Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Nad modrym Dunajem.djvu/78

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


zywająco, i skinęła aby się do niej zbliżył. Pan Izydor o wszystkiem zapomniawszy, natychmiast zwrócił się i pospieszył ku niej. Nie było innego ratunku... Choć ją to kosztowało wiele, biedna panna Aniela wstała, i przeszła z Paschalskim w drugi koniec pokoju, na ustach mając udany uśmiech, bolesny i drżący.
— Mało pana znam — rzekła z cicha — lecz ufam, że prośba kobiety, nawet na panu uczyni wrażenie. Zrób mi pan tę łaskę, nie draźnij ojca mojego kwestyami, które on nazbyt bierze do serca. Szkodzi to zdrowiu jego.
Paschalski się ironicznie uśmiechnął.
— Pani się lęka.
— Rozdrażnienia — odparła surowym wzrokiem go mierząca Aniela. Jeżeli nie jestem gospodynią, to jako córka gospodarza, choć pół jej praw mam tutaj — w tym domu.
Paschalski się skłonił...
Z chęcią usłucham rozkazów pani, odezwał się — nie pytając o żadne prawa — ale spodziewam się, że nawzajem, pani też raczysz, mojej pokornej prośbie uczynić zadość...
— Jakiej? — zapytała Aniela.
— Bardzo śmiałej — rzekł zuchwale Paschalski — będę panią prosił o jedną chwilę poufnej rozmowy... w bardzo, bardzo ważnej sprawie, ważnej dla mnie, ale i dla pani także...
Zarumieniła się Aniela.
— Ale gdzież i jak... możesz pan żądać rozmowy — zawołała wzruszona — to rzecz niemożebna, niezwyczajna...
— Wypadki, które mną powodują są też nadzwyczajne — odparł pan Izydor. — Czas i miejsce raczysz pani oznaczyć.