Nad modrym Dunajem/VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Nad modrym Dunajem
Wydawca Michał Glücksberg
Data wydania 1885
Drukarz Drukarnia S. Orgelbranda Synów
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


Przez cały prawie ranek Aniela, zostawiła ojca samego, nie wiedziała nawet co robił. Dopóki siedział w domu i był z osobami obcemi, wiedziała, że może być o niego zupełnie spokojną.
Znaczniejszą część tego czasu stary spędził na zwykłej, gorącej modlitwie, później słyszała córka szelest papierów, i zdawało się jej, że czytać musiał. Gdy po odejściu Dyzi weszła do jego pokoju, zastała go palącego fajkę i spokojnie w krześle zadumanego.
— Zejdźmy na dół na obiad — rzekł stary — coś mi się po podróży jeść zachciewa, przyznam ci się.
— Na dół? do wspólnej sali? — zapytała Aniela niespokojnie — ale tatku kochany...
— Mógłbym tam kogo spotkać, zobaczyć, pomówić, chciałbym spełnić misyę moją i bliżej starać się poznać ludzi — mówił stary spokojnie...
Aniela zakłopotana widocznie, pocałowała ojca w rękę.
— Juściż byś mnie, kochany tatku, nie chciał tak zostawić samą, a ja, taki mam wstręt do tłumu, tak by mi trudno było tam wejść między obcych, nie jestem ubrana, ani usposobiona dziś do towarzystwa... pełno wojskowych.
— Ale cóż my się tu tak sami będziemy nudzili do wieczora? — zawołał stary, bo na wieczór ja zaradziłem...
Córka spojrzała oczyma przestraszonemi, ręce jej mimowolnie się splotły.
— Jakto? — zapytała żywo.
— Na wieczór zaprosiłem już, kogo tylko znam z delegacyi i z mieszkających tu ziomków, na herbatę do nas. Ja tam u tego Dauma siedzieć i gadać nie lubię, szpiegów pełno... Tu u nas będzie zupełna swoboda.
Z pobladłą twarzą, ze zwieszoną głową słuchała go córka, ojciec to spostrzegł.
— Herbata ci żadnego nie zrobi kłopotu, każemy ją przynieść, a choćby i dziesięć osób przyszło, miejsca dla wszystkich dosyć się znajdzie.
Za późno już było protestować przeciw temu, Aniela posmutniała tylko i zamilkła.
— Mój tatku — rzekła — ale przynajmniej obiad tu zjemy na górze — to już konieczne, ja o to proszę, nie odmówisz mi tego.
Słomiński, acz widocznie nie rad, przyzwolił na córki żądanie, zadzwoniono na służbę i kazano podawać. Stary w myślach pogrążony, nie odzywał się prawie przez obiad cały. Aniela tak była zmięszana, iż zapomniała mu nawet o przejażdżce z Dyzią oznajmić — i dopiero pod koniec obiadu, uwiadomiła go o zrobionym projekcie.
— Jak skoro jej przyrzekłaś — bardzo dobrze, odezwał się ojciec — ale tobie się nie chciało nawet na dół zejść, a mnie będzie równie ciężko pokazywać się na Praterze... ja sobie posiedzę w domu...
— Nie, kochany ojcze, pojedziesz z nami, albo ja zostanę z tobą — odparła Aniela.
— Strasznie się stałaś despotyczną — westchnął Słomiński. Córka pocałowała go w rękę.
Na tym wesoło wyrzeczonym zarzucie, skończyła się opozycya ojcowska. Dzień dosyć był piękny, jak rzadko bywa w Wiedniu na wiosnę, Dyzia wystrojona zupełnie inaczej niż była rano, zajechała powozem, dla zabrania przyjaciółki. Stary się trochę przybrał i siadł z niemi, prawie nie mówiąc słowa.
Zdawało się jednak później, iż go dosyć bawi i rozrywa przejażdżka. Wyelegantowani jezdzcy, przepyszne ekwipaże wyciągniętym kłusem przerzynające się i ścigające po Praterze, strojne pieszych widzów tłumy, cały ten ruch stołeczny, zdający się kwitnący kraj i miasto zamożne i szczęśliwe oznajmywać — trochę rozjaśniły mu twarz chwilowo. Ale natychmiast posmutniał znowu, patrząc z politowaniem jakiemś na te saturnalia płochego syna marnotrawnego, dożywającego resztek mienia i siły.
Dyzia była w najlepszym humorze, co chwila ukazywała kogoś, opowiadając to na ucho, to głośno, historye różne:
— Patrz proszę cię, to bankier N..., który dwa razy likwidował — bardzo zręczny i bogaty człowiek. — Patrz — to były minister... to ekwipaż posła... to konie hrabiego, który długów nie płaci, ale ma najpiękniejszą stajnię w całym Wiedniu.
