Mali zwycięzcy/Niebezpieczna przygoda Irenki

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Mali zwycięzcy
Data wydania 1930
Wydawnictwo Książnica-Atlas
Miejsce wyd. Lwów — Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


Rozdział XIII.
Niebezpieczna przygoda Irenki.

Minęły dni wypoczynku.
Znowu nieogarnięte okiem przestworza pustyni, stepów, niewysokich wzgórzy i rozpadających się, postrzępionych skał, pozostałych po piętrzących się tu niegdyś grzbietach górskich, otoczyły małą grupkę jeźdźców.
Podróżnicy jechali szybko.
Konie wypoczęły i wypasione na żyznej wyżynie Ułan-Byjuka, wesoło potrząsając głowami, szły tęgim kłusem.
Coraz częściej spotykano miejscowości, obfitujące w trawę.
Nie miał więc Czultun troski o paszę dla dżegetajów, a Henryk o pożywienie dla całej gromadki.
Konie wypuszczano na noc na trawę.
Odnajdowały ją, odgrzebując kopytami śnieg i pasąc się spokojnie wpobliżu obozu z płonącem ogniskiem.
Henryk zawsze potrafił wytropić w stepie dżerenie, idąc ich śladami, pozostawionemi na śniegu.
Chłopak znakomicie nawykł do karabinu i strzelał celnie, wzbudzając podziw i poszanowanie u wodza czacharskiego.
Czasem Romek zastępował brata.
Posługiwał się wyłącznie procą lub łukiem, a doszedł we władaniu tą pierwotną bronią do wielkiej wprawy.
Nigdy nie powracał do obozu bez zdobyczy. Stanowiły ją salgi lub zabawne, białe zające, puszyste, o kosmatych skokach.
Nadaremnie jednak poszukiwał młody myśliwy świstaków, które bardzo smakowały wszystkim.
Nie znalazł ich nigdzie. Stepowe gryzonie pochowały się do swoich nor głębokich, na sen aż do wiosny.
Z każdym dniem podróż stawała się łatwiejsza i przyjemniejsza.
Prawda, że mroźny wiatr smagał i szczypał policzki, ręce i nogi jeźdźców, lecz Mongoł nauczył swoich przyjaciół, jak należy bronić się przed zimnem.
Gdy mróz dokuczał zbyt dotkliwie, jeźdźcy zeskakiwali z siodeł, nacierali śniegiem twarze i dłonie, dopóki się nie rozgrzały, a później, wymachując rękami, biegli przy koniach, pokrzykując na wierzchowce, aby zbytnio nie przyśpieszały biegu.
Siedząc na kulbakach, jeźdźcy nie zapominali ruszać palcami i stopą w butach, co rozgrzewało znakomicie nogi.
Tę tajemnicę konnej jazdy w zimie znają tylko mieszkańcy północnych, mroźnych krajów.
Pewnego razu Czultun, dawszy znak zatrzymania się na popas, wjechał na szczyt pagórka i długo oglądał miejscowość.
Czarna sylwetka Czachara odbijała się na bladem niebie, zlekka rumieniącem się od pierwszych szkarłatnych blasków zorzy wieczornej.
Zbliżając się do przyjaciół, zajętych rozkulbaczaniem koni i rozpalaniem ogniska, Czultun rzekł wesołym głosem:
— Za dwa dni wyjedziemy na step, biegnący aż do jurt Cagan-Czułutaju!
Radosnemi okrzykami powitały dzieci tę nowinę.
Zupełnie niespodziewanie musieli jednak jeźdźcy pozostać na popasie jeszcze dwa dni.
Przy siodłaniu konia, niosącego na grzbiecie wory z żywnością i korzeniami dżeń-szenia, wynikła walka pomiędzy zwykle potulnym dżegetajem a Mongołem.
Koń stawał dęba, bił przedniemi nogami, wierzgał i chrapał, nie pozwalając nałożyć na siebie siodła.
Czultun odrazu odrzucił kulbakę i rzekł do Henryka:
— Źle! Ten koń musiał skaleczyć sobie grzbiet...
— W jaki sposób? — zdziwił się chłopak.
— Widocznie, nie dopatrzyliśmy, że rzemienie worów ześlizgnęły się z kulbaki i podczas biegu zdarły koniowi skórę... — objaśnił Czultun.
Złapał konia i chciał obejrzeć go, lecz dżegetaj nie dawał się. Obracał się wkółko, jak szalony, szczerzył zęby i groźnie potrząsał dużym łbem.
