Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Nad modrym Dunajem.djvu/112

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Nie wiedział nawet co grano — lecz szczęściem rozmowa się zwróciła na inną stronę.
— Chciałbym się koniecznie widzieć z moim bratem, rzekł w ciągu jej pan Eustachy. Słyszałem że nie bardzo zdrów, trochę mnie to niepokoi. Przez cały dzień starałem się dowiedzieć o jego adres... Spojrzał na Rżewskich, pan August udał że nie słyszy.
W chwili prawie gdy to mówili, we drzwiach od ulicy ukazała się postać, którą trudno było posądzić, ażeby na wieczerzę przyszła do Sachera. Był to niepozorny człeczyna... w opiętym paltocie, którego zobaczywszy Paschalski wstał i poszedł z nim coś poszeptać w kątku. Nie bez trwogi pewnej i przeczucia dojrzał pan August że Izydorowi twarz się rozjaśniła wyraźnie. Przybyłego obdarzył papierkiem, i znaczące wejrzenie rzucił na pana Eustachego, z doskonałym apetytem wracając do stolika.
Przebiegły pan August pewnym był prawie że Paschalski dostał żądany adres Słomińskich. Tak było w istocie.




Zrana nazajutrz panna Aniela wybiegła na chwilę do Dyzi. — Zostawiła ojca przy rannej modlitwie, a przyjętemu słudze i Fedorowiczowi poleciła jak najmocniej aby nikogo obcego nie wpuszczali, i nie przyjmowali dopóki by nie wróciła.
Fedorowicz dla większej pewności sam usiadł z okularami i książką, gdyż był zamiłowanym w czytaniu, chociaż go ono niepospolicie męczyło, bo wielu rzeczy w nowej literaturze zrozumieć jakoś nie mógł. Na drogę jednak wzięty — Leszek i Goworek — nie przedstawił tak nadzwyczajnych trudności, lubował