Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Nad modrym Dunajem.djvu/67

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Na dół? do wspólnej sali? — zapytała Aniela niespokojnie — ale tatku kochany...
— Mógłbym tam kogo spotkać, zobaczyć, pomówić, chciałbym spełnić misyę moją i bliżej starać się poznać ludzi — mówił stary spokojnie...
Aniela zakłopotana widocznie, pocałowała ojca w rękę.
— Juściż byś mnie, kochany tatku, nie chciał tak zostawić samą, a ja, taki mam wstręt do tłumu, tak by mi trudno było tam wejść między obcych, nie jestem ubrana, ani usposobiona dziś do towarzystwa... pełno wojskowych.
— Ale cóż my się tu tak sami będziemy nudzili do wieczora? — zawołał stary, bo na wieczór ja zaradziłem...
Córka spojrzała oczyma przestraszonemi, ręce jej mimowolnie się splotły.
— Jakto? — zapytała żywo.
— Na wieczór zaprosiłem już, kogo tylko znam z delegacyi i z mieszkających tu ziomków, na herbatę do nas. Ja tam u tego Dauma siedzieć i gadać nie lubię, szpiegów pełno... Tu u nas będzie zupełna swoboda.
Z pobladłą twarzą, ze zwieszoną głową słuchała go córka, ojciec to spostrzegł.
— Herbata ci żadnego nie zrobi kłopotu, każemy ją przynieść, a choćby i dziesięć osób przyszło, miejsca dla wszystkich dosyć się znajdzie.
Za późno już było protestować przeciw temu, Aniela posmutniała tylko i zamilkła.
— Mój tatku — rzekła — ale przynajmniej obiad tu zjemy na górze — to już konieczne, ja o to proszę, nie odmówisz mi tego.
Słomiński, acz widocznie nie rad, przyzwolił na córki żądanie, zadzwoniono na służbę i kazano podawać. Stary w myślach pogrążony, nie odzywał się prawie przez obiad cały. Aniela tak była zmięszana,