Strona:A. F. Ossendowski - Mali zwycięzcy.djvu/174

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Pochylił się niżej, ucałował stopy zmieszanych chłopców i wskoczył na grzbiet dżegetaja, mrucząc do niego!
— Sajn mori... Mori sajn...[1]
Dlaczego w tej chwili chwalił swego wierzchowca, trudno się było domyśleć.
Może dlatego to uczynił, że dziki rumak mógł z łatwością zrzucić jadącego naoklep człowieka, jednak nie zrobił tego, rozumiejąc, że tu chodziło o życie małej, słodkiej dziewczynki.
Przejeżdżając przez las, uzbierali sporo żywicy i powracali do obozu, nad którym unosiła się lekka smuga niebieskiego dymu.
Czultun zalepił żywicą rany konia, zasypał tartym węglem i przewiązał szmatą.
Resztę czasu spędzili, dzieląc się wrażeniami ubiegłego dnia i słuchając opowiadania Czultuna o wielbłądach.

— Ludzie niezawsze są rozumni! — prawił, żując żywicę. — Nazywają osła leniuchem, tymczasem jest to najbardziej pracowity bydlaczek, skromny, spokojny! Gdy ludzie chcą kogoś obrazić, mówią, że jest głupi, jak osioł... Ha! Osioł jest to bardzo mądre i sprytne zwierzę... Tak też dzieje się z wielbłądami. Ludzie uważają je za stworzenia potulne, aż do głupoty... Taki duży,

  1. Mori — koń (po mong.).