Postrojone bardzo wytwornie kobiety, które ściągały uwagę Anieli, Dyzia witała uśmiechem dwuznacznym i ruszeniem ramion. Było ich bardzo wiele.
Starego już w końcu zdawała się ta przejażdżka wśród przemykających się postaci nieznanych, więcej nużyć niż bawić — nie pytał o nikogo — patrzał jakby nie widział.
Aniela spostrzegła nagle, że Dyzia spojrzawszy na powóz, który ich mijał (siedział w nim młody jegomość z bardzo wystrojoną panią) zbladła, zaczerwieniła się; zagryzła usta i uśmiechnęła szydersko.
— To był mój mąż! szepnęła na ucho Anieli... rada jestem żem go w towarzystwie tej jejmościanki spotkała... mam go w ręku.
Nie powiedziała nic więcej.
Deszcz zaczął przekrapiać, kazano z powozem zawracać do domu.
Rozrywka ta, oprócz Dyzi, która się nią bardzo ożywiła, nie zabawiła tak dalece nikogo. Przybywszy do hotelu ładna Wiedenka, wbiegła jeszcze do pokoju przyjaciółki, aby po cichu obznajmić, że się już o doktora postarała, i że sama go przyprowadzi... spojrzała na zegareczek, przypomniała sobie, że po raz czwarty musiała się przebrać do teatru, i do jutra pożegnała Anielę.
Ta czekała z największą obawą wieczora, nie lękała by się obcych ludzi spotkanych przypadkowo, przed któremi ojciec by się pewno nie wydał ze swojem obłąkaniem, ale zwołanych ziomków, widocznie na jakąś patryotyczną naradę, która starego mogła podrażnić, wyegzaltować — miała się obawiać prawo. Sama myśl tego nieszczęsnego wieczora, już ją przerażała.
Zwykle w takich razach, gdy ojciec się zapominał — wzrokiem, słowem, ruchem, umiała go powściągnąć i ubłagać o milczenie — ale tego wieczora, mógł się jej kazać oddalić, a w zapale wydać ze swojemi niedorzecznościami i fantazyami — o których, jak się zdawało, oprócz domowych, nikt prawie nie wiedział.
Nim więc zaczęli się zbierać goście, wcisnęła się po cichu do pokoju ojca i pocałowawszy go w rękę, szepnęła czule.
— Tatka, kochany tatku, zmiłuj się, błagam, zaklinam cię, dziś tylko o tym Koniecpolskim, o posłannictwie... o wszystkich tych twych... tajemnicach... przy ludziach — ani słowa — tatku!
Stary się rozśmiał...
— No — a gdyby? — rzekł — toć to są ziomkowie, polacy, a ci mnie zdradzić nie mogą...
— Ale gadatliwi, paple — przerwała żywo Aniela, kochany ojcze, ty sam im nieraz wyrzucasz, że paplą nadto i bez zastanowienia...
— To prawda — rzekł, namyślając się Słomiński — ale nie mam też powodu im się zwierzać z missyi mojej. Idzie mi raczej o wysłuchanie ich planów, projektu i programmu. Na tem się dziś ograniczę. Z odkryciem jawnem osobistości mojej i posłannictwa wstrzymam się jeszcze, nie nadeszła godzina. — Teraz badać tylko potrzebuję — bądź spokojną.
— Słowo twe — ojcze...
— Ale słowo, słowo Hetmańskie, Koniecpolskiego, dodał stary wesoło, w czoło ją całując. Zresztą — szepnął ciszej — gdybym im oznajmił, że Modest Słomiński został Hetmanem Koniecpolskim, oni by tego nie zrozumieli...
Na tem się skończyła rozmowa. Ku wieczorowi zapalono światła, stary się przybrał jak do gości, zamówił herbatę i przekąski — i — czekał niecierpliwie. — Aniela, skromnie się ubrawszy z mocnem postanowieniem dotrwania przy ojcu, dopóki tylko będzie można, wyszła do saloniku.
Około ósmej zaczęto pukać do drzwi.
Jeden z pierwszych wszedł hrabia Panter, w humorze wyśmienitym, nadęty jak przystało, ufryzowany zlekka, co go dostatecznie śmiesznym czyniło.
Zaproszony był i Rżewski, o co się może postarała panna Aniela, nie zapomniano o Troińskim, którego wprowadził inny delegat, wyśmienity człek, idący zawsze za drugiemi, nigdy samopas, bawiący się w Wiedniu wybornie, ubrany po polsku, ale u którego całe pojęcie obowiązków do stroju się ograniczało.