— Sajn! — mruknął Czachar i, odwiązawszy arkan od siodła, zarzucił rzemień na szyję koniowi. Zdusił, podbił nogi wierzgającemu dżegetajowi i obalił go. Szybko spętał nogi i zaczął oglądać grzbiet. Znalazł tam sporą ranę. Okazało się, że siodło pod ciężarem worów pękło i odłamek drewna pokaleczył konia.
— Musimy poczekać aż się rana trochę podgoi! — oznajmił Czultun. — Muszę też siodło naprawić i przerobić, aby nie naciskało więcej na starte miejsce. Inaczej — koń nie pójdzie...
Chociaż zwłoka ta była bardzo przykra dla dzieci, jednak pogodziły się z koniecznością i zaczęły przygotowywać się do dłuższego popasu.
Na szczęście, wypadek ten zaszedł na stepie, gdzie dżegetaje miały pożywienia poddostatkiem.
Chłopcy zakrzątnęli się koło urządzenia szałasu dla siostry; Czultun obmywał ranę koniowi i ostrym nożem golił mu szerść na grzbiecie.
Koń drżał na całem ciele, chrapał i usiłował podnieść się, lecz Mongoł zaciskał mocniej arkan i zmuszał swego pacjenta do cierpliwości.
— Trzeba zebrać żywicy modrzewiowej do zalepienia rany... — rzekł po chwili. — Widziałem lasek wśród pagórków na północy.
— Ja pojadę! — natychmiast odpowiedziała Irenka. — Wszyscy są przy pracy, ja jedna tylko nic nie robię.
— Sajn! — zgodził się Czachar. — Znajdziesz sople starej, skrzepłej żywicy w szczelinach pni koło gałęzi... Weź nóż ze sobą...
Irenka po chwili siedziała już naoklep na szerokim grzbiecie „Łakomca“ i skierowała się ku dalekim pagórkom, widniejącym na północy.
Minęła godzina.
Mongoł, ukończywszy oczyszczanie rany dżegetaja, niecierpliwił się.
Irenka nie powracała.
Czultun zaczął się niepokoić i, wdrapawszy się na wysoką wydmę, przysłonił dłonią oczy i patrzył.
— Coś tam zobaczył? — zapytał go, przebiegający z wiązką naciętych prętów Romek.
— Ireny długo niema... — odparł cicho. — Powinna dawno być w obo...
Nie dokończył. Przez chwilę jeszcze wpatrywał się w horyzont. Nagle jednym susem był przy pasących się koniach.
— Dziewczynce przydarzyło się jakieś nieszczęście! — wrzasnął rozpaczliwie i, zerwawszy pęta koniowi, wskoczył mu na grzbiet i bił go nogami po bokach, zmuszając do biegu.
Chłopcy spojrzeli w stronę, w którą odjechała Irenka i zrozumieli przyczynę przerażenia wiernego Mongoła.
Przez step mknął „Łakomiec“ bez jeźdźca.
Gdy wpadł do obozu, wszyscy ujrzeli strugę krwi, spływającej mu z karku.
Henryk z okrzykiem rozpaczy schwycił karabin i, dosiadłszy najbliższego dżegetaja, bił go kolbą, doganiając mknącego już o kilkaset kroków przed sobą Czultuna.
Nie namyślając się długo, za przykładem brata poszedł Romek.
Pędził przez głęboki śnieg bez czapki i bez broni. Krzykiem zachęcał konia do szybkiego biegu.
Mongoł gnał jak wicher, wbiwszy oczy w ślad „Łakomca“, wyraźnie widzialny na śniegu.
Dopadli nareszcie pierwszych pagórków i zaczęli przedzierać się przez zarośla młodych modrzewi i nagich pędów krzaków.
Woddali czernił się las.
Jakieś odgłosy, jeszcze niejasne, zanosił tu lekki wietrzyk. Tłumił je szmer kopyt końskich, grzęznących w śniegu i głośny oddech jeźdźców.
Przystanęli i nasłuchiwali.
Na prawo od nich, z lasu dopłynęło nagle wyraźne, chociaż pełne przerażenia wołanie Irenki:
— Ratujcie! Ratujcie!...
Uderzyli po koniach i pomknęli znowu.
Nawoływania dziewczynki stawały się coraz głośniejsze i żałośniejsze. Do nich dołączyło się jakieś jękliwe, wściekłe kwilenie, raczej cienki, przeraźliwy ryk, łomot tratowanych krzaków, łoskot toczących się kamieni...
Jeźdźcy wpadli do lasu i posuwali się już wolniej, wymijając grube pnie modrzewi i skłębione zarośla drobnych krzewów, zagradzających drogę.
Nareszcie z pomiędzy drzew ujrzeli dużą polanę. Wynurzyli się na jej skraju i oglądali miejscowość.
