Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Nad modrym Dunajem.djvu/79

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Anieli zdawało się, że potrafi odepchnąć i pozbyć się natręta, jakiemś słowem niejasnem, odpowiedziała poważnie.
— Możesz pan przyjść do nas w jakiej zechcesz godzinie...
— Rozmowa musi być sam na sam — rzekł cynicznie Paschalski.
Na twarz panny wystąpił rumieniec — Paschalski pochylił się ku niej i szepnął.
— Pan Salezy — stryj pani, jest w Wiedniu — ja jeden mogę ratować od niego.
To powiedziawszy, nie czekając już odpowiedzi, skłonił się, poszedł po kapelusz, który złożył był na stoliczku w kącie, i, nie żegnając z nikim, wysunął. — Wszyscy się zdumieli tak śmiało i skutecznie danej odprawie, a Aniela dopadłszy krzesła, rzuciła się na nie widocznie bezsilna i znużona.
Słomiński wstał z krzesła — oddychał wolniej.
— Jak się panom zdaje — odezwał się — miłościwi panowie a bracia, czy istotnie nie należałoby zagaić ogólnej sprawy, pomówić o niej — ciekawy bym był, coś się o tem nauczyć...
— Ale, szanowny gospodarzu, wtrącił Panter, my jeszcześmy sami nic nie uradzili i nie wiemy jak tę kampanię odbędziemy...
— Właśnie dla tego, radźmy — odezwał się Troiński.
— Radźmy, powtórzyło głosów kilka, grupując się powoli.
— Z jakiegoż punktu wychodziemy? — odezwał się głos jeden z tyłu.
Gospodarz niemal grobowym tonem, rzekł ponuro.
— Wychodźmy z tego, żeśmy Polacy.