolenie wnijścia, stanął przed zamyślonym, wyciągając doń rękę napróżno. Osowiałym wzrokiem popatrzał nań, jakby go nie poznawał.
— Co to panu takiego jest? zapytał Paschalski... czy niezdrów czy co? A cóż to będzie z tym wieczorem dzisiejszym, o którym słyszę, a na który mnie pan, sługę swego, nawet prosić nie raczył.
Szyderski ten głos obcy był jakby zimną wodą na rozgorączkowanie i szał, w które popadł pan Eustachy. Ocucił się, oprzytomniał...
— W istocie — odezwał się odkaszlując — dziś mi jest niedobrze. O jakim pan mówisz wieczorze? — Żadnego u mnie dziś wieczoru nie będzie... kilka osób dla narady w interesie familijnym, i po wszystkiem... Nie prosiłem pana, bo to są rzeczy poufne... no — familijne...
— Okazuje się tedy, przerwał Paschalski z uśmiechem, że familia państwa daleko bardziej rozrodzona jest, niż sądziłem... bo zaproszonych wielu i tak... różnych.
Z oznaką niecierpliwości, ale dosyć zręcznie, odezwał się pan Eustachy.
— Racz mnie pan uwolnić od tłumaczenia, nie czuję się do tego obowiązanym.
— Nie śmiałbym go żądać — rzekł Paschalski kłaniając się...
I wpatrując się w zmienioną twarz pana Eustachego, mruknął.
— Istotnie panu być musi niedobrze... jesteś dziwnie zmieniony...
Słomiński mimowolnie rzuciwszy okiem na zwierciadło, postrzegł zbladłą swą twarz, i ślady walki, którą odbył z sobą. Dłońmi obiema potarł czoło i strząsnął się, a, jakby zapominając o Paschalskim, padł milczący w krzesło.
Pan Izydor stał naprzeciw z jedną ręką w kieszeni i miną jakąś niemal protekcyonalną.
— Nie wiem — rzekł — ale mam przeczucie jakieś, że coś zajść musiało — nieprzyjemnego. Widziałem przed chwilą, wracając tu z blizkiej poczty — wychodzącą pannę Anielę, ze stryjaszkiem Rżewskim... Oni tu u pana być musieli?
— A, byli — rzekł krótko i cicho pan Eustachy.
— I cóż?
— No — i nic — oświadczyła mi panna Aniela, że wychodzi za młodego Rżewskiego...
— A! a! — zawołał Paschalski — ten się uwinął! Proszę.... a my podobno wszyscy ilu nas jest, serdecznieśmy mu pomogli do tego... i stryjaszek Eustachy także...
— A więc to — pewna?
— Oświadczyła mi to!
— I opieki już nie będzie potrzebowała! — rozśmiał się Paschalski...
Proszę pana dobrodzieja, powiedzieć mi teraz, do czego się tu zdał rozum, polityka, studia całego życia, przebiegłość... chytrość... i dyplomacya?... Ja nie jestem wcale głupi, pan dobrodziej tak rozumnym bywałeś, że mi się nieraz chciało uczyć od niego, no i hrabia Panter, nie można powiedzieć, żeby sprytnym nie był... a wszyscyśmy ilu nas było... zwyciężeni zostali przez prostą sobie, Bogu ducha winną dziewczyninę...
Począł się śmiać... pan Eustachy nie mówiąc nic w okno spoglądał, zdawał się wyraźnie chcieć skończyć rozmowę i pozbyć natręta, ale Paschalski znajdował przyjemność dręczyć go trochę.
— Pan Dobrodziej wie, że Panter się żeni? Słowo daję. Chłop strzela, Pan Bóg kulę nosi. Starał się o pannę, a dostaje wdowę, Baronowę Heller, osobę tak wytrawną i doświadczoną, że potrafi go poprowadzić, gdzie zechce...
Szczęśliwy człowiek — bo, proszę ja pana, kobieta, która przebyła wszystko. Skosztowała już wszystkiego, której się marcepany przejadły... musi być żoną w świecie najlepszą... W dodatku już mu nie zestarzeje, jest kunsztownie zrestaurowaną i wyemaliowaną, tak, że ząb czasu nadwerężyć jej już nie jest w stanie... Szczęśliwy, zaprawdę szczęśliwy człowiek, gdy ja — gdy mnie — niepozostało teraz, jak zwrócić się tam, gdzie krew woła, ku córce bankiera Rosenmayera! Idzie tylko o to... ażeby przed wypłatą posagu nie zbankrutował... panna bardzo ładna... i bezwyznaniowa, jak ja...
Widząc, że mu p. Eustachy nic nie odpowiada, a nawet nie słucha, rozśmiał się sucho, ukłonił, kapelusz włożył na głowę, laskę na ramię i wyszedł z wielkim szykiem... poświstując...





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.
  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; brak orzeczenia.