Strona:A. F. Ossendowski - Mali zwycięzcy.djvu/169

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


bione zarośla drobnych krzewów, zagradzających drogę.
Nareszcie z pomiędzy drzew ujrzeli dużą polanę. Wynurzyli się na jej skraju i oglądali miejscowość.
Na przeciwległej stronie polany wznosiły się potrzaskane zwaliska skał.
Koło nich biegał z rykiem ogromny wielbłąd.
Jakaś czerwona szmata, zawieszona na szyi, trzepotała i miotała się przy gwałtownych skokach zwierza.
Co chwila podbiegał do skał i, szczerząc żółte kły, starał się wsadzić głowę do wąskiej szczeliny.
Gdy mu się to nie udawało, odskakiwał i z wściekłością bił kopytami w kamień, ryczał jękliwie i pluł białą pianą.
— To samotnik, stary wściekły wielbłąd! — szepnął Czultun.
Stanął w strzemionach i przyglądał się mu bacznie. Jego rysie oczy odszukały Irenkę, ukrytą w wąskiej szczelinie skalnej.
Narazie była bezpieczna, bo wielbłąd nie mógł wsadzić swej paszczy do kryjówki, ani dosięgnąć dziewczynki szerokiem, potężnem kopytem.
— Musisz zabić tego wielbłąda... — szepnął Czachar do Henryka.