Oprócz tego nadeszło kilku jeszcze z deputacyi, jeden doktor, jeden giełdowy spekulant i jeden elegant, czas spędzający między Operą, Sacherem a Volksgartenem.
Paschalski proszonym nie był, ale wiedział o wieczorze i poradzić sobie na to umiał. Wszedł niby z wizytą na chwilę, zadziwił się pozornie tylu gościom, przepraszać zaczął pana Słomińskiego, że się tu wcisnął jako natręt, i niby zapomniawszy się niechcący — pozostał.
Chociaż wszyscy mu widocznie chłód okazywali, a hrabia Panter od przywitania się odwrócił, Paschalski zagadał, zaśmieszył, kapelusz położył i najcyniczniej w świecie pozostał, nie mieszając się do rozmowy, nie zbliżając się do poważnego areopagu, ale przysiadając tylko do panny.
Widząc go przysuwającego się, panna Aniela zmierzyła wzrokiem surowem, na pytania odpowiadała pół słowami, zbywała go widocznie, ale nie potrafiła ani zmięszać, ani mu dać zrozumieć, ażeby się oddalił, pozostał przy niej jak wkuty. Nie patrzała już nań nawet — ale siedział uparty, pozbyć się go nie było podobna.
Stary spojrzał parę razy na tego intruza, nie bardzo życząc sobie przy nim zagaić sprawę. Wszystkim był nie na rękę, a odprawić go nikt nie umiał, bez awantury. Aniela była w rozpaczy, malowało się to na jej twarzy, spojrzała parę razy na Rżewskiego, jakby u niego szukając ratunku, pan Eliasz instynktem zbliżył się do niej. Za mało go znała, ażeby mu się zwierzyć, ale z obawy o ojca nie wiedziała co począć. Wdała się z nim w rozmowę, mając nadzieję, że się w niej znajdzie jakiś środek... niespodziany. Paschalski ciągle się usiłował wmięszać w konwersacyę.
W chwili gdy się odwrócił, Aniela zrozpaczona, szepnęła prędko Rżewskiemu.
— Staraj się pan, w jakikolwiek sposób wyzwolić nas od tego natręta! zmiłuj się pan...
Rżewski był odważny, choć na pozór zimny, czuł co musiała cierpieć panna Aniela, rad był po rycersku się za nią zastawić i ratować.
Wziął więc zaraz pod rękę Paschalskiego, odciągnął go, niemal gwałtem na stronę i szepnął mu:
— Panie Izydorze, ma tu podobno być narada w jakimś interesie familijnym, oddal się pan, bo będziesz zawadzał.
Paschalski się ofuknął.
— A pan? a pan należysz do tej narady w interesie familijnym? — zawołał gorąco, widząc, że się pan Eliasz bierze do niego. Ja lepiej znam ich interesa niż oni sami, kochany panie. Cóż pan tu znowu grasz za rolę, wice-gospodarza... wczoraj zaledwie ich poznawszy! A to — ciekawe!
— Ja pana o to proszę, — z naciskiem wyraziście, mierząc go oczyma, rzekł Rżewski — ja pana o to bardzo proszę...
— A ja się... jużci wypraszam! — rozśmiał się Paschalski — dajże mi pan pokój!
To mówiąc, wyrwał się i przysiadł znowu do panny Anieli, ale Rżewski się z krzesłem przysunął do niego.
— Kochany panie Izydorze, my oba wyjdziemy.
— Oba? — spytał Paschalski.
— Tak jest, gotowem panu służyć w istocie — bom ja tu równie jak pan niepotrzebny — służę mu — choćby na Prater...
Paschalski się zaczerwienił. Nie chciał odejść i miał znać powody do upartego zatrzymania się tutaj — chociażby na złość drugim. Wstał więc nagle, z miną jakąś zapalonego i zniecierpliwionego człowieka, i pobiegł wprost do gospodarza.
— Pan dobrodziej mi wybaczysz moją otwartość — zawołał głośno — jestem współobywatelem kraju, czasy gorące, sprawy ojczyste wymagają świata i współudziału wszystkich ziomków — nie podobna aby tu o nich w tem zgromadzeniu mowy nie było. Czy ja mam wyrokiem pańskiem, być od współudziału wyłączony... przecież i ja się może przydać mogę, a radbym zbudować się i oświecić.
Stary zmięszał się widocznie.
— Ale — któż waćpanu mógł myśl tę podjąć? — wyjąknął.
— Nikt — rzekł, oglądając się na Rżewskiego Paschalski — ja tylko dla uspokojenia mojego sumienia, postanowiłem zapytać.