Na przeciwległej stronie polany wznosiły się potrzaskane zwaliska skał.
Koło nich biegał z rykiem ogromny wielbłąd.
Jakaś czerwona szmata, zawieszona na szyi, trzepotała i miotała się przy gwałtownych skokach zwierza.
Co chwila podbiegał do skał i, szczerząc żółte kły, starał się wsadzić głowę do wąskiej szczeliny.
Gdy mu się to nie udawało, odskakiwał i z wściekłością bił kopytami w kamień, ryczał jękliwie i pluł białą pianą.
— To samotnik, stary wściekły wielbłąd! — szepnął Czultun.
Stanął w strzemionach i przyglądał się mu bacznie. Jego rysie oczy odszukały Irenkę, ukrytą w wąskiej szczelinie skalnej.
Narazie była bezpieczna, bo wielbłąd nie mógł wsadzić swej paszczy do kryjówki, ani dosięgnąć dziewczynki szerokiem, potężnem kopytem.
— Musisz zabić tego wielbłąda... — szepnął Czachar do Henryka.
Chłopak, dobrze ustawiwszy się na nogach, mierzył z karabinu, oparłszy go o zwisającą gałąź.
Nagle podniósł głowę i rzekł ze smutkiem:
— Wielbłąd jest daleko... Strzał nie jest pewny. Kula może trafić w siostrę... Boję się strzelać!
— Zatem ja go tu ściągnę! — zawołał Czultun, lecz nie zdołał jeszcze ruszyć konia, gdy na polanę wybiegł Romek.
Zeskoczywszy z siodła, chłopak biegł naprzełaj, wprost na wielbłąda, krzyczał i wymachiwał rękami.
Wielbłąd natychmiast spostrzegł go.
Rozpuściwszy rozkraczone w biegu nogi i podniósłszy ogon, z rykiem pędził na spotkanie nowego wroga.
Romek nagle zmienił kierunek i pobiegł w inną stronę. Wielbłąd nie mógł odrazu powstrzymać swego pędu. Z trudem zwalniając go, niezgrabnie zawrócił i znowu ścigał chłopaka.
Dwa razy powtórzył swój manewr Romek. Biegł po głębokich zaspach śnieżnych, zapadał się w nich, czuł, że nie może złapać tchu, że lada chwila upadnie.
Kombinował więc w sprytnej głowinie, gdzieby się mógł ukryć. Postanowił dobiec do samotnej skały, stojącej o kilkaset kroków dalej i wgramolić się na nią.
Już biegł, gdy ujrzał na polanie skaczącego jak jeleń, Czultuna, gwiżdżącego przeraźliwie i pędzącego ku skałom.
Wielbłąd natychmiast pozostawił chłopca i runął na Mongoła.
Z tym jednak gra była jeszcze trudniejsza. Czachar biegł, robiąc zawrotne zygzaki, zapadał za kamieniami, co chwila znikał z oczu napastnikowi, wynurzał się nagle i znowu skakał, przesadzając śnieżne zaspy i rozrzucone głazy.
Romek miał na celu odciągnięcie wielbłąda od kryjówki siostry.
Czultun zaś postępował inaczej.
Zamierzał zwabić wielbłąda jak najbliżej do Henryka.
Z każdą chwilą posuwali się w kierunku lasu, gdzie stał chłopak z karabinem, gotowym do strzału.
Śledząc uważnie przebieg pościgu, Romek sunął za wielbłądem.
Wściekły, pokraczny zwierz pędził za Czacharem, przecinającym odkrytą płaszczyznę i kluczącym po niej, jak ścigany przez charty zając.
Nagle Romek krzyknął przeraźliwie.
Czultun potknął się, zawadziwszy o przysypany śniegiem kamień i potoczył się na ziemię.
Wielbłąd, wyciągnąwszy szyję i rozwarłszy spienioną paszczę, lada chwila mógł dopaść leżącego człowieka.
Romek, krzycząc i gwiżdżąc, biegł na pomoc, niepomny na grożące mu niebezpieczeństwo, usiłując ściągnąć na siebie wściekłość wielbłąda.
Zwierz, widząc gramolącego się z ziemi człowieka, na nic już nie zwracał uwagi i pędził, aby stratować wroga silnemi nogami i zdruzgotać mu głowę chwytem potężnych szczęk.
Już dobiegał, już zniżył paszczę, aby dosięgnąć Czultuna, już włosy zjeżyły się na głowie Romka, gdy nagle zagrzmiał strzał od lasu.
Wielbłąd potknął się, zrobił niezgrabny skok, przebiegł jeszcze kilka kroków, nogi raptownie uchyliły się pod nim, załamały. Runął głową naprzód, wierzgał tylnemi nogami, usiłował jeszcze podnieść się, lecz nie mógł.