Gospodarz skłonił mu się zimno — Paschalski chciał zaraz na swe miejsce powrócić, ale je zastał zajęte przez Rżewskiego, na którego popatrzywszy, stanął tuż przy pannie Anieli jak na straży.
Hrabia Panter, któremu ten natręt równie zawadzał jak córce gospodarza — począł chodzić od jednego do drugiego, spiskując, ażeby przy nim mówiono o rzeczach obojętnych tylko.
Słomiński usiadł wielce markotny... Na twarzy upartego Paschalskiego malowało się zniecierpliwienie i gniew tłumiony. Chwilę dał spokoju towarzystwu — zdawał się namyślać — potem wolnym krokiem, wśród milczenia i szeptów podszedł do gospodarza i przybierając postawę heroiczną, zagaił głośno:
— Chociaż nie mam szczęścia należeć do grona przewódzców naszych, choć na ten raz jestem prostym wyborcą i nieznaczną jednostką, — jako obywatel naszego kraju, śmiem tu wnieść pytanie, czyby, korzystając z przypadkowości zebrania tylu parlamentarnych i społecznych znakomitości naszych... jakie tu widzę — nie należałoby wnieść na stół, do poufnej narady — spraw naszych krajowych?
Niema tu między nami gorętszego patryoty jak nasz czcigodny gospodarz — niech on nam prezyduje — nauczymy się od niego najlepiej dokąd idziemy i dokąd iść powinniśmy... a skierujemy się wszyscy ku jednym celom.
Spojrzał na Słomińskiego, temu oczy błyskały.
— Mam prawo to żądanie wnieść w imieniu kraju, choć maluczką jego jestem cząsteczką — dodał. — Milczeli wszyscy, spoglądając po sobie. Hrabia Panter, który stał słuchając, jedną ręką w bok podparty, drugą po pańsku założywszy za kamizelkę — burknął tylko:
— Dajmyż pokój, tu nie klub, ani posiedzenie kółka, tuśmy się przyszli do szanownego gospodarza — rozerwać, pośmiać, wytchnąć, a nie zagryzać.
Nikt nie poparł Paschalskiego, który nie stracił jednak nadziei, iż gorącem słowem starego wyciągnąć musi...
— A tak! tak, — rzekł z uśmiechem — takie to dziś czasy nastały — bawimy się, rozrywamy, gdy najwięcej by myśleć i pracować przystało...
Nie było, niema i nie będzie kraju, w podobnem do naszego położeniu — łódka skołatana bliska zatonięcia, a pan hrabia odsyła nas do klubu i rozrywać się każe...
Słomińskiego ta deklamacya, obrachowana do podziałania nań, poruszyła nieco — ale się powstrzymał, a Paschalski po krótkiem milczeniu, mówił dalej...
— No, to jeśli o poważniejszych rzeczach nie wolno nam mówić, możebyśmy w ciuciubabkę zagrali? Cha! cha! Widzę na obliczu czcigodnego naszego gospodarza, na jego senatorskiej twarzy... Stary drgnął...
— Na jego senatorskiej twarzy — powtórzył z przyciskiem Paschalski — wyraz boleści...
A! w istocie politowania jesteśmy godni...
— O wzorze patryotów — roześmiał się hrabia Panter, mnie się zdaje, że gdy o tem mówisz, sprawę propinacyjną jako najżywotniejszą, musisz chyba mieć na myśli. A! jeżeli o niej chcesz byśmy mówili — zgoda...
Zaczęto się śmiać — Paschalski się z gniewu zaczerwienił, ale nie dał za wygraną.
— Przystał bym i na sprawę propinacyjną — odezwał się uśmiechając niby — byleby choć tę rozebrać sumiennie, i choć z nią raz dójść do końca.
Niestety! u nas się wszystko zbywa żarcikami, prywata i lekkomyślność trawią nas i pożerają, o patryotyzmie deklamuje się wiele, a po staropolsku mówiąc, tymczasem — psy w krupach!
— Pan Paschalski, mówiący po staropolsku! — odezwał się Panter półgłosem — a to, dalipan, cuda się dzieją! cuda!
— Tak! przerwał pan Izydor — w starej naszej rzeczypospolitej, wszyscy po staropolsku myśleli i mówili, uprawnieni i nieuprawnieni — we wszystkich jeden duch panował, czy kto konfederatkę, krymkę czy kołpak nosił. Dziś zupełnie co innego.
Słomiński, słysząc to, porwał się już był z krzesła, jakby chciał coś mówić, lice mu promieniało, gdy błagający wzrok córki go wstrzymał — usiadł znowu smutny — podpierając się na dłoni. Paschalski, widząc że podziałał już na starego, mówił coraz goręcej:
— Dziwnieśmy upadli.
— Śmy — śmy! — mruczał szydersko hrabia — i wtrącił nagle bardzo głośno.
— Co też to dziś grają w operze?
— Fantaskę — rzekł Rżewski.
— Cudny balet! — dodał ktoś drugi — co za wystawa!
— A u Laubego?
Nikt jakoś nie odpowiedział. Paschalski przeszedł się niecierpliwie, przecisnął do krzesła gospodarza i, oparłszy na poręczy, począł półgłosem:
— Wiedzą wszyscy co grają w operze — ale co ministeryum nam zagra na centralistycznych cymbałach... o to się nikt nie troszczy.
— Pieśń konstytucyjną! — rzekł, śmiejąc się Troiński — do której chóru zabraknie.
— W obcym języku i obcą nutą — dodał Paschalski, i tą pieśnią niemiecką, będą się napawać, będą jej tylko używać z łaski Bożej urodzeni do przywileju rozumienia i używania konstytucyi — my zaś, solo, zaśpiewamy Tadeusza, cha! cha!
W ten sposób, nie mogąc z pomocą teoryi swej naprowadzić rozmowy na przedmiot, którego sobie życzył Paschalski, wpędził ją praktycznie na tory żądane.
Słomiński się uśmiechnął uradowany.
— Cóż panowie myślicie — zawołał, zapominając się — jakie my stanowisko zająć mamy wobec centralizmu?
Spojrzano po sobie, mówić czy nie, gdy Troiński,homo novus, odważny zawsze i otwarty, odezwał się, nie zważając na wejrzenia, jakiemi nań miotano:
— Byłoby to zaprawdę wielkiem szczęściem, żebyśmy choć głupstwo jakie, zgodnie i wspólnemi siły zrobić potrafili, miałbym i to już za rodzaj tryumfu! Dotąd udaje się nam niedorzeczności popełniać, każdy na swoją rękę, a co najwięcej odegrać je na cztery lub sześć.
Ubodło to jednego z doktrynerów, stojącego na stronie, który zapomniawszy zupełnie o Paschalskim, począł gorąco:
— Kraj nigdy z niczego nie kontent, to darmo, dyabeł mu niedogodzi. Idziemy z opozycyą, wołają nam od Kołomyi i Przemyśla: — Głowyście potracili... idźcie z ministrami, bądźcie lojalni, rząd sprzyja krajowi, do czego się zdała opozycya! oszaleliście!
Idziemy posłuszni za panem prezesem ministrów i kliką niemiecką — krzyczą na nas od Tarnowa i nie wiem już, z jakiej dziury. — Zaprzedajecie kraj! nie szanujecie godności narodowej, zapomnieliście, że jesteście Polakami! Ruszymy się naprzód — wołają: Stójcie! Stajemy, naglą, abyśmy szli obcesem głową mur przebijać. Jedna połowa kraju chce tego, czego druga nie żąda, i dla tego tylko, że tamta myśli inaczej.
— I cała nasza polityka — dodał Troiński — zależy na tem, abyśmy się sami zjadali... Przepraszam, ale użyję wyrażenia gminnego..
Spojrzawszy się na pannę Anielę, Troiński wstrzymał się nagle, oczy jej ognisty wzrok zdawał się błagać o coś, czego on zrozumieć nie mógł. Córka widziała, że ojciec się poruszał, chciała przerwać rozmowę; o to nie mogła inaczej prosić, tylko wejrzeniem żądającem litości.
Troiński zrozumiał tylko tyle, że powinien był zamilknąć, i przestał mówić nagle.
Wszyscy czekali w milczeniu.
— Cóż? co? kończ pan? — zawołał Paschalski.
— Dopowiem to kiedyś później — szepnął Troiński, w istocie ani czas ani miejsce po temu, ażeby mówić o tych sprawach.
— Zagramy whista — przerwał hrabia — to będzie najlepiej.
U Słomińskiego jednak ani stolika, ani kart, ani miejsca stosownego nie było. Paschalski wnet znowu głos zabrał, aby nie dać upaść rozgorączkowującej starego rozmowie.
— Idziemy dobrowolnie do zguby; jeszcze lat parę — a...
Panna Aniela widząc, że go inaczej nie pożyje, rzuciła się do heroicznego środka, spojrzała nań wyzywająco, i skinęła aby się do niej zbliżył. Pan Izydor o wszystkiem zapomniawszy, natychmiast zwrócił się i pospieszył ku niej. Nie było innego ratunku... Choć ją to kosztowało wiele, biedna panna Aniela wstała, i przeszła z Paschalskim w drugi koniec pokoju, na ustach mając udany uśmiech, bolesny i drżący.