Kula Henryka strzaskała mu przednią nogę w kolanie.
Młody strzelec nadbiegał szybko, trzymając karabin przy ramieniu.
Zbliżył się i z odległości kilku kroków, strzałem koło ucha dobił wielbłąda.
Biegli teraz wszyscy ku skałom, aby pomóc Irence wydostać się ze szczeliny, w której się ukryła przed napadającym wielbłądem.
Drżała z przerażenia. Nie odniosła jednak żadnej rany.
Ze łzami w głosie opowiadała, że gdy zbierała żywicę, usłyszała ryk i ujrzała wielbłąda, napadającego na „Łakomca“. Koń zaczął zmykać, lecz napastnik dogonił go i schwycił za szyję.
Jednak dziki, zwinny dżegetaj wyrwał mu się i pomknął do obozu.
Wtedy to Irenka, widząc, że wielbłąd zwęszył ją, ukryła się wśród kamieni, wytrzymując atak rozwścieczonego zwierza.
Wsiedli na koń.
Nagle Czultun zeskoczył na ziemię i z poważną, uroczystą twarzą zbliżył się najpierw do Romka, później do Henryka.
Przywarł twarzą do kolan chłopaków, wyprostował się, ręce i oczy wzniósł do nieba i rzekł uroczyście:
— Po raz drugi ocaliliście mi życie!... Przysięgam na wielkiego Nauczyciela-Buddę,[1] że do śmierci pozostanę wiernym przyjacielem waszym. Na każde skinienie wasze porzucę dom, rodzinę, szczep i Cagan-Czułutaj i przybiegnę do was, aby bronić was!
Pochylił się niżej, ucałował stopy zmieszanych chłopców i wskoczył na grzbiet dżegetaja, mrucząc do niego!
— Sajn mori... Mori sajn...[2]
Dlaczego w tej chwili chwalił swego wierzchowca, trudno się było domyśleć.
Może dlatego to uczynił, że dziki rumak mógł z łatwością zrzucić jadącego naoklep człowieka, jednak nie zrobił tego, rozumiejąc, że tu chodziło o życie małej, słodkiej dziewczynki.
Przejeżdżając przez las, uzbierali sporo żywicy i powracali do obozu, nad którym unosiła się lekka smuga niebieskiego dymu.
Czultun zalepił żywicą rany konia, zasypał tartym węglem i przewiązał szmatą.
Resztę czasu spędzili, dzieląc się wrażeniami ubiegłego dnia i słuchając opowiadania Czultuna o wielbłądach.
— Ludzie niezawsze są rozumni! — prawił, żując żywicę. — Nazywają osła leniuchem, tymczasem jest to najbardziej pracowity bydlaczek, skromny, spokojny! Gdy ludzie chcą kogoś obrazić, mówią, że jest głupi, jak osioł... Ha! Osioł jest to bardzo mądre i sprytne zwierzę... Tak też dzieje się z wielbłądami. Ludzie uważają je za stworzenia potulne, aż do głupoty... Taki duży, silny zwierz i bez oporu pozwala się bić byle komu, poganiać; bez oporu nosi pomiędzy garbami ciężkie skrzynie i wory; może po kilkanaście dni nic nie jeść i nie pić. Milczy i pracuje, jak niewolnik... Niezawsze jednak tak bywa... Samce na wiosnę stają się złe i nieposłuszne. Czasami niebezpiecznie jest zbliżać się do nich. Wierzgają, gryzą, zabijają konie i ludzi. Bywa nieraz, że stary wielbłąd odrywa się od stada i ukrywa się w bezludnych miejscach... Wtedy właściciel goni go, łapie na arkan i zawiesza mu na szyi czerwoną szmatę. Oznacza to, że wielbłąd zaczyna się wściekać i staje się niebezpiecznym dla ludzi samotnikiem.
Długo jeszcze rozpowiadał Czultun o tem, jak wściekły wielbłąd gonił i zagryzał nieostrożnych jeźdźców, napadał na karawany, kalecząc i zabijając konie, wpadał do stad owiec i krów, rozpraszając je po stepie i tratując.
Czachar gotów był tak jeszcze opowiadać przez całą noc, lecz znużone burzliwym dniem i silnemi wrażeniami dzieci ziewać zaczęły i oczy przymykać.
Wkrótce wszystko już spało wokoło ogniska.
Tylko konie parskały cicho, rozgrzebywały śnieg i głośno przeżuwały suchą, twardą trawę.


Przypisy

  1. Prorok, czczony przez Mongołów.
  2. Mori — koń (po mong.).



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.