— Mało pana znam — rzekła z cicha — lecz ufam, że prośba kobiety, nawet na panu uczyni wrażenie. Zrób mi pan tę łaskę, nie draźnij ojca mojego kwestyami, które on nazbyt bierze do serca. Szkodzi to zdrowiu jego.
Paschalski się ironicznie uśmiechnął.
— Pani się lęka.
— Rozdrażnienia — odparła surowym wzrokiem go mierząca Aniela. Jeżeli nie jestem gospodynią, to jako córka gospodarza, choć pół jej praw mam tutaj — w tym domu.
Paschalski się skłonił...
Z chęcią usłucham rozkazów pani, odezwał się — nie pytając o żadne prawa — ale spodziewam się, że nawzajem, pani też raczysz, mojej pokornej prośbie uczynić zadość...
— Jakiej? — zapytała Aniela.
— Bardzo śmiałej — rzekł zuchwale Paschalski — będę panią prosił o jedną chwilę poufnej rozmowy... w bardzo, bardzo ważnej sprawie, ważnej dla mnie, ale i dla pani także...
Zarumieniła się Aniela.
— Ale gdzież i jak... możesz pan żądać rozmowy — zawołała wzruszona — to rzecz niemożebna, niezwyczajna...
— Wypadki, które mną powodują są też nadzwyczajne — odparł pan Izydor. — Czas i miejsce raczysz pani oznaczyć.
Anieli zdawało się, że potrafi odepchnąć i pozbyć się natręta, jakiemś słowem niejasnem, odpowiedziała poważnie.
— Możesz pan przyjść do nas w jakiej zechcesz godzinie...
— Rozmowa musi być sam na sam — rzekł cynicznie Paschalski.
Na twarz panny wystąpił rumieniec — Paschalski pochylił się ku niej i szepnął.
— Pan Salezy — stryj pani, jest w Wiedniu — ja jeden mogę ratować od niego.
To powiedziawszy, nie czekając już odpowiedzi, skłonił się, poszedł po kapelusz, który złożył był na stoliczku w kącie, i, nie żegnając z nikim, wysunął. — Wszyscy się zdumieli tak śmiało i skutecznie danej odprawie, a Aniela dopadłszy krzesła, rzuciła się na nie widocznie bezsilna i znużona.
Słomiński wstał z krzesła — oddychał wolniej.
— Jak się panom zdaje — odezwał się — miłościwi panowie a bracia, czy istotnie nie należałoby zagaić ogólnej sprawy, pomówić o niej — ciekawy bym był, coś się o tem nauczyć...
— Ale, szanowny gospodarzu, wtrącił Panter, my jeszcześmy sami nic nie uradzili i nie wiemy jak tę kampanię odbędziemy...
— Właśnie dla tego, radźmy — odezwał się Troiński.
— Radźmy, powtórzyło głosów kilka, grupując się powoli.
— Z jakiegoż punktu wychodziemy? — odezwał się głos jeden z tyłu.
Gospodarz niemal grobowym tonem, rzekł ponuro.
— Wychodźmy z tego, żeśmy Polacy.
— Przepraszam, odezwał się hrabia Panter — majorem nego, legalnie to dziś nic nie mówi, jesteśmy ludzie narodowości polskiej, ale — destinguo, nie Polacy, tylko ga-li-ci-anie...
— A jeśli tak, wtrącił Troiński, to mówmyż otwarcie że jesteśmy austryjakami.
Wszyscy zamilkli...
— No — jakże się panom zda — czem i kim my jesteśmy — zapytał śmiejąc się Troiński. — Sformułujmy to, godząc wszystkich ile możności — jesteśmy Polacy galicyjscy pod panowaniem Austryi.
Znowu milczenie trwało chwilę.
— Ale co nam z tych słów! lana caprina, do rzeczy! zawołał doktor, — wychodźmy z tego lepiej żeśmy ludzie.
— To abstrakcya — oparł się Troiński — idąc dalej, moglibyśmy dojść do tego, żeśmy zwierzęta ssące, niby to obdarzone rozumem, który nam pomaga do robienia głupstw i wolą, która nam służy do wahania się.
— Polityka przedewszystkiem powinna być praktyczną — wtrącił ktoś z boku.
— Zgoda na to — przerwał doktor — ale czemże jest praktyczność bez żadnych zasad, bez pojęcia dróg i niejasnego określenia celu. Praktyczność taka jest szukaniem trawy pod nogami, aby chwilowy głód zaspokoić.
— Instynkt narodowy! instynkt — zawołano z boku.
— Mówmy lepiej tradycya! poprawił drugi.
Słomiński usłyszawszy to wstał.
— Przecież jedno słowo wyrzekliście, na które czekałem długo — zawołał z zapałem — tradycya narodowa zawiera w sobie wszystko, to skarb nasz! Lecz my podobno rozwarłszy wieko tej arki prastarej, znaleźlibyśmy się jak nasze dzieci w obec starego Polski oręża. Nie wiedzielibyśmy czy naramiennik włożyć mamy na szyję czy na ramię, czy koncerz powiesić u siodła czy pasa, czy skrzydło przypiąć do bark czy do siodła. Zaiste — wyraz wielki... bo w tradycyi jest i ten instynkt, o którym to ktoś wspomniał i rozum i zdobył doświadczenie i wszelkie nasienie przyszłości... ale trzeba to pismo hieroglyficzne zrozumieć, a myśmy się go czytać oduczyli!
Stary mówił gorąco. Aniela drżała, aby nie zaszedł za daleko, twarz jej okrywała się bladością.
W tem maleńki, w szaraczkowej kapotce człowieczek, ze startem obliczem, w którem, oprócz oczów iskrzących, nic widać nie było, bo nos prawie nie rzucał cienia, tak spłaszczony a usta ginęły w bladej twarzy — szepnął po cichu:
Święte słowa! wszystko spoczywa w tradycyi — a na wierzchu tej skrzyni co ją zawiera, leży biblia i różaniec.
— Tak jest! czołem przed tą co nas wychowała i wykarmiła — zawołał Słomiński — ale sięgnij no pan głębiej do skrzyni... Znajdziesz tam pod biblią Bibliotekę Fratrum polonorum i pisma Socyna obok namaszczonych pism Skargi, i hebrejskie dziesięcioro i kawałki Alkoranu... bo tam jest wolność sumienia i przekonań...
Nego, rzekł ostro mały człowieczek... spalono w końcu Łyszczyńskiego i precz wypędzono Arjanów...
— A byłoż z tem lepiej? Nie od tejże chwili poczęła się choroba, z której umieramy? zapytał Słomiński.
— Na miłość Bożą kwestyi religijnej nie tykajmy! zawołał hrabia.
— Oto właśnie idzie — potwierdził Słomiński — abyśmy ją poszanowali i nieużywali jej ani jako narzędzia, ani jako oręża... prawdziwie religijni ludzie, zostawią wiarę w przybytku i na rynek jej wywlekać nie będą, gwoli swym namiętnościom.
— Za pozwoleniem — odezwał się mały delegat — kwestya religijna to kwestya czasu, wplątana we wszystkie inne. Nie poruszemy my jej, ruszą drudzy, nie posłużemy się my nią, użyją jej przeciw nam wrogowie.
Principiis obsta! wielkim głosem zawołał Słomiński, ja wam, miłościwi panowie a bracia, coś o tem mogę rzec — bom Duchem tam żył...
Aniela złożyła ręce; poskoczyła i przerwała nagle.
— Ojcze kochany, żyłeś Duchem w przeszłości, usiłując ją przeniknąć, ale żyjesz ciałem w teraźniejszości — jesteś nie bardzo zdrów, i męczysz się... a to ci szkodzi... Ja proszę, ażebyś spoczął.
Stary zamilkł, pot ocierając z czoła. — Niebezpieczeństwo zdradzenia się — było na chwilę usunięte — Rżewski odetchnął swobodniej, hrabia Panter spoglądając na pannę chwilę, uśmiechnął się do niej z porozumieniem.
— Będę mówił spokojnie i powoli; począł zniżając głos gospodarz, ale niech mi Anielka dozwoli, wypowiedzieć myśl moją. To mi nie zaszkodzi, a ciężar zdejmie z piersi.
— Nasza tradycya leży w narodowych zasadach — które z niej wydobyć potrzeba — nasza tradycya jasno się w całych dziejach przewija, od chwili gdy instynkt narodu poczuł się w sobie, i od tej gdy rozumem zaczęliśmy się kierować — co było zasadą życia narodowego? Swoboda dla tych co do niej dorośli duchem, uosobienie kapłaństwa narodowego w królu, senacie, rycerstwie, a w prawie górującem po nad króla, senat, rycerstwo i lud. Prawo było ideałem naszym, nawet wówczas gdy do bezprawiów powiodło. Ale praktycznie — nie szliśmy nigdy. — Teorya świeciła nad nami — myśl ta i dziś nam przyświecać powinna... Nie jasno się tłumaczę — dodał Słomiński chwytając się za głowę — ale czuję mocno... Nawet rebellizując opieraliśmy się na prawie konfederacyi i Rokoszu.
Szukaliśmy zresztą prawdy zawsze w pogodzeniu ostateczności, to był nasz kierunek, droga — i ten być i dziś powinien...
— Z tego by wynikło — przerwał Troiński powoli, że powinniśmy popierać to dzisiaj, w położeniu naszem teraźniejszem, co się godzi z zasadami przeszłości — zatem może konstytucyę choć austryacką.
— I centralistów! rozśmiał się ktoś drugi.
— Cóż pan na to? zapytał gospodarza Troiński.
— Odpowiem panu jedno — principiis obsta. Jeżeli w tej konstytucyi jak w naszej było... jest dla wszystkich należna i wymierna z wykształceniem swoboda, jeżeli ta konstytucya zapewnia wolność sumienia, poszanowanie człowieka i narodowości, sprawiedliwość równą dla wszystkich — szkodliwą nam być nie może.
— I z nią w dodatku, zostaniemy lojalnemi austryakami — rzekł inny delegat ruszając ramionami — to rzecz bardzo wygodna.
— A dla dobicia się Polski będziemy znowu zmuszeni robić rewolucye, które nam już wszystkie kością w gardle siadły — wtrącił inny.
— Rewolucyami się kraje nie tworzą, ani odradzają — ale się wywracają społeczeństwa i mącą zdrowe idee życiowe — rzekł Słomiński. Stwórzcie Polskę w sercach waszych, dajcie jej żyć w waszych domach, starajcie się być Polakami duchem i ciałem, a pod czyjemkolwiek panowaniem — i bez rewolucyi stanie się Polska...
Ktoś zaczął się śmiać — inni zamilkli.
— Jakto? zapytał doktor — Sponte, urodzi się sama, jak...
— Jak wszystko co ma do życia prawo — rzekł Słomiński — a jeśli się nie urodzi sama, kochany doktorze, wy jej w żadnym tyglu nie usmażycie.
Ażeby mogła utworzyć się Polska, przyznasz mi, potrzeba na to Polaków, jak najwięcej Polaków, starajmy się ich stworzyć, wychować, uczynić godnymi tego imienia — a siłom naturalnym zostawmy dokonanie tego co będąc koniecznem, stanie się skutkiem niezłomnego prawa — siłami ludzkiej fantazyi — nigdy.
Uśmiech łagodny towarzyszył tym wyrazom starego, którego czoło i twarz promienny natchnieniem.
— Ja to wam mówię — dodał po krótkim przestanku, nie jako marzenie moje, ale jako słowo z którem zostałem posłany...
Aniela przybiegła do ojca...
— Kochany ojcze — trochę spoczynku!
— Jakto posłany? od kogoż? zapytał Troiński.
— Tej formy użył mój ojciec — pospieszyła odpowiedzieć w zastępstwie jego Aniela — chcąc wyrazić siłę swoich przekonań.
Słomiński zamilkł spuszczając głowę. Całe towarzystwo po tej zbyt rozerwanej i bezładnej chwili rozmowy, spozierało po sobie milcząc także. Aniela usiadła przy ojcu blada i drżąca.
— Mnie się zdaje — ozwał się, na odwagę zdobywając Rżewski, żeś my do zbytku szanownego gospodarza umęczyli, a zdrowie jego, po podróży, wymagało by odpoczynku. Innym razem uda się nam porządniej poprowadzić te rozprawy... Trochę już nawet spóźniona pora.
— Tak, rzekł Troiński, i my się też roznamiętniamy łatwo a niepotrzebnie.
Wszyscy się zwrócili szukać kapeluszów, widząc, że stary Słomiński, jakby przybity siedział w swojem krześle. Aniela wcale gości nie wstrzymywała.
Dopiero gdy żegnać się poczęli, gospodarz wstał z krzesła i zatoczył do koła wzrokiem obłąkanym; pot kroplisty spływał mu z czoła, ale na ustach miał uśmiech łagodny.
— O czemże mówiliśmy? zapytał.
— Innym razem to dokończymy — odezwał się hrabia Panter — kwestye to skomplikowane zbytecznie i wielostronne... Pan dobrodziej jesteś jeszcze drogą zmęczony... znajdziemy inną chwilę...
— Tak jest, podchwyciła Aniela żywo — podróż zawsze bardzo nuży ojca mojego.
Słomiński nic nie mówił, jakby wątek w nim zerwał się nagle.
Goście żegnali się i wychodzili — ostatni Rżewski pożegnał Anielę, która smutnie mu się uśmiechnęła podając drżącą rękę.
— Nadto nas tu było — odezwał się stary — a nie umieją w naradach żadnego utrzymać ładu, i w tem tradycya stracona... Sejmowego porządku zapomnieli a rokoszowy duch w nich został...
Drzwi się zamknęły. — Aniela odetchnęła i głowę tuląc w dłonie, padła na fotel przy stoliku.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.